Tag Archives: recenzja

W kinie: „Utoya – 22 lipca” (2018)

Tytuł oryginalny: „Utøya 22. juli”
Reżyseria: Erik Poppe
Zdjęcia: Martin Otterbeck
Muzyka: Wolfgang Plagge
Moja ocena: 7,5/10

22 lipca. Temperatura wody: 10 stopni. True story. Tak jak ten film. Co prawda zmienia lokację (akcja nie została sfilmowana na feralnej wyspie, lecz na wysepkach okolicznych), nie posługuje się imionami i nazwiskami pokrzywdzonych, a wykorzystując i przetwarzając wspomnienia uczestników zdarzeń, dopowiada pewne sytuacje i dialogi, ale opowiada prawdziwą historię, z zachowaniem maksymalnego prawdopodobieństwa. Można się było tego spodziewać po reżyserze posiadającym doświadczenie w fotografii wojennej.

Historia masakry, której w 2011 roku dokonał w Oslo i na pobliskiej wyspie Utøya Anders Behring Breivik jest powszechnie znana więc wyjątkowo nie muszę krzyczeć „UWAGA! SPOILER!” przed każdym zakrętem. Ba! Mogę nawet napisać, co o tym wszystkim myślę.

Cóż… Dobrze, że to nakręcili teraz, a nie przed moim letnim wypadem do Norwegii. Bo chyba bezpieczniej byłoby pojechać na wakacje do Donbasu. Co to w ogóle za kraj bez sił reagowania? W którym policja, znając imię i nazwisko zamachowca, nie umiała go ani znaleźć, ani podać do mediów rysopisu? Która przez ponad godzinę nie potrafiła się dostać na wyspę, która znajduje się trochę ponad pół kilometra od brzegu. I dlaczego? Bo nie mogła znaleźć żadnego środka transportu. I ten obóz politycznej młodzieżówki ochraniany przez jednego policjanta, który nie był na służbie więc zgodnie z prawem nie mógł mieć przy sobie broni (ciekawostka: będąc na służbie, też pewnie nie miałby przy sobie pistoletu, bo większość norweskich policjantów chodzi bez broni. a Ci, którzy mają pozwolenie, muszą trzymać amunicję w bezpiecznym miejscu w radiowozie). Mógł tylko zginąć, nie ratując właściwie nikogo, co pociągnęło za sobą śmierć 68 innych osób. Powiecie pewnie, że to się wydarzyło w 2011 roku i że Norwegowie na pewno odrobili lekcję. No więc, z tego, co mi wiadomo, to nie. Powstało nawet naukowe studium porównujące reakcje USA po 9/11 i Norwegii po Utøyi i wyszło na to, że w przeciwieństwie do Stanów Norwegia po zamachu swoje wysiłki antyterrorystyczne wręcz zmniejszyła, a policja nadal chodzi bez broni. Szlachetni Norwegowie wolą zwalczać nienawiść miłością. Warto mieć to na uwadze, gdy zamarzy Was się zwiedzanie Oslo czy innych fiordów.

Wiedząc o norweskich zamachach z 2011 roku wszystko to, co dziś wiemy, trudno jest zasiąść do filmu Erika Poppe z należytym szacunkiem. Nie mając pojęcia, w jaką narrację pójdzie reżyser, zastanawiałam się nawet, czy obejrzymy za chwilę instruktaż, jak odnieść sukces życiowy na miarę sukcesu Adresa Breivika. Człowieka, który bez cienia wyrzutów sumienia żyje sobie obecnie na koszt państwa w wysokim więziennym standardzie, popylając w Playstation. Na szczęście to nie jest film o Breiviku, lecz o pokrzywdzonych, a ze współczuciem dla ofiar chyba nikt z nas problemu nie ma. Tym bardziej że chodziło o nie potrafiące się bronić i ze wszech miar niewinne dzieci. W przypadku „Utøyi – 22 lipca” problemem (dla widzów) może być coś zupełnie innego, czyli forma. Film posługuje się bowiem formułą rzezi (ekran może krwią nie spływa, ale ze względu na specyfikę audiowizualną tego obrazu i tak ją sobie dowyobrazicie) i aż prosi się o łatkę „porno roku” (tak jak „Przełęcz ocalonych” w 2016 i w zeszłym roku „Dunkierka”). Nie mam wątpliwości, że za taką, a nie inną narrację, niektórzy odsądzą reżysera od czci i wiary (nawet jeśli rodziny ofiar wcale nie uważają go za hienę i aprobują jego podejście). Ja w każdym razie nie mogę. Brak szacunku (nie mylić z chamstwem, nawet jeśli chamstwo też czasem lubię), to jedna z tych rzeczy, które szanuję i cenię w kinie najbardziej. Również dlatego że rodzima kinematografia, odtwarzając autentyczne i/lub historyczne wydarzenia, zwykle poza szacunkiem nic innego dla widza nie ma.

