Tag Archives: kino norweskie

Kronika filmowa: 18.06.2018

Wycieczka do Torunia, M jak Mundial z migreną (niestety prawdziwą) i tylko 4 filmy, czyli tydzień minimalistyczny. Pocieszam się tym, że dla Was i tak liczą się głównie premiery więc tylko ja jestem stratna.

Poniedziałek 11.06

„Thelma” („Thelma”) (2017), reż. Joachim Trier – 7/10 (7,5)

O tym, jak nie postępować z dziećmi. A już tym bardziej z dziećmi obdarzonymi niekontrolowaną mocą. Przy czym moc tę można tu odczytywać dosłownie (i wtedy film ma x-menowski posmak), a można też uznać za symbol budzącej się świadomej kobiecości. Wszak z tradycyjnie męskiego i tradycjonalistycznie religijnego punktu widzenia złowieszcza wydaje się już sama idea otwartego buntu przeciw porządkowi, który od zawsze narzucali przede wszystkim mężczyźni. „Thelma” to film o tym, jak wielkie i wielowymiarowe szkody może spowodować opresyjne, pozbawione miłości wychowanie. Przy czym wystarczy prześledzić życiorysy przestępców i innych psychopatów, żeby zyskać pewność, że ten rodzaj szkód najczęściej nie pozostaje krzywdą jednostkową, lecz prędzej czy później zwraca się światu, i to w paskudny sposób. Obraz Joachima Triera nie jest może stricte kinem grozy, ale na pewno budzi i nakręca niepokój. Wspaniale potęgowany przez piękne mroczne zdjęcia Jakoba Ihre i kolejny doskonały score Ole Fløttuma. Dla mnie największą zaletą tej produkcji (oprócz przekazu, z którym się zgadzam) jest jej niezwykła zmysłowość i wyrywająca się spod typowo skandynawskiej tafli emocjonalność. Duża w tym zasługa grającej Thelmę magnetycznej Eili Harboe.

Wtorek 15.05

„Czuwaj” („Czuwaj”) (2017), reż. Robert Gliński – 5/10

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, no może w siódmym lesie, ale w żadnym istniejącym kraju był sobie obóz harcerski. Dla młodzieży patriotycznej, dla młodzieży trudnej i dla młodzieży, której się w dupie poprzewracało. Dorosłych było w tym świecie jak na lekarstwo. Gdy tylko mogli, wiali gdzie pieprz rośnie. Gdy zwiać się nie dało, zalewali robaka i profilaktycznie opędzali się od dzieci „elektrycznym” drutem. To nie jest nawet tak, że film Roberta Glińskiego jest źle zrobiony. Ja myślę, że formalnie jest to lepsze niż przykładowo „Obce ciało” Zanussiego. Szkoda tylko, że fabularnie jest to raczej „Obcy” (przy czym chwilami można się pośmiać tak jak z tego pierwszego). Czysta fikcja. Teoretycznie Robert Gliński chciał oczywiście dobrze. Zależało mu, żeby pokazać, jak łatwo się nakręcić w oparciu o poszlaki i powszechnie panujące stereotypy i jak krótka jest droga do ślepego odwetu. Do którego wszyscy mamy skłonność i którego większość z nas by żałowała. Jedną z nielicznych zalet tej produkcji jest właśnie fakt, że reżyser nie dzieli bohaterów na dobrych i złych. Wszyscy mają coś za uszami, wszyscy są podejrzani. Szkoda tylko, że ta refleksja nie pojawia się tu w prawdziwym świecie, na naszym polskim podwórku, tylko w ramach totalnie nieprawdopodobnego nierasowego dystopijnego fantasy w stylu „Więźnia labiryntu”. Co do obozów harcerskich, to wiem, że kiedyś była to naprawdę fajna sprawa. Dziś jawią się jako obozy przetrwania. A to zerwana lina zjazdowa, a to molestowanie przez księdza, a to dzieciaki giną w nawałnicy, bo nikt nie sprawdził prognozy pogody. Czekać tylko, aż się mordować zaczną. Nie mówię, żeby nie posyłać, ale warto dokładnie sprawdzić, gdzie i z kim się dzieci puszcza i monitorować, co się tam z nimi dzieje.

