Tag Archives: polecanka

W kinie: „Utoya – 22 lipca” (2018)

Tytuł oryginalny: „Utøya 22. juli”
Reżyseria: Erik Poppe
Zdjęcia: Martin Otterbeck
Muzyka: Wolfgang Plagge
Moja ocena: 7,5/10

22 lipca. Temperatura wody: 10 stopni. True story. Tak jak ten film. Co prawda zmienia lokację (akcja nie została sfilmowana na feralnej wyspie, lecz na wysepkach okolicznych), nie posługuje się imionami i nazwiskami pokrzywdzonych, a wykorzystując i przetwarzając wspomnienia uczestników zdarzeń, dopowiada pewne sytuacje i dialogi, ale opowiada prawdziwą historię, z zachowaniem maksymalnego prawdopodobieństwa. Można się było tego spodziewać po reżyserze posiadającym doświadczenie w fotografii wojennej.

Historia masakry, której w 2011 roku dokonał w Oslo i na pobliskiej wyspie Utøya Anders Behring Breivik jest powszechnie znana więc wyjątkowo nie muszę krzyczeć „UWAGA! SPOILER!” przed każdym zakrętem. Ba! Mogę nawet napisać, co o tym wszystkim myślę.

Cóż… Dobrze, że to nakręcili teraz, a nie przed moim letnim wypadem do Norwegii. Bo chyba bezpieczniej byłoby pojechać na wakacje do Donbasu. Co to w ogóle za kraj bez sił reagowania? W którym policja, znając imię i nazwisko zamachowca, nie umiała go ani znaleźć, ani podać do mediów rysopisu? Która przez ponad godzinę nie potrafiła się dostać na wyspę, która znajduje się trochę ponad pół kilometra od brzegu. I dlaczego? Bo nie mogła znaleźć żadnego środka transportu. I ten obóz politycznej młodzieżówki ochraniany przez jednego policjanta, który nie był na służbie więc zgodnie z prawem nie mógł mieć przy sobie broni (ciekawostka: będąc na służbie, też pewnie nie miałby przy sobie pistoletu, bo większość norweskich policjantów chodzi bez broni. a Ci, którzy mają pozwolenie, muszą trzymać amunicję w bezpiecznym miejscu w radiowozie). Mógł tylko zginąć, nie ratując właściwie nikogo, co pociągnęło za sobą śmierć 68 innych osób. Powiecie pewnie, że to się wydarzyło w 2011 roku i że Norwegowie na pewno odrobili lekcję. No więc, z tego, co mi wiadomo, to nie. Powstało nawet naukowe studium porównujące reakcje USA po 9/11 i Norwegii po Utøyi i wyszło na to, że w przeciwieństwie do Stanów Norwegia po zamachu swoje wysiłki antyterrorystyczne wręcz zmniejszyła, a policja nadal chodzi bez broni. Szlachetni Norwegowie wolą zwalczać nienawiść miłością. Warto mieć to na uwadze, gdy zamarzy Was się zwiedzanie Oslo czy innych fiordów.

