Tag Archives: krótka recenzja

Kinowe podsumowanie tygodnia: 23-29 stycznia 2017

„Ostatni będą pierwszymi” („Les premiers les derniers”) (BEL/FRA, 2016), reż. Bouli Lanners – tytuł filmu nie jest przypadkowy. „Ostatni będą pierwszymi” to – oprócz gangsterskiego kina drogi – rodzaj symbolicznej przypowieści. Co prawda nie czerpiącej z Biblii garściami, ale dość czytelnej i uświetnionej obecnością Jezusa (taki zeszłoroczny trend filmowy na zstąpienia z Nieba). Jezus nie jest co prawda głównym bohaterem (na pierwszym planie mamy dwie prostoduszne zagubione owieczki i dwa twarde, acz sprawiedliwe wilki), ale ostatecznie i tak kradnie spektakl. Jako że mowa o filmie belgijskim (w teorii jest to belgijsko-francuska koprodukcja, ale od początku widać i słychać, że to kino belgijskie czystej krwi), możecie sobie wyobrazić, w jakim stylu.:) Skoro już przy stylu jesteśmy, bardzo ładne są w tym filmie zdjęcia. Trochę przehadeerowane, ale niepokojąco mroczne i dobrze skomponowane. Za tło muzyczne robią oczywiście wariacje na temat country (pod wieloma względami, nie tylko muzycznym, Belgia jest już bardziej country-and-westernowa niż Stany). Lilium, Cheap Killers, Limousine (rzucam nazwami zespołów na wypadek, gdyby ktoś szukał). Dodatkową atrakcją filmu jest śpiewający Max von Sydow. To także jedna z nielicznych produkcji, w których listę płac (napisy) otwiera zwierzę, w tym przypadku pies Gibus. Szacun. 6/10

„W pionie” („Rester vertical”) (FRA, 2016), reż. Alain Guiraudie – nowy film Alaina Guiraudie to obraz o bardzo wielu rzeczach (zbyt wielu). O problemach francuskiej wsi, ojcostwie (w tym samotnym), godności ludzkiej, piętnie wykluczenia, katuszach procesu twórczego (chyba lepiej skończę z tym pisaniem, zanim mi zaszkodzi). Byłby to całkiem nudny film, gdyby nie był taki porypany i nie sprzedawał swoich ważkich przesłań z absurdalnym humorem na pograniczu snu i jawy. „W pionie” to rodzaj wspomaganego samobójstwa (inside joke). Wizję reżyser miał ciekawą, ale tak poprowadził scenariusz, że prawie nikt nie wyszedł z tego cało (choć aktorzy zrobili, co mogli). Naprawdę trudno się powstrzymać od utożsamienia Guiraudiego z głównym bohaterem. Widać, że chciał stworzyć coś wielkiego, ale to, co napisał, prezentuje się raczej jak coś wymęczonego na zamówienie. Cenię szczerość, jeśli coś miałoby mnie obrzydzić, to prędzej poród, na pewno nie genitalia, chwilami miałam jednak wrażenie, że Guiraudie próbował złapać za ogon zbyt wiele tabu jednocześnie. No dobra. Koniec narzekań. Film mógłby być lepszy, ale jest przynajmniej przyjemnie dziwny i zabawny (choć podejrzewam, że nikt nie bawił się przy nim tak jak montażysta), a w pamięci zostaje coś więcej niż malownicze pejzaże i ładne zdjęcia. 6/10

„Dlaczego on?” („Why Him?”) (USA, 2016), reż. John Hamburg – dlaczego on? Dlaczego ten film? Czemu na niego poszłam? Czemu nie sprawdziłam, że reżyserem jest autor „Nadchodzi Polly” (filmu, którego szczerze nienawidzę. nie licząc fretki, po całości)? Nie jestem jakąś szczególną fanką filmu „Poznaj mojego tatę”, ale przy produkcji Hamburga jawi się on jako arcydzieło gatunku. „Dlaczego on?” to kolejna głupawa, niesmaczna pseudokomedia, w której dźwignią dowcipu są przekleństwa (więcej fucków niż dialogów) i fizjologia. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny (jedyne jakoś tam śmieszne) rozgrywają się w toalecie. Od poziomu totalnego klozetu ratuje przedsięwzięcie jedynie talent mimiczny Briana Cranstona. Bez jego wkładu film byłby całkowicie niejadalny. 2/10

„Manchester by the Sea” („Manchester by the Sea”) (USA, 2016), reż. Kenneth Lonergan – idąc na seans, wiedziałam, że: a) jest to film o człowieku, który po śmierci brata wraca do rodzinnej miejscowości, by zająć się synem zmarłego. b) film jest rewelacyjnie zagrany, a Oscar dla Afflecka jest już praktycznie przyklepany, c) reżyserowi udało się uniknąć typowego dla takich opowieści tonu, d) należy ze sobą zabrać pudło chusteczek, bo wszyscy na tym ryczą. Ostatecznie okazało się, że: a) „Manchester by the Sea” jest kroniką nieszczęść całej rodziny głównego bohatera (a jest tych nieszczęść dużo. ciut za dużo. i to jest właśnie jedno z moich nielicznych zastrzeżeń wobec tego filmu), b) aktorzy faktycznie dali z siebie wszystko, a Casey zasłużył na nagrody, chociaż tak prywatnie największe wrażenie zrobiła na mnie Michelle Williams (z gracją przebiła się przez moje osłony, no i wycisnęła tę drobną rólkę do ostatniej kropli), c) mimo ciężkiej tematyki film ciężki nie jest. nie jest to klasyczny wyciskacz łez. wręcz przeciwnie – Lonergan postawił przede wszystkim na dystans i humor (czarny, zgryźliwy, sytuacyjny. może nie tak dobitny jak w „Ostatniej rodzinie”, ale podobny), d) w pewnym momencie (głównie dzięki Michelle Williams) rzeczywiście się wzruszyłam, ale obeszło się bez powodzi (niestety nie mogę Wam zagwarantować, że chusteczki Wam się nie przydadzą. byłam na filmie w towarzystwie i każde z nas zareagowało inaczej). Moim jedynym poważnym zarzutem względem tego obrazu jest sposób wykorzystania muzyki. Hiciory Händla (którego szczerze kocham, ale umieszczanie jego dzieł w filmach to często szantaż emocjonalny) nie pasują do tej produkcji (przejmujące monumentalne tony w obrazie, który teoretycznie próbuje być kameralny, dają poczucie sporego dysonansu) i drażnią. Do czasu nakręcenia „Manchesteru by the Sea” Kenneth Lonergan był twórcą niekomercyjnym (reżyserem intrygującej „Margaret” i cudownego „Możesz na mnie liczyć”). W zeszłym roku opłaciło mu się stanąć na rozstaju, ale mam nadzieję, że dalej już nie pójdzie. Szkoda by było takiego utalentowanego gościa dla Hollywoodu. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – recenzję popełniłam w zeszłym tygodniu i nie planuję pisać drugiej, ale jak widać, przez tydzień zmieniła się ocena. :) Czemu? Ano temu, że po powrocie z seansu nie mogłam przestać myśleć o tym widowisku. Szybko zaczęłam się też łapać na wyciu filmowych piosenek (oczywiście ulubioną stało się „Another Day Of Sun”. utwór, który najbardziej mi się nie podobał w trailerze:). Bo na reklamach przed drugim seansem przebierałam nogami, nie mogąc się doczekać, a gdy już się zaczęło, moje stopy pląsały, a wargi układały się do śpiewu. Bo za drugim razem film rozbawił mnie nawet bardziej (zwłaszcza Ryan. zwłaszcza w scenie przy basenie:), a nawet wzruszył. Bo świat tak nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądał, ale kto nam zabroni marzyć? Kto nam zabrania widzieć tylko to, co piękne? I pamiętajcie, idealny scenariusz nie istnieje, a gdyby nawet istniał, nie ma gwarancji, że byłby lepszy od aktualnego. Warto mieć też na uwadze to, że kiedy w labiryncie zamykają się drzwi, zwykle gdzieś otwierają się jakieś inne. Gdyby taki Chazelle zrobił karierę muzyczną, tak jak planował, nie zostałby genialnym reżyserem. I pewnie też byłoby dobrze, i nie wiedzielibyśmy, co straciliśmy więc nie zabolałaby nas ta strata, a jednak tak bardzo się cieszę, że wyszło tak, jak wyszło. 9,5/10 [P]

filmy-ostatni-beda-pierwszymi-w-pionie-dlaczego-on-manchester-by-the-sea-la-la-land

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 16-22 stycznia 2017

„Po prostu przyjaźń” („Po prostu przyjaźń”) (POL, 2016), reż. Filip Zylber – za SJP (może ktoś powinien podesłać słownik pani Karolinie Szablewskiej. tak na przyszłość): „Przyjaźń” = „bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdej okoliczności”. No, to bardzo mi przykro, ale jedyne przyjaźnie, na jakie możecie liczyć w tym filmie, to papierowe, ocierające się o paragraf (układ Szymon – Antek przechodzi wszelkie pojęcie), naciągane i nieistniejące. Prawie dałam się przekonać, że innych nie ma. Oczywiście na tym „zalety” tej produkcji się nie kończą. Jest jeszcze koszmarnie nudna i z każdą minutą (a ostrzegam, że jest to obraz długaśny niczym rolka toaletowego papieru) coraz bardziej ciąży ku wyjątkowo marnej telenoweli. Gdyby nie urok Grzegorza Damięckiego i magia Tatr (ukochane widoki), czas poświęcony na zapoznanie się z tym gniotem byłby całkowicie stracony, a tak jest tylko stracony. Nie polecam! 2,5/10