Środa 16.05

„Jurassic World: Upadłe królestwo” („Jurassic World: Fallen Kingdom”) (2018), reż. J.A. Bayona – 7/10 (6,5)

To koniec. Wyspa dinozaurów gotuje się do wulkanicznego wybuchu. Dinozaury znów czeka zagłada. No chyba że ktoś się ulituje. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w taką litość, należałoby sobie zadać ważkie pytanie: Czy ratowanie dinozaurów to aby na pewno dobry pomysł? No cóż, jeśli liczyliście na to, że film ten będzie kopalnią dobrych pomysłów, to się przeliczycie (chociaż ja bardzo kibicowałam temu finałowemu. od lat kibicuję:). Uwaga!: Jeśli wolicie, gdy dinozaury prowadzą egzystencjonalne dysputy, a ludzie giną w ciszy, to nie jest produkcja dla Was. Nie nadaje się też dla dzieci (no chyba że zależy Wam na tym, żeby nie mogły spać w nocy. dinozaury są tu wyjątkowo żarte więc jest szansa), uczulonych na prehistoryczne gady i uczulonych na czystą rozrywkę (zakichają się i zdechną z nudów). Cały ten film to wyłącznie: dinozaury, dużo dinozaurów (w tym Welociraptorka empatii, Stygimoloch chaosu i Tyranozaur pogardy. za występ tego ostatniego zawyżam ocenę końcową!<3), katastrofy naturalne (ma Bayona to zacięcie!), różnorakie efektowne efekty (na pełnej kur…ce wodnej;), trochę grozy i horroru, niecna rozwałka, rozkoszny Pratt (wciąż zabawny i do schrupania), bystre sympatyczne dziecko i sympatyczny nerd. Nic tu nie ma poza rozrywką (mniej więcej taką, jaką widać w trailerze więc zróbcie to dla siebie i przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun. żaden spoiler nie jest wart Waszego cierpienia). Ja akurat mam za sobą bardzo egzotyczny sens, bo oglądany w towarzystwie agresywnych dinozaurów – wydzierających się, rozrzucających wokół siebie jedzenie i żłopiących wódę na dwie ręce. Indominus Polonus. Tym samym znacie już moje stanowisko w sprawie: ratowanie dinozaurów jest bez sensu. Nawet jeśli za te „prawdziwe”, co się przewalają po ekranie, zawsze trzymam kciuki (wszak byłby to jakiś sposób na Polonusy:).

Niedziela 20.05

„Kwiat pustyni” („Desert Flower”) (2009), reż. Sherry Hormann – 5/10

Ach, gdyby nie to podbijanie dramatyzmu! Zwłaszcza wnerwiającą ckliwą muzyką. Etiopka grająca Somalijkę to pewnie trochę jak Japonka grająca Chinkę czy Rosjanka Polkę, ale Liya Kebede jest tak uwierzalna w roli somalijskiej supermodelki Waris Dirie, że trudno się przyczepić. W roli aktorki jest już co prawda dużo mniej uwierzalna, ale nie zawsze można mieć wszystko. Poza tym w ramach rekompensaty i wyrównywania równowagi w przyrodzie reżyserka ofiaruje nam jak zwykle cudowną Sally Hawkins. O okaleczaniu kobiet, głównie w Afryce, ale też w krajach, do których wyemigrowały ludy praktykujące obrzezanie małych dziewczynek (problem dotyczy kilkudziesięciu krajów. to absurd, że do czegoś takiego dochodzi też w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. wolność wolnością, ale powinna być nad tym jakaś medyczna kontrola w państwach cywilizowanych. jak się komuś nie podoba, niech wraca w podskokach do siebie) mówi się od lat. Głośniej od 2000 roku, gdy wyszła drukiem autobiografia Dirie. W międzyczasie temat regularnie powracał w mediach. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza poza Afryką coś w tej sprawie zostanie zrobione. A jednak do tej pory nic się nie zmieniło (ONZ poinformowało w tym roku, że problem dotyczy przynajmniej 200 milionów kobiet, a do 2030 roku będzie ich co najmniej o 68 milionów więcej. plus minus, bo przecież część ofiar umrze podczas zabiegu lub w ramach powikłań po nim, a część przy porodzie). Właśnie dlatego warto o tym pisać i kręcić. I może nawet w taki łopatologiczny, grający na emocjach, mocno telewizyjny sposób. Wszak w ten sposób trafia się pod strzechy.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej przypowiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Utoya – 22 lipca” (2018)

