Tag Archives: kino niemieckie

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 30.04.2018

Poniedziałek 23.04

„Wyspa psów” („Isle of Dogs”) (2018), reż. Wes Anderson – 8/10

Spieszcie się uczyć japońskiego, bo inaczej nie zrozumiecie połowy dialogów (ja ogarniam niewiele więcej ponad zwroty grzecznościowe). A choć nieznajomość języka nie przeszkadza jakoś szczególnie w odbiorze filmu, bardzo nie lubię być językowo dyskryminowana i za to minus do oceny końcowej. „Wyspa psów” to okrutnie zabawna poklatkowa antyutopijna przygodówka o psach, poważny manifest światopoglądowy i świetny film o mechanizmach propagandy (politycznej i medialnej), który treściowo natychmiast kojarzy się z koreańską „Okją” (ciekawe, czy to trend rozwojowy). Sama animacja i ton to z jednej strony czysty Wes Anderson, z drugiej – trochę bajka burtonowska. Być może nijak nie dla dzieci. Cackać się w każdym razie nie cacka (nawet jeśli Wes jest mocno łaskawy w temacie trupów).

Środa 25.04

„Raz się żyje” („Gringo”) (2018), reż. Nash Edgerton – 5/10

Po kilkunastu minutach Kasia nie wytrzymała: – Czemu Ci aktorzy zgodzili się zagrać w czymś takim? Cóż, Joel Edgerton na przykład dlatego, że reżyser jest jego bratem. :) Nie jest zresztą wcale stratny na tym, bo nawet jeśli trudno piać nad intrygą (przewidywalna), scenariuszem (niewymyślny, choć próbuje kluczyć i mnożyć atrakcje z zapałem godnym lepszej produkcji) i sposobem jego prowadzenia (chaos reigns), humor jest raczej niewybredny (w dużej mierze slapstickowy), a postaci nakreślono zbyt grubą kreską (zwłaszcza graną przez Theron Elaine i śmiesznego bossa meksykańskiego kartelu), to akurat Richard Rusk jest wspaniałą korporacyjną łajzą i fajną rolą do aktorskiej filmografii.

*

„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”) (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo – 7/10

Drogi Marvelu, to smutne, ale Wasza strategia stała się zupełnie jasna przed upływem 10 minut. Chętnie Was oświecę, gdzie popełniliście błąd. I co mi po tym, że Źli są w końcu wystarczająco mocni (Thanos miażdży!), puzzle cudownie się składają i jest się z czego pośmiać, skoro zabawa zdążyła się skończyć, nim się zaczęła? BTW, mam parę świetnych pomysłów (jeden wręcz genialny i z gwarancją krociowych zysków), jak mogliście (i nadal możecie) zarobić na nas jeszcze więcej zielonych. Zainteresowani?:) Żeby nie było, wcale się nie foszę. Trudno się foszyć na coś, co jest tak wybornie skonstruowane. Szkoda jedynie, że Marvel nie raczył mnie potrzymać w jakichkolwiek emocjach. No i smuteczek, bo choć łatwo przewidzieć, co się wydarzy w następnej części, z filmu wyszłam, czując, że tak czy inaczej, coś się kończy. Ciężko będzie się z tym pogodzić. Oj, ciężko.

Czwartek 26.04

„Dziewczyna we mgle” („La ragazza nella nebbia”) (2017), reż. Donato Carrisi – 4/10

Właściwie to nie potrafię przewidzieć, jak odbierzecie ten obraz. Na moim seansie pół widowni oglądało to jak wieczorny seans w TV Puls (z zainteresowaniem. pozdrawiam zwłaszcza zapatrzony 2 rząd), drugie pół przez połowę filmu patrzyło na zegarek. Ja niestety usiadłam po tej znudzonej stronie. Mój podstawowy problem z tym filmem polega na tym, że jest to obraz szalenie nieefektywny. Te bite 2 godziny ukręcone są z niczego i na siłę. Główny wątek (uprowadzenie nastolatki) reżysera (który jest jednocześnie autorem książki i scenarzystą) wcale nie obchodzi. Liczy się tylko konstrukcja intrygi. Przemyślana? Owszem. Skomplikowana? To zależy od widza. Wszystkie rozwiązania są pod nosem. Pytanie, czy zechcecie je dostrzec (ja niestety jestem urodzonym słuchaczem, bardzo wyczulonym na detal. to mi często rujnuje zabawę.:). I drugie pytanie, czy będzie Wam zależało. Bo całkiem możliwe, że nie. Tu naprawdę nie ma się kim przejąć. Nie licząc tytułowej bohaterki, ani źli, ani dobrzy nie wywołują żadnych emocji (nawet uzasadnionej złości), a cały środek filmu to wielka nuda. Czy w takich okolicznościach ma znaczenie kto i dlaczego? Dla mnie nie ma.

