Tag Archives: kino latynoamerykańskie

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej przypowiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2017 roku: TOP 30

Wiem, że niektórzy z Was lubili moje „top of the year”, a zwłaszcza ich formę, ale – krótka piłka – nie mam już ani czasu, ani siły na takie zabawy. Z tego względu mój TOP 25 2016 powstał dopiero w połowie 2017 roku i nigdy nie zyskał statusu wpisu (został jedynie dopisany do listy obejrzanych filmów). Chcąc pogodzić prośby o listę moich ulubionych filmów roku z moimi aktualnymi możliwościami „twórczymi”, postanowiłam opublikować tegoroczne zestawienie, opatrując je moimi komentarzami z Filmwebu. Wiem, że Was to nie zadowoli, ale albo tak, albo goła lista. Odpowiedź na pytanie, czemu TOP 25 rozmnożyło się do TOP 30, brzmi: To był po prostu świetny rok filmowy w moim życiu. Filmom dystrybuowanym w tym czasie przyznałam aż 6 10-ek! Oceny takie jak 9 czy 8,5 też pojawiały się częściej niż zazwyczaj. Gdybym ograniczyła mój TOP do 25 filmów, w zestawieniu starczyłoby miejsca tylko dla 4 ocen 8/10, a przecież bardzo dobre filmy (co, jak Wam wiadomo, w moim przypadku oznacza wszystkie filmy ocenione pomiędzy 8 a 10) zasługują na promocję.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2016-2017 (2016 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Serce z kamienia” Guðmundura Arnara Guðmundssona, „Nazywam się Cukinia” Claude’a Barras czy „Toni Erdmann” Maren Ade, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2016, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2017 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

30. „The Square” („The Square”) (SWE/GER/FRA/DEN, 2017), reż. Ruben Östlund – „Turysta” spotyka „Zjazd absolwentów” i Lanthimosa. Östlund wciąż o kryzysie męskości, a nawet o kryzysie społeczeństwa. Boski Claes Bang. I tylko kota szkoda.

29. „Krew Saamów” („Sameblod”) (NOR/DEN/SWE, 2016), reż. Amanda Kernell – ładnie uchwycona społeczność, piękne zdjęcia, wspaniała Lene Cecilia Sparrok, cudowny ładunek emocji, ważny nienachalny przekaz, bardzo wymowne zakończenie.

28. „Psy” („Los Perros”) (FRA/CHI/ARG/GER, 2017), reż. Marcela Said – w mniejszym stopniu film o rozliczeniu zbrodni dyktatury, w większym o mężczyznach. W centrum wszystkiego zajebista kobieta z krwi i charakteru. Brawo, Zegers!

27. „Zasady wszystkiego” („The Rules for Everything”) (NOR, 2017), reż. Kim Hiorthøy – rozkoszny film o oswajaniu świata. Lekki czarny absurdalny humor skandynawski z dobrych czasów „Jabłek Adama” i „Historii kuchennych” powrócił!

26. „Miód dla dakini” („Munmo tashi khyidron”) (BHU, 2016), reż. Dechen Roder – fascynujący kryminał mistyczny. Mimo iż nie jest zbyt przebiegły, policyjna rozkmina i tak wciąga. Super wykonane (zdjęcia!). Nie widać, że to debiut z Bhutanu.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 21-27 marca 2016

„Siostry” („Sisters”) (USA, 2015), reż. Sean Anders – jeśli komuś się wydawało, że obecność Tiny Fey i Amy Poehler zagwarantuje jako taki poziom tego widowiska, to się pomylił. Mnie się nie wydawało i na nic nie liczyłam więc nie musiałam się mierzyć z rozczarowaniem. Na całe szczęście w wykonaniu Tiny i Amy humor klozetowy wypada o wiele lepiej (nie żeby śmieszył, ale przynajmniej nie jest krańcowo obleśny) niż w produkcjach z udziałem Martina Lawrence’a czy Melissy McCarthy, a dziewczyny mają świetną chemię (nie zgadzam się z opinią, iż Fey nie pasuje do roli siostry-imprezowiczki; dobór aktorek jest dobry; to scenariusz i dialogi zaniżają poziom), tak że jakoś to wszystko wchodzi. 5,5/10

„Psy mafii” („Triple 9”) (USA, 2016), reż. John Hillcoat – ja rozumiem, że polskie tłumaczenie tytułu jest takie wierne, bo UIP się martwił, że rodacy będą wydzwaniać na pogotowie ratunkowe. :P „Triple 9” vel 999 ma w założeniu oznaczać policyjny kod obwieszczający, że zginął policjant i trzeba wszystko rzucić i ruszyć w pościg (taka fajna luka). W filmie jest to dokładnie sprecyzowane. Nie chodzi wyłącznie o „officer down”. Musi zaistnieć powód do powszechnej mobilizacji. Biorąc pod uwagę to, co się wyprawia w końcówce tej produkcji, wywołanie tego kodu nijak nie ma tu sensu. Ale to nic, w końcu nic tu nie ma sensu już od pierwszej minuty. Scenariusz Matta Cooka to trylion pomysłów wrzuconych do miksera, który Hillcoat ledwie odpalił więc nawet tego wszystkiego specjalnie nie wymieszał. Jeśli chodzi o tematykę i klimat, moim pierwszym skojarzeniem był „Sabotaż” Davida Ayera (nie wierzcie recenzentom, że ma to cokolwiek wspólnego z genialnymi „Bogami ulicy”; NIE MA!). Jedynym dobrem jest tu muzyka i fryzura Kate Winslet (czego niestety nie można powiedzieć o jej rosyjskim akcencie; cały film jest jawną obrazą dla tego języka). Ocenę zawyżam przede wszystkim za Kosher Nostrę. Jako (niezamierzona) komedia (na swój przewrotny sposób) chwilami się to sprawdza. I tylko jako komedia. 4,5/10

