Tag Archives: recenzja

W kinie: „The Florida Project” (2017)

Tytuł oryginalny: „The Florida Project”
Reżyseria: Sean Baker
Zdjęcia: Alexis Zabe
Muzyka: Lorne Balfe
Moja ocena: 8,5/10

– Jancey?! A co to za imię?! – parsknęła Moonee. I już wiedziałam, że tej małej nie polubię, ale film pokocham:)

Nie no (odnoszę się tu do akcji promocyjnej), w jakimś sensie jest to naprawdę najpiękniejszy i najpozytywniejszy film roku, który sprawi, że spojrzycie na świat przez różowe okulary. Przez cały seans będziecie się radować, że Was na tej trash-Florydzie nie ma:)

Ale spójrzmy na to wszystko z optymizmem właśnie. Dzieci z florydzkich slumsów to jedne z nielicznych w swoim pokoleniu, które będą miały prawdziwe dzieciństwo (na safari;) i prawdziwe z tego dzieciństwa wspomnienia (zapomnijmy na moment o tym, że niektóre z nich kosztem społeczeństwa). Coś, co my jeszcze mieliśmy, i to minus patologia, a o czym wiele dzisiejszych dzieciaków może zapomnieć. Naprawdę kocham Seana Bakera za sposób, w jaki (rękami Alexisa Zabe) pokazał sprinty po łące, dzielone na trzech lody i ociekające konfiturą kromki chleba. Natychmiast przypomniały mi się kanapki z cukrem, wszystkie zdobyte drzewa i grupowe skoki nad martińskim strumieniem (nierzadko do strumienia;).

Głównymi bohaterkami filmu są mała (6-letnia) wyszczekana Moonee i jej troskliwa inaczej (aczkolwiek wciąż troskliwa) niedorosła i niezbyt odpowiedzialna matka. Dziewczyny (na poziomie emocjonalnym w podobnym wieku) mieszkają w wielkim obskurnym fioletowym hotelu będącym czystą parodią obiektów pobliskiego Disneylandu. Wiodą prawdziwe życie, choć w gruncie tak samo jak w parku rozrywki – przeważnie nierealne. Na przekór zasadom i powinnościom, podporządkowane w mniejszym stopniu przetrwaniu, a w zdecydowanie większym – zabawie.

„The Florida Project” to wciąż tak charakterystyczny dla reżysera kolorowy, zawadiacki portret innych Stanów Zjednoczonych Ameryki (choć tym razem – nie licząc ostatniej iphonowej sceny – zamknięty na 35-milimetrowej taśmie. attaboy! niech żyje oldschool!), „American Honey” z perspektywy wychowanych w takim klimacie dzieci. Prawdziwego optymizmu się tu znaleźć nie da (no chyba że hurraoptymizm bohaterów. ten się wręcz przelewa). Nie brakuje za to prawdziwych emocji i umiejętności cieszenia się chwilą. Typowej dla małych i dużych dzieci. Idźcie! Powspominać i się nacieszyć. Podziękować losowi za to, że to nie Wasze życie, a zwłaszcza nie Wasza progenitura. :D

Film w kinach (tym razem również w tych sieciowych) od 29 grudnia!

The Florida Project

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „La La Land” (2016)

Tytuł oryginalny: „La La Land”
Reżyseria: Damien Chazelle
Zdjęcia: Linus Sandgren
Muzyka: Justin Hurwitz
Moja ocena: 9,5/10*

Prawda jest taka, że świat tak nie wygląda. Zdarza się, że wygląda tak jak na filmowym molo, tylko ludzie nie potrafią tego dostrzec, ale najczęściej prezentuje się tak jak na obrazku. W samym Hollywood na pewno trochę lepiej.;D Gdyby rzeczywistość naprawdę wyglądała tak jak w „La La Land” – piękna, kolorowa, zbudowana z unikalnych, idealnie do siebie pasujących detali (przyjrzyjcie się wystrojowi mieszkania biedującej początkującej aktorki, weźcie pod lupę uliczne detale), zarówno podążanie za marzeniami, jak i wrzucenie na luz byłoby dużo prostsze. Przy odrobinie dobrego gustu świat naszych marzeń mógłby jednak wyglądać właśnie tak, co pozbawiłoby nas wygodnych wymówek.

