Tag Archives: kino włoskie

Kronika filmowa: 29.10.2018

Wtorek 23.10

„Donbas” („Donbass”) (2018), reż. Sergey Loznitsa – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O sytuacji w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej, czyli w separatystycznych prorosyjskich obwodach na terenie Ukrainy, w czasie wojny hybrydowej, która wybuchła w kwietniu 2014 roku.

Migawki z Donbasu. Czyli szereg scenek rodzajowych z frontu i Noworosji spiętych bardzo ładną klamrą.

Lubię satyry polityczne. Pamiętacie na pewno, jak się rozpływałam nad „Śmiercią Stalina”. Nad „Donbasem” się niestety nie rozpłynę. W jakiejkolwiek słusznej sprawie by to nie było, propaganda to jednak propaganda. A ten film jest tak antyrosyjski, że aż bolą zęby. W dodatku w sposób, który mnie nie bawił. Łoźnica po raz kolejny rysuje Rosję tak grubą kreską, że gubi się w tym zasadna krytyka. No chyba że to film wyłącznie o żenującej jakości współczesnego dziennikarstwa. Wówczas jest genialny!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów satyr politycznych, dla dziennikarzy (ku przestrodze) i dla wszystkich ludzi, którzy nienawidzą Rosji. Zwłaszcza Ci ostatni będą zadowoleni.

Środa 24.10

„Jak pies z kotem” („Jak pies z kotem”) (2018), reż. Janusz Kondratiuk – 6/10

[O czym jest ten film]: O znanych polskich reżyserach Januszu i Andrzeju Kondratiukach, a dokładniej o ostatnich miesiącach życia Andrzeja.

Reżyserem tego obrazu jest sam Janusz Kondratiuk, czyli najlepsza osoba do opowiedzenia tej historii. Bardzo osobistej, będącej na pewno formą swoistego domknięcia i pożegnania. Film ma dwie mocne strony. Pierwszą jest aktorstwo, czyli iście koncertowe występy Roberta Więckiewicza, Olgierda Łukaszewicza i Aleksandry Koniecznej (na pewno trochę przerysowana ta Cembrzyńska, ale w jakim stylu!). Drugą – umiejętne łączenie świata szeroko pojętej fantazji (majaków, snów, odległych wspomnień) z nieubarwioną prozą życia, zwłaszcza prozą opieki nad osobą bardzo ciężko chorą, wymagającą we wszystkim pomocy i tracącą kontakt z rzeczywistością. Przy czym nie ma tu żadnego użalania się nad sobą, robienia z siebie bohatera czy spuszczania zasłony milczenia na różne negatywne emocje, które mają prawo się pojawić w takich okolicznościach. Króluje rozbrajająca szczerość. Regularnie przełamywana humorem.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów braci Kondratiuk, „Moich córek krów” i ciepłego kina rodzinnego.

Ps. Jakby kogoś dręczyło pytanie, co to za utwór przez cały czas powracał w tle, to podpowiadam: „Once Again” zespołu Hang Massive. Natknęłam się na to duo parę lat temu, gdy drążyłam temat niesamowitego instrumentu perkusyjnego Pang. Niesamowicie relaksujący dźwięk. Polecam!

*

„Siedem lat jednej nocy” („7 Nyeon-eui bam”) (2018), reż. Chang-min Choo – 4/10

[O czym jest ten film]: O człowieku całe życie pokutującym za swoje „złe” myśli i złe decyzje.

Sorry seems to be the easiest word. Małe krwawe fabularne kuriozum. I to na pewno wina pozbawionych serca kobiet.:P

Głównym bohaterem opowieści jest Hyeon-soo Choi – człowiek odsiadujący wyrok za wypadek, który spowodował (to wiemy. karty dość szybko lądują na stole). Film zaś stanowi wiwisekcję okoliczności i przyczyn zajścia. Twórcy sięgają przy tym przynajmniej o całe pokolenie wstecz i niezdarnie próbują się powoływać na słynne fatum, z którym człowiek nie ma przecież żadnych szans. No skoro tak, to po co było to analizować? Film jest achronologiczny. Chang-min Choo dość swobodnie przeskakuje do różnych okresów z życia bohaterów, w sobie tylko znanym celu, bo do opowieści nie wnosi to nic poza chaosem. Jedyną zaletą tej produkcji jest to, że mimo wszystko stara się nie odlecieć. No i czasem można się też z tego scenariuszowego bajzlu pośmiać. Napięcia film niestety zbudować nie potrafi. W naszym przypadku ciekawie zrobiło się dopiero po seansie, gdy okazało się, że w głębi po naszej prawicy siedział diabolicznie się uśmiechający pan z czerwonym balonikiem.:D #idonteven

[Dla kogo jest ten film]: Dla niewybrednych i/lub silnie uzależnionych koreanofilów oraz dla osób, które lubią koreańską ekstremalną przemoc.


Z pozdrowieniami od Pennywise’a! 😁🎈

Czwartek 25.10

„53 wojny” („53 wojny”) (2018), reż. Ewa Bukowska – 6/10

[O czym jest ten film]: O życiu w permanentnym stresie.

A gdzie byli rodzice?! Serio! To jedyne pytanie, które wciąż mnie dręczy po seansie. Jak rodzina może tak bardzo nie widzieć, że to już ten moment, w którym trzeba wezwać pomoc?

Na pewno można by się przyczepić do paru rzeczy w tej historii. Rzecz jednak w tym, że to historia prawdziwa. Scenariusz „53 wojen” został oparty na książce Grażyny Jagielskiej (żony dziennikarza i reportażysty Wojciecha Jagielskiego) „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, w której pierwowzór filmowej protagonistki dość ekshibicjonistycznie opowiada o ponad 20 latach życia w ciągłym lęku o życie męża. Lęku stopniowo ewoluującego w coś na kształt zespołu stresu bojowego, a nawet pourazowego. Czyli hardkor. Który na ekranie brawurowo rozgrywa genialna Magdalena Popławska. I ktoś, kto choć trochę interesował się tematyką PTSD, wie, że robi to dobrze. Bardzo bardzo podobała mi się też (nieoczekiwanie dla wielu osób kontrowersyjna. co mnie trochę dziwi, bo to w sumie też na faktach) końcówka. Całkiem przyzwoity reżyserski debiut.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów kina psychotycznego i wielbicieli talentu Magdaleny Popławskiej.

