Tag Archives: polecanka

W kinie: „La La Land” (2016)

Tytuł oryginalny: „La La Land”
Reżyseria: Damien Chazelle
Zdjęcia: Linus Sandgren
Muzyka: Justin Hurwitz
Moja ocena: 9,5/10*

Prawda jest taka, że świat tak nie wygląda. Zdarza się, że wygląda tak jak na filmowym molo, tylko ludzie nie potrafią tego dostrzec, ale najczęściej prezentuje się tak jak na obrazku. W samym Hollywood na pewno trochę lepiej.;D Gdyby rzeczywistość naprawdę wyglądała tak jak w „La La Land” – piękna, kolorowa, zbudowana z unikalnych, idealnie do siebie pasujących detali (przyjrzyjcie się wystrojowi mieszkania biedującej początkującej aktorki, weźcie pod lupę uliczne detale), zarówno podążanie za marzeniami, jak i wrzucenie na luz byłoby dużo prostsze. Przy odrobinie dobrego gustu świat naszych marzeń mógłby jednak wyglądać właśnie tak, co pozbawiłoby nas wygodnych wymówek.

Głównymi bohaterami filmu są Mia i Sebastian – początkująca aktorka i pianista jazzowy. Osadzeni w idealnym filmowym świecie praktycznie nie muszą się borykać z codziennymi problemami (nie są krezusami, ale los nie przypiera ich do ściany). Ich życiowe decyzje i zawodowe wybory są więc niemal wyłącznie próbą charakteru. Wbrew pozorom w prawdziwym życiu jest tak samo, po prostu lepiej to widać w warunkach laboratoryjnych.

Muszę przyznać, że idąc do kina nastawiłam się na to, że: a) scenografia, kostiumy i zdjęcia wbiją mnie w fotel – i faktycznie anturaż jest bajkowy, a zdjęcia bajeczne, b) Gosling i Stone dadzą radę – i okazało się, że za nisko postawiłam im poprzeczkę, bo dali radę nie tylko zagrać, ale wręcz stopić się ze swoimi postaciami. honor muszę zwrócić zwłaszcza Ryanowi, który nie tylko świetnie zagrał Seba, ale i – tak jak Teller w „Whiplash” – bardzo dobrze zagrał tu wszystkie swoje muzyczne partie, c) muzyka mi się nie spodoba. Nie dlatego że nie lubię jazzu (ten etap mam dawno za sobą). Za musicalami jednak nie przepadam, a trailer nie wróżył nic dobrego. Koniec końców muzyka okazała się jednak perfekcyjna. I nawet nie dlatego że wpada w ucho (chociaż „City of Stars” sinks in i naprawdę się cieszę, że Oscara wreszcie zdobędzie piosenka, której da się słuchać, i da się jej słuchać z uśmiechem), lecz dlatego że jest wyjątkowo spójna (tak spójna, jak to bywało w musicalach dawno temu). Co roku trafiają się jakieś filmy, o których się pisze, że są hołdem dla klasycznego kina i dopiero oglądając „La La Land”, widzi się, że tak naprawdę nie były (w najlepszym razie aspirowały). Prawdziwy hołd jest właśnie tutaj (a największy wcale nie dla klasycznych musicali, tylko dla „Casablanki”).

Odpowiedź na pytanie, czy „La La Land” zdobędzie tego najważniejszego Oscara (poza tym, że zgarnie cały worek), musi być twierdząca. Idąc w ślady „Artysty” (dokładnie po nich), zdobędzie. A choć nie jest to obraz wybitny i żadnych odkrywczych prawd nie sprzedaje, nie będzie w tym nic złego (nie byłoby w tym nic złego, nawet gdyby wygrał wyłącznie za styl i wybitną realizację). Taka cudowna mieszanka artyzmu, pasji, szczerości, pozytywnej energii i niesamowitej reżyserskiej kontroli nie trafia się co dzień.

