Tag Archives: kino polskie

Kronika filmowa: 18.06.2018

Wycieczka do Torunia, M jak Mundial z migreną (niestety prawdziwą) i tylko 4 filmy, czyli tydzień minimalistyczny. Pocieszam się tym, że dla Was i tak liczą się głównie premiery więc tylko ja jestem stratna.

Poniedziałek 11.06

„Thelma” („Thelma”) (2017), reż. Joachim Trier – 7/10 (7,5)

O tym, jak nie postępować z dziećmi. A już tym bardziej z dziećmi obdarzonymi niekontrolowaną mocą. Przy czym moc tę można tu odczytywać dosłownie (i wtedy film ma x-menowski posmak), a można też uznać za symbol budzącej się świadomej kobiecości. Wszak z tradycyjnie męskiego i tradycjonalistycznie religijnego punktu widzenia złowieszcza wydaje się już sama idea otwartego buntu przeciw porządkowi, który od zawsze narzucali przede wszystkim mężczyźni. „Thelma” to film o tym, jak wielkie i wielowymiarowe szkody może spowodować opresyjne, pozbawione miłości wychowanie. Przy czym wystarczy prześledzić życiorysy przestępców i innych psychopatów, żeby zyskać pewność, że ten rodzaj szkód najczęściej nie pozostaje krzywdą jednostkową, lecz prędzej czy później zwraca się światu, i to w paskudny sposób. Obraz Joachima Triera nie jest może stricte kinem grozy, ale na pewno budzi i nakręca niepokój. Wspaniale potęgowany przez piękne mroczne zdjęcia Jakoba Ihre i kolejny doskonały score Ole Fløttuma. Dla mnie największą zaletą tej produkcji (oprócz przekazu, z którym się zgadzam) jest jej niezwykła zmysłowość i wyrywająca się spod typowo skandynawskiej tafli emocjonalność. Duża w tym zasługa grającej Thelmę magnetycznej Eili Harboe.

Wtorek 15.05

„Czuwaj” („Czuwaj”) (2017), reż. Robert Gliński – 5/10

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, no może w siódmym lesie, ale w żadnym istniejącym kraju był sobie obóz harcerski. Dla młodzieży patriotycznej, dla młodzieży trudnej i dla młodzieży, której się w dupie poprzewracało. Dorosłych było w tym świecie jak na lekarstwo. Gdy tylko mogli, wiali gdzie pieprz rośnie. Gdy zwiać się nie dało, zalewali robaka i profilaktycznie opędzali się od dzieci „elektrycznym” drutem. To nie jest nawet tak, że film Roberta Glińskiego jest źle zrobiony. Ja myślę, że formalnie jest to lepsze niż przykładowo „Obce ciało” Zanussiego. Szkoda tylko, że fabularnie jest to raczej „Obcy” (przy czym chwilami można się pośmiać tak jak z tego pierwszego). Czysta fikcja. Teoretycznie Robert Gliński chciał oczywiście dobrze. Zależało mu, żeby pokazać, jak łatwo się nakręcić w oparciu o poszlaki i powszechnie panujące stereotypy i jak krótka jest droga do ślepego odwetu. Do którego wszyscy mamy skłonność i którego większość z nas by żałowała. Jedną z nielicznych zalet tej produkcji jest właśnie fakt, że reżyser nie dzieli bohaterów na dobrych i złych. Wszyscy mają coś za uszami, wszyscy są podejrzani. Szkoda tylko, że ta refleksja nie pojawia się tu w prawdziwym świecie, na naszym polskim podwórku, tylko w ramach totalnie nieprawdopodobnego nierasowego dystopijnego fantasy w stylu „Więźnia labiryntu”. Co do obozów harcerskich, to wiem, że kiedyś była to naprawdę fajna sprawa. Dziś jawią się jako obozy przetrwania. A to zerwana lina zjazdowa, a to molestowanie przez księdza, a to dzieciaki giną w nawałnicy, bo nikt nie sprawdził prognozy pogody. Czekać tylko, aż się mordować zaczną. Nie mówię, żeby nie posyłać, ale warto dokładnie sprawdzić, gdzie i z kim się dzieci puszcza i monitorować, co się tam z nimi dzieje.

Środa 16.05

„Jurassic World: Upadłe królestwo” („Jurassic World: Fallen Kingdom”) (2018), reż. J.A. Bayona – 7/10 (6,5)