*

„Źle się dzieje w El Royale” („Bad Times at the El Royale”) (2018), reż. Drew Goddard – 8/10

[O czym jest ten film]: O zbieraninie obcych sobie, tajemniczych osób, które spotykają się w starym hotelu na granicy amerykańskich stanów Nevada i Kalifornia.

Mógłby być dłuższy! :D Co mówię jako osoba, która poszła na ten seans chora i siedziała na nim w kinie do bardzo późnego wieczora.

Czasem trzeba czekać cały film na jeden dobry zwrot akcji, a tutaj jest ich tyle, że trudno wszystkie przewidzieć. Co nie powinno dziwić, gdy za kamerą stoi Drew Goddard – twórca „Domu w głębi lasu”, czyli jednej z najlepszych zabaw konwencją horroru w historii kina. „Źle się dzieje w El Royale” nie jest już tak nowatorskie, ale wciąż bawi się dobrze (tym razem konwencją kina noir) i pozwala wyśmienicie się bawić widzom (nie tylko w odkrywanie pobudek i zamiarów każdej z postaci). W towarzystwie doborowej obsady (w której najjaśniej świeci gwiazda Jeffa Bridgesa, ale całkiem szczerze aktorzy podobali mi się wszyscy: grający ciapowatego boya hotelowego Lewis Pullman, obsadzony w dość nietypowej dla siebie roli szalonego guru Chris Hemsworth, bardzo zdeterminowana Dakota Johnson i opętana Cailee Spaeny, urocza Darlene Sweet i zarozumiały Jon Hamm), w dobrym wysmakowanym stylu, iście tarantinowskim klimacie i przy akompaniamencie dobrej muzyki. Dodatkowe pół gwiazdki nie mogę zdradzić za co więc powiedzmy, że za to, iż na moje ciche „W idealnym filmie gość powiedziałby teraz (…)”, Chris powiedział dokładnie to, co trzeba.:) Drew to mój człowiek!✋

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów doskonale wystylizowanych, efekciarskich filmów, a zwłaszcza dla wielbicieli kina tarantinowskiego.

Piątek 26.10

„Korpo” („Mayhem”) (2017), reż. Joe Lynch – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O epidemii upośledzającego kontrolę nad emocjami wirusa ID-7, która wybucha między innymi w budynku pewnego konsultingowego korpo.

Kiedy patrzysz na filmową wymianę ciosów, żeby nie powiedzieć wprost – koncertową rzeź, i skupiasz się na tym, co i jak zrobiłabyś lepiej.;) Ja to mam generalnie taki poziom agresji bez żadnego wirusa. Przydałby się tylko immunitet. Niekoniecznie w mojej pracy, bo nie pracuję w korporacji i swoją robotę przeważnie bardzo lubię. Ale na przykład w sali kinowej pośród głośno gadających, świecących telefonami ludzi. 👹🔨✂

Głównym bohaterem tego – nakręconego gdzieś w Serbii za naprawdę niewielkie pieniądze – filmu jest Derek Cho, szeregowy pracownik wielkiej firmy, który w obliczu niesłusznego zwolnienia z pracy, desperacko próbuje zawalczyć o zachowanie stołka. Pracodawcy generalnie nie chcą z nim rozmawiać, jednak nagły wybuch groźnej epidemii i kwarantanna budynku pozwalają mu sięgnąć po mocniejsze argumenty.:) „Korpo” to typowy poniedziałek w firmie, a już z pewnością standardowa środa, tyle że w warunkach nieprzebranych możliwości i ograniczonej odpowiedzialności. Innymi słowy dzika okazja do odreagowania w towarzystwie bohaterów wszystkich codziennych frustracji. I to się stanowczo udaje. Gorąco polecam tę terapeutyczną sesję! Może i kino klasy B, ale terapia i rozrywka pierwsza klasa.

[Dla kogo jest ten film]: Dla korpoludków, pracowników działu IT, wycyckanych kredytobiorców, fanów Dave Matthews Band i ludzi, którzy lubią patrzeć, jak płonie świat.:D

*

„Suspiria” („Suspiria”) (2018), reż. Luca Guadagnino – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O młodej amerykańskiej baletnicy, która przyjeżdża do Berlina lat 70., by uczyć się w renomowanej szkole baletowej zarządzanej przez dość osobliwe grono pedagogiczne.