Głównymi bohaterami filmu są Mia i Sebastian – początkująca aktorka i pianista jazzowy. Osadzeni w idealnym filmowym świecie praktycznie nie muszą się borykać z codziennymi problemami (nie są krezusami, ale los nie przypiera ich do ściany). Ich życiowe decyzje i zawodowe wybory są więc niemal wyłącznie próbą charakteru. Wbrew pozorom w prawdziwym życiu jest tak samo, po prostu lepiej to widać w warunkach laboratoryjnych.

Muszę przyznać, że idąc do kina nastawiłam się na to, że: a) scenografia, kostiumy i zdjęcia wbiją mnie w fotel – i faktycznie anturaż jest bajkowy, a zdjęcia bajeczne, b) Gosling i Stone dadzą radę – i okazało się, że za nisko postawiłam im poprzeczkę, bo dali radę nie tylko zagrać, ale wręcz stopić się ze swoimi postaciami. honor muszę zwrócić zwłaszcza Ryanowi, który nie tylko świetnie zagrał Seba, ale i – tak jak Teller w „Whiplash” – bardzo dobrze zagrał tu wszystkie swoje muzyczne partie, c) muzyka mi się nie spodoba. Nie dlatego że nie lubię jazzu (ten etap mam dawno za sobą). Za musicalami jednak nie przepadam, a trailer nie wróżył nic dobrego. Koniec końców muzyka okazała się jednak perfekcyjna. I nawet nie dlatego że wpada w ucho (chociaż „City of Stars” sinks in i naprawdę się cieszę, że Oscara wreszcie zdobędzie piosenka, której da się słuchać, i da się jej słuchać z uśmiechem), lecz dlatego że jest wyjątkowo spójna (tak spójna, jak to bywało w musicalach dawno temu). Co roku trafiają się jakieś filmy, o których się pisze, że są hołdem dla klasycznego kina i dopiero oglądając „La La Land”, widzi się, że tak naprawdę nie były (w najlepszym razie aspirowały). Prawdziwy hołd jest właśnie tutaj (a największy wcale nie dla klasycznych musicali, tylko dla „Casablanki”).

Odpowiedź na pytanie, czy „La La Land” zdobędzie tego najważniejszego Oscara (poza tym, że zgarnie cały worek), musi być twierdząca. Idąc w ślady „Artysty” (dokładnie po nich), zdobędzie. A choć nie jest to obraz wybitny i żadnych odkrywczych prawd nie sprzedaje, nie będzie w tym nic złego (nie byłoby w tym nic złego, nawet gdyby wygrał wyłącznie za styl i wybitną realizację). Taka cudowna mieszanka artyzmu, pasji, szczerości, pozytywnej energii i niesamowitej reżyserskiej kontroli nie trafia się co dzień.

W każdym razie film jest chyba dobry, skoro w piątkowy wieczór był spokój na dużej multipleksowej sali. Wbrew moim obawom wszyscy widzowie grzecznie słuchali i oglądali.:D

*Po pierwszym seansie było naciągane 8/10, ale ostatecznie miłość zwyciężyła. ;D

Split

2 Komentarze

Filed under Film

W kinie: „Split” (2016)

Tytuł oryginalny: „Split”
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Zdjęcia: Mike Gioulakis
Muzyka: West Dylan Thordson
Moja ocena: 7,5/10

W swoim czasie „Szósty zmysł” zrobił na mnie duże wrażenie (miałam to szczęście, że nikt nie zespoilował mi twistu), ale nie był to nigdy jeden z moich ulubionych filmów. To, co Shyamalan kręcił potem, w najlepszym razie dało się obejrzeć, ale mało kogo zachwycało (jeśli kogoś w ogóle), tak że zdążyłam już postawić krzyżyk na tym reżyserze. Nie do końca wiem, co mnie podkusiło, żeby w 2015 roku pójść do kina na „Wizytę”, ale z projekcji wyszłam zachwycona. Z przekonaniem, że jeśli potrzeba było tylu lat chaotycznych poszukiwań, żeby M. Night wreszcie stworzył coś ciekawego i innego, to warto było się przemęczyć i poczekać. Tak na „Wizytę”, jak i na „Split”, który jest dowodem na to, że „Wizyta” nie była dziełem przypadku i że Shyamalan powrócił na dobre.