To koniec. Wyspa dinozaurów gotuje się do wulkanicznego wybuchu. Dinozaury znów czeka zagłada. No chyba że ktoś się ulituje. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w taką litość, należałoby sobie zadać ważkie pytanie: Czy ratowanie dinozaurów to aby na pewno dobry pomysł? No cóż, jeśli liczyliście na to, że film ten będzie kopalnią dobrych pomysłów, to się przeliczycie (chociaż ja bardzo kibicowałam temu finałowemu. od lat kibicuję:). Uwaga!: Jeśli wolicie, gdy dinozaury prowadzą egzystencjonalne dysputy, a ludzie giną w ciszy, to nie jest produkcja dla Was. Nie nadaje się też dla dzieci (no chyba że zależy Wam na tym, żeby nie mogły spać w nocy. dinozaury są tu wyjątkowo żarte więc jest szansa), uczulonych na prehistoryczne gady i uczulonych na czystą rozrywkę (zakichają się i zdechną z nudów). Cały ten film to wyłącznie: dinozaury, dużo dinozaurów (w tym Welociraptorka empatii, Stygimoloch chaosu i Tyranozaur pogardy. za występ tego ostatniego zawyżam ocenę końcową!<3), katastrofy naturalne (ma Bayona to zacięcie!), różnorakie efektowne efekty (na pełnej kur…ce wodnej;), trochę grozy i horroru, niecna rozwałka, rozkoszny Pratt (wciąż zabawny i do schrupania), bystre sympatyczne dziecko i sympatyczny nerd. Nic tu nie ma poza rozrywką (mniej więcej taką, jaką widać w trailerze więc zróbcie to dla siebie i przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun. żaden spoiler nie jest wart Waszego cierpienia). Ja akurat mam za sobą bardzo egzotyczny sens, bo oglądany w towarzystwie agresywnych dinozaurów – wydzierających się, rozrzucających wokół siebie jedzenie i żłopiących wódę na dwie ręce. Indominus Polonus. Tym samym znacie już moje stanowisko w sprawie: ratowanie dinozaurów jest bez sensu. Nawet jeśli za te „prawdziwe”, co się przewalają po ekranie, zawsze trzymam kciuki (wszak byłby to jakiś sposób na Polonusy:).

Niedziela 20.05

„Kwiat pustyni” („Desert Flower”) (2009), reż. Sherry Hormann – 5/10

Ach, gdyby nie to podbijanie dramatyzmu! Zwłaszcza wnerwiającą ckliwą muzyką. Etiopka grająca Somalijkę to pewnie trochę jak Japonka grająca Chinkę czy Rosjanka Polkę, ale Liya Kebede jest tak uwierzalna w roli somalijskiej supermodelki Waris Dirie, że trudno się przyczepić. W roli aktorki jest już co prawda dużo mniej uwierzalna, ale nie zawsze można mieć wszystko. Poza tym w ramach rekompensaty i wyrównywania równowagi w przyrodzie reżyserka ofiaruje nam jak zwykle cudowną Sally Hawkins. O okaleczaniu kobiet, głównie w Afryce, ale też w krajach, do których wyemigrowały ludy praktykujące obrzezanie małych dziewczynek (problem dotyczy kilkudziesięciu krajów. to absurd, że do czegoś takiego dochodzi też w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. wolność wolnością, ale powinna być nad tym jakaś medyczna kontrola w państwach cywilizowanych. jak się komuś nie podoba, niech wraca w podskokach do siebie) mówi się od lat. Głośniej od 2000 roku, gdy wyszła drukiem autobiografia Dirie. W międzyczasie temat regularnie powracał w mediach. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza poza Afryką coś w tej sprawie zostanie zrobione. A jednak do tej pory nic się nie zmieniło (ONZ poinformowało w tym roku, że problem dotyczy przynajmniej 200 milionów kobiet, a do 2030 roku będzie ich co najmniej o 68 milionów więcej. plus minus, bo przecież część ofiar umrze podczas zabiegu lub w ramach powikłań po nim, a część przy porodzie). Właśnie dlatego warto o tym pisać i kręcić. I może nawet w taki łopatologiczny, grający na emocjach, mocno telewizyjny sposób. Wszak w ten sposób trafia się pod strzechy.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 11.06.2018

Gorącego lata ciąg dalszy, czyli hamaczek, wino, pigwóweczka, lody, spacery i rozbijanie się (dosłowne) na rowerze. Tak trzeba żyć! Nawet jeśli kosztem filmów.;)

Poniedziałek 14.05

„Beksińscy. Album wideofoniczny” („Beksińscy. Album wideofoniczny”) (2017), reż. Marcin Borchardt – 7/10 [doc]

Dokumentalna ekranizacja słynnej książki Magdaleny Grzebałkowskiej – „Beksińscy. Portret podwójny”. I teraz to już naprawdę muszę to w końcu przeczytać. Przy tej masie nagrań audiowizualnych, które pozostawili po sobie Beksińscy (setki godzin materiału z okresu około 50 lat), samo stworzenie albumu rodzinnego nie mogło stanowić problemu. Tym bardziej że reżyser ułatwił sobie sprawę, przeważnie trzymając się chronologii (spokojnie zmierzając od Sanoka do warszawskiego końca). Polepienie tego wszystkiego w 80 minut sensownego, spójnego i wciągającego filmu wymagało jednak pomysłu i kunsztu. „Album wideofoniczny” nie jest biografią, nie kreśli prawdziwego obrazu rodziny (jeśli coś takiego jak „prawdziwy obraz” w ogóle istnieje. w każdym razie nie da się stworzyć czegoś takiego, nie dywersyfikując źródeł). Pozwala jednak wczuć się w punkt widzenia bohaterów (poprzez to, co lubili, co im się podobało, czego słuchali, co mówili, co było dla nich ważne) i dostrzec w ostatniej rodzinie prawdziwych ludzi. Wcale nie aż tak różnych od nas. Po tym seansie nikt mnie już nie przekona, że Ogrodnik źle zagrał Tomka. Jak dla mnie (nie ujmując nic wybitnemu Andrzejowi Sewerynowi) Dawid był właśnie najlepszy.