W każdym razie film jest chyba dobry, skoro w piątkowy wieczór był spokój na dużej multipleksowej sali. Wbrew moim obawom wszyscy widzowie grzecznie słuchali i oglądali.:D

*Po pierwszym seansie było naciągane 8/10, ale ostatecznie miłość zwyciężyła. ;D

Split

2 komentarze

Filed under Film

W kinie: „Split” (2016)

Tytuł oryginalny: „Split”
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Zdjęcia: Mike Gioulakis
Muzyka: West Dylan Thordson
Moja ocena: 7,5/10

W swoim czasie „Szósty zmysł” zrobił na mnie duże wrażenie (miałam to szczęście, że nikt nie zespoilował mi twistu), ale nie był to nigdy jeden z moich ulubionych filmów. To, co Shyamalan kręcił potem, w najlepszym razie dało się obejrzeć, ale mało kogo zachwycało (jeśli kogoś w ogóle), tak że zdążyłam już postawić krzyżyk na tym reżyserze. Nie do końca wiem, co mnie podkusiło, żeby w 2015 roku pójść do kina na „Wizytę”, ale z projekcji wyszłam zachwycona. Z przekonaniem, że jeśli potrzeba było tylu lat chaotycznych poszukiwań, żeby M. Night wreszcie stworzył coś ciekawego i innego, to warto było się przemęczyć i poczekać. Tak na „Wizytę”, jak i na „Split”, który jest dowodem na to, że „Wizyta” nie była dziełem przypadku i że Shyamalan powrócił na dobre.

„Split” to film o 3 nastolatkach porwanych w biały dzień z publicznego parkingu przez człowieka cierpiącego na rozszczepienie jaźni. Tyle mogę Wam spokojnie zdradzić, gdyż do porwania dochodzi na samym początku filmu, a reżyser nie ukrywa kondycji psychicznej jednego z głównych bohaterów. Jakkolwiek rozumiem, skąd się tu wzięła etykietka „horror”, sugeruję nastawić się raczej na thriller psychologiczny. Co oczywiście nie oznacza, że film nie jest drastyczny. To, czy będziecie się bać, zależy od tego, co Was rusza. Ja na przykład w obecności osób niestabilnych emocjonalnie zamieram w taktycznym bezruchu, a jednocześnie robię się elektryczna.

Największą zaletą „Splitu” jest aktorstwo. Wiem, że do tego nie dojdzie, ale naprawdę chciałabym zobaczyć, jak wręczają McAvoyowi po jednej statuetce za każdą zagraną tu rolę. Rewelacyjny performance. Tak naturalny, że nie odczuwa się jego kalibru. Z seansu wyszłam jednak przyjemnie przytłoczona, a niepokój kroczył za mną. Dobre wrażenie robi tu też znana z „The Witch” i „Morgan” Anya Taylor-Joy. To jeszcze nie jest TA rola, która wyniesie ją na szczyt, ale nie mam wątpliwości, że dziewczyna zrobi karierę. Oprócz aktorstwa na pewno ucieszy Was też fakt, że nastolatki w tym filmie wcale nie są głupie, a dorośli tylko trochę. Wyjątkowo miła odmiana. Odpowiedź na pytanie „A twisty są?” brzmi: W zależności od tego, czego oczekujecie, może jest nawet kilka. Shyamalan teoretycznie gra z widzami w otwarte karty, ale oczywiście tylko do pewnego stopnia.

Moim największym filmowym zacieszem (również dlatego że dzień wcześniej kupiłyśmy z przyjaciółką bilety do Filharmonii na koncert chińskiej muzyki tradycyjnej) był news, że azjatycka muzyka dobrze robi na trawienie. Świetnie to brzmi w kontekście zakończenia. :D

Split

1 komentarz

Filed under Film

32. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Swój tegoroczny grafik festiwalowy opracowałam grubo ponad tydzień temu, ale wolałam się nim nie chwalić, dopóki nie będę miała biletów w ręku. Już mam więc lecimy.