Wiedząc o norweskich zamachach z 2011 roku wszystko to, co dziś wiemy, trudno jest zasiąść do filmu Erika Poppe z należytym szacunkiem. Nie mając pojęcia, w jaką narrację pójdzie reżyser, zastanawiałam się nawet, czy obejrzymy za chwilę instruktaż, jak odnieść sukces życiowy na miarę sukcesu Adresa Breivika. Człowieka, który bez cienia wyrzutów sumienia żyje sobie obecnie na koszt państwa w wysokim więziennym standardzie, popylając w Playstation. Na szczęście to nie jest film o Breiviku, lecz o pokrzywdzonych, a ze współczuciem dla ofiar chyba nikt z nas problemu nie ma. Tym bardziej że chodziło o nie potrafiące się bronić i ze wszech miar niewinne dzieci. W przypadku „Utøyi – 22 lipca” problemem (dla widzów) może być coś zupełnie innego, czyli forma. Film posługuje się bowiem formułą rzezi (ekran może krwią nie spływa, ale ze względu na specyfikę audiowizualną tego obrazu i tak ją sobie dowyobrazicie) i aż prosi się o łatkę „porno roku” (tak jak „Przełęcz ocalonych” w 2016 i w zeszłym roku „Dunkierka”). Nie mam wątpliwości, że za taką, a nie inną narrację, niektórzy odsądzą reżysera od czci i wiary (nawet jeśli rodziny ofiar wcale nie uważają go za hienę i aprobują jego podejście). Ja w każdym razie nie mogę. Brak szacunku (nie mylić z chamstwem, nawet jeśli chamstwo też czasem lubię), to jedna z tych rzeczy, które szanuję i cenię w kinie najbardziej. Również dlatego że rodzima kinematografia, odtwarzając autentyczne i/lub historyczne wydarzenia, zwykle poza szacunkiem nic innego dla widza nie ma.

Konwencja, którą Poppe przyjął w „Utøyi”, stawia na obezwładniający realizm i krańcową intensywność. Oto po krótkim 20-minutowym (cennym, bo dobrze nakreślającym sytuację i wprowadzającym bohaterów) wstępie przychodzi nam zmierzyć się z około 70-minutową strzelaniną. Minuta po minucie, praktycznie w jednym ujęciu (z czwartego dnia kręcenia), z kamerą podążającą za bohaterami (operator zapracował tu na chleb jak mało który). Jest prawie tak, jak było. I bardzo mocno. Dla mnie nawet ciut zbyt. Chwilami oglądałam to przez palce, zaciskając drugą dłoń na ręce przyjaciółki (w pierwszym odruchu zamknęłam oczy, ale miała rację, że nie sposób tak obejrzeć filmu;). A dodatkowych emocji dostarcza fakt, iż przez 1,5 godziny przemieszczamy się po Utøyi, towarzysząc nie najsprytniejszej i nie najsilniejszej osobie na wyspie. Ma to sens. I siłą rzeczy ma swój ciężar. A choć psychologia tej postaci trochę mnie rozczarowała, to jestem skłonna zgodzić się z pierwszym zdaniem, które pada w tym filmie: „Nigdy tego nie zrozumiecie”. Jak mogłabym zrozumieć Kaję czy Breivika, skoro nie rozumiem mentalności Norwegów? Jak mogę ogarnąć to, co się wydarzyło, skoro mnie tam nie było i niczego podobnego w życiu nie przeżyłam? Z seansu wyszłam wyczerpana. Opowiedzianą historią i typem narracji, który pozwala poczuć zarówno cudzy strach, jak i autentyczny lęk o własne życie. To w sumie powinno nas powstrzymać przed ocenianiem. Bohaterów. Bo Norwegów już niekoniecznie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina, myśląc tak ciepło o polskiej policji. Czy zareagowałaby szybciej? Wątpię. Czy terrorysta miałby szansę się poddać? Na szczęście też wątpię.

Dzień później (film obejrzałam przedpremierowo w ramach festiwalu Wiosna Filmów) miałam okazję zobaczyć australijski western „Sweet Country” i automatycznie mnie naszło, że gdyby 22 lipca 2011 roku na Utøyi zamiast obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy był obóz Aborygenów, wyszedłby z tego zupełnie inny film, podobny raczej do netflixowego „Rytuału”. A, że trafiło na nieprzygotowane dzieci w nieprzygotowanym na zamach kraju, przyszło nam zmierzyć się ze z goła inny typem horroru. Straszniejszym, bo realnym. Bez żadnej gwarancji, że coś takiego się więcej nie powtórzy. Świadomość tego faktu, podbija ocenę.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Mikrotyki

Tytuł oryginalny: „Mikrotyki”
Autor: Paweł Sołtys (vel Pablopavo)
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2017
Ukończona: 15 marca 2018
Moja ocena: 10/10 (5/5)

„I w tym zmęczeniu, w tym zbiciu mięśniowo-myślowym, kiedy, zdaje się, nie ma czasu na nic, nie ma myśli, właśnie wtedy mi się ciocia Stefania zwidywała. Taka, jaką ją znałem w osiemdziesiątych i później, ale też taka, o jakiej mi opowiadano, jaką siebie sama opowiadała, sześcioletnia, czołgająca się przez niemiecko-rosyjską granicę, bo znowu nie ma tego kraju – Polski – więc trzeba się czołgać, bo po drugiej stronie może nie zabiją albo zabiją mniej”.