Uwaga! Czekanie na coś jak sawanna na deszcz grozi utonięciem!:/

Film jest remakiem słynnej „Suspirii” Dario Argento. Remakiem długo oczekiwanym i bardzo zaskakującym. Oto zamiast powalającej oprawy, magii i niewinności oryginału, dostajemy technikę, siłę i dosłowność. I zbędne wątki. Naprawdę nie oczekiwałam, że Guadagnino skopiuje w swoim dziele estetykę pierwowzoru, ale znając jego przywiązanie do dźwięku i obrazu, liczyłam na to, że zaproponuje coś ciekawego od siebie. W najgorszych snach nie spodziewałam się, że tą propozycją będą naciągane podteksty polityczne i obyczajowe. W moim odczuciu próba łączenia tej fabuły z działalnością Frakcji Czerwonej Armii jest bardzo słaba, a sięgający czasów II wojny epizod lokalnego psychiatry jakby z innego filmu i całkiem niepotrzebny. No i jeszcze to kino pseudofeministyczne! Nienawidzę spoilerów, ale są takie chwile w życiu, kiedy nie da się zmilczeć. Tych, którzy film już widzieli, odsyłam do spoilera pod zdjęciem. Nie jest oczywiście tak, że Guadagnino nie zrobił niczego dobrze (skądś jednak wzięła się ta moja, w zaistniałych okolicznościach wysoka ocena). Na pewno chwała mu za genialną ekspozycję tańca, który Argento potraktował bardzo po macoszemu. Dopiero tutaj widać, czemu miejscem akcji musiała być szkoła baletowa. I choć sugerowałam, że nowa „Suspiria” opiera się głównie na sile i technice, trzeba przyznać, że w filmowym tańcu jest jednak urzekająca czarna magia. A technika działa na jej korzyść. Najlepszym momentem tej 2,5-godzinnej produkcji jest bez dwóch zdań sekwencja taneczna, która będzie jedną z moich ulubionych scen (nie tylko tego) roku. Kochana Dakoto Johnson, jesteś boska!💞 Doceniam też poniekąd odwagę zerwania z cudowną estetyką i dźwiękowym geniuszem „Suspirii” Argento (zdjęcia Sayombhu Mukdeeproma i muzyka Thoma Yorka są dobre, lecz pozbawione tego nastroju i czaru). Szkoda tylko, że za odwagą nie poszła oryginalność. Oglądając ten film, spróbujcie nie pomyśleć o „mother!” Aronofsky’ego.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników horrorów (nieważne, czy film się Wam spodoba. to jeden z tych obrazów, które po prostu musicie zobaczyć), wielbicieli filmów o tańcu i admiratorów Dakoty Johnson.

[SPOILER!!!]: Wszyscy wiemy, że każda feministka to czarownica. :P Sama pochodzę z rodu szeptunów więc whatever. Ale co to jest, do diabła, za feminizm, który koniec końców przeprasza mężczyznę!!! 😠

*

„Oblicze mroku” („Look Away”) (2017), reż. Assaf Bernstein – 3/10 (3,5)

[O czym jest ten film]: O nastolatce, która nagle zaczyna widzieć w swoim lustrzanym odbiciu kogoś innego.

Który ojciec… A zresztą nie będę Wam psuć zabawy.:D

Główną bohaterką filmu jest licealistka Maria, która nie jest zbytnio lubiana wśród rówieśników. Rzecz o tyle trudna do uwierzenia, że mowa o najładniejszej dziewczynie w szkole. Uznajmy to jednak za próbę przełamania schematu. Prawdziwym problemem tego filmu jest i tak co innego, czyli przedziwna relacja Marii z ojcem. Takiej patologii estetycznej jeszcze w kinie nie widziałam. Co jest podwójnie zabawne, gdy się doczeka do napisów końcowych i przeczyta, że film jest zadedykowany ojcu reżysera.:D Gdzieś tam w tle przemyka nie takie najgorsze kino o zaburzeniach tożsamości, ale niestety przyćmione przez zwariowane rodzinne układy.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wielbicieli bardzo złego bardzo zabawnego kina i rodzicielskich patologii, niezbyt wybrednych wielbicieli „Carrie” i wielkich entuzjastów horrorów psychologicznych.

Niedziela 28.10

„Halloween” („Halloween”) (1978), reż. John Carpenter – 7/10

[O czym jest ten film]: O psychopacie, który lubi się bawić w Halloween na poważnie.

Długo się bałam po to sięgnąć. Tak to już jest z tą klasyką. Trudno zgadnąć, z czego da się pośmiać, a co nas serio przerazi. Ten film akurat częściej śmieszy niż straszy. Dla takiego myszoskoczka jak ja to właściwie lepiej.:)

„Halloween” Carpentera to klasyczny horror, w którym ludzie robią dużo głupich rzeczy (można by wręcz ogłosić konkurs na tę najgłupszą. mój typ wiąże się z tym rekwizytem: 🔪), ale główni bohaterowie mogą sobie na to pozwolić, bo z założenia są niemalże nieśmiertelni. Zasadnicza rozgrywka odbywa się między milczącym stalkerem w masce, który urodził się, by wymachiwać nożem i bardzo miłą, rozsądną nastolatką (w tej roli debiutująca fabularnie Jamie Lee Curtis). Na oko dość nierówne starcie, ale jak na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, to można dojść do wniosku, że Carpenter po prostu wierzył w kobiety i już w 1978 roku nakręcił horror feministyczny!:D Film nakręcony za $325,000 (które przekuł w $47,000,000 zysku!), czyli bardzo niskobudżetowy, co zdecydowanie widać, ale grunt, że klimat ma na swoim miejscu. Klimat budowany między innymi genialną kultową muzyką, której autorem jest reżyser.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wszystkich fanów horrorów (bo to niekwestionowana klasyka, którą trzeba zaliczyć).

***

W piątek 26 października udało mi się też wreszcie obejrzeć na Netflixie serial „The End of the F***ing World” o młodej narwanej buntowniczce i zainteresowanym nią młodym psychopacie. Urocza nieoprawna rzecz! Od razu poczułam silną duchową łączność z Alyssą. Cała ja! Mogłabym pisać dla niej dialogi.:) Oczywiście polecam!

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 03.09.2018

Na oko tydzień książkowych adaptacji. :D

Poniedziałek 27.08

„Też go kocham” („Juliet, Naked”) (2018), reż. Jesse Peretz – 7/10

[O czym jest ten film]: O kobiecie, która przez przypadek poznaje idola swojego chłopaka i o muzyku, który musi się zmierzyć ze wszystkim błędami swojego życia.

Początek pachnie schematem, a jednak film się w niego nie osuwa. Scenarzyści sporo poprawili po Nicku Hornbym i zaskakująco dobrze im to wyszło. To naprawdę nie jest kom-rom. Ot, bardzo życiowe, bezpretensjonalne i zabawne kino nie tylko o związkach. Dobrą robotę robią świetnie pasujący do swych ról aktorzy: Hawke, Byrne i O’Dowd. Aczkolwiek show kradnie postać burmistrza, zwłaszcza w mojej ulubionej scenie prezentacji gwiazdy. Bardzo przyzwoity film, jestem zaszczycona;)

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów antykomedii romantycznych i dowcipu na wyższym poziomie niż w przeciętnym amerykańskim hiciorze. No i oczywiście dla wielbicieli brytyjskich akcentów.