Jako iż w tym roku wyjątkowo nie dam rady obejrzeć wszystkich swoich must-see (akurat te najbardziej wyczekiwane filmy będą grane tylko raz albo złośliwie kolidują ze sobą), pozwólcie że najpierw napiszę, na co się wybieram i dlaczego, a potem Wam kilka rzeczy polecę (również takich, na które bardzo chciałabym pójść, a dotrzeć nie dam rady).

Dotychczas swoje plany festiwalowe sygnalizowałam zawsze opublikowaniem grafiku więc może od tego zacznę:

07.10 (pt.) Dzieciak | Multikino Złote Tarasy | M2, 16:00 – 17:38
07.10 (pt.) Plac zabaw | Multikino ZT | M4, 18:45 – 20:07
07.10 (pt.) Za górami, za wzgórzami | Kinoteka | K3, 21:00 – 22:30
08.10 (so.) Dziennik maszynisty | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:30
08.10 (so.) We krwi | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:44
08.10 (so.) Toril | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:45
08.10 (so.) Zabliźnione serca | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:45
08.10 (so.) Honorowy obywatel | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:57
09.10 (nd.) Zaraza we wsi Karatas | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:20
09.10 (nd.) 5 października + Dziennik weselnego fotografa | Kinoteka | K3, 13:30 – 15:02
09.10 (nd.) Księżyc w dwunastym domu | Kinoteka | K2, 16:30 – 18:19
09.10 (nd.) Matka | Kinoteka | K2, 19:00 – 20:40
09.10 (nd.) Potwór z Martfű | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:28
10.10 (pn.) Gukoroku – Ślady grzechu | Multikino ZT | M4, 16:15 – 18:15
10.10 (pn.) Między nami | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:33
10.10 (pn.) Księżycowe kundle | Multikino ZT | M2, 21:00 – 22:30
11.10 (wt.) Ciemność | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:32
11.10 (wt.) Nauczycielka | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:40
12.10 (śr.) Kraina małych ludzi | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:38
12.10 (śr.) Prawdziwe zbrodnie | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:10
12.10 (śr.) Serce z kamienia | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:40
13.10 (cz.) Zwariować ze szczęścia | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:26
13.10 (cz.) W środku wulkanu | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:26
14.10 (pt.) To nie są najlepsze dni mojego życia | K2, 16:30 – 17:51
14.10 (pt.) Dobry dzień, żeby umrzeć | Kinoteka | K1, 18:30 – 19:57
14.10 (pt.) To tylko koniec świata | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:37
15.10 (so.) Album | Kinoteka | K2, 14:00 – 15:44
15.10 (so.) Zderzenie | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:37
15.10 (so.) Bez Boga | Kinoteka | K3, 18:30 – 20:09
15.10 (so.) Psy | Kinoteka | K7, 21:00 – 22:44
16.10 (nd.) Nazywam się Cukinia | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:06
16.10 (nd.) Polująca z orłami | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:27
16.10 (nd.) Błogosławione korzyści | Multikino ZT | M2, 18:30 – 20:05
16.10 (nd.) Odyseja | Multikino ZT | M1, 21:00 – 23:02

img_2331

A teraz pokrótce dlaczego tak:

„Dzieciak” („Le fils de Jean”) (FRA/CAN, 2016), reż. Philippe Lioret – nie był to dla mnie film pierwszego wyboru, ale w miarę możliwości starałam się wcisnąć w grafik tyle filmów z Konkursu Międzynarodowego, ile się dało. „Dzieciak” to film o młodym Francuzie, który dowiaduje się, że miał w Kanadzie ojca. Lioret to reżyser wielokrotnie nagradzany, jego film „Welcome” zdobył na WFF-ie w 2009 roku Nagrodę Publiczności, lubię kino rodzinne, dzięki Dolanowi kino kanadyjskie dobrze mi się kojarzy, a po cichu liczę też na bajeczne widoki więc ryzyk fizyk. Więcej na temat filmu tutaj.