Konwencja, którą Poppe przyjął w „Utøyi”, stawia na obezwładniający realizm i krańcową intensywność. Oto po krótkim 20-minutowym (cennym, bo dobrze nakreślającym sytuację i wprowadzającym bohaterów) wstępie przychodzi nam zmierzyć się z około 70-minutową strzelaniną. Minuta po minucie, praktycznie w jednym ujęciu (z czwartego dnia kręcenia), z kamerą podążającą za bohaterami (operator zapracował tu na chleb jak mało który). Jest prawie tak, jak było. I bardzo mocno. Dla mnie nawet ciut zbyt. Chwilami oglądałam to przez palce, zaciskając drugą dłoń na ręce przyjaciółki (w pierwszym odruchu zamknęłam oczy, ale miała rację, że nie sposób tak obejrzeć filmu;). A dodatkowych emocji dostarcza fakt, iż przez 1,5 godziny przemieszczamy się po Utøyi, towarzysząc nie najsprytniejszej i nie najsilniejszej osobie na wyspie. Ma to sens. I siłą rzeczy ma swój ciężar. A choć psychologia tej postaci trochę mnie rozczarowała, to jestem skłonna zgodzić się z pierwszym zdaniem, które pada w tym filmie: „Nigdy tego nie zrozumiecie”. Jak mogłabym zrozumieć Kaję czy Breivika, skoro nie rozumiem mentalności Norwegów? Jak mogę ogarnąć to, co się wydarzyło, skoro mnie tam nie było i niczego podobnego w życiu nie przeżyłam? Z seansu wyszłam wyczerpana. Opowiedzianą historią i typem narracji, który pozwala poczuć zarówno cudzy strach, jak i autentyczny lęk o własne życie. To w sumie powinno nas powstrzymać przed ocenianiem. Bohaterów. Bo Norwegów już niekoniecznie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina, myśląc tak ciepło o polskiej policji. Czy zareagowałaby szybciej? Wątpię. Czy terrorysta miałby szansę się poddać? Na szczęście też wątpię.

Dzień później (film obejrzałam przedpremierowo w ramach festiwalu Wiosna Filmów) miałam okazję zobaczyć australijski western „Sweet Country” i automatycznie mnie naszło, że gdyby 22 lipca 2011 roku na Utøyi zamiast obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy był obóz Aborygenów, wyszedłby z tego zupełnie inny film, podobny raczej do netflixowego „Rytuału”. A, że trafiło na nieprzygotowane dzieci w nieprzygotowanym na zamach kraju, przyszło nam zmierzyć się ze z goła inny typem horroru. Straszniejszym, bo realnym. Bez żadnej gwarancji, że coś takiego się więcej nie powtórzy. Świadomość tego faktu, podbija ocenę.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Disaster Artist” (2017)

Tytuł oryginalny: „The Disaster Artist”
Reżyseria: James Franco
Zdjęcia: Brandon Trost
Muzyka: Dave Porter
Moja ocena: 10/10