Wtorek 15.05

„Bella i Sebastian 3” („Belle et Sébastien 3, le dernier chapitre”) (2017) (Dub), reż. Clovis Cornillac – 5/10

Dzieci podrastają i przestają być słodkie, psy zostają matkami i zatracają dotychczasową beztroskę. Tak jest. Tak musi być. Ale jednak szkoda. Tym bardziej że góry też tracą tu swoją wagę, a film zdaje się służyć bardziej rodzicom niż milusińskim. Jeśli szukacie bajki, która podstępnie oswoi Wasze dzieci z koniecznością zmiany otoczenia, to ta stanowczo Was wesprze. In (dodatkowy) minus: dużo dramatycznych dramatów, które nie dorównują kalibrem i powagą problemom czasu wojny czy realiom katastrofy. In plus: pieski (oprócz Garfielda Fort, Isabeau i Fripon Della Rocca Dei Patous) oraz fakt, iż „Bella i Sebastian 3” to całkiem niezły horror dla maluchów. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby postać Josepha wystraszyła dzieciaki bardziej niż Naziści i ogień. A może to jednak wada?;)

Środa 16.05

„Przebudzenie dusz” („Ghost Stories”) (2017), reż. Jeremy Dyson, Andy Nyman – 5/10 (5,5)

Pierwszych 20 minut filmu wygląda jak homemade TV show i nie zachwyca (mówiąc wprost: czułam się lekko zażenowana i wcale nie lekko znużona). Potem sytuacja ulega poprawie o tyle, że coś się wreszcie zaczyna dziać i z daleka wygląda nieźle (szkoda, że z bliska już niekoniecznie). Głównym bohaterem filmu jest człowiek, który poświęcił życie na demaskowanie zjawisk paranormalnych. W ramach przysługi dla swojego mistrza profesor Goodman decyduje się zbadać trzy przypadki rzekomych nawiedzeń. Do śledztwa zabiera się niczym Poirot i prowadzi sprawy z podobną flegmą. A choć bywa swojsko (Marek) i zabawnie (ghost story nr 2), przede wszystkim jest mało oryginalnie (widać, że twórcy naoglądali się „Mamy”, „Martwego zła”, „Naznaczonego” czy „To”), siermiężnie i nudno (nawet w ciut ambitniejszej końcówce). Na pewno nie strasznie. Ledwie drgnęłam na tych dwóch jumpscare’ach.

Czwartek 17.05

„Zimna wojna” („Zimna wojna”) (2018), reż. Paweł Pawlikowski – 7/10 (7,5)

Nareszcie wiem, kogo mi przypomina Joasia Kulig. Natalię Wodianową!:D Najbardziej osobisty film Pawła Pawlikowskiego. Tym razem nie tylko o Polsce, ale i o rodzicach. W czasach, gdy bycie sobą było ryzykowne, a bycie Polakiem – równie trudne co obecnie (też czasem wstyd się było przyznać i też oszołomy dyktowały, kto ma prawo Polakiem się nazywać). 3 rzeczy mogę powiedzieć o „Zimnej wojny” na pewno:

1. Film jest przepiękny! Wizualnie, muzycznie (gdy Mazowsze śpiewa o „Dwóch serduszkach”, to ja po prostu automatycznie ryczę. wrażliwość i słuch muzyczny bywają czasem przekleństwem. choć to oczywiście zacne wzruszenia, cenne i potrzebne). Zdjęcia, detale, stylówa, przyśpiewki, aranżacje jazzowe. Po prostu bajka!

2. Film jest rewelacyjnie nakręcony. Konstrukcja fabuły, reżyseria, aktorstwo (indywidualnie), wszystkie aspekty techniczne, na czele ze zdjęciami, stoją na wyjątkowo wysokim poziomie.

3. Między Kotem a Kulig nie ma cienia chemii. Nie pamiętam, czy Joasia kiedykolwiek miała z kimkolwiek chemię (nie pamiętam też właściwie, czy Tomasz miał), ale tutaj nie ma jej najbardziej. Naprawdę dojmująco. A to przecież film o miłości jest! Za ten zgrzyt malutki minus.

Niedziela 20.05

„Martyrs. Skazani na strach” („Martyrs”) (2008), reż. Pascal Laugier – 8/10

Jakie jest prawdopodobieństwo, że reżyser „Uciekaj!” widział „Martyrs”? Bo wydaje się, że duże. Dobrze, że nie wiedziałam, na co się porywam (sława tego filmu – tak brutalnego, że Francuzi byli bliscy jego zakazania, jakoś do mnie nie dotarła), bo nie wiem, czy bym się zdecydowała. Nie jest to może najstraszniejsza filmowa przemoc, jaką widziałam, ale faktycznie jest to przemoc krańcowa, skręcająca flaki, ponuro i długofalowo działająca na wyobraźnię (miałam już tak z „Sinisterem”. do dziś przechodzą mnie ciarki, gdy o nim myślę i mam opór, by projekcję powtórzyć). Okropnie dużo dźwięków wydawał pokój po seansie. Przez chwilę bałam się, że nie zasnę. „Martyrs” to horror o sensie cierpienia. Jakkolwiek to brzmi. Wiem, że pokusa zarzucenia filmowi Laugiera epatowania przemocą li tylko dla rozrywki jest duża, ale dla mnie od początku było jasne, że refleksja nad kondycją ludzkości była dla reżysera równie ważna. Film jest NAPRAWDĘ krwawy (aczkolwiek najgorszego przytomnie nie prezentuje. co też może być dowodem na to, że twórcy zależało na czymś więcej) i wybitnie nieprzyjemny (obrzydliwy i zarażający strachem), ale jednocześnie świetnie skonstruowany (składa się z 4 starannie przemyślanych części, z których każda kończy się mocnym zwrotem akcji. wszystko jest tu gwałtowne, ale metodyczne, bez cienia przegięcia czy chaosu) i przerażająco fascynujący (ciężko się oderwać). Takie kino grozy trafia się niezmiernie rzadko. Lojalnie przestrzegam, ale polecam! Jeśli w XXI wieku film potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, to znaczy, że jest dobry.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę (albo zerknijcie na obrazek poniżej), to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George T. Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