„Powidoki” („Powidoki”) (POL, 2016), reż. Andrzej Wajda – czy tylko ja szłabym do żołnierza wyklętego z chlebem, a nie z ryzą papieru?:/ Wiecie, najgorsze, że to znowu idzie. W telewizji uskutecznia się iście peerelowską propagandę, z podstawy programowej usuwa się Wałęsę czy teorię ewolucji, do spisu lektur wciska się (miłego władzy) Rymkiewicza zamiast Miłosza, a za granicą planuje się promować Ziemkiewicza zamiast artystów. Jak skończą z historią i literaturą, dobiorą się i do reszty sztuki, nie miejcie złudzeń. W końcu już od dawna polscy ministrowie kultury wolą budować termy i potworne kościoły niż dofinansowywać kulturę. Tylko patrzeć, a nie będzie czego zbierać. „Powidoki”, czyli opowieść o ostatnich latach życia wybitnego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego, który co prawda poległ w starciu z komunistyczną machiną, ale zrobił to na własnych warunkach – dziełem sztuki nie są (przy Strzemińskim i Kobro nie leżały), nie są też jakimś wybitnie dobrym filmem (choć dużo lepszym od rosyjskiego „Chagall – Malewicz” Mitty). To bardziej wykład z historii sztuki i lekcja historii niż wielkie kino (widać i słychać, że twórcy mieli problemy ze scenariuszem. kuleje też drugoplanowe aktorstwo), które z pewnością nie prezentowałoby się tak przyzwoicie, gdyby nie wszystkie wykorzystane w nim eksponaty (obrazy obrazami, ale ten design, meble!) i – przede wszystkim – Bogusław Linda (fantastyczna rola. być może życiówka). Film ten powstał jednak w dobrym momencie. I raczej nieprzypadkowo. Zakończyć karierę czymś tak bardzo na czasie i złowieszczym, to chyba dla artysty marzenie. 7/10

„Wielki Mur” („The Great Wall”) (CHN/USA, 2016), reż. Yimou Zhang – mix chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „GoT”, „Jurassic Park” i „World War Z”. Reżyserem tego miszmaszu jest Yimou Zhang. Tylko czy Yimou Zhang o tym wie? Więcej na temat filmu tutaj. 4/10

„Split” („Split”) (USA, 2016), reż. M. Night Shyamalan – 50 twarzy Greya. No dobra, 24, z czego 8 wyraźnych, w tym 5 odpicowanych. Chyba na stare lata Shyamalana pokocham. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – o dziwo (jak wiadomo, nie cierpię musicali), najlepsza jest z tego muzyka. :D Więcej na temat filmu tutaj. 9,5/10 [Po pierwszym seansie było 8, ale jednak kocham:]

filmy-po-prostu-przyjazn-powidoki-wielki-mur-split-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 09-15 stycznia 2017

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciuti”) (ITA, 2016), reż. Paolo Genovese – to jeden z tych filmów, które nie wymagają długiego komentarza. To po prostu trzeba zobaczyć. I chociaż uważam, że Genovese sknocił końcówkę – przedobrzył, to jednak wszystko to, co się tu dzieje wcześniej, przesądza o wysokiej jakości, zwłaszcza świetny montaż. Jeśli lubicie konfrontacyjne kino gadane pokroju „Rzezi”, „Sierpnia w hrabstwie Osage” czy „To tylko koniec świata”, to włoska lekka (nie mylić z banalną), przezabawna, lecz przenikliwa, a nadto bardzo płynna odsłona takiej poetyki na pewno przypadnie Wam do gustu. Nie tylko pomysłem (to film o grupie bardzo bliskich, bardzo zżytych przyjaciół i ich życiowych partnerów, którzy podczas wspólnej kolacji postanawiają przeprowadzić test zaufania i szczerości, dzieląc się przez ten czas swoimi rozmowami telefonicznymi, SMS-ami i powiadomieniami, oczywiście w konsekwencji każda z osób dzieli się czymś więcej. niekoniecznie tym, czym by chciała) i zwrotami akcji (a nawet zwrotami charakterów. Lele FTW!), ale też wspaniałymi dialogami i solidnym aktorstwem. Polecam! 7,5/10

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – tak, to nie pomyłka, już recenzowałam ten film. But you know what? Podniosłam ocenę:D I powiem tak: Jeśli drzemie w Was serce asasyna (serce Wikinga też się nada), to nie słuchajcie krytyków i idźcie do kina. Tylko niech tym kinem będzie IMAX (jeżeli piwo daje +1 do oceny, to IMAX najwyraźniej daje +2;P). Jeśli zaś nie lubicie tego typu filmów i chcecie to zobaczyć wyłącznie z ciekawości, to raczej będą to wyrzucone pieniądze. No chyba że pójdziecie na to w towarzystwie loży szyderców. Takie wyjścia z reguły dostarczają sporo radochy:) Luźne spostrzeżenia: Za drugim razem dialogi nie wkurzały mnie tak jak za pierwszym. Nadal są złe (więc nie ma mowy o ocenie bardzo dobrej), ale w sumie bywało gorzej (patrz: chociażby „Jack Reacher: Nigdy nie wracaj”), poza tym, od kiedy to w filmach o wojownikach dialogi odgrywają taką istotną rolę? Mogłyby, nie obraziłabym się, ale kurczę, „Valhalla Rising”! Bywa, że w ogóle nie są potrzebne:) Na pewno za drugim podejściem bawiłam się lepiej niż za pierwszym. Trochę tak jak Michael podczas kręcenia (swoją drogą, to złudzenie, czy po hiszpańsku Fassbender mówi jednak dużo lepiej niż po polsku? jego akcent tak nie razi i przynajmniej sepleni). Wiem, że niektórzy traktują słynne „What the fuck is going on?!” (ani chybi mem będzie) jako recenzję tego filmu, ja jednak kocham tę scenę:) Pisałam, że współczesności jest tu więcej niż Andaluzji A.D. 1492, i jest to prawda, ale te 3 hiszpańskie sekwencje są jednak dłuższe i jeszcze doskonalsze, niż mi się zdawało. Z kolei Michael paraduje bez koszulki krócej, niż sądziłam (to poważna wada).;D Zgodnie z przewidywaniami muzyka brzmi w IMAX-ie tak, że przechodzą ciary. Jako że Jed Kurzel jest wyjątkowo wszechstronnym kompozytorem (porównajcie sobie – w Spotify choćby – score’y do „Macbetha” i „Assassin’s Creed”. to jest dopiero rozpiętość), Junkie XL ma prawo czuć się zagrożony:) Gwoli uściślenia: Większość zdjęć do filmu nakręcono w prawdziwych lokacjach, m.in. w Andaluzji i na Malcie. Tak samo jak „Mad Max: Fury Road” „Assassin’s Creed” jest trochę podrasowany komputerowo, ale twórcy postawili przede wszystkim na efekty praktyczne i kaskaderów. Green screenu jest tu niewiele, zamiast cyfrowego duplikowania ludzi postawiono na statystów, walki z udziałem Fassbendera i Labed to w 95% ich własna robota, choreografie walk nadzorował Ben Cook, za parkour odpowiadał słynny Damien Walters. On też naprawdę wykonał leap of faith. Ze 125 stóp (38 metrów) bez zabezpieczeń. Zresztą sami zobaczcie:) 7,5/10 [P]

„Sing” („Sing”) (USA/UK/JPN, 2016), reż. Christophe Lourdelet, Garth Jennings – umówmy się, że „zaczniesz śpiewać i jakoś pójdzie” to bujda na resorach. Wciąż pamiętam ten dzień. Miałam 8 lat i byłam na drugich w życiu koloniach. Dobra atmosfera, troskliwa wychowawczyni, sympatyczni ludzie wokół. Kiedy wmanewrowali mnie w publiczne zaśpiewanie piosenki, nie protestowałam. Na próbach szło dobrze więc się nie bałam. Kiedy wyszłam na scenę, najpierw mnie zatkało, a gdy w końcu zaczęłam śpiewać… było źle i z każdym wersem coraz gorzej. Nie pamiętam, czy dowyłam do końca (wiem, że po wszystkim dali mi czekoladę), wciąż mam jednak przed oczami tę mieszaninę współczucia i grozy na twarzach widowni. Dziś pękłabym ze śmiechu (to taka filmowa scena była i to w paru różnych gatunkach), wtedy popłakałam się ze złości i obiecałam sobie, że nigdy więcej publicznie nie zaśpiewam („Deszczowa piosenka” nad ranem po imprezie się nie liczy). Za taki zwiastun jak ten singowy to się bęcki należą. Nie minęło 30 sekund trailera, a już wiedziałam, że nie chcę tej produkcji nigdy oglądać. Dotarłam na „Sing” wyłącznie dlatego że początek roku nie obfitował w premiery, 2 koleżanki zapewniły mnie, że film ujdzie, a w mojej sieci kin znalazły się ze 3 kopie z napisami (to smutne, ale w departamencie animacji napisy to ostatnimi laty prawdziwe święto). Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to wcale nie jest film o talent showie (choć na to właśnie wyglądał), a bardziej o prowadzeniu teatru. Że głównym bohaterem jest koala z głową pełną ideałów (w tej roli bardzo fajny McConaughey. nie wiem, czemu myślałam, że to Ed), a występy muzyczne to tylko nieszkodliwy dodatek (da się ich słuchać). Śmiałam się na tym tylko raz, ale za to jak (myjnia samochodowa wymywa!)! :D No może więcej niż raz, jeśli policzyć chichot na widok psiego bandu. Wersja z napisami naprawdę spoko. 6/10