W 2003 roku światło dzienne ujrzała bardzo niezwykła produkcja. Tak zła (z braku precyzyjniejszych określeń – tego się po prostu nie da opisać, choć próbowałam – pół-erotyk, pół-„Moda na sukces”, z najlepszymi najgorszymi dialogami świata, porażającym aktorstwem i super tandetną muzyką) i tak w swym nieudaniu konsekwentna, że w krótkim czasie zyskała wiernych wyznawców. W czasie regularnego wyświetlania w kinie (dosłownie jednym, wynajętym na 2 tygodnie przez reżysera Tommy’ego Wiseau) „The Room” – znany też jako „I did not hit her, it’s not true! It’s bullshit! I did not hit her! I did *not*. Oh hi, Mark” – zarobił zaledwie 1800 dolarów (co i tak można uznać za zwycięstwo). Później, dzięki zagorzałym fanom, filmowi wiodło się już lepiej (od lat jest regularnie wyświetlany na nocnych seansach), a dziś, dzięki Jamesowi Franco, ma szansę w końcu odnieść sukces.;)

„Disaster Artist” jest adaptacją książki „The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made” napisanej przez jedną z gwiazd „The Room” – Grega Sestero. Biografią nieszablonowego „artysty” (niezbadane są oblicza sztuki. na pewno sztuką było napisać scenariusz tak fatalny i jednocześnie tak spójny), filmem o kręceniu filmu i opowieścią o wielkiej (nie mającej nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem) miłości do kina. To film-zjawisko. Nie mniej spektakularne niż „The Room”, choć oczywiście 100 razy lepiej wykonane i kultowe instant. Czy jestem zaskoczona? Absolutnie nie. James Franco nie jest wybitnym aktorem (co w przypadku tego filmu siłą rzeczy działa na jego korzyść). Jest jednak nie mniejszym pasjonatem od Tommy’ego (co też pomaga) i super pracowitą mrówą (prawdziwym stachanowcem Hollywoodu), a kiedy na serio się zaangażuje – całkiem sprawnym reżyserem (co nieśmiało zasygnalizował już w „Kiedy umieram”). Wszystkie te rzeczy razem wzięte w „Disaster Artist” wypaliły fajerwerkiem. Kreacja Franco w jakiś sposób przerodziła się w rolę wybitną, a jego wysiłek włożony w film – w swoiste arcydzieło. Nie sposób oddać w słowach, jak bardzo przemyślane i perfekcyjnie złożone w całość jest to wszystko. Jak utrafione i wyważone. W żadnym razie nie jest to li tylko odcinanie kuponów od porażki Wiseau. Czuć zresztą, że James ma dla twórczości Tommy’ego wiele sympatii i zrozumienia. Nie nakręcił tego filmu, żeby go ośmieszyć. Raczej po to, by raz na zawsze go odczarować. Co czyniąc, raz na zawsze odczarował też siebie.

Jeśli śmiałam się na „The Room”, to na „Disaster Artist” zrywałam boki. Dosłownie. Pod koniec filmu ze śmiechu bolała mnie krtań, przepona i mięśnie międzyżebrowe, a w finale zaczęła mi nawet drgać powieka (filmy, z których rży nawet układ nerwowy. a tak serio, naprawdę zmęczyłam się na tym filmie fizycznie. z tego całego zacieszu. przed kolejnym seansem sport obowiązkowo). Przez 104 minuty szalała cała widownia. Nie tylko skręcając się ze śmiechu, ale też regularnie bijąc brawo. Tak, w kinie:) Jeżeli mogę coś temu filmowi zarzucić, to tylko to, że aktorzy, mimo najszczerszych chęci i naturalnych potencjałów, nie potrafili zagrać aż tak źle jak oryginalna ekipa (srsly, Chris-R to najlepsza rola w karierze Zaca Efrona!;). Ale w sumie, nie wiem, czy to zarzut:)

„Disaster Artist” wejdzie do kin 9 lutego przyszłego roku i jeśli mielibyście w 2018 roku obejrzeć w kinie tylko jeden obraz, to tylko TEN. I, UWAGA!, nie wybiegajcie z sali od razu po seansie, bo po napisach jest bardzo fajny post-credit.