*

„The Meg” („The Meg”) (2018), reż. Jon Turteltaub – 5/10 (4,5)

LOL, idźcie pomacać dno oceanu. A nuż, widelec. :D

[O czym jest ten film]: O szalonych ludziach i racjonalnym wielkim prehistorycznym rekinie.

Zaprawdę byłaby to dużo lepsza produkcja, gdyby nie zawierała dialogów. Są fatalne. Odtwórstwo (nie mylić z aktorstwem) też ssie. Najlepiej i najdojrzalej gra tu małe dziecko (słodka Shuya Sophia Cai), Jason Statham i Cliff Curtis prezentują się przyzwoicie, natomiast resztę występów należałoby pominąć milczeniem (doktor Zhang Winstona Chao niebezpiecznie przypominał mi bohaterów „Mody na sukces”). O absurdach fabuły też szkoda gadać. Lepiej się pośmiać. :) Albo skupić się na widowisku. Bo trzeba przyznać, że efekty (w tym megalodon) są naprawdę mega. Przy okazji brawa dla Chińczyków (film jest amerykańsko-chińską koprodukcją), za to że wycisnęli dno oceanu do cna, między innymi zachwalając walory turystyczne Sanya Bay. Film jak film, ale taka reklama to zawsze dobra inwestycja.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników rekinów, potworów, Jasona Stathama i spektakularnych efektów.

Czwartek 30.08

„Mroczne umysły” („The Darkest Minds”) (2018), reż. Jennifer Yuh Nelson – 3/10 (2,5)

[O czym jest ten film]: O dzieciach, które w wyniku choroby nabierają supermocy i muszą uciekać przed dorosłymi, którzy czują się tym wszystkim zagrożeni.

To taki film-fantazja dla ludzi, którzy nienawidzą dzieci, bądź mają dzieci i chcieliby móc na nie zapolować. Absurd. Który poniekąd oglądałam z zainteresowaniem. Ciekawiło mnie bowiem, do ilu den zdołają dobić twórcy. Zgodnie z przewidywaniami okazało się, że do tylu co w dobrych rajstopach (i gdyby naukowcy z „The Meg” mieli rację, przebijaliby się dalej), ale sam proces pogrążania się był fascynujący. Uwielbiam dystopie i jestem w stanie dużo im wybaczyć, ale to jest jedna z najgłupszych opowieści, z jakimi miałam do czynienia (klisza kliszy kliszy, w dodatku bez cienia składu i sensu). Jako że Alexandra Bracken popełniła książkę, na której bazuje ta produkcja, w 2012 roku, kiedy to gatunek był w pełni rozkwitu i każdy miał dostęp do masy dobrych wzorców, nie widzę dla tej „twórczości” żadnego usprawiedliwienia. To jest przykład najobrzydliwszego odcinania dolarów od popularnego trendu. Szczęśliwie film nie zarobił więc kolejnych odsłon raczej nie będzie. Plus za najbardziej żenujący dialog o skarpetkach w historii kina i kreację Harrisa Dickinsona (zdecydowanie się wyróżnia na nijakim tle).

[Dla kogo jest ten film]: Dla psychofanów dystopii i młodzieżowych romansów, dla widzów, którym nie przeszkadza, że z 3 części zobaczą tylko jedną i dla ludzi, którzy ekstremalnie nie lubią dzieci.

*

„Krzysiu, gdzie jesteś?” („Christopher Robin”) (2018), reż. Marc Forster – 7/10

[O czym jest ten film]: O tym jak dorosły już Krzyś ponownie spotyka wesołą kompanię ze Stumilowego Lasu (z przyczyn prawnych zwanego tu Stuwiekowym).

Nie czytałam „Kubusia Puchatka” w dzieciństwie, bo wydawał mi się zbyt infantylny. Czytam teraz i wygląda na to, że musiałam do tej książki dorosnąć. ;D Miałam nie iść na ten film, bo dubbing only. Zaintrygowana pozytywnymi ocenami znajomych, złamałam się jednak i nie żałuję. „Krzysiu, gdzie jesteś?” to wyższa klasa humoru (w którym przodują Kubuś i Kłapouchy. obaj po prostu cudni!) i wyższa klasa wzruszenia (historia nie jest smutna, ale bez paczki chusteczek się nie obejdzie. może się też zdarzyć, że po seansie pół nocy będziecie szukać ulubionej maskotki z dzieciństwa. może lepiej poszukać zawczasu;). Mottem przewodnim filmu jest hasło, iż „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie”. Niby logiczne, ale warto o tym przypominać. Mając przeczytane 2/3 „Kubusia Puchatka”, byłam bardzo zaskoczona tym, jak wiernie odtworzono tu atmosferę, teksty i przygody z książki (te ostatnie w formie mistrzowskich nawiązań). Nie zdziwiłabym się, gdyby obraz Forstera, nie będąc stricte ekranizacją, był i pozostał najbardziej kubusiową i najlepszą adaptacją twórczości Alana Alexandra Milne.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów „Kubusia Puchatka”, dla osób, które chciałyby zostać fanami „Kubusia Puchatka”, dla ludzi, którzy lubią się wzruszać, raczej dla dorosłych niż dla maluchów (najlepiej bawili się na tym dorośli w moim wieku. małe dzieci i ich rodzice się nudzili).

*

„Dogman” („Dogman”) (2018), reż. Matteo Garrone – 7/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O wyjątkowo nieogarniętym psim fryzjerze i konsekwentnym zapędzaniu się w kozi róg.