Tak trochę David Foster Wallace (zwłaszcza w temacie wariatów), tyle że 100 razy lepszy. Ulepiony z fajnieszych historii i słów, pozbawiony manii wielkości, konkretniejszy.

Już na etapie pierwszego opowiadania („Znałem faceta”) dotarło do mnie, że gdybym chciała wypisać z „Mikrotyków” wszystkie dobre teksty, musiałabym przepisać całą książkę. Ostatecznie wynotowałam ze 30. A do reszty po prostu będę wracać. Tak jak do własnych wspomnień, które choć całkiem inne, są jakoś dziwnie podobne. Zwłaszcza w emocjach i detalach. I nie przeszkadza mi nawet to, że po początkowym trzęsieniu ziemi napięcie stopniowo spada. Spada, bo tak już ma. Jak to w życiu. Co oczywiście nie przeszkadza mu nagle się odwinąć i przywalić człowiekowi w bebechy (jak wtedy, gdy „ręce przychodzą rano, za późno, na zimne już. na nic”).

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Książka: Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Tytuł oryginalny: „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”
Autor: Marcin Wicha
Wydawnictwo: Karakter
Rok wydania: 2017
Ukończona: 19 stycznia 2018
Moja ocena: 9/10 (5/5)

„Matka pisała długopisem. Ojciec wiecznym piórem. Absurdalne nazwy – myślę, porządkując papiery. Nic nie trwa wiecznie. Ani nawet długo”.

Chwilami magazyn Książki. Choć przede wszystkim pamiętnik. Epitafium matki autora, starannie ułożone z przedmiotów, które były dla niej ważne i zwyczajów, które kultywowała. Każdy chciałby mieć taką pamiątkę po najbliższych. Wielu nie pogardziłoby takim (nienapuszonym) pomnikiem. Teraz już wiem, jak to się stało, że Marcin Wicha tak fenomenalnie pisze. To oczywiście talent, ale też pokłosie dorastania pod wpływem takich, a nie innych rodziców. W swoim gatunku „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to dzieło skończone. Pełne czułości ukrytej między słowami.

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Książka: Śpiące królewny

Tytuł oryginalny: „Sleeping beauties”
Autor: Stephen King, Owen King
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Ukończona: 18 stycznia 2018
Moja ocena: 9/10 (5/5)

I tak nie przestanę hołubić ciem i nie opamiętam się w spaniu! ;)

„Więzienie ma niewiele zalet, ale takiej dziewczynie jak Ree może bezpieczniej się żyje za kratami. Tam, w świecie zewnętrznym, pewnie weszłaby pod koła samochodu. Albo sprzedałaby dragi tajniakowi, który pod każdym względem wygląda jak tajniak. Co też zrobiła”.

Już na etapie tego cytatu (jednego z początkowych) wiedziałam, że to będzie sztos. Stary dobry King – kwieciście oszczędny i zawsze utrafiający w sedno. W dodatku w znakomitym tłumaczeniu Tomasza Wilusza, który świetnie czuje styl Stephena, namiętnie operuje soczystym słownictwem pokroju „rozchwierutane” i „smyrgać” i ma smykałkę do gier słownych. Pycha.