Tytuł oryginalny: „Utøya 22. juli”
Reżyseria: Erik Poppe
Zdjęcia: Martin Otterbeck
Muzyka: Wolfgang Plagge
Moja ocena: 7,5/10

22 lipca. Temperatura wody: 10 stopni. True story. Tak jak ten film. Co prawda zmienia lokację (akcja nie została sfilmowana na feralnej wyspie, lecz na wysepkach okolicznych), nie posługuje się imionami i nazwiskami pokrzywdzonych, a wykorzystując i przetwarzając wspomnienia uczestników zdarzeń, dopowiada pewne sytuacje i dialogi, ale opowiada prawdziwą historię, z zachowaniem maksymalnego prawdopodobieństwa. Można się było tego spodziewać po reżyserze posiadającym doświadczenie w fotografii wojennej.

Historia masakry, której w 2011 roku dokonał w Oslo i na pobliskiej wyspie Utøya Anders Behring Breivik jest powszechnie znana więc wyjątkowo nie muszę krzyczeć „UWAGA! SPOILER!” przed każdym zakrętem. Ba! Mogę nawet napisać, co o tym wszystkim myślę.

Cóż… Dobrze, że to nakręcili teraz, a nie przed moim letnim wypadem do Norwegii. Bo chyba bezpieczniej byłoby pojechać na wakacje do Donbasu. Co to w ogóle za kraj bez sił reagowania? W którym policja, znając imię i nazwisko zamachowca, nie umiała go ani znaleźć, ani podać do mediów rysopisu? Która przez ponad godzinę nie potrafiła się dostać na wyspę, która znajduje się trochę ponad pół kilometra od brzegu. I dlaczego? Bo nie mogła znaleźć żadnego środka transportu. I ten obóz politycznej młodzieżówki ochraniany przez jednego policjanta, który nie był na służbie więc zgodnie z prawem nie mógł mieć przy sobie broni (ciekawostka: będąc na służbie, też pewnie nie miałby przy sobie pistoletu, bo większość norweskich policjantów chodzi bez broni. a Ci, którzy mają pozwolenie, muszą trzymać amunicję w bezpiecznym miejscu w radiowozie). Mógł tylko zginąć, nie ratując właściwie nikogo, co pociągnęło za sobą śmierć 68 innych osób. Powiecie pewnie, że to się wydarzyło w 2011 roku i że Norwegowie na pewno odrobili lekcję. No więc, z tego, co mi wiadomo, to nie. Powstało nawet naukowe studium porównujące reakcje USA po 9/11 i Norwegii po Utøyi i wyszło na to, że w przeciwieństwie do Stanów Norwegia po zamachu swoje wysiłki antyterrorystyczne wręcz zmniejszyła, a policja nadal chodzi bez broni. Szlachetni Norwegowie wolą zwalczać nienawiść miłością. Warto mieć to na uwadze, gdy zamarzy Was się zwiedzanie Oslo czy innych fiordów.

Wiedząc o norweskich zamachach z 2011 roku wszystko to, co dziś wiemy, trudno jest zasiąść do filmu Erika Poppe z należytym szacunkiem. Nie mając pojęcia, w jaką narrację pójdzie reżyser, zastanawiałam się nawet, czy obejrzymy za chwilę instruktaż, jak odnieść sukces życiowy na miarę sukcesu Adresa Breivika. Człowieka, który bez cienia wyrzutów sumienia żyje sobie obecnie na koszt państwa w wysokim więziennym standardzie, popylając w Playstation. Na szczęście to nie jest film o Breiviku, lecz o pokrzywdzonych, a ze współczuciem dla ofiar chyba nikt z nas problemu nie ma. Tym bardziej że chodziło o nie potrafiące się bronić i ze wszech miar niewinne dzieci. W przypadku „Utøyi – 22 lipca” problemem (dla widzów) może być coś zupełnie innego, czyli forma. Film posługuje się bowiem formułą rzezi (ekran może krwią nie spływa, ale ze względu na specyfikę audiowizualną tego obrazu i tak ją sobie dowyobrazicie) i aż prosi się o łatkę „porno roku” (tak jak „Przełęcz ocalonych” w 2016 i w zeszłym roku „Dunkierka”). Nie mam wątpliwości, że za taką, a nie inną narrację, niektórzy odsądzą reżysera od czci i wiary (nawet jeśli rodziny ofiar wcale nie uważają go za hienę i aprobują jego podejście). Ja w każdym razie nie mogę. Brak szacunku (nie mylić z chamstwem, nawet jeśli chamstwo też czasem lubię), to jedna z tych rzeczy, które szanuję i cenię w kinie najbardziej. Również dlatego że rodzima kinematografia, odtwarzając autentyczne i/lub historyczne wydarzenia, zwykle poza szacunkiem nic innego dla widza nie ma.