Główny bohater to miś o bardzo małym rozumku i wielkim sercu. Jak na taką pierdołę świetnie się wspina (na trzeźwo bym go raczej nie przebiła), ale życia sobie nie potrafi ułożyć. Między innymi dlatego, że lepiej rozumie zwierzęta niż ludzi. Marcello (brawurowo zagrany przez Marcello Fonte) to jedna z tych postaci, które wzbudzają całe morze uczuć. Od szczerej sympatii (choćby przez wzgląd na chihuahuę) po równie szczerą złość. Chwilami złość tę ciężko było przełknąć, ale zgadzam się z jedną z użytkowniczek Filmwebu, że ocenianie takich ludzi z pozycji wykształconej, godziwie sytuowanej osoby, która wychowała się w lepszym świecie, jest nie na miejscu. Toksyczne relacje są toksyczne. A choć każdy wie, że należałoby się nauczyć stawiać granice, czasem się tego zrobić nie da.

Fajnych filmów trochę we wrześniu w kinach będzie, ale tych „lepsiejszych” (oryginalnych i dalekich od masówki) nie za wiele więc polecam!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów twórczości reżysera „Gomorry” i „Pentameronu” – Matteo Garrone oraz dla wielbicieli psów, kina psychologicznego i nieoczywistego kina gangsterskiego.

Piątek 31.08

„Bajecznie bogaci Azjaci” („Crazy Rich Asians”) (2018), reż. Jon M. Chu – 6/10

[O czym jest ten film]: O bajecznie bogatych Singapurczykach i ich mezaliansach.

„Bajecznie bogaci Azjaci” to takie azjatyckie „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, tyle że bez 50 twarzy Greya. Główni bohaterowie są przyjemnie normalni, na takim etapie związku, że nie muszą jeszcze świrować z pikanterią, a autorowi książki, której film jest adaptacją, jakoś nie przyszło do głowy, by zbudować fabułę na seksie. Zgadza się tylko skala przepychu i trochę drama. Gwarantuję jednak, że trafiwszy do kina przez przypadek, nie umrzecie z nudy i zażenowania. Jest za to duża szansa, że się pośmiejecie.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów książek Kevina Kwana (i tu Wam mogę zagwarantować, że wszystkie 3 części trylogii powstaną, gdyż fabularni „Bajecznie bogaci Azjaci” zdążyli już zrobić furorę w Ameryce], dla miłośników harlequinów i innych romansów, dla marzących o luksusie oraz dla maniaków wszystkiego co azjatyckie.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 8/10

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książkę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 02.07.2018

Myślałby kto, że jak człowiek choruje, to się chociaż filmów naogląda, ale rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Mecz kątem oka to ja mogę nawet z gorączką, ale żeby oglądać filmy, potrzebuję jednak być jako tako przytomna.

Poniedziałek 25.06

„Dziedzictwo. Hereditary” („Hereditary”) (2018), reż. Ari Aster – 6/10 (6,5)

W drodze do kina najpierw utknęłam w drzwiach obrotowych (po prostu nagle stanęły i odmówiły dalszego wykrywania obecności człowieka. zdarza się), następnie (i to już było dziwne) winda w Złotych Tarasach nie chciała mnie zawieść na górę do Multikina (z windy wysiadła pani z wózkiem więc wcześniej wszystko działało. potem w środku byłam już tylko ja, a bezpośrednio na zewnątrz nikogo. w tym momencie drzwi zaczęły się zamykać i otwierać jak szalone. uspokoiły się dopiero wtedy, gdy wysiadłam. po czym winda spokojnie odjechała), a na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. To powinno było mnie ostrzec i odprawić do jakiegoś cywilizowanego kina, ale nie. No więc dostałam za swoje – nastrojowy horror, który powinno się kontemplować w jako takiej ciszy i skupieniu, musiałam oglądać w towarzystwie gościa, który nie krępował się rozmawiać przez telefon oraz głośno gadających i biegających po sali nastolatek. To był koszmar. Z którym żaden horror nie miał prawa wygrać. I nie wygrał.

Nie spoilując wprost, mogę powiedzieć, że „Hereditary” to połączenie pewnego kultowego „polskiego” horroru z jednym z horrorów Netflixa i klasyczną grecką tragedią. Przy czym film Astera nie ma w sobie ani finezji tego pierwszego obrazu, ani nie dostarcza tylu emocji co ten drugi. Świetnie sprawdza się wyłącznie jako produkcja o fatum (naprawdę, Sofokles byłby dumny!) oraz jako dość szczególny dramat rodzinny – pogrążony w żałobie, wyciągający z szafy masę trupów, obiecujący duchy i dostarczający rzeczy, których widz nie oczekiwał. Film ma fajny klimat (umiejętnie budowany z pomocą ekspresyjnego aktorstwa, upiornej muzyki i bardzo dobrych mrocznych zdjęć Pawła Pogorzelskiego), jest bardzo dobrze wykonany (nie tylko jak na debiut. ale jak na debiut to ekstra), ma swoje momenty i potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że tak boleśnie rozczarowuje pomysłem na zakończenie. Tak samo zresztą jak początkiem. Na subtelność i niedopowiedzenia nie macie co tu liczyć.

Sobota 30.06

„Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” („How to Lose Friends & Alienate People”) (2008), reż. Robert B. Weide – 5/10 (5,5)

Nie sprawdza się to jako komedia (choć ze 3 razy śmiech zręcznie wymusza. przede wszystkim skalą absurdu), nie sprawdza się też jako satyra na show-biznes (zbyt grubą kreską nabazgrał to reżyser, zbyt pretensjonalnie i tanio). Trochę lepiej film wypada jako obraz o kuluarach pracy brukowców i lifestylowych czasopism, a to pewnie dlatego, że bazuje na doświadczeniach byłego stażysty Vanity Fair – Toby’ego Younga – autora książki, której film jest ekranizacją i pierwowzoru filmowego Sidneya. Oczywiście ta część „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” też została podkoloryzowana, ale niektóre sceny odtwarzają prawdziwe zdarzenia (patrz np. scena upadku w hallu). Z drugiej strony jest to całkiem sensowna produkcja o związkach (zwłaszcza o bliskości, wspólnych zainteresowaniach i celach oraz byciu razem na co dzień), a odpowiednio hiperaktywny Simon Pegg, rewelacyjna Kirsten Dunst, rozkoszny Jeff Bridges, seksowna Megan Fox i czadowa Gillian Anderson potrafią ten niewybitny obraz solidnie osłodzić.