„Śpiące królewny” to King z najlepszych czasów (już nawet nie marzyłam). W dodatku King snujący moje ukochane survivalowe postapo (miód na serce katastrofistki). Nie wiem, ile jest w tej książce z Owena Kinga (poza pomysłem). Ponoć są tacy, którzy potrafią to wychwycić. Ja nie umiem i nie potrzebuję. Efekt końcowy – tak świat opisany (wtórny, nie wtórny, wciągnął mnie bez reszty), jak i jego opisanie (bardzo plastyczna wizja) – jest doskonały. Nieważne, czyja to zasługa. End of story. Jeśli mogę Kingom coś zarzucić, to chyba tylko fakt, iż trochę za szybko wyszli z końcówki (gdy tak cierpliwie coś budujesz i rozciągasz, troszkę zgrzyta, gdy nagle wrzucasz piąty bieg i gładko wszystko rozplątujesz). Choć może to tylko złudzenie wywołane (dużym) żalem, że mi się lektura skończyła. Czytając „Śpiące”, dość szybko zapragnęłam odpalić „Orange Is the New Black” i pewnie tak (na pocieszenie) zrobię.

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Najlepsze filmy 2017 roku: TOP 30

Wiem, że niektórzy z Was lubili moje „top of the year”, a zwłaszcza ich formę, ale – krótka piłka – nie mam już ani czasu, ani siły na takie zabawy. Z tego względu mój TOP 25 2016 powstał dopiero w połowie 2017 roku i nigdy nie zyskał statusu wpisu (został jedynie dopisany do listy obejrzanych filmów). Chcąc pogodzić prośby o listę moich ulubionych filmów roku z moimi aktualnymi możliwościami „twórczymi”, postanowiłam opublikować tegoroczne zestawienie, opatrując je moimi komentarzami z Filmwebu. Wiem, że Was to nie zadowoli, ale albo tak, albo goła lista. Odpowiedź na pytanie, czemu TOP 25 rozmnożyło się do TOP 30, brzmi: To był po prostu świetny rok filmowy w moim życiu. Filmom dystrybuowanym w tym czasie przyznałam aż 6 10-ek! Oceny takie jak 9 czy 8,5 też pojawiały się częściej niż zazwyczaj. Gdybym ograniczyła mój TOP do 25 filmów, w zestawieniu starczyłoby miejsca tylko dla 4 ocen 8/10, a przecież bardzo dobre filmy (co, jak Wam wiadomo, w moim przypadku oznacza wszystkie filmy ocenione pomiędzy 8 a 10) zasługują na promocję.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2016-2017 (2016 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Serce z kamienia” Guðmundura Arnara Guðmundssona, „Nazywam się Cukinia” Claude’a Barras czy „Toni Erdmann” Maren Ade, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2016, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2017 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

30. „The Square” („The Square”) (SWE/GER/FRA/DEN, 2017), reż. Ruben Östlund – „Turysta” spotyka „Zjazd absolwentów” i Lanthimosa. Östlund wciąż o kryzysie męskości, a nawet o kryzysie społeczeństwa. Boski Claes Bang. I tylko kota szkoda.

29. „Krew Saamów” („Sameblod”) (NOR/DEN/SWE, 2016), reż. Amanda Kernell – ładnie uchwycona społeczność, piękne zdjęcia, wspaniała Lene Cecilia Sparrok, cudowny ładunek emocji, ważny nienachalny przekaz, bardzo wymowne zakończenie.

28. „Psy” („Los Perros”) (FRA/CHI/ARG/GER, 2017), reż. Marcela Said – w mniejszym stopniu film o rozliczeniu zbrodni dyktatury, w większym o mężczyznach. W centrum wszystkiego zajebista kobieta z krwi i charakteru. Brawo, Zegers!

27. „Zasady wszystkiego” („The Rules for Everything”) (NOR, 2017), reż. Kim Hiorthøy – rozkoszny film o oswajaniu świata. Lekki czarny absurdalny humor skandynawski z dobrych czasów „Jabłek Adama” i „Historii kuchennych” powrócił!