The Disaster Artist

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „The Florida Project” (2017)

Tytuł oryginalny: „The Florida Project”
Reżyseria: Sean Baker
Zdjęcia: Alexis Zabe
Muzyka: Lorne Balfe
Moja ocena: 8,5/10

– Jancey?! A co to za imię?! – parsknęła Moonee. I już wiedziałam, że tej małej nie polubię, ale film pokocham:)

Nie no (odnoszę się tu do akcji promocyjnej), w jakimś sensie jest to naprawdę najpiękniejszy i najpozytywniejszy film roku, który sprawi, że spojrzycie na świat przez różowe okulary. Przez cały seans będziecie się radować, że Was na tej trash-Florydzie nie ma:)

Ale spójrzmy na to wszystko z optymizmem właśnie. Dzieci z florydzkich slumsów to jedne z nielicznych w swoim pokoleniu, które będą miały prawdziwe dzieciństwo (na safari;) i prawdziwe z tego dzieciństwa wspomnienia (zapomnijmy na moment o tym, że niektóre z nich kosztem społeczeństwa). Coś, co my jeszcze mieliśmy, i to minus patologia, a o czym wiele dzisiejszych dzieciaków może zapomnieć. Naprawdę kocham Seana Bakera za sposób, w jaki (rękami Alexisa Zabe) pokazał sprinty po łące, dzielone na trzech lody i ociekające konfiturą kromki chleba. Natychmiast przypomniały mi się kanapki z cukrem, wszystkie zdobyte drzewa i grupowe skoki nad martińskim strumieniem (nierzadko do strumienia;).

Głównymi bohaterkami filmu są mała (6-letnia) wyszczekana Moonee i jej troskliwa inaczej (aczkolwiek wciąż troskliwa) niedorosła i niezbyt odpowiedzialna matka. Dziewczyny (na poziomie emocjonalnym w podobnym wieku) mieszkają w wielkim obskurnym fioletowym hotelu będącym czystą parodią obiektów pobliskiego Disneylandu. Wiodą prawdziwe życie, choć w gruncie tak samo jak w parku rozrywki – przeważnie nierealne. Na przekór zasadom i powinnościom, podporządkowane w mniejszym stopniu przetrwaniu, a w zdecydowanie większym – zabawie.

„The Florida Project” to wciąż tak charakterystyczny dla reżysera kolorowy, zawadiacki portret innych Stanów Zjednoczonych Ameryki (choć tym razem – nie licząc ostatniej iphonowej sceny – zamknięty na 35-milimetrowej taśmie. attaboy! niech żyje oldschool!), „American Honey” z perspektywy wychowanych w takim klimacie dzieci. Prawdziwego optymizmu się tu znaleźć nie da (no chyba że hurraoptymizm bohaterów. ten się wręcz przelewa). Nie brakuje za to prawdziwych emocji i umiejętności cieszenia się chwilą. Typowej dla małych i dużych dzieci. Idźcie! Powspominać i się nacieszyć. Podziękować losowi za to, że to nie Wasze życie, a zwłaszcza nie Wasza progenitura. :D

Film w kinach (tym razem również w tych sieciowych) od 29 grudnia!

The Florida Project

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „La La Land” (2016)

Tytuł oryginalny: „La La Land”
Reżyseria: Damien Chazelle
Zdjęcia: Linus Sandgren
Muzyka: Justin Hurwitz
Moja ocena: 9,5/10*

Prawda jest taka, że świat tak nie wygląda. Zdarza się, że wygląda tak jak na filmowym molo, tylko ludzie nie potrafią tego dostrzec, ale najczęściej prezentuje się tak jak na obrazku. W samym Hollywood na pewno trochę lepiej.;D Gdyby rzeczywistość naprawdę prezentowała się tak jak w „La La Land” – piękna, kolorowa, zbudowana z unikalnych, idealnie do siebie pasujących detali (przyjrzyjcie się wystrojowi mieszkania biedującej początkującej aktorki, weźcie pod lupę scenografię ulicy), zarówno podążanie za marzeniami, jak i wrzucenie na luz byłoby dużo prostsze. Przy odrobinie dobrego gustu świat naszych marzeń mógłby jednak wyglądać właśnie tak, co pozbawiłoby nas wygodnych wymówek.