„Konwój” („Konwój”) (POL, 2016), reż. Maciej Żak – jeśli to ma być odtrutka na Vegę (tak twierdzi Michał Walkiewicz), to poproszę kolejnego „Pitbulla”. Filmy Patryka są przynajmniej spójne i konsekwentne. Tutaj – w ponurej, mocno sensacyjnej historii o służbie więziennej, która próbując wyręczać sądy, całkiem traci kontakt z rzeczywistością – nic się kupy nie trzyma (co wkurza tym bardziej, że była szansa postawienia ważkiego pytania „Czy wolno nam?”, którą z kretesem zmarnowano na głupoty). Jak na incydent zbyt dobrze jest to zorganizowane, jak na proceder zbyt krzykliwe, ślepa krucjata Batmana Nowackiego jest fatalnie umotywowana, nie tylko dlatego że straty po stokroć przewyższają zyski. Jeśli coś się tu broni, to ewentualnie zakończenie i rola Ireneusza Czopa (reszty aktorów nie oceniam ze względu na kuriozalność postaci, które grają). Dobra jest muzyka Antoniego Łazarkiewicza, a Michał Sobociński zrobił porządne zdjęcia. 4,5/10

„Kot Bob i ja” („A Street Cat Named Bob”) (UK, 2016), reż. Roger Spottiswoode – w roli kota Boba kot Bob (ponoć zrobili casting do tej roli, ale żaden kot nie sprostał. koci profesjonaliści robią więc tutaj za dublerów i kaskaderów, a przez większość filmu na ekranie pojawia się prawdziwy Bob. nie dziwi mnie ta decyzja. he’s a natural!), tak że jest jakiś atut. Nie można też powiedzieć, że to film bez przesłania: Ludzie wolą pomagać kotom niż ludziom, proste. A człowiek z kotem zyskuje seal of approval tak samo jak przetestowane przez kota mięso. „Kot Bob i ja” to prawdziwa historia chłopaka, który wplątawszy się w narkotyki, upadł na samo dno i który odbił się od niego z pomocą ludzi i rezolutnego rudego kota. Film Spottiswoode’a jest ciepły, a nawet zabawny, ale też bardzo czułostkowy i niepozbawiony patosu. Jestem niemal pewna, że rzeczywistość prawdziwego Jamesa nie wyglądała tak kolorowo. Ale może tego typu pokrzepienie jest ludziom potrzebne. 5/10

„Ja, Olga Hepnarova” („Já, Olga Hepnarová”) (CZE/SVK/POL/FRA, 2016), reż. Petr Kazda, Tomás Weinreb – papierosy, seks i fochy. Palenie zamiast aktorstwa (niemalże w każdej pauzie. sprytny unik, ale sztuka żadna), modne czarno-białe zdjęcia (zapewne ze względów artystycznych, choć ja myślę, że są tu raczej po to, by ukryć, iż zamiast białego wina w butelkach była woda;P), chaotyczny, nieprzemyślany montaż (ciekawe, czy ktokolwiek z twórców pamięta, na jakiej zasadzie ten obraz cięli i kleili), insynuacje zamiast diagnozy. 10 lipca 1973 roku młoda Czeszka – Olga Hepnarová – wjechała ciężarówką w grupę ludzi stojących na przystanku. Do dziś trwają dyskusje na temat motywów dziewczyny i jej kondycji mentalnej. Nie wiem, czy prawdziwa Hepnarová była chora psychicznie. Patrząc przez pryzmat filmowej, nie bardzo. Olszańska od początku do końca zachowuje się raczej jak emo niż osoba częściowo niepoczytalna. Ciekawa też jestem, czy zestawianie problemów i wybuchów bohaterki z jej – co i rusz podkreślaną – orientacją, to aby na pewno przypadek. Dużo uproszczeń, dużo tanich tricków, żadnych odpowiedzi (które niby nie są obowiązkowe, ale w tym układzie nie wiem, po co to było kręcić, zwłaszcza w ten sposób). 4/10

filmy-perfetti-sconosciuti-assassins-creed-sing-konwoj-kot-bob-i-ja-ja-olga-hepnarova

1 komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 02-08 stycznia 2017

„Szczęście świata” („Szczęście świata”) (POL, 2016), reż. Michał Rosa – jakiż to jest śliczny film (te budynki i uliczki z duszą, te wszystkie piękne bibeloty, szykowne stroje i dodatki, te czarowne zdjęcia Marcina Koszałki, magia detali i małych rytuałów, ta przedwojenna galanteria), nawet jeśli w dużej mierze o niczym (na przykładzie życia mieszkańców śląskiej kamienicy, w tym stanowiącej centrum tamtejszego wszechświata powabnej Żydówki, Michał Rosa prezentuje nam przekrój społeczny międzywojennej Polski. a choć widmo nadchodzącej wojny wisi nad filmem wyraźnie i niesie on głębsze przesłanie, to jednak głównie karmi nas wielkim pięknem i cudowną, niewiarygodną wręcz sielanką). Jedno na pewno trzeba „Szczęściu świata” oddać. Pozwala poczuć, ile straciliśmy. Być może nie wypada pochylać się nad architekturą czy designem w obliczu śmierci tylu ludzi, ale mogę sobie tylko wyobrazić skalę nostalgii osób, które po wojnie trafiły do bloków z meblościanką, w sam środek postępującej bylejakości (która raczej nie przeminie za naszego życia). Ps. Główna bohaterka ma zwyczaj kąpać się w soli bocheńskiej (z dodatkiem suszonej pokrzywy i jałowca). Nie chcąc być gorsza, po dniu z piekła rodem wykąpałam się w wielickiej. I wiecie co? To działa. ;D #małeradości #takieprezentytojarozumiem. 6,5/10

Szczęście świata

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – ludzie, którzy nieopatrznie poszli na film w różowej bluzie z kapturem i zyskali ksywę My Little Assassin;) Dość szybko naszła mnie refleksja, że gdybyśmy mieli pić łyk piwa po każdym głupim tekście, jaki pada w tym filmie (zwłaszcza w pierwszej połowie. im dalej w las, tym lepiej), to za mało alkoholu ze sobą wzięliśmy (generalnie piwo okazało się dobrym pomysłem i w rozsądnych ilościach polecam). Na szczęście w pewnym momencie dialogi praktycznie się kończą, a sceny akcji, sekwencje walk i efekty specjalne (w przeważającej mierze praktyczne), zdjęcia oraz – last but not least – muzyka to czysta poezja. O czym jest ten film? O odwiecznej wojnie Templariuszy z Asasynami, o poszukiwaniu potężnego artefaktu – Rajskiego Jabłka, o pamięci genetycznej i wirtualnej rzeczywistości, które pozwalają głównemu bohaterowi cofnąć się do 1492 roku – czasów swojego przodka. Fabuła „Assassin’s Creed” bazuje na grze komputerowej pod tym samym tytułem, aczkolwiek jest to adaptacja bardzo luźna. Osoby, które grały w grę, zachwycone nie były (obie linie fabularne – współczesna i parahistoryczna to w przeważającej mierze radosna, choć wspierana przez Ubisoft, twórczość scenarzystów, niestety współczesności jest tu dużo więcej niż późnośredniowiecznej Hiszpanii, a zdaniem jednego z kolegów leap of faith jest za mało widowiskowy. żeby nie było, z tym ostatnim zarzutem totalnie się nie zgadzam. i to nie tylko dlatego że kaskader wykonuje tu prawdziwe skoki!). Z punktu widzenia osoby, która tylko o grze słyszała i w temacie orientuje się pobieżnie, ale przypadkiem kocha parkour, walki wręcz, kaskaderów i praktyczne efekty, braci Kurzel, Arkapawa i Fassbendera, co pozwala jej wyprzeć z pamięci czerstwe dialogi, jest jednak fajnie (trochę casus „Warcrafta”, który też bardziej podobał się osobom, które lubią gry, ale w tę konkretną nie grały. choć jeśli już przy paraekranizacjach gier jesteśmy, to film Kurzela budzi skojarzenia raczej z „Księciem Persji: Piaskami czasu” niż z „Warcraftem”). Na ten moment film się dopiero zwrócił. Premiera chińska jest jednak przewidziana dopiero na 10 lutego, tak że mam szczerą nadzieję, że tutaj też zadziała casus „Warcrafta” i że dzięki Chińczykom powstanie sequel. Czekam. BTW, nie wiem, czy wiecie, bo ja się dowiedziałam dopiero w zeszłym roku, ale prawo pozwala na pokazanie w Chinach tylko 34 zagranicznych produkcji rocznie. Właśnie dlatego „Warcraft: Początek” powstał w koprodukcji (między innymi) z Chinami, a jednym z producentów „Assassin’s Creed” jest Hong Kong. :D Disclaimer: Wiem, że moje zdanie na temat tego filmu, odbiega od zdania większości krytyków i części widzów, ale przemyślałam je i go nie zmienię. Nie zgadzajmy się, ale się szanujmy. Peace! 7,5/10 (Po pierwszym seansie było 6,5, ale w IMAX-ie zmieniłam zdanie:]

filmy-szczescie-swiata-assassins-creed

1 komentarz

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie emigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