Piątek 27.04

„Śmierć Stalina” („The Death of Stalin”) (2017), reż. Armando Iannucci – 8/10

Nie znając dotychczasowej twórczości reżysera, mimo świetnej obsady, trochę bałam się głupawej włoskiej farsy, a tu „Wściekłe psy”. I komedia, w której żart sączy się inteligentnie. „Śmierć Stalina” to porażające (bezpardonowe, ale też w dziesiątkę trafne) studium mechanizmów władzy (jak na Iannucciego przystało historycznie wierne i bardzo dokładne), opowiedziane jednak z (wybrednym!) humorem i dużą dozą niezbędnego dystansu (i w tym momencie do mnie dotarło, że Poppe w „Utoyi” żadnych granic tak naprawdę nie przekroczył. zrobiłby to dopiero kręcąc komedię. brzmi niewyobrażalnie? bardziej niewyobrażalnie niż śmianie się ze stalinowskich czystek?). Najwyraźniej zbyt dużą dla Rosjan, którzy film zbanowali (co może być najlepszą rekomendacją). O ile fabularnie obraz czerpie z francuskiego komiksu, o tyle narracja jest już charakterystyczna dla szkockiego reżysera. Bardziej wyrafinowana, dowcipniejsza, bazująca na brawurowych performansach idealnie dobranych aktorów (Buscemi jako Chruszczow, Tambor jako Malenkow, Isaacs jako Żukow!<3). Rozkosz. Prywatnie składam pokłon również za to, że aktorzy nie pozorują tu rosyjskiego akcentu. Jedyna słuszna decyzja.

*

Początkowo planowałam „popołudnie rozpaczy” (nowe „Życzenie śmierci” i „Dorwać Gunthera”), ale doszłam jednak do wniosku, że trzeba się szanować. Poza tym, jeśli może się nie udać, zawsze lepiej postawić na eksplorację. Zawinęłam więc na 9. LGBT Film Festival.

„Powietrze” („Luft”) (2017), reż. Anatol Schuster – 6/10 (5,5)

Film nie tyle branżowy, co naiwny i nieco amatorski. Przypomina to trochę niemieckie kino młodzieżowe z Alicją Bachledą-Curuś, tyle że – niespodzianka – z rosyjską duszą. Główną bohaterką jest taki anioł (o rozmarzonym obliczu Kristen Stewart), który wzdycha do nie tak bardzo szalonej, jak by chciała, pięknej buntowniczki. W tle mamy rodzinną traumę, protest przeciwko zabijaniu zwierząt, prokobiecy dydaktyzm, wciśniętą na siłę uchodźczą traumę, a nawet twórczość muzyczną (bardzo fajny freestyle z akompaniamentem akordeonu), ale od początku do końca to miłość jest tu najważniejsza. Ocena bardziej za dobre chęci, zaangażowanie, prawdziwy rosyjski i dobre beaty niż za wartość filmową. Ale przecież pasja się liczy.

*

„Ukryci w sitowiu” („A Moment in the Reeds”) (2017), reż. Mikko Makela – 4/10

Fińsko-syryjski zaangażowany romans męsko-męski, czyli w temacie uchodźców widziałam już chyba wszystko.;) Trochę „Piękny kraj”, tyle że oddany sprawie (trudno orzec, czy ten poziom łopatologii naprawdę może uchodźcom pomóc), w ogóle nieheblowany (czysta „surówka”) i mocno branżowy (uginający się od generycznych klisz. sama branża wzdychała i śmiała się, gdy okoliczności zbyt łatwo zgrywały się pod seks. a zgrywały się jak na zawołanie). Sam seks (poza tym, że wydarza się z jasnego nieba) oczywiście spoko, jednak preferuję dużo lepszą (filmową) grę wstępną.

Niedziela 29.04

„Zapętleni” („In the Loop”) (2009), reż. Armando Iannucci – 7/10

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w sercu moim, moja Ty „Śmierci Stalina” (jak to się stało, że dotąd nie wpadliśmy z Iannuccim na siebie?!) więc po prostu musiałam czym prędzej zameldować się w kręgu (polski tytuł tradycyjnie mocno rozminął się z rzeczywistością i intencją). I choć (nawet najbardziej wyrafinowane) przekleństwa to zupełnie nie mój humor, zdecydowanie nie żałuję. „Zapętleni” to jeden z najlepszych filmów o kulisach polityki ever. Tak to z pewnością wygląda (coś czuję, że Iannucci wkręcił się nie tylko do amerykańskiego Departamentu Stanu. i to nie raz). Właśnie tak powstają nieprzewidywalne polityczne konsekwencje. Na które przeciętny obywatel przeważnie nie ma wpływu. Przez wzgląd na wagę słów polecam obejrzeć film w oryginale.