Niedziela 01.07

„Złodzieje rowerów” („Ladri di biciclette”) (1948), reż. Vittorio De Sica – 7/10

Włoski realizm niemagiczny i krótki film o bezradności (bezradności dziedzicznej, od której trudno się uwolnić), nakręcaniu się spirali biedy i spirali nieszczęść. Fabułę tej produkcji da się opowiedzieć w 3 zdaniach (a nawet poprzez tytuł) więc nie będę Wam tu wykładać treści. To trzeba obejrzeć i przeżyć. Na szczęście i niestety nie na własnej skórze, co prowokuje do łatwych i niesprawiedliwych ocen postępowania bohaterów. Oby koniec końców do dojrzalszych wniosków. Film został sfinansowany przez znajomych królika i zagrany przez amatorów, czego oczywiście nie widać. Klasyka.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 04.06.2018

To był bardzo „budżetowy” tydzień (mimo długiego weekendu obejrzałam tylko 4 filmy, nie wyrabiając żadnego limitu i odwiedzając kino raptem 2 razy. OTOH byłam na super weselu i poprawinach, a w weekend wypasałam się w ogrodzie więc nie żałuję), a mimo to zrobiłam mało notatek (nagły atak silnej alergii tłumaczy mnie tylko trochę) i ciężko było mi się zabrać do tej Kroniki. Oj, lato, lato!:)

Poniedziałek 28.05

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” („Solo: A Star Wars Story”) (2018), reż. Ron Howard – 7/10

I had a really good feeling about this. I się sprawdziło. Przede wszystkim w osobie Aldena Ehrenreicha (chłopaka, którego bardzo lubię i który zdążył mnie zachwycić rolą w „Ave, Cezar!”). Jego Han, niepozbawiony Solowskiej pewności siebie i Fordowskiej łobuzerskości, jest psotny, wyluzowany i ma ten vibe, o który chodziło. Bez kopiowania, bez pretensji. To coś o wiele cenniejszego niż właściwy wygląd. Jeśli miałam w przypadku tego filmu jakieś kadrowe wątpliwości, to dotyczyły one Rona Howarda, ale szybko sobie przypomniałam, że nakręcił przecież „Willowa” (kultowe kino wielkiej przygody) i mi przeszło. „Han Solo” to rasowe kino awanturnicze. Pełne przepychu, spektakularnych efektów, dobrze osadzone i ładnie zgrane z poprzednimi filmami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” (wszystkie klocki zgrabnie wskakują na swoje miejsce, a jeden najwyraźniej złapał drugi oddech), choć nie skupia się wyłącznie na ogrywaniu sentymentów, tylko snuje własną przygodę. Może bez wielkich kreacji aktorskich, ale ze świetnie zgraną ekipą: oprócz Ehrenreicha z charyzmatycznym Donaldem Gloverem, bardzo Harrelsonowskim Woodym, diabolicznym Paulem Bettany i wciąż jeszcze Targaryenowską Emilią Clarke (dobrze, że mi to nie przeszkadza). Choć mnie się oczywiście jak zwykle najbardziej podobali Ci, którym było najtrudniej się zaprezentować i których gry aktorskiej nie sposób ocenić. Bo to właśnie Chewbacca Joonasa Suotamo i L3-37 Phoebe Waller-Bridge zostaną w sercu najdłużej.

Wtorek 29.05

„Ella i John” („The Leisure Seeker”) (2017), reż. Paolo Virzì – 6/10

Kolejny po „Zwariować ze szczęścia” film drogi Virzì’ego (pierwszy anglojęzyczny). Również oparty na mocnych kreacjach aktorskich (świetne role Helen Mirren i Donalda Sutherlanda) i opowiadający o próbie ucieczki przed nieuchronnym. Przeczytałam gdzieś, że wadą tego filmu jest przewidywalność. Naprawdę da się przewidzieć los starych schorowanych osób, które wyruszają w swoją ostatnią wspólną podróż? Normalnie szok i niedowierzanie! :D „Ella i John” to film o godzeniu się z losem, starością i chorobą. O pożegnaniu dwojga ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat byli sobie najbliżsi na świecie. Chorej na raka Elli, która trzyma się na nogach już tylko siłą niezmordowanej woli i jej chorego na Alzheimera męża, który bez niej dawno zatraciłby resztki tożsamości. Pożegnaniu podczas ostatniej wyprawy ukochanych kamperem. Do miejsc z przeszłości i dawnych marzeń. Brzmi to smutno? Bo jest smutne. Ale tylko w życiu jako takim. Na pewno nie u Virzì’ego! „Ella i John” to film ciepły i radosny, nie opłakujący życia, tylko je celebrujący. Prawdopodobnie uronicie parę łez, ale raczej nie powinniście załapać żadnej traumy. Ba! Niektórym ta opowieść wręcz pomoże. Mojej szefowej obraz ten natychmiast skojarzył się z jej ulubionym „Nad złotym stawem” Rydella. Tak że polecam Helen i Donalda fanom tego klasyka.