2 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.04.2018

Niestety nie jest to próba reaktywacji „Kinowych podsumowań tygodnia”. Nie mam czasu się do tego przykładać tak jak wcześniej. Inspirowana „Kroniką TOPR-u” „Kronika filmowa” jest jedynie odpowiedzią na ostatnie bezsensowne zmiany na Filmwebie (zamiast Filmwebu). Nie zdziwcie się więc, jeśli w jednym tygodniu będzie na bogato, a w następnym po 160 znaków na tytuł.

Poniedziałek 09.04

„Twarz” („Twarz”) (2017), reż. Małgorzata Szumowska – 7/10 (6,5)

Ponoć rzeczywistość tego filmu jest bardzo przerysowana (sami twórcy twierdzą, że nakręcili baśń). Trudno mi orzec, bo ja tę Polskę (niby miało być „nowhere”, ale przecież od pierwszej sceny widać gdzie) mniej więcej tak właśnie widzę, tyle że bez tej koszmarnej winiety (totalnie nie podobają mi się te rozmycia na krawędziach ujęć. nie cierpię winiet. gdyby jeszcze ten sposób kręcenia dotyczył wyłącznie scen po wypadku, doceniłabym taki zabieg, a tak – mowy nie ma). Te durne rasistowskie żarty, z których śmieją się nawet osoby, których to w gruncie rzeczy nie śmieszy, te życzenia – składane sobie, a nie drugiemu, rzekomo bliskiemu, człowiekowi, najlepiej wbrew niemu, te komisje lekarskie orzekające na rzecz ZUS-u, a nie osób niepełnosprawnych (czy ta rewolucja w rentach, która miała skutkować przyznaniem wszystkim osobom niepełnosprawnym statusu „zdolny do pracy” ze wskazaniem, w których obszarach mogą się jeszcze wykazać, nawet jeśli w widoczny sposób cierpią, weszła już w życie?). Otwierająca film batalia to oczywiście świadome przekolorowanie i żart, ale twierdzić, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, może tylko ten, kto nigdy nie widział bitwy w Lidlu. :D No może ten wielki Jezus byłby jakimś przegięciem, gdyby nie fakt, że naprawdę go zbudowano. :/ Ale nie kończmy na minorową nutę. Koniecznie przyjrzyjcie się, co Kościukiewicz (bardzo dobra rola) wyczynia tu na dyskotekowym parkiecie. Od zawsze powtarzam, że podstawowa zasada w tańcu, to się ruszać. Wykorzystując do tego wszelkie możliwe umiejętności, z dowolnych dziedzin. Jeśli się mylę, to mnie egzorcyzmujcie.;D

*

„Bezlitosny” („Bool-han-dang: Na-bbeum Nom-deul-eui Se-sang”) (2017), reż. Sung-hyun Byun – 8/10 (7,5)

Infiltracja zemsty. Tyle że bez tej całej śmiertelnej powagi towarzyszącej „Mou gaan dou” i amerykańskiemu falsyfikatowi. Idealny miks koreańsko-tarantinowskiego humoru i typowo koreańskiej przemocy. Tak, wszystko to już było. I oczywiście zupełnie mnie to nie obchodzi. Fabuła ładnie kluczy, obaj główni bohaterowie emanują przyjemną charyzmą (zwłaszcza Kyung-gu Sol. ale Si-wan Im też dał czadu), widać sporo fajnego popaprania na drugich planach (kupuję zwłaszcza bratanka szefa), bardzo zawodowo się tu leją (może nie aż tak efektownie jak w „Berandal”, ale zawodowo) i w dobrym rytmie. Brzmi to super, wygląda super, jestem kontenta. Jeśli amerykański system penitencjarny świrów i przestępców tworzy, a norweski ich nagradza, to koreański pozwala im rozkwitnąć. I z tymi koreańskimi wariatami to ja bym się dogadała.:D

Środa 11.04

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5)

Mokry sen gracza? Niebo geeka? Banalne hasła, ale to prawda. Jak dla mnie ten film to doskonałość roku. I zaskoczenie roku, bo byłam pewna, że Spielberg się skończył wieki temu, a już ostatecznie w siedzibie the Washington Post (toć w końcu ostatnim jego dobrym, acz przecież nie wybitnym, filmem było „Monachium”, a to było w 2005 roku!). Nie ma ani jednej rzeczy, do której mogłabym się tu przyczepić (no może do score’u. ale soundtrack rekompensuje wszystko z nawiązką). Spielberg zmajstrował easter egg i sam je zdobył:)