„Plac zabaw” („Plac zabaw”) (POL, 2016), reż. Bartosz M. Kowalski – jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich produkcji w tym roku. Nawet nie doczytuję szczegółów, bo się napaliłam i nie chcę sobie filmu zespoilować. W 2014 roku Bartosz M. Kowalski i Stanisław Warwas dostali za ten scenariusz Nagrodę Główną Script Pro, a sam Kowalski właśnie zdobył Nagrodę za debiut reżyserski na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Więcej na temat filmu tutaj.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Aż do piekła” (2016)

Tytuł oryginalny: „Hell or High Water”
Reżyseria: David Mackenzie
Zdjęcia: Giles Nuttgens
Muzyka: Nick Cave i Warren Ellis
Moja ocena: 8,5/10

Taka refleksja: Mieszkając w USA, mniej bym się bała tych, którzy strzelać potrafią, niż tych, co mają pozwolenie na broń, a w strzelaniu nie celują. Tym bardziej że do strzelania to tam każdy pierwszy. Choćby po to, by móc ulżyć swoim frustracjom. Druga refleksja (zapożyczona od przyjaciółki): film jest całkiem niewiarygodny, bo Pine za nic w świecie nie mógłby obrabiać banków. Nie z tym oczami. Zbyt są charakterystyczne.;D

Ja bym ten tytuł (nawiązujący do „hell or high water clause”, czyli takiej klauzuli w kontrakcie, która mówi, że choćby świat zalał potop i wszystko diabli wzięli, obie strony i tak muszą dotrzymać warunków umowy oraz wyrażenia „come hell or high water”) przetłumaczyła jako „Za wszelką cenę”, ale że są już w polskim obiegu 2 znane i z 5 mało znanych filmów, których tytuły tak u nas zinterpretowano (w przypadku większości, w tym tego najsłynniejszego, bez sensu), to „Aż do piekła” też ujdzie.

Akcja filmu rozgrywa się współcześnie w Zachodnim Teksasie, w którym bieda już nawet nie piszczy, tylko na całej długości mocno wali po oczach (zanim wpadniecie na pomysł, że w Polsce byłoby lepiej, gdyby wszystko było prywatne, dobrowolne i składkowe, koniecznie obejrzyjcie ten film; prawda jest taka, że byłoby tak jak w Teksasie, przypadkiem nawet światopogląd podobny, z zastrzeżeniem, że tam jest jednak wciąż większa kultura, większa świadomość społeczna i większe przywiązanie do właściwie pojętego honoru). Jedynym sposobem, by wyrwać z tego kręgu nawet nie siebie, lecz potomków, jest sięgniecie po drastyczne środki. Bracia Howard wybierają metodę napadów na banki (jednak żeby nie było zbyt prosto i tak całkiem sztampowo, niekoniecznie na przypadkowe).

Film obejrzałam dzień po nadrobieniu wreszcie obrazu „To nie jest kraj dla starych ludzi”, który to tytuł przywołuję nie dlatego, że produkcje te są podobne, ale dlatego że obie cudownie ogrywają teksańską mentalność. W przypadku „Aż do piekła” to właściwie najfajniejsza warstwa filmu i źródło wielkiej uciechy. Fabuła nie jest ani oryginalna, ani zagmatwana więc o sukcesie projektu musiały zadecydować i zadecydowały inne czynniki. Świetne dialogi (scenariusz jest prosty, ale to prostota wyjątkowo elegancka; w tym miejscu wyjaśnienie: w Polsce „Aż do piekła” jest reklamowane jako „film twórcy Sicario”; no więc właśnie o scenarzystę – Taylora Sheridana – tu chodzi), zgryźliwy humor (w którym przoduje szeryf Hamilton), bardzo dobre aktorstwo (poczynając od jednej z najlepszych kreacji Jeffa Bridgesa, przez brawurowy popis Bena Fostera po prawdopodobnie pierwszą skomplikowaną rolę w karierze Chrisa Pine’a, z którą całkiem nieźle sobie poradził, a i epizody są tu bardzo zacne), jak to u Mackenziego – piękne zdjęcia jego etatowego współpracownika Gilesa Nuttgensa i wspaniałą muzykę (zarówno score współstworzony przez Nicka Cave’a, jak i, o dziwo, countrowy soundtrack; muzyka country to nie do końca moje klimaty, lubię dość wybiórczo, ale tutaj ma się wrażenie, jakby wybrano na podkład same najlepsze możliwe kawałki; aż noga chodzi:). Ciekawe jest to, że wcale nie czuć, że film nakręcił ktoś z zewnątrz. Mimo iż wyreżyserował go Szkot, wszystko jest tu z gruntu amerykańskie i prawdziwe w swej amerykańskości. I to wyjątkowej amerykańskości, która niczym nie irytuje, za to od pierwszej chwili wzbudza ogrom sympatii, czułości i solidarności. Rzadki okaz więc chwytajcie.