Głównymi bohaterami filmu są Mia i Sebastian – początkująca aktorka i pianista jazzowy. Osadzeni w idealnym filmowym świecie praktycznie nie muszą się borykać z codziennymi problemami (nie są krezusami, ale los nie przypiera ich do ściany). Ich życiowe decyzje i zawodowe wybory są więc niemal wyłącznie próbą charakteru. Wbrew pozorom w prawdziwym życiu jest tak samo, po prostu lepiej to widać w warunkach laboratoryjnych.

Muszę przyznać, że idąc do kina nastawiłam się na to, że: a) scenografia, kostiumy i zdjęcia wbiją mnie w fotel – i faktycznie anturaż jest bajkowy, a zdjęcia bajeczne, b) Gosling i Stone dadzą radę – i okazało się, że za nisko postawiłam im poprzeczkę, bo dali radę nie tylko zagrać, ale wręcz stopić się ze swoimi postaciami. honor muszę zwrócić zwłaszcza Ryanowi, który nie tylko świetnie zagrał Seba, ale i – tak jak Teller w „Whiplash” – bardzo dobrze zagrał tu wszystkie swoje muzyczne partie, c) muzyka mi się nie spodoba. Nie dlatego że nie lubię jazzu (ten etap mam dawno za sobą). Za musicalami jednak nie przepadam, a trailer nie wróżył nic dobrego. Koniec końców muzyka okazała się jednak perfekcyjna. I nawet nie dlatego że wpada w ucho (chociaż „City of Stars” sinks in i naprawdę się cieszę, że Oscara wreszcie zdobędzie piosenka, której da się słuchać, i da się jej słuchać z uśmiechem), lecz dlatego że jest wyjątkowo spójna (tak spójna, jak to bywało w musicalach dawno temu). Co roku trafiają się jakieś filmy, o których się pisze, że są hołdem dla klasycznego kina i dopiero oglądając „La La Land”, widzi się, że tak naprawdę nie były (w najlepszym razie aspirowały). Prawdziwy hołd jest właśnie tutaj (a największy wcale nie dla klasycznych musicali, tylko dla „Casablanki”).

Odpowiedź na pytanie, czy „La La Land” zdobędzie tego najważniejszego Oscara (poza tym, że zgarnie cały worek), musi być twierdząca. Idąc w ślady „Artysty” (dokładnie po nich), zdobędzie. A choć nie jest to obraz wybitny i żadnych odkrywczych prawd nie sprzedaje, nie będzie w tym nic złego (nie byłoby w tym nic złego, nawet gdyby wygrał wyłącznie za styl i wybitną realizację). Taka cudowna mieszanka artyzmu, pasji, szczerości, pozytywnej energii i niesamowitej reżyserskiej kontroli nie trafia się co dzień.

W każdym razie film jest chyba dobry, skoro w piątkowy wieczór był spokój na dużej multipleksowej sali. Wbrew moim obawom wszyscy widzowie grzecznie słuchali i oglądali.:D

*Po pierwszym seansie było naciągane 8/10, ale ostatecznie miłość zwyciężyła. ;D

Split

2 Komentarze

Filed under Film

W kinie: „Split” (2016)

Tytuł oryginalny: „Split”
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Zdjęcia: Mike Gioulakis
Muzyka: West Dylan Thordson
Moja ocena: 7,5/10

W swoim czasie „Szósty zmysł” zrobił na mnie duże wrażenie (miałam to szczęście, że nikt nie zespoilował mi twistu), ale nie był to nigdy jeden z moich ulubionych filmów. To, co Shyamalan kręcił potem, w najlepszym razie dało się obejrzeć, ale mało kogo zachwycało (jeśli kogoś w ogóle), tak że zdążyłam już postawić krzyżyk na tym reżyserze. Nie do końca wiem, co mnie podkusiło, żeby w 2015 roku pójść do kina na „Wizytę”, ale z projekcji wyszłam zachwycona. Z przekonaniem, że jeśli potrzeba było tylu lat chaotycznych poszukiwań, żeby M. Night wreszcie stworzył coś ciekawego i innego, to warto było się przemęczyć i poczekać. Tak na „Wizytę”, jak i na „Split”, który jest dowodem na to, że „Wizyta” nie była dziełem przypadku i że Shyamalan powrócił na dobre.