Przede mną tydzień bez kina (z małą przerwą na weryfikację oceny „Player One”), ale to nie znaczy, że bez filmów. Stay tuned.;)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej powiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował zaledwie 5 milionów dolarów), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2014 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2013-2014 (2013 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Mandarynki” Zazy Urushadze, „Geograf przepił globusAleksandra Wieledinskiego czy „Wielkie złe wilkiAharona Keshalesa i Navota Papushado, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2013, za to zostały w nim ujęte filmy (głównie festiwalowe, ale jest i obraz obejrzany na pokazie przedpremierowym), które (w 2014 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

25. „Szukając Vivian Maier” („Finding Vivian Maier”) (USA, 2013), reż. John Maloof, Charlie Siskel – jak nie przepadam za filmami dokumentalnymi, tak ten wciągnął mnie bez reszty. Nie wiem, czy to dlatego że całość przypomina strukturą kryminał, czy też John Maloof (człowiek, który odkrył twórczość Maier) po prostu zaraził mnie swoim entuzjazmem, ale film ten sprawił, że postać genialnej fotografki zainteresowała mnie nawet bardziej niż jej obłędne zdjęcia. Jak dla mnie bez dwóch zdań dokument roku.

24. „Wilk z Wall Street” („The Wolf of Wall Street”) (USA, 2013), reż. Martin Scorsese – co tu dużo mówić, impreza roku (i to tak odlotowa, że 3 godziny mijają jak z bicza strzelił), a DiCaprio wystarczająco rewelacyjny, by znów Oscara nie dostać.;) Gdybym musiała opisać „Wilka” jednym słowem, postawiłabym na „orgazm”. Próbowałam ocenić tę produkcję obiektywnie, ale jeszcze dziś na samą myśl o niej zaczynam mruczeć i rytm wybijać. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

30. WFF – Dzień 1, 2, 3, 4 i 5

11 października – dzień cudów. Polska wygrała w nożną z Niemcami, a Warszawski Festiwal Filmowy nareszcie przestał wpuszczać na seanse spóźnialskich (zapis o tym, że osoby spóźnione nie będą wpuszczane na projekcje, jest w regulaminie i na biletach od lat, ale dotąd nie mogliśmy się doprosić, żeby ktoś go wyegzekwował). Kto wie, może nawet było tych cudów więcej, ale ze względu na 11 weekendowych projekcji i bytność na Narodowym nie miałam czasu obadać tematu. Pierwszą chwilę, by coś wreszcie skrobnąć, wydysponowałam dopiero po półmetku.

1. „Parking” („Parkoló”) (HUN, 2014), reż. Bence Miklauzič – obraz, który miałby szansę zwyciężyć w konkursie na najlepszy festiwalowy opis (polecam lekturę). Całkiem fajna produkcja – wdzięczna i z momentami, nawet jej z tego powodu ocenę zawyżyłam, ale zwariowana czarna komedia to to nie jest. Już raczej komediodramat typu skandynawskiego, z węgierskim Jasonem Stathamem na leadzie i z wyraźnym niedoborem kota-oprawcy. 6,5/10

2. „Agnieszka” („Agnieszka”) (GER, 2014), reż. Tomasz E. Rudzik – akcja filmu rozgrywa się w Monachium (zaprawdę pierwszy raz w życiu popłakałam się na widok torów kolejowych) więc z miejsca się przyznaję, że bardziej oddawałam się tęsknocie za miastem niż kontemplowaniem fabuły. Warsztatowo przyzwoicie (zwłaszcza jak na film z konkursu 1-2), historia trochę płytka, ale rozwija się płynnie, całość Gorczycą stoi. 6,5/10 na zachętę.

3. „W pół drogi” („Halfweg”) (BEL, 2014), reż. Geoffrey Enthoven – właściwie nie ma o czym pisać. Lekka komedyjka o intruzie. Do szybkiego zapomnienia. Gdyby nie to, że parę razy szczerze parsknęłam (aczkolwiek dodajmy też, że w połowie seansu zaczęłam przysypiać), ocena byłaby niższa. 5,5/10 Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film