„Tharlo” („Tharlo”) (CHN-TIB, 2015), reż. Pema Tseden – głównym bohaterem filmu jest pochodzący z powiatu Tongde (rodzinne okolice reżysera) pasterz o imieniu Tharlo (podobno jest to imię tradycyjnie nadawane, gdy rodzice życzą sobie, by dziecko było ich ostatnim. „tharlo” znaczy więc tyle co „koniec”), który po latach obywania się bez dokumentów dostaje nakaz wyrobienia sobie dowodu osobistego, co zmusza go do udania się do miasta. Na miejscu dochodzi do nieuniknionego zderzenia kultur (między miastem a prowincją jest duża przepaść cywilizacyjna), które budzi w bohaterze wiele nieuświadomionych dotąd potrzeb. Kino tybetańskie jest kinematografią bardzo młodą. Jej początki datują się bodajże na rok 2002. Reżyser „Tharlo” – Pema Tseden był pierwszym tybetańskim twórcą, który ukończył Pekińską Akademię Filmową. W samym Tybecie bywa ciężko o edukację, a co dopiero o edukację filmową. W tych okolicznościach pojawia się więc naturalna chęć wsparcia tego kina, choćby poprzez obniżenie wymagań. W przypadku „Tharlo” nie jest to jednak konieczne. Od strony technicznej nic bowiem temu filmowi nie brakuje. No prawie, bo w moim odczuciu nie jest on w ogóle zmontowany. Natomiast zdjęcia ma ładne, dobrze jest udźwiękowiony (dźwięk odgrywa tu równie ważną rolę co przyjemnie etniczna muzyka), w roli Tharlo występuje tybetański gwiazdor Shide Nyima, który wypada tu bardzo wiarygodnie. Więc co mi nie zagrało? Abstrahując od wydłużanych na siłę scen rozgrywanych w czasie rzeczywistym (po jakichś 40 minutach miałam już tego serdecznie dosyć) i faktu, iż główny bohater ma łatwość usprawiedliwiania swoich błędów niczym jakiś lud pierwotny, o dziwo, wydźwięk. Przeczytałam gdzieś, że to opowieść o narodzie rozdartym między przeszłością a przyszłością. Problem w tym, że i przeszłość, i przyszłość, wyglądają tu tak, jak gdyby namalował je rząd chiński. „Tharlo” to kino o niezaprzeczalnej wartości etnograficznej i wyraźnych walorach artystycznych, ale wciąż mam wątpliwości, komu miało posłużyć. 5/10

„Długie przeprosiny” („Nagai iiwake”) (JPN, 2016), reż. Miwa Nishikawa – tak mogłaby wyglądać „Destrukcja” Jean-Marca Vallée, gdyby była dobrym filmem. W obu przypadkach nie do końca zgadzam się z finałową konkluzją, ale w przypadku „Długich przeprosin” droga, która do niej prowadzi, jest dużo ciekawsza (daleka od sztampy), a przede wszystkim subtelniejsza (w tym aspekcie kino japońskie deklasuje produkcje amerykańskie). Głównym bohaterem filmu jest znany pisarz i celebryta – Sachio Kinugasa (w tej roli świetny Masahiro Motoki), który właśnie stracił małżonkę. Problem w tym, że jedyna żałoba, na którą Sachio stać, to ta na pokaz – wizerunkowa. Dopiero kontakt z rodziną przyjaciółki żony, która zginęła w tym samym wypadku, uruchamia w nim jakąkolwiek refleksję. Nie jestem fanką poprzedniego filmu Miwy Nishikawy, czyli „Marzeń na sprzedaż” do tego stopnia, że życzyłam jej, żeby już nie kręciła;) Dobrze, że się nie spełniło, bo „Długie przeprosiny” to film więcej niż dobry. Złożony, niejednoznaczny, świetnie zbilansowany, umiejętnie przeplatający dramat z komedią, ciepły, uciekający od taniego sentymentalizmu i bardzo dobrze zagrany. 7,5/10

Busanhaeng

„Ostatni pociąg” („Busanhaeng”) (KOR, 2016), reż. Sang-ho Yeon – cytując mojego ulubionego Marcina Krasnowolskiego (chwilami to naprawdę nie wiem, czy podczas festiwalu bardziej chodzę na te filmy, czy na jego zapowiedzi): „Jest to film o ludziach, którzy próbują uniknąć ugryzienia przez zombie i trochę kiepsko im to wychodzi”. To tak w ramach „Najkrótszych streszczeń świata”. Od siebie dorzucę nieautorską, acz wyjątkowo utrafiającą w sedno „Najkrótszą recenzję świata”: „Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie”. :D No ale ok, nie idźmy na łatwiznę. Szczęśliwie produkcji o zombie i zombiepodobnych mamy ostatnimi laty zatrzęsienie, i jeszcze szczęśliwiej nie jest tak, że wszystkie są do siebie podobne. „Ostatni pociąg” (w styczniu 2017 roku film wejdzie do polskich kin jako „Zombie express”) to wariacja nieklasyczna. Zombie przywędrowały tu od Boyle’a i z „World War Z”, aczkolwiek reżyser dorzucił też co najmniej jedną zmienną od siebie. Pod względem formalnym mamy zaś do czynienia bardziej z (cudowną, brawurową) komedią niż dramatem, lecz jednocześnie bardzo ważnym motywem jest tu tematyka społeczna. Tak samo jak w innym koreańskim hicie – „Snowpiercerze” (skojarzenie nasuwa się automatycznie) – pociąg, którym podróżują bohaterowie, stanowi symbol społecznego rozwarstwienia i klasowego konfliktu, co odzwierciedla sytuację w Korei. Sytuację, która na fali takich wydarzeń jak słynna „afera orzeszkowa”, zaczyna chyba powoli Koreańczyków uwierać. Fabularny debiut Sang-ho Yeona jest dowodem na to, że rewolucję spokojnie można zacząć na wesoło. Aczkolwiek zabierając się za ten film, pamiętajcie, że to nie Hollywood. W przeciwieństwie do Ameryki Korea rzadko bierze jeńców, a jak już bierze, to lubi się nad nimi popastwić.:D 7,5/10

„Gwiazda szeptów” („Hiso hiso boshi”) (JPN, 2015), reż. Sion Sono – bajki robotów. Choć jak już przy Lemie jesteśmy, to chyba bardziej „Dzienniki gwiazdowe”. Problem z tym obrazem polega na tym, że bardzo łatwo dorobić do niego filozofię, ale w gruncie rzeczy jest to przede wszystkim kosmiczne kino drogi będące zapisem monotonnej podróży. Akcja filmu rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w której w wyniku nieokreślonej katastrofy ludzie stają się gatunkiem na wyginięciu, a 80% populacji stanowią maszyny. Główna bohaterka Yoko Suzuki (w tej roli żona reżysera – Megumi Kagurazaka – jedyna profesjonalna aktorka w stawce. drugie plany grają statyści z prefektury Fukushima) jest międzygalaktycznym kurierem rozwożącym po kosmosie tradycyjne przesyłki. Nie nastawiajcie się jednak na kino przygodowe. Przez większą część filmu będzie Wam dane głównie kontemplowanie cieknącego kranu (przy czym akurat rzeczony kran i sposób przedstawienia upływu czasu są tu najciekawsze) i obserwowanie „życia” toczącego się na sunącym w żółwim tempie statku. Szkoda, bo dużo ciekawsze wrażenie robi pejzaż grających w filmie zdewastowanych i wyludnionych okolic Fukushimy. „Gwiazda szeptów” to chyba jedyny seans tej edycji, z którego ludzie zwiewali w trakcie, a część osób spośród tych, które zostały, żaliła się po fakcie (recenzje z toalety), że się umęczyła. Mnie akurat bardziej niż nuda uwierało humanistyczne przesłanie (Agent Smith would not approve. i w ogóle okropnie to oklepane). Siona Sono wolę jednak w innym, bardziej niepokornym wydaniu. 5,5/10

„Atak serca” („Freelance: Ham puay… Ham phak… Ham rak mor”) (THA, 2015), reż. Nawapol Thamrongrattanarit – to chyba jeden z tych filmów, o których lepiej za dużo nie pisać, żeby ich nie zepsuć, ale jako że to prawdopodobnie najlepszy obraz tej edycji festiwalu, coś by jednak napisać wypadało. Główny bohater – Yoon – jest chorobliwie ambitnym grafikiem, dla którego sensem życia jest praca. Kolejne zlecenia realizuje kosztem snu, o racjonalnym odżywianiu nie słyszał, prywatnego życia właściwie nie posiada. Cały jego świat to kolejne projekty. Wszystko do czasu, gdy z dnia na dzień organizm odmawia mu posłuszeństwa i musi się udać do lekarza. Nie trudno zgadnąć, jakie otrzyma zalecenia. Ale czy ich realizacja jest w ogóle wykonalna? Reżyser filmu Nawapol Thamrongrattanarit ma 32 lata. Jest filmowym specem od nowych technologii, ale też freelancerem, co pozwoliło mu napisać scenariusz w oparciu o doświadczenia własne i swoich znajomych. Tajski tytuł „Freelance: Ham puay… Ham phak… Ham rak mor” w wolnym tłumaczeniu oznacza „Wolny zawód: Nie powinieneś ryzykować, nie powinieneś odpoczywać i nie powinieneś zakochiwać się w lekarzu”, aczkolwiek scenariusz był pisany z myślą o anglojęzycznym „Heart attack” jako przenośni dla choroby i miłości. Spokojnie, niezależnie od przekazu, który niosą ze sobą tytuły, w tym przypadku nie musicie się obawiać, że wpadniecie w sidła kom-romu. „Atak serca” to przede wszystkim szalenie aktualna, błyskotliwa komedia o cieniach pracy w wolnym zawodzie. Ponoć światowy rekord nieprzespanych nocy to 11 dni. Jeśli potrzebujecie się wyleczyć z pracoholizmu (bez kazań, na wesoło), to polecam! 8/10

„Miłość za sto jenów” („Hyakuen no koi”) (JPN, 2014), reż. Masaharu Take – nie chcę rozmyślać nad tym, ile mnie kosztowało obejrzenie tego filmu (między innymi 11-minutowy sprint z Muranowa na Śródmieście, żeby móc w nocy wrócić do domu), bo żal byłby jeszcze większy. Sama koncepcja wyprowadzenia gnuśnej, niedorosłej bohaterki z bezpiecznych ścian rodzinnego domu i zderzenia jej z rzeczywistością nie była zła. Jeszcze lepszym pomysłem było zatrudnienie do roli Ichiko jednej z najciekawszych japońskich aktorek młodego pokolenia Sakury Andō (pamiętna Aya Koike z „Miłości obnażonej” Siona Sono). Nie przeszkadzało mi, że poniekąd miał to być kolejny film bokserski, w dodatku z miłosnym podtekstem, bo zapowiadało się to wszystko niesztampowo. Niestety efekt końcowy okazał się nieznośny. Raz, że trudno o bardziej irytujących bohaterów (oglądając, szczerze nienawidziłam ich wszystkich), dwa, że brak tu konsekwencji w budowaniu postaci i uzasadnienia dla niektórych wątków (najbardziej powalił mnie sposób potraktowania przez twórców pewnej traumy, która przydarza się heroinie. tak trochę w myśl zasady „było, nie było, po kij drążyć temat”). Kocham dziwne fabuły, ale tej bym nie kupiła nawet za 100 jenów (na nasze 3,67 zł). 5/10