26. „Miód dla dakini” („Munmo tashi khyidron”) (BHU, 2016), reż. Dechen Roder – fascynujący kryminał mistyczny. Mimo iż nie jest zbyt przebiegły, policyjna rozkmina i tak wciąga. Super wykonane (zdjęcia!). Nie widać, że to debiut z Bhutanu.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Disaster Artist” (2017)

Tytuł oryginalny: „The Disaster Artist”
Reżyseria: James Franco
Zdjęcia: Brandon Trost
Muzyka: Dave Porter
Moja ocena: 10/10

W 2003 roku światło dzienne ujrzała bardzo niezwykła produkcja. Tak zła (z braku precyzyjniejszych określeń – tego się po prostu nie da opisać, choć próbowałam – pół-erotyk, pół-„Moda na sukces”, z najlepszymi najgorszymi dialogami świata, porażającym aktorstwem i super tandetną muzyką) i tak w swym nieudaniu konsekwentna, że w krótkim czasie zyskała wiernych wyznawców. W czasie regularnego wyświetlania w kinie (dosłownie jednym, wynajętym na 2 tygodnie przez reżysera Tommy’ego Wiseau) „The Room” – znany też jako „I did not hit her, it’s not true! It’s bullshit! I did not hit her! I did *not*. Oh hi, Mark” – zarobił zaledwie 1800 dolarów (co i tak można uznać za zwycięstwo). Później, dzięki zagorzałym fanom, filmowi wiodło się już lepiej (od lat jest regularnie wyświetlany na nocnych seansach), a dziś, dzięki Jamesowi Franco, ma szansę w końcu odnieść sukces.;)

„Disaster Artist” jest adaptacją książki „The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made” napisanej przez jedną z gwiazd „The Room” – Grega Sestero. Biografią nieszablonowego „artysty” (niezbadane są oblicza sztuki. na pewno sztuką było napisać scenariusz tak fatalny i jednocześnie tak spójny), filmem o kręceniu filmu i opowieścią o wielkiej (nie mającej nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem) miłości do kina. To film-zjawisko. Nie mniej spektakularne niż „The Room”, choć oczywiście 100 razy lepiej wykonane i kultowe instant. Czy jestem zaskoczona? Absolutnie nie. James Franco nie jest wybitnym aktorem (co w przypadku tego filmu siłą rzeczy działa na jego korzyść). Jest jednak nie mniejszym pasjonatem od Tommy’ego (co też pomaga) i super pracowitą mrówą (prawdziwym stachanowcem Hollywoodu), a kiedy na serio się zaangażuje – całkiem sprawnym reżyserem (co nieśmiało zasygnalizował już w „Kiedy umieram”). Wszystkie te rzeczy razem wzięte w „Disaster Artist” wypaliły fajerwerkiem. Kreacja Franco w jakiś sposób przerodziła się w rolę wybitną, a jego wysiłek włożony w film – w swoiste arcydzieło. Nie sposób oddać w słowach, jak bardzo przemyślane i perfekcyjnie złożone w całość jest to wszystko. Jak utrafione i wyważone. W żadnym razie nie jest to li tylko odcinanie kuponów od porażki Wiseau. Czuć zresztą, że James ma dla twórczości Tommy’ego wiele sympatii i zrozumienia. Nie nakręcił tego filmu, żeby go ośmieszyć. Raczej po to, by raz na zawsze go odczarować. Co czyniąc, raz na zawsze odczarował też siebie.