Hell or High Water

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” (2016)

Tytuł oryginalny: „Captain America: Civil War
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Zdjęcia: Trent Opaloch
Muzyka: Henry Jackman
Moja ocena: 7,5/10

[Dla optymalnego odbioru i lepszego efektu zaleca się kontemplowanie tego obrazu w formacie IMAX 3D. Nope, IMAX mi za tę reklamę nie płaci. Przynajmniej nie na tym padole;) Tylko nie zapomnijcie dosiedzieć do końca napisów, bo tradycyjnie mamy tu 2 post-credity!]

O co chodzi z tymi imionami matek? Serio, to jakiś happening ponad podziałami?=D

Prawdę mówiąc, sądziłam, że podobieństwo między „Świtem sprawiedliwości” a „Wojną bohaterów” okaże się mniejsze (yep, nie czytałam komiksu; wiedząc, że powstanie film, tym bardziej nie chciałam sobie psuć zabawy; poza tym oczekiwałam, że bracia Russo zdrowo w tym wszystkim zamieszają). Wydawało mi się też, że w przypadku nowego „Kapitana” konflikt okaże się lepiej umotywowany (w przeciwieństwie do DC, które dotychczas działało dość chaotycznie i dopiero teraz podjęło próbę stworzenia swojego filmowego uniwersum, Marvel od lat sumiennie i konsekwentnie buduje swoje MCU, pilnując, żeby wszystko ładnie się zazębiało i zawsze z czegoś wynikało więc oczekiwałam, że wszystko tu będzie miało więcej sensu). Koniec końców okazało się jednak, że to właściwie ten sam film – z bardzo podobną osią fabularną oraz identycznym rozkładem sił i racji, a różnice są bardziej ilościowe niż jakościowe (u Marvela jest po prostu wszystkiego więcej: więcej wątków, więcej superbohaterów, większa pompa; no może jedynie rozpierdol mniejszy; bogiem demolki pozostaje Zack Snyder).

Fabuła „Wojny bohaterów” koncentruje się na, w sumie poważnym, problemie collateral damage. Piszę „w sumie poważnym”, bo generalnie jest to dość istotna kwestia. Nie wiem tylko, czy naprawdę da się o tym poważnie podyskutować, gdy w grę wchodzi alternatywna marvelowska rzeczywistość ustawicznie borykająca się z międzygalaktycznymi inwazjami i megatonami niestabilnej nadprzyrodzoności (tam, gdzie się leją meteoryty, część dinozaurów siłą rzeczy musi wyginąć, i wcale nie jest powiedziane, że okiełznanie dobrych meteorytów poskutkuje tym, że te złe się uspokoją; doświadczenie podpowiada, że prędzej zaczną się bić między sobą). Oto przychodzi dzień, gdy marvelowski rząd Stanów Zjednoczonych dochodzi do wniosku, że dotychczasowa strategia walki z nieszczęściami tego wszechświata była niewłaściwa. Postanawia więc jednak zacząć negocjować z terrorystami i kosmitami (good luck with that:), a Avengersami zarządzać jak rakietami dalekiego zasięgu odpalanymi w razie potrzeby za zgodą, a wręcz z inicjatywy ani trochę nieskorumpowanej i w żadnym razie nie obarczonej ciężarem prywatnych interesów organizacji jaką jest ONZ. Jako iż z historii poczynań Tony’ego Starka możemy się nauczyć, że Stark niczego nie uczy się z historii, rządowe ultimatum momentalnie trafia na podatny grunt. O ile motywacje części filmowych bohaterów wydają się absurdalne, o tyle sam konflikt superbohaterski jest tu w pełni uzasadniony. Ktoś w końcu musi mieć głowę na karku i być gotowym powiedzieć „NIE!”, gdy inni ktosie nie grzeszą wyobraźnią i poczytalnością.