Apocalypse Child

„Dziecko apokalipsy” („Apocalypse Child”) (PHI, 2015), reż. Mario Cornejo – to prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjny film 10. edycji Pięciu Smaków. To taka konwencja, którą w zależności od indywidualnych życiowych potrzeb albo się pokocha, albo odrzuci. Głównym bohaterem filmu jest tytułowe dziecko apokalipsy. O dziwo, dosłowne. Ford to młody mężczyzna spłodzony w czasie, gdy w filipińskim Baler kręcono „Czas apokalipsy”. Wychowany bez ojca, przez przeuroczą matkę o mentalności dziecka, żyjący tak, jak wielu z nas by chciało, gdyby mogło – chwilą, bez konsekwencji i zobowiązań, pławiąc się w morzu, surfując na desce. Kusi Was taka wizja? Dzięki twórcom tego filmu będziecie mieli okazję w niej zasmakować, albowiem to jeden z tych obrazów, które naprawdę pachną morzem i słońcem (kwestia specyficznej narracji, czarownych zdjęć Ike’a Avellany i muzyki Armi Millare). To chyba mój ulubiony rodzaj slow spinu (a nawet slow flowu). Leniwy, nieskrępowany, sensualny. Przy czym wcale nie nudny, bo wesoło przegadany. Reżyser „Dziecka apokalipsy” Mario Cornejo stwierdził wprost, że jest to film o seksie, surfowaniu, opowieściach, jakie snujemy na własny temat, konsekwencjach kolonialnej przeszłości Filipin oraz przede wszystkim o ojcostwie. Ta ostatnia kwestia nie dotyczy wyłącznie Forda. Takich, co wychowywali się sami, nie potrafiących określić swoich korzeni, zagubionych i miotających się jest tu więcej. Chyba właśnie to najbardziej razi krytyków tej produkcji. Że im dalej w film, tym zderzamy się z coraz większą liczbą wątków, coraz bardziej dramatycznych (nierzadko na miarę „Niewolnicy Isaury”;), przez co przyjemne i zabawne filipińskie sundance zaczyna zalatywać mydłem. O dziwo, mnie to nie przeszkadzało. Widocznie pasował mi ten konkretny zapach.:) 8/10

„Zwyczajna rodzina” („Pamilya Ordinaryo”) (PHI, 2016), reż. Eduardo W. Roy Jr. – nie chcę rozpamiętywać tego incydentu w nieskończoność, ale nie potrafię stwierdzić, jak wpłynął na mój odbiór tego obrazu fakt, iż programerka festiwalu zdradziła nam w zapowiedzi, co się wydarzy w 1/3 i na końcu filmu. Nie mając już czym się ekscytować, oglądałam „Zwyczajną rodzinę” bardziej jak paradokument niż fabułę. Uczciwa odpowiedź na pytanie, o czym jest ta produkcja, brzmi: o realiach życia na ulicznych kartonach, a dokładniej o dwójce biednych dzieci próbujących wychowywać na ulicach Manili noworodka. Tyle mogę Wam zdradzić, nie zdradzając nic właściwie więc w żaden sposób Wam nie szkodząc. Muszę przyznać, że jestem lekko zafascynowana osobą reżysera – Eduarda Roya Juniora. Może nie ma nic dziwnego w tym, że ot tak sobie przeszedł od pisania i kręcenia telenowel do poważnych fabuł o dokumentalnym zacięciu (w końcu z wykształcenia jest dekoratorem wnętrz, a zawodowo kręci filmy więc może po prostu już tak ma, że jest wszechstronny), ale to, jak szybko się odnalazł w tych drugich i techniczna jakość jego dzieł, naprawdę robią wrażenie. Film nakręcono w prawdziwych ulicznych warunkach, długimi ujęciami, trochę po partyzancku, aczkolwiek bez przesady. Zdjęcia są bardzo dobre i świetnie jest to wszystko zmontowane (obok tradycyjnych zdjęć, film wykorzystuje także znakomicie wplecione w całość ujęcia z kamer monitoringu), a prosta historia broni się swą prostotą, dynamiką i świeżym, przekonującym aktorstwem. Brawa należą się zwłaszcza odtwórczyni roli Jane – Hasmine Killip.7/10

„Zły” („Jagat”) (MAS, 2015), reż. Shanjey Kumar Perumal – wielką zaletą festiwali filmowych jest to, że serwują widzom perełki, których w normalnej dystrybucji nijak się nie zobaczy. „Zły” Shanjheya Kumara Perumala jest właśnie takim białym krukiem. Malezyjskich filmów tamilskich kręci się w Malezji mniej niż 10% rocznie. Przy czym to, co powstaje, to głównie produkcje rozrywkowe. Na filmy dotykające poważniejszych tematów trudno zdobyć pieniądze. Dość powiedzieć, że fabularny debiut Perumala (reżyser jest także twórcą dokumentów) powstawał 10 lat (pomysł zrodził się w 2004 roku, prace nad filmem wystartowały w 2005 roku, a premiera skończonego obrazu odbyła się w roku ubiegłym). Akcja filmu rozgrywa się w latach 90. XX wieku (początkowo obraz miał być osadzony w latach 80., ale taniej było opóźnić czas akcji. wystarczającym problemem był już fakt, że dzisiejsza Malezja jest tak zindustrializowana, że nie wygląda tak jak kiedyś, przez co by móc odtworzyć realia, trzeba było kręcić w kilkunastu lokacjach w różnych stanach) i z jednej strony opowiada historię zbuntowanego przeciw systemowi edukacji bystrego i uzdolnionego artystycznie 12-letniego chłopca (ten wątek jest poniekąd autobiograficzny. pojawiają się w nim osoby, które reżyser znał i sytuacje, które się w jego życiu wydarzyły), a z drugiej – historię jego ciężko pracującego ojca i skłaniających się ku gangsterce stryjków (ta część nawiązuje stylistyką do twórczości Johnniego To i hinduskiego kina akcji). Tamilowie żyją w Malezji od ponad 200 lat. Sprowadzili ich Brytyjczycy do pracy na plantacjach. Można też spokojnie powiedzieć, że w XIX wieku to oni budowali kraj. W chwili odzyskania przez Malezję niepodległości zostali jednak pozostawieni samym sobie, co zmusiło ich do podejmowania trudnych decyzji. „Zły” (wbrew temu, co się wydaje, tytuł nie odnosi się do konkretnej osoby, lecz do systemu) ukazuje część problemów tamilskiej mniejszości na przykładzie losów jednej rodziny przedstawionych pół żartem, pół serio. O ile z naszej perspektywy taka kompozycja może się wydawać nienajszczęśliwsza (trochę zbyt to karykaturalne, by móc traktować ten obraz poważnie), o tyle na rynku malezyjskim sprawdziła się idealnie. „Zły” jest pierwszym filmem w języku tamilskim, który zdobył nagrodę dla najlepszego filmu malezyjskiego. Ja na pewno zapamiętam z tej projekcji uroczego małego anarchistę, rozbrajające triady i rewelacyjną ścieżkę dźwiękową (na którą składa się między innymi muzyka eksperymentalna i prawdopodobnie jedyny blues, jaki jestem w stanie zaakceptować, a nawet pokochać). 6,5/10

„Zapis moich zmysłów” („A Copy of My Mind”) (IDN, 2015), reż. Joko Anwar – muszę przyznać, że im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej nie mogę się zdecydować, czy się nie udał, czy też jest genialny. Główna bohaterka „Zapisu moich zmysłów” – Sari – pracuje w salonie kosmetycznym, a po godzinach namiętnie ogląda filmy (przy czym preferencje ma dość specyficzne. najbardziej lubi obrazy w stylu „Megarekin kontra krokozaurus”). Problem w tym, że pasja ta jest chorobliwa, i to do tego stopnia, że filmy często kleją się dziewczynie do rąk, z czego wynikają nie zawsze miłe konsekwencje. Wydaje się, że film Joko Anwara to przede wszystkim film o miłości. Romantycznej, do kina i chyba też do miasta (reżyser twierdzi, że miał to być hołd dla jego rodzinnej Jakarty). 2/3 tej produkcji to spokojna, chwilami mocno się dłużąca mieszanka obyczajówki z romansem. Gdzieś tam w tle majaczy problematyka polityczno-społeczna (w naturalny sposób kojarząca się z dokumentami Oppenheimera), ale wątek ten sprawia wrażenie doklejonego na siłę, zaledwie prześlizgującego się po temacie, niepotrzebnego. W tym kontekście powiedziałabym, że film autorowi nie wyszedł i nie spełnił swojej funkcji. Tylko czy aby na pewno? :) Z kina wyszłam zmęczona, ale jednocześnie zaskoczona tym, że „Zapis moich zmysłów” w ogóle przeszedł przez indonezyjską cenzurę. Wszak cała końcówka filmu wyraźnie nawołuje do rewolucji. A co jeśli Anwar zrobił tu to samo co jego bohaterka – sprzedał zaangażowany przekaz w innym opakowaniu? Co jeśli wszystko to, co wydawało nam się fabułą, to tylko pretekst i zasłona dymna? Gdybym mogła mieć pewność, że to coś więcej niż moja dzika nadinterpretacja, ocena byłaby wyższa. 5/10