Piątek 13.04

„Ciche miejsce” („A Quiet Place”) (2018), reż. John Krasinski – 9/10

Uwielbiam takie horrory! Mrożące krew w żyłach (kwestia subiektywnych odczuć. mnie wbiło w fotel i prawie cała maskara mi zeszła:) postapokaliptyczne monster movies oparte na koncepcie, a nie na schematycznej sieczce. Dodajmy, że w tym przypadku koncepcja jest dość świeża (widać inspirację innymi produkcjami, ale końcowy pomysł jest oryginalny i fantastyczny), co rzadko się zdarza w tym gatunku (aczkolwiek ostatnio jakby częściej. wyjątkowo fajne pokolenie dorosło do kręcenia takich filmów). Jeśli tak jak ja jesteście fanami „Monsters” i chcielibyście zobaczyć, jak by to mogło wyglądać i kopać, gdyby zostało zrobione za większe pieniądze (swoją drogą, jeśli za 17 milionów można mieć TAKIE efekty, to żaden prominent mi nie wmówi, że nie dało się zrobić równie dobrych w filmie z budżetem 10-krotnie większym), choć wciąż poza mainstreamem, to polecam. Naprawdę lubię tych Krasinskich. Czekam na więcej!

*

„Nigdy cię tu nie było” („You Were Never Really Here”) (2017), reż. Lynne Ramsay – 7/10 (7,5)

Ale naprawdę w tych Stanach to strach wejść do rzeki. Sorry, ale porównania do „Only God Forgives” uważam za mocno nietrafione. To jest w gruncie rzeczy dość klasyczna narracja, która zwyczajnie nie idzie na łatwiznę szybkich trupów. Wściekły jest tu metodyczny i nie kieruje nim testosteron. A to, co go napędza, jest właściwie ważniejsze niż cała akcja. Której jednak Wam nie zabraknie, zapewniam. Czy „Taksówkarz” to dobry trop? Może tak, może niekoniecznie. Mnie chyba bardziej pasują porównania do „Leona zawodowca”. „Nigdy Cię tu nie było” poniekąd jest takim arthouse’owym „Léonem” XXI wieku. Tyle że bez Natalie. Wizualnie podobna do Milli Jovovich, choć nie potrafiąca grać choćby na takim poziomie, delikatna Jekaterina Samsonow, chyba nawet nie próbuje jej zastąpić. Od początku wiadomo było, że nowy film Ramsey będzie koncertem jednego aktora i trzeba przyznać, że Joaquin Phoenix sprawił się tu niczym Ostatni Mohikanin.

Sobota 14.04

„Lolita” („Lolita”) (1962), reż. Stanley Kubrick – 6/10

Tak sobie nadrabiam tego Kubricka, nadrabiam, i „Lolita” jest chyba moim największym rozczarowaniem. I nawet nie chodzi o to, że Kubrick zrobił to inaczej niż Nabokow, bo święcie wierzę w licentia poetica. Tym, co mnie naprawdę dobiło, są tu niedoróbki (patrz: niekonsekwentne voice-overy. no albo mają być, albo ma ich nie być. w tę albo we w tę), bezsensowne wyeksponowanie postaci Quilty’ego i pójście w farsę (jak lubię Sellersa, tak tego typu wygłupy nie pasują do tematu i bronią się – a bronią się! – wyłącznie aktorsko), zbyt karykaturalni bohaterowie (tylko urzekająca Sue Lyon zdołała tu stworzyć „dojrzałą” kreację) i totalny brak odwagi. Całe wyuzdanie kończy się tutaj na (absolutnie genialnej) czołówce. Żywym dowodzie na to, że spokojnie dało się pewne rzeczy pokazać nie wprost, tylko reżyserowi jaj zabrakło. Naprawdę nie rozumiem, po co było to kręcić tak bezpiecznie. A skoro już jakiś imperatyw Stanleyowi kazał, to powinien był zadbać, żeby te wszystkie dwuznaczności było widać w relacjach bohaterów. Bo nie widać. Na upartego można by było nawet uwierzyć, że chodziło o platoniczną relację nastolatka – mega zazdrosny tatuś. No nie.

Niedziela 15.04

„Lolita” („Lolita”) (1997), reż. Adrian Lyne – 7/10 [P]

Bardzo dziękuję za obsadzenie w roli Humberta Jeremy’ego Ironsa, bo sam ten fakt zapędził wiele osób w róg relatywizmu moralnego. ;) Irons nie obrzydza tak jak Mason. Jest wręcz przeciwnie (dość powiedzieć, że kiedy film ten wchodził do kin, byłam wciąż niepełnoletnia i stanowczo leciałam na Jeremy’ego. leciałam już wcześniej i jeszcze długo). A fakt ten ma ogromny wpływ na odbiór jego postaci. Zbyt łatwo darować mu to i owo, przykładając tym samym rękę do krzywdy dziecka. I to jest prawdziwa kontrowersja. Ważniejsza niż „sceny”, których tak brakowało u Kubricka. Sceny, które, jak widać, dało się zrealizować bez niczyjej krzywdy (z wyczuciem i dobrym smakiem), a które decydują o ciężarze gatunkowym tej produkcji. W takiej fabule musi być widać zbrodnię, żeby wiadomo było, za co należy się kara, a pomiędzy zbrodnią i karą nie ma miejsca na durne śmichy-chichy. Jeśli mogę tej ekranizacji coś zarzucić, to chyba tylko dobór aktorki do tytułowej roli. Dominique Swain jako nimfetka? Wciąż tego nie czuję. Tym bardziej teraz, gdy „poznałam” Sue Lyon.