„Split” to film o 3 nastolatkach porwanych w biały dzień z publicznego parkingu przez człowieka cierpiącego na rozszczepienie jaźni. Tyle mogę Wam spokojnie zdradzić, gdyż do porwania dochodzi na samym początku filmu, a reżyser nie ukrywa kondycji psychicznej jednego z głównych bohaterów. Jakkolwiek rozumiem, skąd się tu wzięła etykietka „horror”, sugeruję nastawić się raczej na thriller psychologiczny. Co oczywiście nie oznacza, że film nie jest drastyczny. To, czy będziecie się bać, zależy od tego, co Was rusza. Ja na przykład w obecności osób niestabilnych emocjonalnie zamieram w taktycznym bezruchu, a jednocześnie robię się elektryczna.

Największą zaletą „Splitu” jest aktorstwo. Wiem, że do tego nie dojdzie, ale naprawdę chciałabym zobaczyć, jak wręczają McAvoyowi po jednej statuetce za każdą zagraną tu rolę. Rewelacyjny performance. Tak naturalny, że nie odczuwa się jego kalibru. Z seansu wyszłam jednak przyjemnie przytłoczona, a niepokój kroczył za mną. Dobre wrażenie robi tu też znana z „The Witch” i „Morgan” Anya Taylor-Joy. To jeszcze nie jest TA rola, która wyniesie ją na szczyt, ale nie mam wątpliwości, że dziewczyna zrobi karierę. Oprócz aktorstwa na pewno ucieszy Was też fakt, że nastolatki w tym filmie wcale nie są głupie, a dorośli tylko trochę. Wyjątkowo miła odmiana. Odpowiedź na pytanie „A twisty są?” brzmi: W zależności od tego, czego oczekujecie, może jest nawet kilka. Shyamalan teoretycznie gra z widzami w otwarte karty, ale oczywiście tylko do pewnego stopnia.

Moim największym filmowym zacieszem (również dlatego że dzień wcześniej kupiłyśmy z przyjaciółką bilety do Filharmonii na koncert chińskiej muzyki tradycyjnej) był news, że azjatycka muzyka dobrze robi na trawienie. Świetnie to brzmi w kontekście zakończenia. :D

Split

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Wielki Mur” (2016)

Tytuł oryginalny: „The Great Wall”
Reżyseria: Yimou Zhang
Zdjęcia: Stuart Dryburgh, Xiaoding Zhao
Muzyka: Ramin Djawadi
Moja ocena: 4/10

O tym, że to nie będzie dobre, wiedzieliśmy wszyscy już na etapie trailera: Matt Damon na Wielkim Murze? What The Hell?!;D. Od początku było też jasne, że będzie schizofrenicznie (w pierwszym chińskim zwiastunie Damon nie pojawia wcale!) i że z dużym prawdopodobieństwem cały ten miszmasz nie spodoba się ani Chińczykom, ani Amerykanom, ani nawet Europejczykom (my mamy większe wymagania, ale i dystans większy. to pierwsze radzę zostawić w domu). Jednak chyba nikt z nas nie przewidział, jak wielką katastrofą okaże się ten projekt. Tyle dobrego, że przezabawną. Ja pękłam już przy „Wielki Mur stoi od wieków” (pierwsza linijka openingu) i tak turlałam się wesoło aż do końcowych napisów.

Gdyby mierzyć film liczbą facepalmów, to „Wielki Mur” miałby 10/10… minut materiału. O równie głupi i zły scenariusz (IMO wszyscy odpowiedzialni zań panowie zasłużyli na walk of shame. niestety z powodu ograniczeń technicznych musi wystarczyć niniejsza ściana, czy też mur wstydu: story by Max Brooks, Edward Zwick i Marshall Herskovitz. screenplay by Carlo Bernard, Doug Miro i Tony Gilroy. wstydźcie się!), i żałosne wykonanie (150 mln. $ budżetu i patrząc po jakości CGI, chyba wszystko na gażę Matta poszło) naprawdę trudno. Zwłaszcza znając nazwisko reżysera (tym którzy nie wiedzieli, a za nic by się nie domyślili, podpowiadam, że reżyserem tego obrazu jest słynny Yimou Zhang. pytanie brzmi: czy Yimou Zhang o tym wie?).