„Trójka” („San ren xing”) (HKG/CHN, 2016), reż. Johnnie To – wydaje Wam się, że mieliście zły dzień? Doktor Tong z całą pewnością miała gorszy, i to jeszcze zanim do jej szpitala trafił ranny groźny przestępca, za którym przycwałował oddział policji. Jakby nie miała dość zawodowych zmartwień, złośliwy los zamiast funkcji lekarza przeznaczył jej rolę rozjemcy między superinteligentnym kryminalistą i agresywnym detektywem. Brzmi całkiem poważnie, prawda? A to jeden absurd jest, i to taki, na który może sobie pozwolić tylko ktoś pokroju Johnniego To czy Johna Woo. Debiutantowi by coś takiego na sucho nie uszło. Absurdalne kino akcji to w przypadku To nie pierwszyzna, i choć „Trójka” nie dorównuje mojemu ulubionemu „Fulltime Killerowi”, chyba właśnie w tej odsłonie najbardziej reżysera lubię. Jeśli coś mi w tym filmie wybitnie nie leżało, to stanowczo aktorstwo. Kiedyś To współpracował z o wiele lepszymi aktorami – Andym Lauem, Simonem Yamem, Yun-Fat Chowem etc. Tutaj na uwagę zasługuje jedynie Wallace Chung w roli sprytnego złodzieja. Louis Koo jako inspektor wypadł dziwnie, a odtwarzająca doktor Tong Wei Zhao (teoretycznie największa gwiazda tej produkcji) – bardzo słabo (widać to, co sprawdza się w kinie wuxia, rzadko sprawdza gdzie indziej). Wydaje się, że „Trójka” została nakręcona głównie dla słynnej już, fantastycznej sceny strzelaniny, mnie jednak o wiele bardziej zachwyciła wchodząca w skład tej samej sekwencji scena akrobatyczna. Na końcową ocenę mógł też rzutować fakt, iż film obejrzałam w cudownym tłumaczeniu pani Marii Frączek. Wiernym, ale umiejętnie zaadaptowanym do polskich warunków, co zaowocowało takimi uroczymi kwestiami jak „Mamy przejebane jak stąd do Radzymina”.:D 6,5/10

Goksung

„Lament” („Goksung | Gokseong”) (KOR/USA, 2016), reż. Hong-jin Na – nie będę się za bardzo produkować na temat tego obrazu, bo generalnie w tym przypadku zasada jest taka, że im mniej się dowiecie przed seansem, tym dla Was lepiej. Co powinniście wiedzieć: Film jest długi (trwa ponad 2,5 godziny) i jest koreańskim thrillerem mistycznym, zagadką zbrodni i opętania. Tak jak poprzednie obrazy Hong-jina Na miejscami „Lament” jest dość drastyczny. Co możecie wiedzieć: Chwilami film ociera się o horror, to znów popada w czarną komedię. Warto oglądać go uważnie, bo rozwiązanie zagadki wcale nie jest oczywiste. Nie jest też jednoznaczne. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że głównym bohaterem filmu jest niezbyt bystry policjant Jong-goo, którego głównym zadaniem w przerastającym jego możliwości śledztwie jest odróżnienie prawdy od kłamstwa, jawy od snu. Widzowie muszą sprostać temu samemu wyzwaniu. Pierwszym dziełem Na, który dane mi było zobaczyć, było „Morze Żółte”. Już wtedy wyszłam z kina z wielkim WOW, czując, że będzie z tego miłość. Nadrobione w tym roku „W pogoni” utwierdziło mnie w tym przekonaniu, a „Lament” ostatecznie przypieczętował awans Hong-jina do grona moich najulubieńszych reżyserów. Oryginalnych i odjechanych thrillerów w koreańskim kinie nie brakuje (ostatnimi czasy Korea jawi się jako centrum wszechświata w temacie kina gatunkowego). Jednakowoż nie każdy reżyser jest równie dokładny, wręcz drobiazgowy, nie każdy potrafi tak swobodnie i precyzyjnie miksować gatunki i konwencje, nie każdy umie utrzymać widzów przez ponad 2 godziny w pełnym napięciu i oczarowaniu. Mój prywatny zachwyt nad „Lamentem” spotęgowała jeszcze festiwalowa tłumaczka – Maria Frączek, zwłaszcza kreatywnymi przekleństwami (IMO „Do chuja wafla!” czy „Jak bonie dydy!” pasują tu jak lody do szarlotki:). Polski dystrybutor – Mayfly – wprowadził tę produkcję do kin w tak ograniczonym stopniu (prawie nigdzie tego nie grają. wiem jedynie o 4 weekendowych seansach w warszawskim kinie Elektronik), że pozostaje liczyć na to, że wyda też „Lament” na DVD. Satysfakcja gwarantowana więc nie przegapcie! 7,5/10

„Twoja i nie tylko twoja” („Dangsin jasingwa dangsinui geot”) (KOR, 2016), reż. Sang-soo Hong – jeśli kiedykolwiek słyszeliście o Sang-soo Hongu, to pewnie słyszeliście też, że porównuje się go do Woody’ego Allena. W moim odczuciu całkiem słusznie, z zastrzeżeniem, że jest to taki Allen, który mógłby startować w konkursie festiwalu Sundance. Bez zdradzania Wam szczegółów twistu, mogę powiedzieć, że głównymi bohaterami filmu są stateczny Young-soo i żywiołowa Min-jung. Z pozoru bardzo szczęśliwa, zakochana w sobie para, której jedynym problemem są przyjaciele mężczyzny co i rusz opowiadający mu niestworzone rzeczy na temat jego dziewczyny. Chcąc nie chcąc, w którymś momencie Young-soo zacznie się zastanawiać, a reżyser tak pokieruje fabułą, że zastanawiać będziemy się wszyscy, mniej lub bardziej przy tym głupiejąc. To, czy „Twoja i nie tylko Twoja” jest filmem udanym, czy może jednak niekoniecznie, jest kwestią indywidualnego odbioru. Ja tam nie jestem fanką scenariuszy pisanych na kolanie w trakcie kręcenia i interpretacji na poczekaniu, nie bardzo podoba mi się zakończenie i to, co z niego wynika (nie wiem, czy filmy mogą być zbyt feministyczne, ale mnie jako humanistce zapaliła się lampka), w dodatku takie nagromadzenie żałosnych facetów i jojczących dialogów chwilami odbijało się na moim życiu i zdrowiu;) Sam filmowy trolling uważam jednak za wybitny. Nie musi mi pasować jego wydźwięk, ale trudno nie docenić takiej wirtuozerii. 5,5/10

„Antyporno” („Anchi poruno”) (JPN, 2016), reż. Sion Sono – 20 listopada 1971 roku zagrożona bankructwem japońska wytwórnia Nikkatsu (dotychczas specjalizująca się w kinie samurajskim i policyjno-gangsterskim) wypuściła pierwszy film erotyczny z serii „Roman Porno” (produkcje te charakteryzowały się 7-dniowym okresem zdjęciowym, niskim budżetem i obowiązkową sceną seksu góra co 10 minut). W sumie nakręcono ponad 1000 takich obrazów. Przestano je produkować, gdy nastała era VHS-ów. Jednak w związku z 45 rocznicą powstania serii, Nikkatsu postanowiła zaprosić 5 prominentnych reżyserów (w tym Nakatę i Sono) do nakręcenia filmów jubileuszowych. Sion Sono z marszu odrzucił wszystkie zasady, którymi rządziły się erotyki Nikkatsu, poza ostatnią. Zadbał jednak, żeby w pokazywanych scenach seksu nie było nic atrakcyjnego. „Antyporno” to film-eksperyment – krytyczne spojrzenie na funkcjonowanie kobiet w popkulturze i w japońskim społeczeństwie. Mimo iż teoretycznie mamy tu konkretną bohaterkę, trudno stwierdzić, kim jest naprawdę i jaka jest w rzeczywistości, bo też i nie sposób orzec, co tu jest rzeczywistością. Pod względem formalnym mamy tu do czynienia z bardzo teatralnym i pełnym irytujących powtórzeń (jak kocham takie zabiegi u Wyrypajewa, tak te okazały się bardzo ciężkostrawne) kinem artystycznym, które niebezpiecznie ociera się o niezbyt szczery manifest (nie ma to jak opowiadać o wykorzystywaniu, wykorzystując). Nie nazwałabym „Antyporno” pretensjonalnym gównem, ale z całego seansu we wdzięcznej pamięci zachowam jedynie scenę z tortem i zabutelkowaną jaszczurkę.5/10

***

Mój ranking obejrzanych filmów:

01. „Atak serca”
02. „Dziecko apokalipsy”
03. „Lament”
04. „Ostatni pociąg”
05. „Długie przeprosiny”
06. „Ostatni mistrz”
07. „Zwyczajna rodzina”
08. „Droga do Mandalay”
09. „Trójka”
10. „Zły”
11. „Gwiazda szeptów”
12. „Twoja i nie tylko twoja”
13. „Zapis moich zmysłów”
14. „Tharlo”
15. „Antyporno”
16. „Miłość za sto jenów”

Dwa słowa na temat rozstrzygnięć oficjalnych: W sekcji konkursowej Nowe Kino Azji zwyciężyło „Dziecko apokalipsy” Mario Cornejo, a wyróżnienie przypadło „Zwyczajnej rodzinie” Eduarda Roya Juniora. Nagroda jury NETPAC zgodnie z przewidywaniami powędrowała do „Tharlo” (kto miał okazję posłuchać zapowiedzi Mary Matty przed seansem „Tharlo” drugiego dnia festiwalu, wiedział już, że tak to się skończy). Z werdyktem People’s Jury wyjątkowo się zgadzam, werdykt jury NETPAC rozumiem (wszak zadaniem tej organizacji jest wspieranie i promowanie zwłaszcza takiego kina, które samo się nie wypromuje).