Najbliższy tydzień spędzam na Wiośnie Filmów i Przeglądzie Nowego Kina Francuskiego w Muranowie. Minimum 14 filmów. Tak że następna kronika już raczej tak obfita w treść nie będzie. :)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 16-22 stycznia 2017

„Po prostu przyjaźń” („Po prostu przyjaźń”) (POL, 2016), reż. Filip Zylber – za SJP (może ktoś powinien podesłać słownik pani Karolinie Szablewskiej. tak na przyszłość): „Przyjaźń” = „bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdej okoliczności”. No, to bardzo mi przykro, ale jedyne przyjaźnie, na jakie możecie liczyć w tym filmie, to papierowe, ocierające się o paragraf (układ Szymon – Antek przechodzi wszelkie pojęcie), naciągane i nieistniejące. Prawie dałam się przekonać, że innych nie ma. Oczywiście na tym „zalety” tej produkcji się nie kończą. Jest jeszcze koszmarnie nudna i z każdą minutą (a ostrzegam, że jest to obraz długaśny niczym rolka toaletowego papieru) coraz bardziej ciąży ku wyjątkowo marnej telenoweli. Gdyby nie urok Grzegorza Damięckiego i magia Tatr (ukochane widoki), czas poświęcony na zapoznanie się z tym gniotem byłby całkowicie stracony, a tak jest tylko stracony. Nie polecam! 2,5/10

„Powidoki” („Powidoki”) (POL, 2016), reż. Andrzej Wajda – czy tylko ja szłabym do żołnierza wyklętego z chlebem, a nie z ryzą papieru?:/ Wiecie, najgorsze, że to znowu idzie. W telewizji uskutecznia się iście peerelowską propagandę, z podstawy programowej usuwa się Wałęsę czy teorię ewolucji, do spisu lektur wciska się (miłego władzy) Rymkiewicza zamiast Miłosza, a za granicą planuje się promować Ziemkiewicza zamiast artystów. Jak skończą z historią i literaturą, dobiorą się i do reszty sztuki, nie miejcie złudzeń. W końcu już od dawna polscy ministrowie kultury wolą budować termy i potworne kościoły niż dofinansowywać kulturę. Tylko patrzeć, a nie będzie czego zbierać. „Powidoki”, czyli opowieść o ostatnich latach życia wybitnego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego, który co prawda poległ w starciu z komunistyczną machiną, ale zrobił to na własnych warunkach – dziełem sztuki nie są (przy pracach Strzemińskiego i Kobro nie leżały), nie są też jakimś wybitnie dobrym filmem (choć dużo lepszym od rosyjskiego „Chagall – Malewicz” Mitty). To bardziej wykład z historii sztuki i lekcja historii niż wielkie kino (widać i słychać, że twórcy mieli problemy ze scenariuszem. kuleje też drugoplanowe aktorstwo), które z pewnością nie prezentowałoby się tak przyzwoicie, gdyby nie wszystkie wykorzystane w nim eksponaty (obrazy obrazami, ale ten design, meble!) i – przede wszystkim – Bogusław Linda (fantastyczna rola. być może życiówka). Film ten powstał jednak w dobrym momencie. I raczej nieprzypadkowo. Zakończyć karierę czymś tak bardzo na czasie i złowieszczym, to chyba dla artysty marzenie. 7/10

„Wielki Mur” („The Great Wall”) (CHN/USA, 2016), reż. Yimou Zhang – mix chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „GoT”, „Jurassic Park” i „World War Z”. Reżyserem tego miszmaszu jest Yimou Zhang. Tylko czy Yimou Zhang o tym wie? Więcej na temat filmu tutaj. 4/10

„Split” („Split”) (USA, 2016), reż. M. Night Shyamalan – 50 twarzy Greya. No dobra, 24, z czego 8 wyraźnych, w tym 5 odpicowanych. Chyba na stare lata Shyamalana pokocham. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – o dziwo (jak wiadomo, nie cierpię musicali), najlepsza jest z tego muzyka. :D Więcej na temat filmu tutaj. 9,5/10 [Po pierwszym seansie było 8, ale jednak kocham:]

filmy-po-prostu-przyjazn-powidoki-wielki-mur-split-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 09-15 stycznia 2017