„Split” to film o 3 nastolatkach porwanych w biały dzień z publicznego parkingu przez człowieka cierpiącego na rozszczepienie jaźni. Tyle mogę Wam spokojnie zdradzić, gdyż do porwania dochodzi na samym początku filmu, a reżyser nie ukrywa kondycji psychicznej jednego z głównych bohaterów. Jakkolwiek rozumiem, skąd się tu wzięła etykietka „horror”, sugeruję nastawić się raczej na thriller psychologiczny. Co oczywiście nie oznacza, że film nie jest drastyczny. To, czy będziecie się bać, zależy od tego, co Was rusza. Ja na przykład w obecności osób niestabilnych emocjonalnie zamieram w taktycznym bezruchu, a jednocześnie robię się elektryczna.

Największą zaletą „Splitu” jest aktorstwo. Wiem, że do tego nie dojdzie, ale naprawdę chciałabym zobaczyć, jak wręczają McAvoyowi po jednej statuetce za każdą zagraną tu rolę. Rewelacyjny performance. Tak naturalny, że nie odczuwa się jego kalibru. Z seansu wyszłam jednak przyjemnie przytłoczona, a niepokój kroczył za mną. Dobre wrażenie robi tu też znana z „The Witch” i „Morgan” Anya Taylor-Joy. To jeszcze nie jest TA rola, która wyniesie ją na szczyt, ale nie mam wątpliwości, że dziewczyna zrobi karierę. Oprócz aktorstwa na pewno ucieszy Was też fakt, że nastolatki w tym filmie wcale nie są głupie, a dorośli tylko trochę. Wyjątkowo miła odmiana. Odpowiedź na pytanie „A twisty są?” brzmi: W zależności od tego, czego oczekujecie, może jest nawet kilka. Shyamalan teoretycznie gra z widzami w otwarte karty, ale oczywiście tylko do pewnego stopnia.

Moim największym filmowym zacieszem (również dlatego że dzień wcześniej kupiłyśmy z przyjaciółką bilety do Filharmonii na koncert chińskiej muzyki tradycyjnej) był news, że azjatycka muzyka dobrze robi na trawienie. Świetnie to brzmi w kontekście zakończenia. :D

Split

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Wielki Mur” (2016)

Tytuł oryginalny: „The Great Wall”
Reżyseria: Yimou Zhang
Zdjęcia: Stuart Dryburgh, Xiaoding Zhao
Muzyka: Ramin Djawadi
Moja ocena: 4/10

O tym, że to nie będzie dobre, wiedzieliśmy wszyscy już na etapie trailera: Matt Damon na Wielkim Murze? What The Hell?!;D. Od początku było też jasne, że będzie schizofrenicznie (w pierwszym chińskim zwiastunie Damon nie pojawia wcale!) i że z dużym prawdopodobieństwem cały ten miszmasz nie spodoba się ani Chińczykom, ani Amerykanom, ani nawet Europejczykom (my mamy większe wymagania, ale i dystans większy. to pierwsze radzę zostawić w domu). Jednak chyba nikt z nas nie przewidział, jak wielką katastrofą okaże się ten projekt. Tyle dobrego, że przezabawną. Ja pękłam już przy „Wielki Mur stoi od wieków” (pierwsza linijka openingu) i tak turlałam się wesoło aż do końcowych napisów.