Konwencja, którą Poppe przyjął w „Utøyi”, stawia na obezwładniający realizm i krańcową intensywność. Oto po krótkim 20-minutowym (cennym, bo dobrze nakreślającym sytuację i wprowadzającym bohaterów) wstępie przychodzi nam zmierzyć się z około 70-minutową strzelaniną. Minuta po minucie, praktycznie w jednym ujęciu (z czwartego dnia kręcenia), z kamerą podążającą za bohaterami (operator zapracował tu na chleb jak mało który). Jest prawie tak, jak było. I bardzo mocno. Dla mnie nawet ciut zbyt. Chwilami oglądałam to przez palce, zaciskając drugą dłoń na ręce przyjaciółki (w pierwszym odruchu zamknęłam oczy, ale miała rację, że nie sposób tak obejrzeć filmu;). A dodatkowych emocji dostarcza fakt, iż przez 1,5 godziny przemieszczamy się po Utøyi, towarzysząc nie najsprytniejszej i nie najsilniejszej osobie na wyspie. Ma to sens. I siłą rzeczy ma swój ciężar. A choć psychologia tej postaci trochę mnie rozczarowała, to jestem skłonna zgodzić się z pierwszym zdaniem, które pada w tym filmie: „Nigdy tego nie zrozumiecie”. Jak mogłabym zrozumieć Kaję czy Breivika, skoro nie rozumiem mentalności Norwegów? Jak mogę ogarnąć to, co się wydarzyło, skoro mnie tam nie było i niczego podobnego w życiu nie przeżyłam? Z seansu wyszłam wyczerpana. Opowiedzianą historią i typem narracji, który pozwala poczuć zarówno cudzy strach, jak i autentyczny lęk o własne życie. To w sumie powinno nas powstrzymać przed ocenianiem. Bohaterów. Bo Norwegów już niekoniecznie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina, myśląc tak ciepło o polskiej policji. Czy zareagowałaby szybciej? Wątpię. Czy terrorysta miałby szansę się poddać? Na szczęście też wątpię.

Dzień później (film obejrzałam przedpremierowo w ramach festiwalu Wiosna Filmów) miałam okazję zobaczyć australijski western „Sweet Country” i automatycznie mnie naszło, że gdyby 22 lipca 2011 roku na Utøyi zamiast obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy był obóz Aborygenów, wyszedłby z tego zupełnie inny film, podobny raczej do netflixowego „Rytuału”. A, że trafiło na nieprzygotowane dzieci w nieprzygotowanym na zamach kraju, przyszło nam zmierzyć się ze z goła inny typem horroru. Straszniejszym, bo realnym. Bez żadnej gwarancji, że coś takiego się więcej nie powtórzy. Świadomość tego faktu, podbija ocenę.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2017 roku: TOP 30