Jeśli śmiałam się na „The Room”, to na „Disaster Artist” zrywałam boki. Dosłownie. Pod koniec filmu ze śmiechu bolała mnie krtań, przepona i mięśnie międzyżebrowe, a w finale zaczęła mi nawet drgać powieka (filmy, z których rży nawet układ nerwowy. a tak serio, naprawdę zmęczyłam się na tym filmie fizycznie. z tego całego zacieszu. przed kolejnym seansem sport obowiązkowo). Przez 104 minuty szalała cała widownia. Nie tylko skręcając się ze śmiechu, ale też regularnie bijąc brawo. Tak, w kinie:) Jeżeli mogę coś temu filmowi zarzucić, to tylko to, że aktorzy, mimo najszczerszych chęci i naturalnych potencjałów, nie potrafili zagrać aż tak źle jak oryginalna ekipa (srsly, Chris-R to najlepsza rola w karierze Zaca Efrona!;). Ale w sumie, nie wiem, czy to zarzut:)

„Disaster Artist” wejdzie do kin 9 lutego przyszłego roku i jeśli mielibyście w 2018 roku obejrzeć w kinie tylko jeden obraz, to tylko TEN. I, UWAGA!, nie wybiegajcie z sali od razu po seansie, bo po napisach jest bardzo fajny post-credit.

The Disaster Artist

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „The Florida Project” (2017)

Tytuł oryginalny: „The Florida Project”
Reżyseria: Sean Baker
Zdjęcia: Alexis Zabe
Muzyka: Lorne Balfe
Moja ocena: 8,5/10

– Jancey?! A co to za imię?! – parsknęła Moonee. I już wiedziałam, że tej małej nie polubię, ale film pokocham:)

Nie no (odnoszę się tu do akcji promocyjnej), w jakimś sensie jest to naprawdę najpiękniejszy i najpozytywniejszy film roku, który sprawi, że spojrzycie na świat przez różowe okulary. Przez cały seans będziecie się radować, że Was na tej trash-Florydzie nie ma:)

Ale spójrzmy na to wszystko z optymizmem właśnie. Dzieci z florydzkich slumsów to jedne z nielicznych w swoim pokoleniu, które będą miały prawdziwe dzieciństwo (na safari;) i prawdziwe z tego dzieciństwa wspomnienia (zapomnijmy na moment o tym, że niektóre z nich kosztem społeczeństwa). Coś, co my jeszcze mieliśmy, i to minus patologia, a o czym wiele dzisiejszych dzieciaków może zapomnieć. Naprawdę kocham Seana Bakera za sposób, w jaki (rękami Alexisa Zabe) pokazał sprinty po łące, dzielone na trzech lody i ociekające konfiturą kromki chleba. Natychmiast przypomniały mi się kanapki z cukrem, wszystkie zdobyte drzewa i grupowe skoki nad martińskim strumieniem (nierzadko do strumienia;).

Głównymi bohaterkami filmu są mała (6-letnia) wyszczekana Moonee i jej troskliwa inaczej (aczkolwiek wciąż troskliwa) niedorosła i niezbyt odpowiedzialna matka. Dziewczyny (na poziomie emocjonalnym w podobnym wieku) mieszkają w wielkim obskurnym fioletowym hotelu będącym czystą parodią obiektów pobliskiego Disneylandu. Wiodą prawdziwe życie, choć w gruncie tak samo jak w parku rozrywki – przeważnie nierealne. Na przekór zasadom i powinnościom, podporządkowane w mniejszym stopniu przetrwaniu, a w zdecydowanie większym – zabawie.

„The Florida Project” to wciąż tak charakterystyczny dla reżysera kolorowy, zawadiacki portret innych Stanów Zjednoczonych Ameryki (choć tym razem – nie licząc ostatniej iphonowej sceny – zamknięty na 35-milimetrowej taśmie. attaboy! niech żyje oldschool!), „American Honey” z perspektywy wychowanych w takim klimacie dzieci. Prawdziwego optymizmu się tu znaleźć nie da (no chyba że hurraoptymizm bohaterów. ten się wręcz przelewa). Nie brakuje za to prawdziwych emocji i umiejętności cieszenia się chwilą. Typowej dla małych i dużych dzieci. Idźcie! Powspominać i się nacieszyć. Podziękować losowi za to, że to nie Wasze życie, a zwłaszcza nie Wasza progenitura. :D

Film w kinach (tym razem również w tych sieciowych) od 29 grudnia!

The Florida Project

Dodaj komentarz

Filed under Film