Największym atutem Festiwalu Pięć Smaków są, jak wiadomo, filmy. Starannie wyselekcjonowane, często trudno osiągalne, zawsze intrygujące. Przy czym warto zauważyć, że festiwal nie kręci nosem na dobrą rozrywkę i oprócz dzieł artystycznych i zaangażowanych serwuje widzom również perełki kina gatunkowego. Świetną sprawą są jednak także puszczane przed filmami oryginalne azjatyckie reklamy. Tak inne od zachodnich, czym wzbudzają we mnie zawsze masę refleksji i pytań.

Czy reklamy naprawdę muszą się posługiwać niewyrafinowaną wersją języka rodzimego, żeby do odbiorców dotarł przekaz?

Czy reklamy muszą być krótkie i przyziemnie, bo tego właśnie oczekują odbiorcy?

Czym jest normalność (zwróćcie uwagę, w kogo zamienia ludzi Snickers!)? Bo mnie wychodzi, że w kulturze zachodu – przeciętnością, a w Azji – wyjątkowością, jaka by ona nie była.

Jak świadczy o nas fakt, że większość polskich reklam jest siermiężna, żenująca i nudna?:)

Moim prywatnym sposobem na przedłużenie sobie festiwalu było poświęcenie ponad 2 tygodni na wyrzeźbienie tej relacji.;P Ale są też normalniejsze metody. Najlepszą wydaje się lektura (już na etapie czytania o kinie koreańskim mogę powiedzieć, że świetnej) książki „Cicha eksplozja” wydanej przez festiwal, Fundację Sztuki Arteria i Korporacją Ha!art, i rzucenie się do nadrabiania filmów, o których w niej mowa. Dobre emocje zawsze wywołują we mnie także wspaniałe festiwalowej torby, które da się jeszcze kupić, jakby ktoś chciał. Tylko ostrzegam, że jak już kupicie jedną, to za parę lat możecie się obudzić z całą kolekcją. Ja już czekam na, miejmy nadzieję bardzo kolorowego, koguta. No i oczywiście na 11. edycję.

Oraz wielkie dzięki dla Oyakaty za dożywianie, ale biorąc pod uwagę, na jakiego żarłoka wyszłam, chyba już nigdy nic na tym festiwalu nie zjem.;D

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 24-30 października 2016

„Ja, Daniel Blake” („I, Daniel Blake”) (UK/FRA/BEL, 2016), reż. Ken Loach – głównym bohaterem filmu (zdobywcy tegorocznej Złotej Palmy w Cannes) jest Daniel Blake – brytyjski stolarz, który po świeżo przebytym zawale serca musi udowodnić państwu, że jest niezdolny do podjęcia pracy. Wydaje się, że to bardzo proste, zwłaszcza w świetle istnienia precyzyjnych lekarskich orzeczeń, a jednak na filmowych Wyspach nikomu łatwo nie jest. Zwłaszcza tym, którzy stoją pod ścianą. Tak, to nie jest film wyłącznie o Danielu. Takich przypartych jest tu więcej. Chciałoby się zarzucić Loachowi, że przerysował, ale ja tu naprawdę nie widzę żadnej sytuacji i sceny (włącznie ze „streetartową”), która nie mogłaby zaistnieć i nie zaistniała już w rzeczywistości. U nas też nie jedna osoba bez ręki czy nogi musiała udowadniać, że należy jej się renta, instytucje świadczące usługi publiczne poprzenosiły się z komunikatami do Internetu (kogo obchodzą starsi i ubodzy, którzy nie mają do niego dostępu), a żeby dotrzeć do ludzi, trzeba się uciekać do happeningów (i tak, jeśli dzieje się coś, co można nagrać smartfonem, ludzie często przystają). Loach z Lavertym (scenarzysta) nie wzięli filmowych zmagań z głowy, tylko z real life’u. Owszem, zmiksowali to wszystko w jedną całość i siłą rzeczy skupili się na negatywach (nie wiem, ile musiałby trwać tego typu film, żeby mógł uwzględnić wyjątki od reguły; nie wiem też, czy to nie jest raczej pole do popisu dla dokumentu; fabuły kręci się raczej po to, by unaocznić istnienie problemu). To napisawszy, dodam, że największym atutem tego filmu wcale nie jest autentyzm (autentyzm był też u Dardenne’ów w „Dwa dni, jedna noc”, gdzie trochę zabrakło siły nośnej), lecz czarny, absurdalny humor, który towarzyszy potyczkom Blake’a (rolę Daniela z powodzeniem odgrywa brytyjski artysta stand-upowy Dave Johns) i ikra, z jaką twórcy opowiadają tę historię. Nie wystarczy mieć ideę, trzeba też zadbać o to, żeby przekaz dotarł. Ten na bank dotrze. 8/10

„Prosta historia o morderstwie” („Prosta historia o morderstwie”) (POL, 2016), reż. Arkadiusz Jakubik – to drugi film wyreżyserowany przez Arkadiusza Jakubika. Nie mówię, że powinien pozostać przy aktorstwie, ale być może nigdy nic z tego nie będzie. Oczywiście nie przesądzam, bo biorąc pod uwagę wszystkie mankamenty tego obrazu, nawet nieźle się go ogląda. Trochę dzięki klimatowi, trochę dzięki aktorom. Film zaczyna się od morderstwa. To jest ten moment, w którym trzeba mieć pewność, że wykładając karty na stół, ma się jakiegoś asa w rękawie. Jakubik bardzo starał się kluczyć, ale moim zdaniem nie miał. Nie mam nic przeciwko przenikającym się planom czasowym i retrospekcjom, ale to, co dostajemy w tych drugich, to istne „Barwy szczęścia” (trochę nadużywam imienia tego serialu ostatnio, ale uważam, że ten tytuł ma pod sobą wszystkie tytuły telenowel świata i spokojnie może być synonimem gatunku). Jakby tego było mało, w ten przeplatający się warkocz toczącego się śledztwa i poprzedzających je problemów rodzinnych głównego bohatera, reżyser wplata dziwne psychodeliczne ujęcia wysokich traw, bluszczu porastającego dom i tym podobnych (trudno oddać specyfikę tego zabiegu słowami; trzeba to usłyszeć i zobaczyć; jeśli to miał być Lynch, to oj, nie wyszło). Efekt końcowy przewyższa poziomem typowy odcinek standardowego polskiego serialu kryminalnego, ale nie aż tak bardzo. 5/10

„Jack Reacher: Nigdy nie wracaj” („Jack Reacher: Never Go Back”) (USA/CHN, 2016), reż. Edward Zwick – łamiąca wiadomość: Tom się w końcu zestrzał! o_O Nie no, nie martwcie się, nadal skacze po dachach itp. Jednak wygląda tak, że człowiek zaczyna się o niego martwić, a i ruchy już nie te. Wiem od przyjaciółki, że istnieje książka o takim samym tytule co filmowy (18 tom cyklu o Jacku Reacherze). Film poza zarysem fabuły nie ma z nią zbyt wiele wspólnego. To raczej dobrze dla książki, bo produkcja Zwicka jest napisana katastrofalnie. Tak bardzo, że aż zapamiętałam nazwisko męczenniczki, która była zmuszona to tłumaczyć. Agata Deka. Wiadomo, że żadna praca nie hańbi, ale współczuję mimo wszystko. Nic się tu nie klei, nic nie grzeszy cieniem logiki, a dialogi są tak suche i karykaturalne, że ma się wrażenie, iż pisał je Steven Segal (i wcale nie jestem pewna, czy go w tym momencie nie obrażam). Co jest oczywiście ogromną filmową wadą z tych nie do pokrycia, ale też w myśl zasady, iż złe filmy są w stanie się obronić tylko wtedy, gdy są konsekwentnie złe, potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Przyznaję bez bicia, że od momentu, w którym zaakceptowałam fakt, iż film ten nie będzie nawet w ułamku tak przyzwoity jak „Jack Reacher: Jednym strzałem”, bardzo niegodziwie się na tym ubawiłam. Może nie wystarczająco dobrze, by wybaczyć mankamenty i przełknąć okropną końcówkę, ale dość, by zawyżyć ocenę. Żeby nie było, że nic mi się tu nie podobało, powiem: Patrick Heusinger. Taka budżetowa wersja Eda Skreina, ale skoro już nic innego, to przynajmniej miło popatrzeć. 4/10

„Doktor Strange” („Doctor Strange”) (USA, 2016), reż. Scott Derrickson – ach, jaki zły był trailer tego filmu! Tak zły, że idąc na seans, spodziewałyśmy się kina klasy B i bajeczki dla 10-latków (cytując koleżankę Kulikowską: „Nie możesz być chirurgiem, zostań magikiem!”). Ach, jaki wielki był nasz sceptycyzm! Tak wielki, że pocieszałam się, że obejrzę to „za darmo”, a krytyków, którzy widzieli to parę dni wcześniej i piali z zachwytu, podejrzewałam o regularny trolling. Ach, jak bardzo się ucieszyłyśmy, gdy okazało się, że to jednak nie ściema. „Doktor Strange” Derricksona (może to jest myśl; może „marvele” powinni kręcić tacy ludzie jak Wingard czy Wan) to wypisz wymaluj „Matrix”, tylko na odwrót i „Incepcja” taka, że Nolan może się schować (dla takich koncepcji wymyślono efekty specjalne i właśnie tak należy je stosować), a w oku tego magicznego cyklonu króluje uroczy neurotyk, perfekcjonista i racjonalista, którego zdrowy sceptycyzm, w pełni dorównujący naszemu, potrafi rozbawić do łez, a jednocześnie utrzymać całe widowisko w ryzach. Strange Cumberbatcha to istny Tony Stark 2.0. Jeśli lubicie tego drugiego, będziecie zachwyceni. Jeśli go nie znosicie, będziecie zachwyceni podwójnie. :P Pole do popisu ma Benedict tym większe, że niezbyt dobrze rozpisano partię jego adwersarza – Kaeciliusa (szkoda Madsa; ale przynajmniej super tu wygląda i miał okazję robić własne stunty). Tę, być może jedyną, wadę tej produkcji pokrywają jednak smaczki, w tym postać bibliotekarza Wonga:) Disclaimer no. 1: Lojalnie uprzedzam, że jeden z bohaterów ma na imię Mordo. Jak Wam się trafią na sali pijane jednostki, będziecie mieć „wesoło”. Disclaimer no. 2: Oczywiście są 2 post-credity, tak że nie bądźcie frajerami i nie wychodźcie. 8/10