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciuti”) (ITA, 2016), reż. Paolo Genovese – to jeden z tych filmów, które nie wymagają długiego komentarza. To po prostu trzeba zobaczyć. I chociaż uważam, że Genovese sknocił końcówkę – przedobrzył, to jednak wszystko to, co się tu dzieje wcześniej, przesądza o wysokiej jakości, zwłaszcza świetny montaż. Jeśli lubicie konfrontacyjne kino gadane pokroju „Rzezi”, „Sierpnia w hrabstwie Osage” czy „To tylko koniec świata”, to włoska lekka (nie mylić z banalną), przezabawna, lecz przenikliwa, a nadto bardzo płynna odsłona takiej poetyki na pewno przypadnie Wam do gustu. Nie tylko pomysłem (to film o grupie bardzo bliskich, bardzo zżytych przyjaciół i ich życiowych partnerów, którzy podczas wspólnej kolacji postanawiają przeprowadzić test zaufania i szczerości, dzieląc się przez ten czas swoimi rozmowami telefonicznymi, SMS-ami i powiadomieniami, oczywiście w konsekwencji każda z osób dzieli się czymś więcej. niekoniecznie tym, czym by chciała) i zwrotami akcji (a nawet zwrotami charakterów. Lele FTW!), ale też wspaniałymi dialogami i solidnym aktorstwem. Polecam! 7,5/10

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – tak, to nie pomyłka, już recenzowałam ten film. But you know what? Podniosłam ocenę:D I powiem tak: Jeśli drzemie w Was serce asasyna (serce Wikinga też się nada), to nie słuchajcie krytyków i idźcie do kina. Tylko niech tym kinem będzie IMAX (jeżeli piwo daje +1 do oceny, to IMAX najwyraźniej daje +2;P). Jeśli zaś nie lubicie tego typu filmów i chcecie to zobaczyć wyłącznie z ciekawości, to raczej będą to wyrzucone pieniądze. No chyba że pójdziecie na to w towarzystwie loży szyderców. Takie wyjścia z reguły dostarczają sporo radochy:) Luźne spostrzeżenia: Za drugim razem dialogi nie wkurzały mnie tak jak za pierwszym. Nadal są złe (więc nie ma mowy o ocenie bardzo dobrej), ale w sumie bywało gorzej (patrz: chociażby „Jack Reacher: Nigdy nie wracaj”), poza tym, od kiedy to w filmach o wojownikach dialogi odgrywają taką istotną rolę? Mogłyby, nie obraziłabym się, ale kurczę, „Valhalla Rising”! Bywa, że w ogóle nie są potrzebne:) Na pewno za drugim podejściem bawiłam się lepiej niż za pierwszym. Trochę tak jak Michael podczas kręcenia (swoją drogą, to złudzenie, czy po hiszpańsku Fassbender mówi jednak dużo lepiej niż po polsku? jego akcent tak nie razi i przynajmniej sepleni). Wiem, że niektórzy traktują słynne „What the fuck is going on?!” (ani chybi mem będzie) jako recenzję tego filmu, ja jednak kocham tę scenę:) Pisałam, że współczesności jest tu więcej niż Andaluzji A.D. 1492, i jest to prawda, ale te 3 hiszpańskie sekwencje są jednak dłuższe i jeszcze doskonalsze, niż mi się zdawało. Z kolei Michael paraduje bez koszulki krócej, niż sądziłam (to poważna wada).;D Zgodnie z przewidywaniami muzyka brzmi w IMAX-ie tak, że przechodzą ciary. Jako że Jed Kurzel jest wyjątkowo wszechstronnym kompozytorem (porównajcie sobie – w Spotify choćby – score’y do „Macbetha” i „Assassin’s Creed”. to jest dopiero rozpiętość), Junkie XL ma prawo czuć się zagrożony:) Gwoli uściślenia: Większość zdjęć do filmu nakręcono w prawdziwych lokacjach, m.in. w Andaluzji i na Malcie. Tak samo jak „Mad Max: Fury Road” „Assassin’s Creed” jest trochę podrasowany komputerowo, ale twórcy postawili przede wszystkim na efekty praktyczne i kaskaderów. Green screenu jest tu niewiele, zamiast cyfrowego duplikowania ludzi postawiono na statystów, walki z udziałem Fassbendera i Labed to w 95% ich własna robota, choreografie walk nadzorował Ben Cook, za parkour odpowiadał słynny Damien Walters. On też naprawdę wykonał leap of faith. Ze 125 stóp (38 metrów) bez zabezpieczeń. Zresztą sami zobaczcie:) 7,5/10 [P]

„Sing” („Sing”) (USA/UK/JPN, 2016), reż. Christophe Lourdelet, Garth Jennings – umówmy się, że „zaczniesz śpiewać i jakoś pójdzie” to bujda na resorach. Wciąż pamiętam ten dzień. Miałam 8 lat i byłam na drugich w życiu koloniach. Dobra atmosfera, troskliwa wychowawczyni, sympatyczni ludzie wokół. Kiedy wmanewrowali mnie w publiczne zaśpiewanie piosenki, nie protestowałam. Na próbach szło dobrze więc się nie bałam. Kiedy wyszłam na scenę, najpierw mnie zatkało, a gdy w końcu zaczęłam śpiewać… było źle i z każdym wersem coraz gorzej. Nie pamiętam, czy dowyłam do końca (wiem, że po wszystkim dali mi czekoladę), wciąż mam jednak przed oczami tę mieszaninę współczucia i grozy na twarzach widowni. Dziś pękłabym ze śmiechu (to taka filmowa scena była i to w paru różnych gatunkach), wtedy popłakałam się ze złości i obiecałam sobie, że nigdy więcej publicznie nie zaśpiewam („Deszczowa piosenka” nad ranem po imprezie się nie liczy). Za taki zwiastun jak ten singowy to się bęcki należą. Nie minęło 30 sekund trailera, a już wiedziałam, że nie chcę tej produkcji nigdy oglądać. Dotarłam na „Sing” wyłącznie dlatego że początek roku nie obfitował w premiery, 2 koleżanki zapewniły mnie, że film ujdzie, a w mojej sieci kin znalazły się ze 3 kopie z napisami (to smutne, ale w departamencie animacji napisy to ostatnimi laty prawdziwe święto). Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to wcale nie jest film o talent showie (choć na to właśnie wyglądał), a bardziej o prowadzeniu teatru. Że głównym bohaterem jest koala z głową pełną ideałów (w tej roli bardzo fajny McConaughey. nie wiem, czemu myślałam, że to Ed), a występy muzyczne to tylko nieszkodliwy dodatek (da się ich słuchać). Śmiałam się na tym tylko raz, ale za to jak (myjnia samochodowa wymywa!)! :D No może więcej niż raz, jeśli policzyć chichot na widok psiego bandu. Wersja z napisami naprawdę spoko. 6/10