Wiem, że niektórzy z Was lubili moje „top of the year”, a zwłaszcza ich formę, ale – krótka piłka – nie mam już ani czasu, ani siły na takie zabawy. Z tego względu mój TOP 25 2016 powstał dopiero w połowie 2017 roku i nigdy nie zyskał statusu wpisu (został jedynie dopisany do listy obejrzanych filmów). Chcąc pogodzić prośby o listę moich ulubionych filmów roku z moimi aktualnymi możliwościami „twórczymi”, postanowiłam opublikować tegoroczne zestawienie, opatrując je moimi komentarzami z Filmwebu. Wiem, że Was to nie zadowoli, ale albo tak, albo goła lista. Odpowiedź na pytanie, czemu TOP 25 rozmnożyło się do TOP 30, brzmi: To był po prostu świetny rok filmowy w moim życiu. Filmom dystrybuowanym w tym czasie przyznałam aż 6 10-ek! Oceny takie jak 9 czy 8,5 też pojawiały się częściej niż zazwyczaj. Gdybym ograniczyła mój TOP do 25 filmów, w zestawieniu starczyłoby miejsca tylko dla 4 ocen 8/10, a przecież bardzo dobre filmy (co, jak Wam wiadomo, w moim przypadku oznacza wszystkie filmy ocenione pomiędzy 8 a 10) zasługują na promocję.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2016-2017 (2016 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Serce z kamienia” Guðmundura Arnara Guðmundssona, „Nazywam się Cukinia” Claude’a Barras czy „Toni Erdmann” Maren Ade, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2016, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2017 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

30. „The Square” („The Square”) (SWE/GER/FRA/DEN, 2017), reż. Ruben Östlund – „Turysta” spotyka „Zjazd absolwentów” i Lanthimosa. Östlund wciąż o kryzysie męskości, a nawet o kryzysie społeczeństwa. Boski Claes Bang. I tylko kota szkoda.

29. „Krew Saamów” („Sameblod”) (NOR/DEN/SWE, 2016), reż. Amanda Kernell – ładnie uchwycona społeczność, piękne zdjęcia, wspaniała Lene Cecilia Sparrok, cudowny ładunek emocji, ważny nienachalny przekaz, bardzo wymowne zakończenie.

28. „Psy” („Los Perros”) (FRA/CHI/ARG/GER, 2017), reż. Marcela Said – w mniejszym stopniu film o rozliczeniu zbrodni dyktatury, w większym o mężczyznach. W centrum wszystkiego zajebista kobieta z krwi i charakteru. Brawo, Zegers!

27. „Zasady wszystkiego” („The Rules for Everything”) (NOR, 2017), reż. Kim Hiorthøy – rozkoszny film o oswajaniu świata. Lekki czarny absurdalny humor skandynawski z dobrych czasów „Jabłek Adama” i „Historii kuchennych” powrócił!

26. „Miód dla dakini” („Munmo tashi khyidron”) (BHU, 2016), reż. Dechen Roder – fascynujący kryminał mistyczny. Mimo iż nie jest zbyt przebiegły, policyjna rozkmina i tak wciąga. Super wykonane (zdjęcia!). Nie widać, że to debiut z Bhutanu.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 28 marca – 03 kwietnia 2016

Tak w ogóle to ten tydzień kinowy zaczęłam od powtórki „Deadpoola”. Za drugim już mnie tak nie śmieszył (choć pewne sceny wciąż rozbrajają), ale to fenomenalny feel-good movie jest więc mam przeczucie, że jeszcze nie raz go obejrzę.:D

„Dama w vanie” („The Lady in the Van”) (UK, 2015), reż. Nicholas Hytner – wbrew pozorom istnieje odmiana brytyjskiego humoru, którą czuję i lubię (ta wytwornie złośliwa i szlachetnie ironiczna; mniej więcej w tym stylu)! Aczkolwiek to nie jedyny czynnik, który sprawił, że, o dziwo, naprawdę podobała mi się produkcja o starszych ludziach. Nie, żebym miała coś przeciwko seniorom, ale filmy o nich kręcą mnie zwykle w takim samym stopniu co filmy o dzieciach. Fakt, iż lubię staruszków po stokroć bardziej niż dzieci, niczego tu nie zmienia. Nie, to w mniejszym stopniu kwestia różnic światopoglądowych i mojej niedojrzałości, a w przeważającym wina scenarzystów i reżyserów. Nie lubię sposobu, w jaki się to starsze pokolenie zazwyczaj przedstawia. Jak gdyby wiek pozbawiał ich prawa do posiadania charakteru. Z główna bohaterką „Damy w vanie” nie ma tego problemu. Ba, nawet nieśmiały i nienaturalnie cierpliwy pisarz ma tu osobowość. To nie jest wyłącznie kwestia świetnych kreacji aktorskich Maggie Smith (boska jest!) i Alexa Jenningsa, lecz właściwych decyzji już na etapie rozpisywania tej historii. Miło, że da się opowiedzieć życiorys staruszki bez cackania się i grania na uczuciach, tak widzów, jak i bohaterów. Gdyby Mary nadal żyła (historia jest oparta na faktach z życia Mary Shepherd – starszej pani, która w 1974 roku zaparkowała swojego vana w Camden Town, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców, ale też elementem lokalnego kolorytu), mogłaby być zadowolona (nawet jeśli za życia rzadko była zadowolona z czegokolwiek;). 7/10