Środa 30.05

„Bakemono no ko” („Bakemono no ko”) (2015) (Sub), reż. Mamoru Hosoda – 7/10

Bestia i chłopiec. I wcale nie jest oczywiste, kto tu jest bestią. Co w sumie, bardzo się wpisuje w twórczość Mamoru Hosody – reżysera, który lubi się poruszać na styku światów ludzi i zwierząt. Głównym bohaterem filmu jest zły na cały świat mały chłopiec, który właśnie stracił matkę i który nie ma pojęcia, gdzie jest jego ojciec. Ren nie szuka opieki. Chce się nauczyć jak być samowystarczalnym i silnym. Gdy na jego drodze staje waleczny legendarny potwór, chłopiec decyduje się zostać jego uczniem. „Bakemono no ko” to film, który przede wszystkim pokazuje, ile jeszcze Chińczycy muszą się nauczyć, żeby dorównać do poziomu anime japońskiego. Myśli biegną do „Dużej ryby i begonii” automatycznie, bo oba filmy są opowieściami o przenikaniu się światów i czerpią z mitologii. Z tym że produkcja japońska robi to jednak wyraźnie lepiej. Bez chaosu, powoli, konsekwentnie, nie uciekając w tani romantyzm i nie próbując na siłę wycisnąć łez. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Hosoda nie rozgrywa tej historii na smutno. To nie słodkie, rozklejające widzów „Wilcze dzieci”. To oręż do ręki i uśmiech na drogę. Rubasznie szeroki.

Niedziela 03.06

„Bella i Sebastian 2” („Belle et Sébastien, l’aventure continue”) (2015) (Dub), reż. Christian Duguay – 6/10

Pytam Tatę, czy idziemy przykręcić wieszak, a on na to: „Tak, ale dopiero po piesku”. No skoro tak postawił sprawę. ;) Nie powiem, że da się przyzwyczaić do dubbingu w filmach aktorskich. Nie da się. Ale góry i zwierzęta potrafią trochę odwrócić uwagę. Akcja 2 części przygód Sebastiana i Belli rozgrywa się w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny. Nie zdradzając za wiele, powiem, że dla Sebastiana dramat się tak łatwo nie kończy. Na szczęście (lub nieszczęście opiekunów) chłopiec zdążył stać się jeszcze bardziej uparty i wystarczająco twardy, by dramatom nie odpuścić. A Bella dzielnie tu nad nim czuwa. Nie potrafię odpowiedzieć, czemu ta część filmu podobała mi się najbardziej. Tym bardziej że, choć dziejowo akuratna i niewykluczona, chwilami bywa nieprawdopodobna. Może dlatego że jest najbardziej przygodowa. Może ze względu na dynamikę Sebastian – Pierre. A może po prostu miałam nastrój na tę eskapadę. Ponownie w niewyobrażalnie pięknych okolicznościach przyrody. Wiadomo, że góry robią mi tak jak Tacie pieski. No dobra, fajne pieski też mi robią. ;) A Garfield jest super!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 30.04.2018

Poniedziałek 23.04

„Wyspa psów” („Isle of Dogs”) (2018), reż. Wes Anderson – 8/10

Spieszcie się uczyć japońskiego, bo inaczej nie zrozumiecie połowy dialogów (ja ogarniam niewiele więcej ponad zwroty grzecznościowe). A choć nieznajomość języka nie przeszkadza jakoś szczególnie w odbiorze filmu, bardzo nie lubię być językowo dyskryminowana i za to minus do oceny końcowej. „Wyspa psów” to okrutnie zabawna poklatkowa antyutopijna przygodówka o psach, poważny manifest światopoglądowy i świetny film o mechanizmach propagandy (politycznej i medialnej), który treściowo natychmiast kojarzy się z koreańską „Okją” (ciekawe, czy to trend rozwojowy). Sama animacja i ton to z jednej strony czysty Wes Anderson, z drugiej – trochę bajka burtonowska. Być może nijak nie dla dzieci. Cackać się w każdym razie nie cacka (nawet jeśli Wes jest mocno łaskawy w temacie trupów).

Środa 25.04

„Raz się żyje” („Gringo”) (2018), reż. Nash Edgerton – 5/10

Po kilkunastu minutach Kasia nie wytrzymała: – Czemu Ci aktorzy zgodzili się zagrać w czymś takim? Cóż, Joel Edgerton na przykład dlatego, że reżyser jest jego bratem. :) Nie jest zresztą wcale stratny na tym, bo nawet jeśli trudno piać nad intrygą (przewidywalna), scenariuszem (niewymyślny, choć próbuje kluczyć i mnożyć atrakcje z zapałem godnym lepszej produkcji) i sposobem jego prowadzenia (chaos reigns), humor jest raczej niewybredny (w dużej mierze slapstickowy), a postaci nakreślono zbyt grubą kreską (zwłaszcza graną przez Theron Elaine i śmiesznego bossa meksykańskiego kartelu), to akurat Richard Rusk jest wspaniałą korporacyjną łajzą i fajną rolą do aktorskiej filmografii.

*

„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”) (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo – 7/10

Drogi Marvelu, to smutne, ale Wasza strategia stała się zupełnie jasna przed upływem 10 minut. Chętnie Was oświecę, gdzie popełniliście błąd. I co mi po tym, że Źli są w końcu wystarczająco mocni (Thanos miażdży!), puzzle cudownie się składają i jest się z czego pośmiać, skoro zabawa zdążyła się skończyć, nim się zaczęła? BTW, mam parę świetnych pomysłów (jeden wręcz genialny i z gwarancją krociowych zysków), jak mogliście (i nadal możecie) zarobić na nas jeszcze więcej zielonych. Zainteresowani?:) Żeby nie było, wcale się nie foszę. Trudno się foszyć na coś, co jest tak wybornie skonstruowane. Szkoda jedynie, że Marvel nie raczył mnie potrzymać w jakichkolwiek emocjach. No i smuteczek, bo choć łatwo przewidzieć, co się wydarzy w następnej części, z filmu wyszłam, czując, że tak czy inaczej, coś się kończy. Ciężko będzie się z tym pogodzić. Oj, ciężko.