Głównym bohaterem filmu o chińskim murze obronnym jest William Garin – Europejczyk, najemnik, ciężki przypadek zbieractwa (pozostający w totalnej kontrze do aktualnie obowiązujących trendów. jego podejście stanowi druzgocący dowód na to, że minimalizm może ułatwić Ci życie, ale Ci go nie uratuje:) #przydasię), który w towarzystwie kilku kompanów, z których warto wspomnieć tylko czarującego zrzędę o imieniu Towar (no dobra, Tovar, ale i tak będziecie o nim myśleć przez „w”), wyrusza do Chin w poszukiwaniu prochu, a zamiast tego znajduje Wielki Mur, tęczowy Bezimienny Zakon (rzut oka na chińską armię i szybko staje się jasne, że nie tylko widz, ale i żaden chiński cesarz nigdy takiej nie widział) i bandę krwiożerczych Tao Tie (wygląda to [LEKKI SPOILER!] jak krzyżówka smokozaura z bioraptorem czy innym ksenomorfem podszyta Mike’iem Wazowskim i – nie wiedzieć czemu – bywa tu też pisane i wymawiane „Tao Tei”). Reakcja obrońców Muru na widok paru obcokrajowców przypomina reakcję Polaków na wieść o uchodźcach – demonstracyjnie niewspółmierną. Trzeba jednak Zakonowi oddać, że od początku do końca przesadza z rozmachem we wszystkim, konsekwentnie (żurawie, lampiony, balony, dachówki<3).

„Wielki Mur” to skrzyżowanie chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „Grą o Tron”, „Jurassic Park” (nie mogę się zdecydować, „Park” czy „World”) i „World War Z”, co samo w sobie jest już złe. A pikanterii dodaje jeszcze fakt, że wygląda to i brzmi jak „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” (co ciekawe, fatalny film Leonettiego również słynie ze świetnej ścieżki dźwiękowej i też do dziś nie wiadomo, na co poszedł budżet). W zasadzie jest tak kiepsko, że gdyby to nie była produkcja chińska, z Andym Lauem, Pedro Pascalem, Mattem Damonem i muzyką Ramina Djawadi (jedyny dobry aspekt filmu, zwłaszcza bębny), to kwalifikowałaby się do oceny co najmniej o połowę niższej. To takie rasowe kino klasy C.

No to iść na to, czy nie? Zróbmy prosty test: Byliście na „Assassin’s Creed”? I co? Głupi był scenariusz? Tak? No to ten film dla Was nie istnieje. Pytanie pomocnicze dla tych, którzy odpowiedzieli „Nie”: To na ile macie ocenione „Mortal Kombat 2”? Bo ja na 4/10.;] Ej, no ale skoro takie to śmieszne, to czy nie można na to pójść chociaż dla beki? No jak dla beki, to pewnie.

The Great Wall

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Aż do piekła” (2016)

Tytuł oryginalny: „Hell or High Water”
Reżyseria: David Mackenzie
Zdjęcia: Giles Nuttgens
Muzyka: Nick Cave i Warren Ellis
Moja ocena: 8,5/10

Taka refleksja: Mieszkając w USA, mniej bym się bała tych, którzy strzelać potrafią, niż tych, co mają pozwolenie na broń, a w strzelaniu nie celują. Tym bardziej że do strzelania to tam każdy pierwszy. Choćby po to, by móc ulżyć swoim frustracjom. Druga refleksja (zapożyczona od przyjaciółki): film jest całkiem niewiarygodny, bo Pine za nic w świecie nie mógłby obrabiać banków. Nie z tym oczami. Zbyt są charakterystyczne.;D

Ja bym ten tytuł (nawiązujący do „hell or high water clause”, czyli takiej klauzuli w kontrakcie, która mówi, że choćby świat zalał potop i wszystko diabli wzięli, obie strony i tak muszą dotrzymać warunków umowy oraz wyrażenia „come hell or high water”) przetłumaczyła jako „Za wszelką cenę”, ale że są już w polskim obiegu 2 znane i z 5 mało znanych filmów, których tytuły tak u nas zinterpretowano (w przypadku większości, w tym tego najsłynniejszego, bez sensu), to „Aż do piekła” też ujdzie.