„Kung Fu Panda 3” („Kung Fu Panda 3”) (USA/CHN, 2016), reż. Jennifer Yuh Nelson, Alessandro Carlon – no i proszę, kolejna animacja, w przypadku której polski dubbing góruje nad amerykańskim. Taka scena z Po próbującym uniknąć spotkania z gąsiorami w oryginale w ogóle nie jest śmieszna, a w polskiej wersji językowej jest to przykład magii języka polskiego w najlepszym wydaniu. No i te staczające się pandy. :) Dużo pand. Zaczynam sądzić, że im więcej pand, tym lepiej, bo właśnie ta część „Kung Fu Pandy” przemówiła do mnie najbardziej. Oczywiście duża w tym zasługa Po i jego tatów (sic!), sztuk walki, mocy chi, sensownego przesłania i bajecznej animacji. Wszystkie części są świetnie zanimowane, ale tutaj baśniowość i dopracowanie detali osiągnęły szczyt. Poza tym efekt 3D (który nawet w filmach nakręconych w 3D potrafi pozostawić sporo do życzenia) da się tu dostrzec również w wersji 2D (zwłaszcza w openingu:). Specjalnie nadrobiłam pierwsze 2 odsłony, żeby na to pójść, ale muszę przyznać, że nie było to konieczne. Fabuła jest na tyle prosta i zrozumiała, że da się to obejrzeć bez znajomości poprzednich części. Z dzieckiem czy bez, warto (bez dziecka warto bardziej, ale to się chyba rozumie samo przez się:)! 7,5/10

„Niesamowita Marguerite” („Marguerite”) (FRA/CZE/BEL, 2015), reż. Xavier Giannoli – tak więc dobrowolnie poszłam do kina na film, w którym główna bohaterka wyje (fałszuje niemiłosiernie; tak bardzo, że autentycznie żal Mozarta) operowe arie. Taka jestem dzielna. :D I choć uszy mi przy tym spuchły, a dusza niemalże uschła, nie pożałowałam tej decyzji (z wielu względów, na czele z Michelem Fau w roli Atosa Pezziniego). „Niesamowita Marguerite” to z jednej strony film dotykający starej prawdy o tym, że bogaty na prawo być ekscentryczny, a biedny ma prawo być biedny (zemsta biedaka siłą rzeczy musi być cierpliwa i perfidna), a z drugiej – dowód na to, że miłość do sztuki nie zna granic ani barier. Pierwowzorem głównej bohaterki filmu – baronowej Marguerite Dumont – była słynna „najgorsza śpiewaczka świata”, czyli Florence Foster Jenkins. Jej imię jest zaś ukłonem w stronę Margaret Dumont – amerykańskiej aktorki znanej jako „piąty z Braci Marx”, która nie tylko przypominała Jenikins wyglądem, ale ponoć tak samo jak ona nie rozumiała żartów, które sobie z niej strojono (tak przynajmniej twierdził Groucho Marx:). Marguerite wykreowana przez Xaviera Giannoli’ego i wspaniale sportretowana przez Catherine Frot to synonim klasy, kasy i wielkiej pasji. Osoba równie sympatyczna i naturalna co głucha i naiwna. Czyli tak sympatyczna, że nie sposób jej nie polubić, łatwo jej wybaczyć nawet tak oburzające stwierdzenia jak to, że „Pieniądze są nieważne. Ważne, żeby je mieć” i trudno jej nie kibicować, nawet jeśli konsekwencją tego kibicowania będzie zawodzenie. Giannoli to nie jedyny reżyser, który postanowił nakręcić film o fenomenie Florence Foster Jenkins, ale jestem niemal pewna, że Stephen Frears nie wyreżyseruje tej historii w sposób równie elegancki i oszczędny. 6,5/10

***

W bonusie polecanka filmu, który widziałam w kinie pod koniec ubiegłego roku, a który wszedł do polskich kin 1 kwietnia 2016.