Czwartek 26.04

„Dziewczyna we mgle” („La ragazza nella nebbia”) (2017), reż. Donato Carrisi – 4/10

Właściwie to nie potrafię przewidzieć, jak odbierzecie ten obraz. Na moim seansie pół widowni oglądało to jak wieczorny seans w TV Puls (z zainteresowaniem. pozdrawiam zwłaszcza zapatrzony 2 rząd), drugie pół przez połowę filmu patrzyło na zegarek. Ja niestety usiadłam po tej znudzonej stronie. Mój podstawowy problem z tym filmem polega na tym, że jest to obraz szalenie nieefektywny. Te bite 2 godziny ukręcone są z niczego i na siłę. Główny wątek (uprowadzenie nastolatki) reżysera (który jest jednocześnie autorem książki i scenarzystą) wcale nie obchodzi. Liczy się tylko konstrukcja intrygi. Przemyślana? Owszem. Skomplikowana? To zależy od widza. Wszystkie rozwiązania są pod nosem. Pytanie, czy zechcecie je dostrzec (ja niestety jestem urodzonym słuchaczem, bardzo wyczulonym na detal. to mi często rujnuje zabawę.:). I drugie pytanie, czy będzie Wam zależało. Bo całkiem możliwe, że nie. Tu naprawdę nie ma się kim przejąć. Nie licząc tytułowej bohaterki, ani źli, ani dobrzy nie wywołują żadnych emocji (nawet uzasadnionej złości), a cały środek filmu to wielka nuda. Czy w takich okolicznościach ma znaczenie kto i dlaczego? Dla mnie nie ma.

Piątek 27.04

„Śmierć Stalina” („The Death of Stalin”) (2017), reż. Armando Iannucci – 8/10

Nie znając dotychczasowej twórczości reżysera, mimo świetnej obsady, trochę bałam się głupawej włoskiej farsy, a tu „Wściekłe psy”. I komedia, w której żart sączy się inteligentnie. „Śmierć Stalina” to porażające (bezpardonowe, ale też w dziesiątkę trafne) studium mechanizmów władzy (jak na Iannucciego przystało historycznie wierne i bardzo dokładne), opowiedziane jednak z (wybrednym!) humorem i dużą dozą niezbędnego dystansu (i w tym momencie do mnie dotarło, że Poppe w „Utoyi” żadnych granic tak naprawdę nie przekroczył. zrobiłby to dopiero kręcąc komedię. brzmi niewyobrażalnie? bardziej niewyobrażalnie niż śmianie się ze stalinowskich czystek?). Najwyraźniej zbyt dużą dla Rosjan, którzy film zbanowali (co może być najlepszą rekomendacją). O ile fabularnie obraz czerpie z francuskiego komiksu, o tyle narracja jest już charakterystyczna dla szkockiego reżysera. Bardziej wyrafinowana, dowcipniejsza, bazująca na brawurowych performansach idealnie dobranych aktorów (Buscemi jako Chruszczow, Tambor jako Malenkow, Isaacs jako Żukow!<3). Rozkosz. Prywatnie składam pokłon również za to, że aktorzy nie pozorują tu rosyjskiego akcentu. Jedyna słuszna decyzja.

*

Początkowo planowałam „popołudnie rozpaczy” (nowe „Życzenie śmierci” i „Dorwać Gunthera”), ale doszłam jednak do wniosku, że trzeba się szanować. Poza tym, jeśli może się nie udać, zawsze lepiej postawić na eksplorację. Zawinęłam więc na 9. LGBT Film Festival.

„Powietrze” („Luft”) (2017), reż. Anatol Schuster – 6/10 (5,5)

Film nie tyle branżowy, co naiwny i nieco amatorski. Przypomina to trochę niemieckie kino młodzieżowe z Alicją Bachledą-Curuś, tyle że – niespodzianka – z rosyjską duszą. Główną bohaterką jest taki anioł (o rozmarzonym obliczu Kristen Stewart), który wzdycha do nie tak bardzo szalonej, jak by chciała, pięknej buntowniczki. W tle mamy rodzinną traumę, protest przeciwko zabijaniu zwierząt, prokobiecy dydaktyzm, wciśniętą na siłę uchodźczą traumę, a nawet twórczość muzyczną (bardzo fajny freestyle z akompaniamentem akordeonu), ale od początku do końca to miłość jest tu najważniejsza. Ocena bardziej za dobre chęci, zaangażowanie, prawdziwy rosyjski i dobre beaty niż za wartość filmową. Ale przecież pasja się liczy.

*

„Ukryci w sitowiu” („A Moment in the Reeds”) (2017), reż. Mikko Makela – 4/10

Fińsko-syryjski zaangażowany romans męsko-męski, czyli w temacie uchodźców widziałam już chyba wszystko.;) Trochę „Piękny kraj”, tyle że oddany sprawie (trudno orzec, czy ten poziom łopatologii naprawdę może uchodźcom pomóc), w ogóle nieheblowany (czysta „surówka”) i mocno branżowy (uginający się od generycznych klisz. sama branża wzdychała i śmiała się, gdy okoliczności zbyt łatwo zgrywały się pod seks. a zgrywały się jak na zawołanie). Sam seks (poza tym, że wydarza się z jasnego nieba) oczywiście spoko, jednak preferuję dużo lepszą (filmową) grę wstępną.

Niedziela 29.04

„Zapętleni” („In the Loop”) (2009), reż. Armando Iannucci – 7/10

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w sercu moim, moja Ty „Śmierci Stalina” (jak to się stało, że dotąd nie wpadliśmy z Iannuccim na siebie?!) więc po prostu musiałam czym prędzej zameldować się w kręgu (polski tytuł tradycyjnie mocno rozminął się z rzeczywistością i intencją). I choć (nawet najbardziej wyrafinowane) przekleństwa to zupełnie nie mój humor, zdecydowanie nie żałuję. „Zapętleni” to jeden z najlepszych filmów o kulisach polityki ever. Tak to z pewnością wygląda (coś czuję, że Iannucci wkręcił się nie tylko do amerykańskiego Departamentu Stanu. i to nie raz). Właśnie tak powstają nieprzewidywalne polityczne konsekwencje. Na które przeciętny obywatel przeważnie nie ma wpływu. Przez wzgląd na wagę słów polecam obejrzeć film w oryginale.

Przede mną tydzień bez kina (z małą przerwą na weryfikację oceny „Player One”), ale to nie znaczy, że bez filmów. Stay tuned.;)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej powiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film