Akcja filmu rozgrywa się współcześnie w Zachodnim Teksasie, w którym bieda już nawet nie piszczy, tylko na całej długości mocno wali po oczach (zanim wpadniecie na pomysł, że w Polsce byłoby lepiej, gdyby wszystko było prywatne, dobrowolne i składkowe, koniecznie obejrzyjcie ten film; prawda jest taka, że byłoby tak jak w Teksasie, przypadkiem nawet światopogląd podobny, z zastrzeżeniem, że tam jest jednak wciąż większa kultura, większa świadomość społeczna i większe przywiązanie do właściwie pojętego honoru). Jedynym sposobem, by wyrwać z tego kręgu nawet nie siebie, lecz potomków, jest sięgniecie po drastyczne środki. Bracia Howard wybierają metodę napadów na banki (jednak żeby nie było zbyt prosto i tak całkiem sztampowo, niekoniecznie na przypadkowe).

Film obejrzałam dzień po nadrobieniu wreszcie obrazu „To nie jest kraj dla starych ludzi”, który to tytuł przywołuję nie dlatego, że produkcje te są podobne, ale dlatego że obie cudownie ogrywają teksańską mentalność. W przypadku „Aż do piekła” to właściwie najfajniejsza warstwa filmu i źródło wielkiej uciechy. Fabuła nie jest ani oryginalna, ani zagmatwana więc o sukcesie projektu musiały zadecydować i zadecydowały inne czynniki. Świetne dialogi (scenariusz jest prosty, ale to prostota wyjątkowo elegancka; w tym miejscu wyjaśnienie: w Polsce „Aż do piekła” jest reklamowane jako „film twórcy Sicario”; no więc właśnie o scenarzystę – Taylora Sheridana – tu chodzi), zgryźliwy humor (w którym przoduje szeryf Hamilton), bardzo dobre aktorstwo (poczynając od jednej z najlepszych kreacji Jeffa Bridgesa, przez brawurowy popis Bena Fostera po prawdopodobnie pierwszą skomplikowaną rolę w karierze Chrisa Pine’a, z którą całkiem nieźle sobie poradził, a i epizody są tu bardzo zacne), jak to u Mackenziego – piękne zdjęcia jego etatowego współpracownika Gilesa Nuttgensa i wspaniałą muzykę (zarówno score współstworzony przez Nicka Cave’a, jak i, o dziwo, countrowy soundtrack; muzyka country to nie do końca moje klimaty, lubię dość wybiórczo, ale tutaj ma się wrażenie, jakby wybrano na podkład same najlepsze możliwe kawałki; aż noga chodzi:). Ciekawe jest to, że wcale nie czuć, że film nakręcił ktoś z zewnątrz. Mimo iż wyreżyserował go Szkot, wszystko jest tu z gruntu amerykańskie i prawdziwe w swej amerykańskości. I to wyjątkowej amerykańskości, która niczym nie irytuje, za to od pierwszej chwili wzbudza ogrom sympatii, czułości i solidarności. Rzadki okaz więc chwytajcie.

Hell or High Water

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „X-Men: Apocalypse” (2016)

Tytuł oryginalny: „X-Men: Apocalypse
Reżyseria: Bryan Singer
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Muzyka: John Ottman
Moja ocena: 6/10

A jednak jest jedna rzecz, której wielki Michael Fassbender nie potrafi (w tym miejscu składam oficjalną reklamację; to miał być film, w którym bogowie powstaną, a nie upadną). Ni czorta nie umie gadać po polsku. I nie da się niestety usprawiedliwić tej nieudolności scenariuszem (na upartego można by z Erika zrobić repatrianta, tyle że okoliczni mieszkańcy go w ten sposób nie traktują; zachowują się raczej jak głusi i ślepi, którym nagle spadły klapki z oczu). Jakby tego było mało, po polsku nie mówią również postaci drugoplanowe i statyści (zła wymowa, zły akcent, zła intonacja, pauzy w niewłaściwych miejscach, sztuczne konstrukcje językowe, w tym nadużywanie zwrotów po imieniu; naprawdę taniej było zatrudnić nie-Polaków? serio? przy budżecie rzędu 234 milionów $ zabrakło kasy na konsultanta?). Tak że nie dość, że to najbardziej przewidywalny, ckliwy i przerysowany segment w całej produkcji, to jeszcze brzmi jak skończona taniocha.