„Głośniej od bomb” („Louder Than Bombs”) (NOR/FRA/DEN, 2015), reż. Joachim Trier – czasem zwyczajne życie jest najtrudniejsze. Czasem cisza jest najciekawsza. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

filmy-dama-w-vanie-kung-fu-panda-3-niesamowita-marguerite

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Głośniej od bomb” (2015)

Tytuł oryginalny: „Louder Than Bombs
Reżyseria: Joachim Trier
Zdjęcia: Jakob Ihre
Muzyka: Ola Fløttum
Moja ocena: 7,5/10

Trudno powiedzieć, że Joachim Trier – reżyser „Reprise” i „Oslo, 31 sierpnia” – dorobił się anglojęzycznego filmu z gwiazdorską obsadą szybko. W końcu od jego debiutu fabularnego do premiery „Głośniej od bomb” minęło aż 9 lat. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż w tym czasie nakręcił tylko 2 obrazy, można jednak orzec, że wypracowanie ogromnego kredytu zaufania u producentów (budżet tej produkcji to ok. 11 milionów dolarów) przyszło mu dość łatwo. Z przyjemnością też stwierdzam, że nie musiał w tym celu zaprzedać duszy diabłu. Nadal kręci autorskie, wymagające kino. Umiejętnie unikające tak banału, jak i fajerwerków.

Fabuła „Głośniej od bomb” kręci się wokół Isabelle Reed – słynnej fotografki wojennej, żony (niegdyś wielce popularnego) aktora Gene’a i matki dwóch chłopców – Jonah i Conrada, ofiary śmiertelnego wypadku samochodowego. Mimo iż minęło parę lat od tego zdarzenia, mąż i synowie wciąż nie poradzili sobie ze stratą, którą każdy z nich przeżył inaczej. Zbliżająca się wystawa fotografii zmarłej przywołuje mnóstwo wspomnień i zmusza mężczyzn do konfrontacji.

„Głośniej od bomb” to w dużej mierze koncentrujący się na postaci outsidera, choć nie odpuszczający przy tym reszcie bohaterów, film o więziach rodzinnych, problemach z porozumieniem się, zagubieniu, traumie, godzeniu się ze stratą. Tak, to już było. Wielokrotnie. Chociażby w „Zwyczajnych ludziach” Redforda, że posłużę się tytułem, który jako pierwszy przyszedł mi na myśl w trakcie seansu. Temat został ograny i praktycznie wyczerpany. Nie jest to kino oryginalne. Ani nawet zaprezentowane w stosunkowo świeżym ujęciu. Nie licząc sceny wypadku (fantastycznie nakręconej, w dodatku z mistrzowskim wykorzystaniem CGI), pięknych zdjęć Jakoba Ihre i magicznej muzyki Oli Fløttuma, nie jest to także kino efektowne. Nie powala tempem, nie serwuje spektakularnych zwrotów akcji, nie jest szczególnie emocjonalne. Niemal wszyscy bohaterowie przejawiają tendencję do kierowania uczuć do wewnątrz więc prawdę o nich widz musi sobie sam zbudować. Ze strzępów wspomnień – obrazów, dźwięków, fragmentów rozmów. Wszystkich detali, z których obraz Triera jest utkany. Właśnie to jest tu naprawdę fajne. A jeszcze fajniejsza jest misterność i przewrotność tego utkania. Filmowy outsider – Conrad stwierdza w pewnym momencie, że jedną z najciekawszych rzeczy, których nauczyła go matka, jest wiedza o tym, jak poprzez przycinanie kadru można manipulować przekazem zdjęcia. To właśnie od samego początku robi z widzem Joachim Trier. Spróbujcie nie dać się nabrać:) A w międzyczasie pozwólcie sobie na rozkoszowanie się pięknem tych wszystkich puzzli. Unikalną nadzwyczajnością zwyczajnego życia. Głośniejsza od bomb może być tylko cisza, która następuje po nich. Nie każdy jest w stanie sobie z nią poradzić, ale czasem to ona bywa najciekawsza.

Louder Than Bombs

1 komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film