„Historia Marii” („Marie Heurtin”) (FRA, 2014), reż. Jean-Pierre Améris – powiem szczerze, że nawet dziś edukacja osób głuchoniewidomych wydaje mi się przedsięwzięciem niezwykle karkołomnym, a przecież dużo łatwiejszym niż 120 lat temu. Marie Heurtin – głuchoniewidoma dziewczynka z Vertou i siostra Marguerite należąca do francuskiego zgromadzenia Córek Mądrości istniały naprawdę. Spotkały się w 1895 roku (w filmie jakieś parę lat później). Nie był to pierwszy przypadek podjęcia próby edukacji osoby upośledzonej wzrokowo i słuchowo (prawdę mówiąc pod koniec XIX wieku temat był już od nastu lat na tapecie, w paru krajach istniały szkoły zajmujące się takimi osobami), trudno powiedzieć, że był to przypadek szczególny. Dość ciekawa i autorska była za to metoda nauczania wypracowana przez siostrę Marguerite. Film Jean-Pierre’a Amérisa nie jest nowatorski i nie ustrzega się schematyczności, ale też nie popada w telewizyjność i przeckliwioną hollywoodzkość (nawet jeśli chwilami balansuje na granicy). Ciekawą, w Polsce raczej nieznaną historię (najbardziej fascynuje oczywiście ludzki pęd ku słowu i potrzeba ekspresji), sprzedaje przy pomocy dobrych kreacji aktorskich (na szczególne wyróżnienie zasługuje głuchoniema Ariana Rivoire, dla której był to pierwszy kontakt z kamerami filmowymi) i ładnej oprawy (zdjęć Virginie Saint-Martin i muzyki Sonii Wieder-Atherton). Ostrzegam: wzrusza. 5,5/10

filmy-ja-daniel-blake-prosta-historia-o-morderstwie-jack-reacher-2-doktor-strange-historia-marii

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 26 września – 02 października 2016

Już po opublikowaniu tego tekstu zdałam sobie sprawę, że przed „Sekretnym życiem zwierzaków domowych” leciał 4-minutowy short „Mower Minions” w reżyserii Bruno Chauffarda i Glenna McCoya. Jest to filmik tak genialny, że aż o nim zapomniałam, co chyba starcza za recenzję. W maksymalnym skrócie jest to skrzyżowanie reklamy blenderów z reklamą kosiarek pomyślanej jako infantylny slapstick przeznaczony dla największych (i – wnioskując po reakcjach publiczności – chyba głównie dla najmłodszych) fanatyków Minionków. Li tylko! 4/10, bo właściwie nie mnie to oceniać.

„Sekretne życie zwierzaków domowych” („The Secret Life of Pets”) (USA/JPN, 2016), reż. Yarrow Cheney, Chris Renaud – promocja tego filmu rozpoczęła się jakiś rok przed jego wypuszczeniem (wcześnie!). Pierwszy trailer sugerował, że będziemy mieli do czynienia ze wspaniałą komedią o przywarach i zwyczajach zwierząt domowych. Zapowiadało się tak dobrze, że pojawiły się przewidywania, że to może być jeden z filmów roku. Wszyscy nie mogli się doczekać. Na przełomie czerwca i lipca tego roku „Sekretne” weszło do anglosaskich kin i zebrało dość chłodne oceny i recenzje. Szybko dowiedzieliśmy się dlaczego. Drugi zwiastun zapowiadał już co innego. Zamiast tej cudownej, wyczekiwanej behawioralnej komedii widzowie mieli dostać kolejną wielką włóczęgę, potyczkę psów z rakarzami i inne mocno zgrane schematy. W dodatku to, czym nęcono, okazało się niezbyt śmieszne. Momentalnie stało się jasne, że filmu roku nie będzie, a wręcz pojawiły się wątpliwości, czy jest sens się w ogóle fatygować do kina. Szczęśliwie prawda na temat tej produkcji jest idealną wypadkową obu trailerów. Szału i przełomu nie ma, ale film jest wystarczająco sympatyczny (a chwilami również zabawny), żeby dało się go bez żalu obejrzeć. Fakt, iż jest przeznaczony raczej dla małych niż dużych dzieci, nie odbiera radości z seansu. Tę osłabił już sztampowy scenariusz, sama realizacja filmu jest przyzwoita (swoją drogą, czołówka musi fajnie wyglądać w 3D). A choć główni bohaterowie – Max i Duke – są na tyle typowi i bezbarwni, że za parę dni o nich zapomnę, to jest tu od groma fajnych drugich planów, które zachowam w pamięci. Tuptuś, Bridget, Chloe, Dziadek. Dla tej ekipy warto. 6/10

„Siedmiu wspaniałych” („The Magnificent Seven”) (USA, 2016), reż. Antoine Fuqua – Komancz gra indianina o ksywce Denali, Tinglit gra Komancza. Seems legit. :D Oczywiście nie, żeby mi to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Wielki zaciesz. Jeśli jest w tym filmie coś, co autentycznie nas drażniło, to prosta, bogobojna farmerka z dekoltem do pasa. Ale biorąc pod uwagę skład osobowy bandy rewolwerowców-samobójców, może nie ma co się czepiać i po prostu przyjąć, że to nie tyle remake klasycznego westernu, co pełne fantasy. Nie będę się tu odnosić do kwestii „po co to w ogóle nakręcono?”. Przyjmijmy, że „bo tak”. Bo Fuqua miał pieniądze i taki kaprys. Większość osób, które narzekają na ten film, z góry dobrze wiedziała, że to nie jest produkcja dla nich albo narzeka z dość niskich pobudek (rasistom filmu nie polecam; tak samo zresztą jak nie-rasistom, którzy oczekują pełnego realizmu i historycznej prawdy; ta bajka, wcale nie kryjąc, że jest bajką, rządzi się swoimi prawami). Nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” to film prosty jak mentalność kowboja. Nie znajdziecie tu głębokiego przesłania ani wysublimowania. Tylko męską przyjaźń, testosteron, odrobinę humoru i soczyste strzelaniny. Szczególny nacisk położono na te ostatnie. Zarówno popisy indywidualne jak i wielki finał są starannie dopracowane i spektakularne. Największą zaletą filmu jest świetny dobór aktorów. Od ostatniego sprawiedliwego Denzela Washingtona przez naszego ukochanego luzaka Pratta, fantastycznego Vincenta D’Onofrio i Byung-huna Lee, którego występ da się podsumować krótkim „Billy rocks!” po urocze epizody Manuela Garcii-Rulfo i Martina Sensmeiera (<3). Ethana Hawke’a pominęłam, bo go nie lubię, aczkolwiek to jest taka rola, która pozwala go nie lubić więc też miło. Ciekawostka: W filmie mamy przyjemność obcować z udaną ostatnią ścieżką dźwiękową skomponowaną przez tragicznie zmarłego Jamesa Hornera. 6,5/10

„Plan Maggie” („Maggie’s Plan”) (USA, 2016), reż. Rebecca Miller – prawdę mówiąc, jeden z planów Maggie (yep, jest ich więcej niż w tytule) jest tak genialny, że aż się dziwię, że nikt wcześniej na to nie wpadł. Świat byłby o wiele łatwiejszym do ogarnięcia miejscem, gdyby zawsze można było się rozmyślić i przywrócić pewne sfery życia do wybranego punktu przywracania systemu. Ale tak po prawdzie to chyba nie jest film o planowaniu, a o tym, jak dziwnie się układa życie, jak uparcie powielamy te same schematy i jak pokręcone oblicza może mieć przeznaczenie. Poza tym to fajny portret rodziny nuklearnej, w której, a mówię to ja, najlepiej wypadają dzieci. Dorośli są dość karykaturalni i mniej lub bardziej męczący (Greta chyba najmniej, Hawke jest tu zwyczajowo rozmemłany, a wychwalana Moore – dziwna; spoko, mnie dziwność akurat nie przeszkadza; jeśli coś mnie w Georgette raziło, to ten pseudoduński akcent, który brzmi trochę jak francusko-szwedzki; albo duńsko-niemiecki; trudno orzec), tak że żałuję, że Rebecca Miller zamiast o Maggie nie nakręciła filmu o Ragnarze Lodbroku i jego królestwie pikli. Potencjał komediowy tej postaci zdążyła co prawda wyczerpać, ale zmarnowała jej ogromny potencjał dramatyczny. To sceny z Fimmelem (zwłaszcza stragan i ostatnie ujęcie) wbiły się zadrą w moje serce i to wątek Guya z tego wszystkiego zapamiętam. Wbrew temu, co czytałam, „Plan Maggie” JEST „kolejnym filmem z Gretą Gerwig”, tyle że koszmarnie ubraną (być może nadinterpretuję, wychodząc z założenia, że to kwestia wychowywania się tytułowej bohaterki wśród Kwakrów, którzy, jak wiadomo, nie przywiązują wagi do stroju) i dla odmiany udającą perfekcjonistkę. Tak że jeśli lubicie ten szczególny rodzaj kina gadanego i nieporadnego, „Plan Maggie” nie powinien Was rozczarować. 6,5/10

filmy-the-secret-life-of-pets-siedmiu-wspanialych-plan-maggie

Dodaj komentarz

Filed under Film