Moja ocena tego filmu nie zdradza rozczarowania (w końcu dałam 7,5/10 i zaokrągliłam do 8-ki, a na ocenie „bardzo dobrej” moja skala ocen się kończy; 9-ek i 10-ek używam jedynie do stopniowania słowa „kocham”), ale to nieprawda, że wszystko jest z tą produkcją w porządku. Punktem odniesienia niech będą tu 2 inne Marvele: „Avengers: Czas Ultrona”, którym to filmem byłam poważnie rozczarowana, a mimo to ze względu na bohaterów zaokrągliłam mu ocenę do 7-ki i „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” – jak dla mnie najlepszy Marvel i jedna z najlepszych „ekranizacji komiksu”, jakie dotąd wypuszczono, czysty ideał, 10/10. „Kapitanowi Ameryce: Wojnie bohaterów”, mimo iż porusza wiele wątków, sprawnie myli tropy i stanowi źródło godziwej niezobowiązującej superbohaterskiej rozrywki, do ideału daleko. I wiem nawet, w czym problem. Primo: To wcale nie jest 3 część „Kapitana Ameryki”, tylko kolejna odsłona „Avengersów” (gdyby nie motyw Bucky’ego, główny zrąb tytułu nie miałby żadnego uzasadnienia), i to odsłona podążająca tropem niekoniecznie udanego „Czasu Ultrona”, który nie dbał o fabułę, stawiając na kumulację superherosów i starcia między nimi. Secundo: Motywacje tak zwanych by-the-lawsów i ich decyzje są tak wydumane i przesadzone, że trudno je zrozumieć i usprawiedliwić. Stark oczywiście po raz kolejny zachowuje się jak próżny, rozpieszczony i coraz mniej lotny dupek, co owocuje kolejną porcją efektownej, ale bezsensownej nawalanki i rozwałki. Zemo też na pewno nie kwalifikuje się do miana supervillaina. Bądź tym, kim byłeś, rób to, co robiłeś, a potem miej pretensje, że ktoś Ci zdmuchnął chatkę. Tertio: Jak dla mnie za dużo w tej opowieści tych Avengersów, za którymi nie przepadam (miło chociaż, że wylądowali w tym samym obozie). I jeszcze ten koszmarny nowy Spider-Man. Który fan „Gwiezdnych wojen” (i mówię to ja, która właściwie fanką nie jestem) określiłby AT-AT’a mianem „that walking thing”?! A to tylko kropla w morzu wad Pajęczaka. Tom Holland nie imponuje warsztatem aktorskim więc cała rola zbudowana jest na mocno przegiętej nadpobudliwości i lamerskich one-linerach. Na szczęście tę castingowo-scenariuszową porażkę wetuje Chadwick Boseman w roli Czarnej Pantery. Instynktownie unikający wszelkich struktur, ale potrafiący je wykorzystywać, bardzo koci, bardzo męski, bardzo bystry i pod każdym względem zajebisty. Live long and prosper, koteczku! :D

Captain America: Civil War

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” (2016)

Tytuł oryginalny: „Batman v Superman: Dawn of Justice
Reżyseria: Zack Snyder
Zdjęcia: Larry Fong
Muzyka: Hans Zimmer i Junkie XL (aka Tom Holkenborg)
Moja ocena: 7,5/10