Jakość prószkowskiego (serio, serio;) wątku kładzie się takim cieniem na ogólnym wrażeniu, że nic nie było w stanie mi tego wynagrodzić, ale jako że cały świat nie kręci się wokół Polski, Jezus też, wbrew pozorom, Polakiem nie był i w ogóle, spróbujmy się jednak zastanowić nad resztą tego burdelu.

Fabuła „Apocalypse” jest prosta, a wręcz schematyczna. Jako że po „Przeszłości, która nadejdzie” większość mutanckiej braci osiadła i się uspokoiła, trzeba było im wszystkim znaleźć nowego przeciwnika. Tym razem nie padło na rozgoryczonego życiem renegata (no w każdym razie nie bezpośrednio), nie zdecydowano się też na świeży kosmiczny import, crossover czy inny przewrót. Jako że wedle mitologii Marvela pod egipską ziemią od dawien dawna spał sobie pierwszy mutant, postanowiono go wygrzebać, puścić wolno i poczekać, aż rozpęta piekło.

Głównym powodem, dla którego jedynym filmem fabularnym o X-Menach, który szczerze szanuję (choć 2 z pozostałych mimo wszystko lubię), jest „Pierwsza klasa”, był, jest i obawiam się, że nadal będzie Bryan Singer – człowiek, który niekoniecznie ogarnia reżyserowanie, często podejmuje głupie decyzje fabularne, z pewnością nie umie pisać scenariuszy i w żadnym razie nie jest pasjonatem (prawdziwy pasjonat dopina swoje projekty na ostatni guzik, dba o detale i nie pozwala sobie na takie wtopy jak ta pseudoprószkowska; tego typu niechlujstwo to domena wyrobników). Nie znaczy to oczywiście, że facet nie miewa dobrych pomysłów (tutaj też jest kilka), ale zwykle nie umie ich sklecić w spójną, a przede wszystkim równą całość, nie panuje nad widowiskiem, jego twórczość wyraźnie ciąży w kierunku kina klasy B, jego koncepcje regularnie zmierzają ku niekontrolowanej apokalipsie (ani chybi krewny En Sabah Nura) i ma tendencję do zaprzepaszczania całego zastanego potencjału. W „Przeszłości, która nadejdzie” totalnie unicestwił wizję Matthew Vaughna, a w „Apocalypse” ostatecznie zdekonstruował głównych bohaterów i zmarnował potencjał odziedziczonych po Vaughnie aktorów. Jedyną osobą, która jakimś cudem dała radę się wybronić, jest Professor X, czyli James McAvoy. Michael Fassbender musiał mocno walczyć o uratowanie postaci Magneto (serce mi pękało, gdy patrzyłam na to zmaganie; szkoda aktorów tej klasy na takie żałosne partie), a Jennifer Lawrence ostatecznie przestała być Mystique i robi tu za Katniss Everdeen. W kwestii odświeżonej obsady mam uczucia mieszane, aczkolwiek jestem pozytywnie zaskoczona występem Sophie Turner w roli Jean Grey. Nie ma dziewczyna doświadczenia, ale ma klasę i powściągliwość, które pasują do mojego wyobrażenia o postaci. Chętnie bym zobaczyła, jak rozwija swoje możliwości (tylko wolałabym, żeby tą ewolucją pokierował inny dyrygent).