„Konwój” („Konwój”) (POL, 2016), reż. Maciej Żak – jeśli to ma być odtrutka na Vegę (tak twierdzi Michał Walkiewicz), to poproszę kolejnego „Pitbulla”. Filmy Patryka są przynajmniej spójne i konsekwentne. Tutaj – w ponurej, mocno sensacyjnej historii o służbie więziennej, która próbując wyręczać sądy, całkiem traci kontakt z rzeczywistością – nic się kupy nie trzyma (co wkurza tym bardziej, że była szansa postawienia ważkiego pytania „Czy wolno nam?”, którą z kretesem zmarnowano na głupoty). Jak na incydent zbyt dobrze jest to zorganizowane, jak na proceder zbyt krzykliwe, ślepa krucjata Batmana Nowackiego jest fatalnie umotywowana, nie tylko dlatego że straty po stokroć przewyższają zyski. Jeśli coś się tu broni, to ewentualnie zakończenie i rola Ireneusza Czopa (reszty aktorów nie oceniam ze względu na kuriozalność postaci, które grają). Dobra jest muzyka Antoniego Łazarkiewicza, a Michał Sobociński zrobił porządne zdjęcia. 4,5/10

„Kot Bob i ja” („A Street Cat Named Bob”) (UK, 2016), reż. Roger Spottiswoode – w roli kota Boba kot Bob (ponoć zrobili casting do tej roli, ale żaden kot nie sprostał. koci profesjonaliści robią więc tutaj za dublerów i kaskaderów, a przez większość filmu na ekranie pojawia się prawdziwy Bob. nie dziwi mnie ta decyzja. he’s a natural!), tak że jest jakiś atut. Nie można też powiedzieć, że to film bez przesłania: Ludzie wolą pomagać kotom niż ludziom, proste. A człowiek z kotem zyskuje seal of approval tak samo jak przetestowane przez kota mięso. „Kot Bob i ja” to prawdziwa historia chłopaka, który wplątawszy się w narkotyki, upadł na samo dno i który odbił się od niego z pomocą ludzi i rezolutnego rudego kota. Film Spottiswoode’a jest ciepły, a nawet zabawny, ale też bardzo czułostkowy i niepozbawiony patosu. Jestem niemal pewna, że rzeczywistość prawdziwego Jamesa nie wyglądała tak kolorowo. Ale może tego typu pokrzepienie jest ludziom potrzebne. 5/10

„Ja, Olga Hepnarova” („Já, Olga Hepnarová”) (CZE/SVK/POL/FRA, 2016), reż. Petr Kazda, Tomáš Weinreb – papierosy, seks i fochy. Palenie zamiast aktorstwa (niemalże w każdej pauzie. sprytny unik, ale sztuka żadna), modne czarno-białe zdjęcia (zapewne ze względów artystycznych, choć ja myślę, że są tu raczej po to, by ukryć, iż zamiast białego wina w butelkach była woda;P), chaotyczny, nieprzemyślany montaż (ciekawe, czy ktokolwiek z twórców pamięta, na jakiej zasadzie ten obraz cięli i kleili), insynuacje zamiast diagnozy. 10 lipca 1973 roku młoda Czeszka – Olga Hepnarová – wjechała ciężarówką w grupę ludzi stojących na przystanku. Do dziś trwają dyskusje na temat motywów dziewczyny i jej kondycji mentalnej. Nie wiem, czy prawdziwa Hepnarová była chora psychicznie. Patrząc przez pryzmat filmowej, nie bardzo. Olszańska od początku do końca zachowuje się raczej jak emo niż osoba częściowo niepoczytalna. Ciekawa też jestem, czy zestawianie problemów i wybuchów bohaterki z jej – co i rusz podkreślaną – orientacją, to aby na pewno przypadek. Dużo uproszczeń, dużo tanich tricków, żadnych odpowiedzi (które niby nie są obowiązkowe, ale w tym układzie nie wiem, po co to było kręcić, zwłaszcza w ten sposób). 4/10

filmy-perfetti-sconosciuti-assassins-creed-sing-konwoj-kot-bob-i-ja-ja-olga-hepnarova

1 komentarz

Filed under Film