„Superman nie odpowiada przed nikim, nawet przed Bogiem”. Ekstra! Team Superman! Nie, żeby była to decyzja łatwa. Affleck chyba nigdy nie wyglądał tak zajebiście jak obecnie (mam poważne wątpliwości, czy Henry zdoła się tak ładnie zestarzeć; chociaż teoretycznie oczy są najważniejsze, a te ma Cavill, jak wiadomo, obłędne). Poza tym fajny z niego Batman. Zacietrzewiony, zawzięty, zblazowany, zraniony, z krwi i kości. Good job! Jedynym, co mnie szczerze martwi, jest jego fascynacja prewencyjną eksterminacją (a przecież to Luthor miał tu być naczelnym lunatykiem). Było już paru takich mądrych. Nigdy się to dobrze nie skończyło. Nah! Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale jednak Team Superman, Team Superman, Team Superman!;D

No dobrze, ale o co chodzi z tym Batmanem i Supermanem? To ten film, w którym Batman naparza Kal-Ela, prawda? Dlaczego?! I mean, WHY ON EARTH?!? Powodów jest potencjalnie kilka (gdyby zebrać je do kupy, może nawet uzbierałby się jeden, który ma ręce i nogi). Ja jednak obstawiam, że to kwestia braku dziewczyny (no przecież nie może chodzić o collateral damage; w końcu nie, żeby przez Batmana nikt nigdy nie zginął). Superman nie ma tego kłopotu i proszę, oaza spokoju. Wyrozumiały, cierpliwy, często gęsto uśmiechnięty od ucha do ucha. W tym czasie Batman „is lost in bitterness”. Ktoś musiał ponieść tego konsekwencje. W sumie to i tak powinno nas dziwić raczej to, że ta próba sił nie zdarzyła się w żadnym filmie wcześniej. W końcu jak daleko jest z Nowego Jorku do New Jersey? Ilu supersamców alfa może urzędować w tym samym okręgu?

Nowy „Batman” ma swoje wady. Motywacje bohaterów są mocno naciągane (taaak, bo zazwyczaj nie są;), konflikt jest tak głęboki, że da się go zakończyć w 2 minuty przy pomocy bezpiecznego słowa (to chyba największy feler, ale wybaczam, bo to autentycznie śmieszne), a choć całość jest o wiele lepsza i bardziej spójna od „Człowieka ze stali” i naprostowuje część wad tegoż, koniec końców i tak ma się wrażenie, że chodziło przede wszystkim o doprowadzenie do nieziemskiej rozpierduchy (jak dla mnie nie ma w tym niczego złego, ale wiem, że niektórym to nie wystarcza). Mimo to nie rozumiem tej całej chłodnej recepcji. Ok, też mam już dosyć powracania za każdym razem do sceny śmierci rodziców Bruce’a i nie jestem fanką hollywoodzkiego patosu (którego tu nie brakuje, zwłaszcza w końcówce), ale poza tym film jest w porządku i w niczym nie ustępuje poprzednim batmovies (no może w czymś tam jednak owszem, biorąc pod uwagę rozrzut moich ocen, ale to są bardziej kwestie podobania się niż zasadnicze różnice w jakości). Nie licząc zbyt szybko rozegranego finału, akcja rozwija się w zrównoważonym tempie, Snyder nie obraca wszystkiego w żart (praktycznie nie ma tu one-linerów; choć ponoć da się usłyszeć kilka w żenującym polskim dubbingu) i dba o to, żeby nie zabrakło mroku i poczucia beznadziei, Batman jest dobry (i ma fajny kostium, bazujący na projekcie Franka Millera), Superman najlepszy z dotychczasowych (jego kostium jest nawet lepszy; tak, wciąż się nie mogę nacieszyć tym, że bielizna jest, o ile w ogóle jest, wreszcie na swoim miejscu), villain odpowiednio neurotyczny (nie próbujcie mi wciskać kitu, że Joker, Pingwin czy Zagadka byli subtelniejsi; wszyscy, powtarzam, WSZYSCY, byli zdrowo pieprznięci i w kosmos przerysowani; Lex Eisenberga wpisuje się w tę tradycję), efekty bardzo dobre, dobrze dopasowana muzyka, nie brak też iście marvelowskich nawiązań do całego uniwersum (to miło, że DC postanowiło w końcu ogarnąć swoją kuwetę; tylko nie napalajcie się za bardzo na Wonder Woman; this is a man’s world; od początku do końca). W czym więc problem i why so serious?