Gdyby mierzyć film liczbą facepalmów, to „Wielki Mur” miałby 10/10… minut materiału. O równie głupi i zły scenariusz (IMO wszyscy odpowiedzialni zań panowie zasłużyli na walk of shame. niestety z powodu ograniczeń technicznych musi wystarczyć niniejsza ściana, czy też mur wstydu: story by Max Brooks, Edward Zwick i Marshall Herskovitz. screenplay by Carlo Bernard, Doug Miro i Tony Gilroy. wstydźcie się!), i żałosne wykonanie (150 mln. $ budżetu i patrząc po jakości CGI, chyba wszystko na gażę Matta poszło) naprawdę trudno. Zwłaszcza znając nazwisko reżysera (tym którzy nie wiedzieli, a za nic by się nie domyślili, podpowiadam, że reżyserem tego obrazu jest słynny Yimou Zhang. pytanie brzmi: czy Yimou Zhang o tym wie?).

Głównym bohaterem filmu o chińskim murze obronnym jest William Garin – Europejczyk, najemnik, ciężki przypadek zbieractwa (pozostający w totalnej kontrze do aktualnie obowiązujących trendów. jego podejście stanowi druzgocący dowód na to, że minimalizm może ułatwić Ci życie, ale Ci go nie uratuje:) #przydasię), który w towarzystwie kilku kompanów, z których warto wspomnieć tylko czarującego zrzędę o imieniu Towar (no dobra, Tovar, ale i tak będziecie o nim myśleć przez „w”), wyrusza do Chin w poszukiwaniu prochu, a zamiast tego znajduje Wielki Mur, tęczowy Bezimienny Zakon (rzut oka na chińską armię i szybko staje się jasne, że nie tylko widz, ale i żaden chiński cesarz nigdy takiej nie widział) i bandę krwiożerczych Tao Tie (wygląda to [LEKKI SPOILER!] jak krzyżówka smokozaura z bioraptorem czy innym ksenomorfem podszyta Mike’iem Wazowskim i – nie wiedzieć czemu – bywa tu też pisane i wymawiane „Tao Tei”). Reakcja obrońców Muru na widok paru obcokrajowców przypomina reakcję Polaków na wieść o uchodźcach – demonstracyjnie niewspółmierną. Trzeba jednak Zakonowi oddać, że od początku do końca przesadza z rozmachem we wszystkim, konsekwentnie (żurawie, lampiony, balony, dachówki<3).

„Wielki Mur” to skrzyżowanie chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „Grą o Tron”, „Jurassic Park” (nie mogę się zdecydować, „Park” czy „World”) i „World War Z”, co samo w sobie jest już złe. A pikanterii dodaje jeszcze fakt, że wygląda to i brzmi jak „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” (co ciekawe, fatalny film Leonettiego również słynie ze świetnej ścieżki dźwiękowej i też do dziś nie wiadomo, na co poszedł budżet). W zasadzie jest tak kiepsko, że gdyby to nie była produkcja chińska, z Andym Lauem, Pedro Pascalem, Mattem Damonem i muzyką Ramina Djawadi (jedyny dobry aspekt filmu, zwłaszcza bębny), to kwalifikowałaby się do oceny co najmniej o połowę niższej. To takie rasowe kino klasy C.

No to iść na to, czy nie? Zróbmy prosty test: Byliście na „Assassin’s Creed”? I co? Głupi był scenariusz? Tak? No to ten film dla Was nie istnieje. Pytanie pomocnicze dla tych, którzy odpowiedzieli „Nie”: To na ile macie ocenione „Mortal Kombat 2”? Bo ja na 4/10.;] Ej, no ale skoro takie to śmieszne, to czy nie można na to pójść chociaż dla beki? No jak dla beki, to pewnie.