Bałagan z reguły ma to do siebie, że choć trudno cokolwiek znaleźć, a najtrudniej to, czego się szuka, to zwykle są w nim poutykane jakieś perełki. Perłą w koronie „Apocalypse” jest po raz kolejny Evan Peters jako Quicksilver. Główna (3-minutowa) sekwencja z jego udziałem była ponoć kręcona przez 3,5 miesiąca, ale opłaciło się. Jest spektakularna i idealna, a Pietro znów ratuje całe widowisko. Świetny jest też moim zdaniem opening (lepsi bogowie Egiptu od tegorocznych „Bogów Egiptu” Foxa), duże wrażenie robi czołówka (przypominająca moją ukochaną kalibrację ekranu IMAX; z perspektywy mojego fotela w IMAX Sadyba była to zaiste druga kalibracja, i to nawet lepsza), mimo iż tak jak w przypadku ostatnich kilku filmów o Avengersach odbywa się to kosztem fabuły, bardzo ładnie tu wypadają prezentacje mocy i wymiany „ognia” (CGI może nie zapiera dechu w piersiach, ale stoi na przyzwoitym poziomie), no i jest jeszcze nieźle pomyślany soundtrack. O ile muzyka oryginalna ma swoje wzloty i upadki (chwilami zachwyca, to znów robi się przesadnie heroiczna i patetyczna), o tyle utwory inkorporowane do ścieżki – takie jak „Four Horseman” Metalliki czy „Sweet Dreams” Eurythmics, a przed wszystkim Allegretto z 7. symfonii Beethovena (którym możemy się delektować, czekając na Epilog), brzmią tu rewelacyjnie.

Koniec końców niekoniecznie tę imprezę polecam (a jeśli już, to koniecznie w sali IMAX, bo ten ekran i nieziemska jakość potrafią bardzo zmienić optykę), ale skłamałabym, twierdząc, że nic mi się w tym filmie nie podobało albo że się umęczyłam. To się w sumie ogląda dość lekko, nawet jeśli ogólne rozczarowanie koncepcją i wykonaniem narasta. Bryan, proszę, nie rób tego (więcej)! :P

X-Men: Apocalypse

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” (2016)

Tytuł oryginalny: „Captain America: Civil War
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Zdjęcia: Trent Opaloch
Muzyka: Henry Jackman
Moja ocena: 7,5/10

[Dla optymalnego odbioru i lepszego efektu zaleca się kontemplowanie tego obrazu w formacie IMAX 3D. Nope, IMAX mi za tę reklamę nie płaci. Przynajmniej nie na tym padole;) Tylko nie zapomnijcie dosiedzieć do końca napisów, bo tradycyjnie mamy tu 2 post-credity!]

O co chodzi z tymi imionami matek? Serio, to jakiś happening ponad podziałami?=D

Prawdę mówiąc, sądziłam, że podobieństwo między „Świtem sprawiedliwości” a „Wojną bohaterów” okaże się mniejsze (yep, nie czytałam komiksu; wiedząc, że powstanie film, tym bardziej nie chciałam sobie psuć zabawy; poza tym oczekiwałam, że bracia Russo zdrowo w tym wszystkim zamieszają). Wydawało mi się też, że w przypadku nowego „Kapitana” konflikt okaże się lepiej umotywowany (w przeciwieństwie do DC, które dotychczas działało dość chaotycznie i dopiero teraz podjęło próbę stworzenia swojego filmowego uniwersum, Marvel od lat sumiennie i konsekwentnie buduje swoje MCU, pilnując, żeby wszystko ładnie się zazębiało i zawsze z czegoś wynikało więc oczekiwałam, że wszystko tu będzie miało więcej sensu). Koniec końców okazało się jednak, że to właściwie ten sam film – z bardzo podobną osią fabularną oraz identycznym rozkładem sił i racji, a różnice są bardziej ilościowe niż jakościowe (u Marvela jest po prostu wszystkiego więcej: więcej wątków, więcej superbohaterów, większa pompa; no może jedynie rozpierdol mniejszy; bogiem demolki pozostaje Zack Snyder).