Batman v Superman

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Głośniej od bomb” (2015)

Tytuł oryginalny: „Louder Than Bombs
Reżyseria: Joachim Trier
Zdjęcia: Jakob Ihre
Muzyka: Ola Fløttum
Moja ocena: 7,5/10

Trudno powiedzieć, że Joachim Trier – reżyser „Reprise” i „Oslo, 31 sierpnia” – dorobił się anglojęzycznego filmu z gwiazdorską obsadą szybko. W końcu od jego debiutu fabularnego do premiery „Głośniej od bomb” minęło aż 9 lat. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż w tym czasie nakręcił tylko 2 obrazy, można jednak orzec, że wypracowanie ogromnego kredytu zaufania u producentów (budżet tej produkcji to ok. 11 milionów dolarów) przyszło mu dość łatwo. Z przyjemnością też stwierdzam, że nie musiał w tym celu zaprzedać duszy diabłu. Nadal kręci autorskie, wymagające kino. Umiejętnie unikające tak banału, jak i fajerwerków.

Fabuła „Głośniej od bomb” kręci się wokół Isabelle Reed – słynnej fotografki wojennej, żony (niegdyś wielce popularnego) aktora Gene’a i matki dwóch chłopców – Jonah i Conrada, ofiary śmiertelnego wypadku samochodowego. Mimo iż minęło parę lat od tego zdarzenia, mąż i synowie wciąż nie poradzili sobie ze stratą, którą każdy z nich przeżył inaczej. Zbliżająca się wystawa fotografii zmarłej przywołuje mnóstwo wspomnień i zmusza mężczyzn do konfrontacji.

„Głośniej od bomb” to w dużej mierze koncentrujący się na postaci outsidera, choć nie odpuszczający przy tym reszcie bohaterów, film o więziach rodzinnych, problemach z porozumieniem się, zagubieniu, traumie, godzeniu się ze stratą. Tak, to już było. Wielokrotnie. Chociażby w „Zwyczajnych ludziach” Redforda, że posłużę się tytułem, który jako pierwszy przyszedł mi na myśl w trakcie seansu. Temat został ograny i praktycznie wyczerpany. Nie jest to kino oryginalne. Ani nawet zaprezentowane w stosunkowo świeżym ujęciu. Nie licząc sceny wypadku (fantastycznie nakręconej, w dodatku z mistrzowskim wykorzystaniem CGI), pięknych zdjęć Jakoba Ihre i magicznej muzyki Oli Fløttuma, nie jest to także kino efektowne. Nie powala tempem, nie serwuje spektakularnych zwrotów akcji, nie jest szczególnie emocjonalne. Niemal wszyscy bohaterowie przejawiają tendencję do kierowania uczuć do wewnątrz więc prawdę o nich widz musi sobie sam zbudować. Ze strzępów wspomnień – obrazów, dźwięków, fragmentów rozmów. Wszystkich detali, z których obraz Triera jest utkany. Właśnie to jest tu naprawdę fajne. A jeszcze fajniejsza jest misterność i przewrotność tego utkania. Filmowy outsider – Conrad stwierdza w pewnym momencie, że jedną z najciekawszych rzeczy, których nauczyła go matka, jest wiedza o tym, jak poprzez przycinanie kadru można manipulować przekazem zdjęcia. To właśnie od samego początku robi z widzem Joachim Trier. Spróbujcie nie dać się nabrać:) A w międzyczasie pozwólcie sobie na rozkoszowanie się pięknem tych wszystkich puzzli. Unikalną nadzwyczajnością zwyczajnego życia. Głośniejsza od bomb może być tylko cisza, która następuje po nich. Nie każdy jest w stanie sobie z nią poradzić, ale czasem to ona bywa najciekawsza.

Louder Than Bombs

1 komentarz

Filed under Film