The Great Wall

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Aż do piekła” (2016)

Tytuł oryginalny: „Hell or High Water”
Reżyseria: David Mackenzie
Zdjęcia: Giles Nuttgens
Muzyka: Nick Cave i Warren Ellis
Moja ocena: 8,5/10

Taka refleksja: Mieszkając w USA, mniej bym się bała tych, którzy strzelać potrafią, niż tych, co mają pozwolenie na broń, a w strzelaniu nie celują. Tym bardziej że do strzelania to tam każdy pierwszy. Choćby po to, by móc ulżyć swoim frustracjom. Druga refleksja (zapożyczona od przyjaciółki): film jest całkiem niewiarygodny, bo Pine za nic w świecie nie mógłby obrabiać banków. Nie z tym oczami. Zbyt są charakterystyczne.;D

Ja bym ten tytuł (nawiązujący do „hell or high water clause”, czyli takiej klauzuli w kontrakcie, która mówi, że choćby świat zalał potop i wszystko diabli wzięli, obie strony i tak muszą dotrzymać warunków umowy oraz wyrażenia „come hell or high water”) przetłumaczyła jako „Za wszelką cenę”, ale że są już w polskim obiegu 2 znane i z 5 mało znanych filmów, których tytuły tak u nas zinterpretowano (w przypadku większości, w tym tego najsłynniejszego, bez sensu), to „Aż do piekła” też ujdzie.

Akcja filmu rozgrywa się współcześnie w Zachodnim Teksasie, w którym bieda już nawet nie piszczy, tylko na całej długości mocno wali po oczach (zanim wpadniecie na pomysł, że w Polsce byłoby lepiej, gdyby wszystko było prywatne, dobrowolne i składkowe, koniecznie obejrzyjcie ten film; prawda jest taka, że byłoby tak jak w Teksasie, przypadkiem nawet światopogląd podobny, z zastrzeżeniem, że tam jest jednak wciąż większa kultura, większa świadomość społeczna i większe przywiązanie do właściwie pojętego honoru). Jedynym sposobem, by wyrwać z tego kręgu nawet nie siebie, lecz potomków, jest sięgniecie po drastyczne środki. Bracia Howard wybierają metodę napadów na banki (jednak żeby nie było zbyt prosto i tak całkiem sztampowo, niekoniecznie na przypadkowe).

Film obejrzałam dzień po nadrobieniu wreszcie obrazu „To nie jest kraj dla starych ludzi”, który to tytuł przywołuję nie dlatego, że produkcje te są podobne, ale dlatego że obie cudownie ogrywają teksańską mentalność. W przypadku „Aż do piekła” to właściwie najfajniejsza warstwa filmu i źródło wielkiej uciechy. Fabuła nie jest ani oryginalna, ani zagmatwana więc o sukcesie projektu musiały zadecydować i zadecydowały inne czynniki. Świetne dialogi (scenariusz jest prosty, ale to prostota wyjątkowo elegancka; w tym miejscu wyjaśnienie: w Polsce „Aż do piekła” jest reklamowane jako „film twórcy Sicario”; no więc właśnie o scenarzystę – Taylora Sheridana – tu chodzi), zgryźliwy humor (w którym przoduje szeryf Hamilton), bardzo dobre aktorstwo (poczynając od jednej z najlepszych kreacji Jeffa Bridgesa, przez brawurowy popis Bena Fostera po prawdopodobnie pierwszą skomplikowaną rolę w karierze Chrisa Pine’a, z którą całkiem nieźle sobie poradził, a i epizody są tu bardzo zacne), jak to u Mackenziego – piękne zdjęcia jego etatowego współpracownika Gilesa Nuttgensa i wspaniałą muzykę (zarówno score współstworzony przez Nicka Cave’a, jak i, o dziwo, countrowy soundtrack; muzyka country to nie do końca moje klimaty, lubię dość wybiórczo, ale tutaj ma się wrażenie, jakby wybrano na podkład same najlepsze możliwe kawałki; aż noga chodzi:). Ciekawe jest to, że wcale nie czuć, że film nakręcił ktoś z zewnątrz. Mimo iż wyreżyserował go Szkot, wszystko jest tu z gruntu amerykańskie i prawdziwe w swej amerykańskości. I to wyjątkowej amerykańskości, która niczym nie irytuje, za to od pierwszej chwili wzbudza ogrom sympatii, czułości i solidarności. Rzadki okaz więc chwytajcie.

Hell or High Water

1 komentarz

Filed under Film