Fabuła „Wojny bohaterów” koncentruje się na, w sumie poważnym, problemie collateral damage. Piszę „w sumie poważnym”, bo generalnie jest to dość istotna kwestia. Nie wiem tylko, czy naprawdę da się o tym poważnie podyskutować, gdy w grę wchodzi alternatywna marvelowska rzeczywistość ustawicznie borykająca się z międzygalaktycznymi inwazjami i megatonami niestabilnej nadprzyrodzoności (tam, gdzie się leją meteoryty, część dinozaurów siłą rzeczy musi wyginąć, i wcale nie jest powiedziane, że okiełznanie dobrych meteorytów poskutkuje tym, że te złe się uspokoją; doświadczenie podpowiada, że prędzej zaczną się bić między sobą). Oto przychodzi dzień, gdy marvelowski rząd Stanów Zjednoczonych dochodzi do wniosku, że dotychczasowa strategia walki z nieszczęściami tego wszechświata była niewłaściwa. Postanawia więc jednak zacząć negocjować z terrorystami i kosmitami (good luck with that:), a Avengersami zarządzać jak rakietami dalekiego zasięgu odpalanymi w razie potrzeby za zgodą, a wręcz z inicjatywy ani trochę nieskorumpowanej i w żadnym razie nie obarczonej ciężarem prywatnych interesów organizacji jaką jest ONZ. Jako iż z historii poczynań Tony’ego Starka możemy się nauczyć, że Stark niczego nie uczy się z historii, rządowe ultimatum momentalnie trafia na podatny grunt. O ile motywacje części filmowych bohaterów wydają się absurdalne, o tyle sam konflikt superbohaterski jest tu w pełni uzasadniony. Ktoś w końcu musi mieć głowę na karku i być gotowym powiedzieć „NIE!”, gdy inni ktosie nie grzeszą wyobraźnią i poczytalnością.

Moja ocena tego filmu nie zdradza rozczarowania (w końcu dałam 7,5/10 i zaokrągliłam do 8-ki, a na ocenie „bardzo dobrej” moja skala ocen się kończy; 9-ek i 10-ek używam jedynie do stopniowania słowa „kocham”), ale to nieprawda, że wszystko jest z tą produkcją w porządku. Punktem odniesienia niech będą tu 2 inne Marvele: „Avengers: Czas Ultrona”, którym to filmem byłam poważnie rozczarowana, a mimo to ze względu na bohaterów zaokrągliłam mu ocenę do 7-ki i „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” – jak dla mnie najlepszy Marvel i jedna z najlepszych „ekranizacji komiksu”, jakie dotąd wypuszczono, czysty ideał, 10/10. „Kapitanowi Ameryce: Wojnie bohaterów”, mimo iż porusza wiele wątków, sprawnie myli tropy i stanowi źródło godziwej niezobowiązującej superbohaterskiej rozrywki, do ideału daleko. I wiem nawet, w czym problem. Primo: To wcale nie jest 3 część „Kapitana Ameryki”, tylko kolejna odsłona „Avengersów” (gdyby nie motyw Bucky’ego, główny zrąb tytułu nie miałby żadnego uzasadnienia), i to odsłona podążająca tropem niekoniecznie udanego „Czasu Ultrona”, który nie dbał o fabułę, stawiając na kumulację superherosów i starcia między nimi. Secundo: Motywacje tak zwanych by-the-lawsów i ich decyzje są tak wydumane i przesadzone, że trudno je zrozumieć i usprawiedliwić. Stark oczywiście po raz kolejny zachowuje się jak próżny, rozpieszczony i coraz mniej lotny dupek, co owocuje kolejną porcją efektownej, ale bezsensownej nawalanki i rozwałki. Zemo też na pewno nie kwalifikuje się do miana supervillaina. Bądź tym, kim byłeś, rób to, co robiłeś, a potem miej pretensje, że ktoś Ci zdmuchnął chatkę. Tertio: Jak dla mnie za dużo w tej opowieści tych Avengersów, za którymi nie przepadam (miło chociaż, że wylądowali w tym samym obozie). I jeszcze ten koszmarny nowy Spider-Man. Który fan „Gwiezdnych wojen” (i mówię to ja, która właściwie fanką nie jestem) określiłby AT-AT’a mianem „that walking thing”?! A to tylko kropla w morzu wad Pajęczaka. Tom Holland nie imponuje warsztatem aktorskim więc cała rola zbudowana jest na mocno przegiętej nadpobudliwości i lamerskich one-linerach. Na szczęście tę castingowo-scenariuszową porażkę wetuje Chadwick Boseman w roli Czarnej Pantery. Instynktownie unikający wszelkich struktur, ale potrafiący je wykorzystywać, bardzo koci, bardzo męski, bardzo bystry i pod każdym względem zajebisty. Live long and prosper, koteczku! :D

Captain America: Civil War

Dodaj komentarz

Filed under Film