„Cały ten cukier” („That Sugar Film”) (AUS, 2014), reż. Damon Gameau – komu, komu dokument o narkotykach? ;D Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„El Clan” („El Clan”) (ARG/ESP, 2015), reż. Pablo Trapero – zdarza Wam się, oglądając film, ulec czarowi „tych złych” i trzymać za nich kciuki? Na pewno Wam się zdarza. I mnie też dosyć często. Niestety, to nie ten przypadek. Tutaj od samego początku kibicuje się, by głównych bohaterów i większość członków ich rodziny wzięła cholera. To tak, żeby nie było, że nie ostrzegałam, ale też wcale nie zniechęcam. Fabuła tej produkcji to dość ciekawa historia (byłego asa wywiadu, który po upadku dyktatury wojskowej generała Videli rozpoczął karierę gangstera), oparta na faktach (a jak!:D), dobrze zagrana (brawa zwłaszcza dla Guillermo Francelli w roli głowy klanu Puccio), sprawnie zrealizowana i z historią argentyńskiego rugby w tle. Warto się pokusić o seans. 6,5/10

filmy-siostry-psy-mafii-that-sugar-film-el-clan

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 lutego 2016

„Barany. Islandzka opowieść” („Hrútar”) (ISL/DEN/NOR/POL, 2015), reż. Grímur Hákonarson – wszystko za owce! I pogoda chwilami też jak na Evereście. Ale tak serio, lojalnie ostrzegam, bo szefowa miała do mnie żal, że jej nie uprzedziłam: OWCE, DUŻO OWIEC! A gdy owce przestają już stanowić problem, zostaje jeszcze para zacietrzewionych, skłóconych ze sobą od 40 lat capów. To akurat ciekawsza historia (czasem zabawna, a nawet wzruszająca), choć w przeważającej mierze milcząca. Slowspinowa, kameralna, lekko apokaliptyczna (bardziej w skali lokalnej, chociaż może wcale nie tylko). Ludową muzyką bawi się tu Atli Örvarsson. Surowe piękno islandzkiego krajobrazu zamknął zaś w przepięknych kadrach operator „Victorii” – Sturla Brandth Grøvlen. 6,5/10

„Jak to robią single” („How to Be Single”) (USA, 2016), reż. Christian Ditter – chwilunia, to „Planeta singli” miała być typowym gniotem romantycznym, a film Dittera miał stanowić odtrutkę na „Planetę” – brawurową, zabawną niepoprawną produkcję o ludziach, którzy potrafią, bądź uczą się czerpać z życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Więc jak to się stało, że obraz Okorna okazał się sympatycznym antykomromem, a „Jak to robią single” – komedią romantyczną w starym, przeterminowanym stylu? Cóż za kłamliwa promocja! Automatycznie przypomniało mi się „Sypiając z innymi”. To też miało być kino wyzwolone, a wyszło, co wyszło. Lubię Dakotę, uwielbiam Leslie (i za nią dodaję punkt), a Jake Lacy to taki słodziak, ale gdybym wiedziała, co to jest za film, być może bym na to nie poszła. No dobra, poszłabym. Ale tylko dlatego, że chodzę na (prawie) wszystko. ;D. 5,5/10

„Deadpool” („Deadpool”) (USA/CAN 2016), reż. Tim Miller – ponoć „humor dla 12-latków”, „generator facepalmów” i w ogóle żenada:D Chicka-chickahhhh! Więcej na temat filmu tutaj. Smacznego! 8/10

„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”) (NED/MEX/FIN/BEL/FRA, 2015), reż. Peter Greenaway – o miłości, śmierci, sztuce, Rosji, Meksyku i siłach rządzących światem. Bez zahamowań, bez cenzury. Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”) (USA/UK, 2016), reż. Ethan Coen, Joel Coen – umówmy się, że jeśli chodzi o ocenę, to powinna być niższa, bo to słaby film jest. Abstrahując od faktu, iż prawie w ogóle nie śmieszy (chociaż mnie akurat dzieła Coenów bawią wyłącznie wtedy, gdy są pomyślane jako poważne fabuły i nigdy wówczas, gdy są ukłonem dla przemysłu filmowego więc możliwe, że się nie znam), nie porywa i nie klei się (a przy tym pewnie nudzi, bo z mojego seansu – z małej salki – zwiało 5 osób). Tę w sumie pozytywną notę przyznałam „Ave, Cezar!” za detale. Zdjęcia Deakinsa, muzykę Burwella (to on zilustrował wszystkie filmowe filmy i trzeba przyznać, że rozrzut gatunków, a przy tym sensowność i spójność tych kompozycji, robi pozytywne wrażenie), konkretne sceny i niektóre kreacje aktorskie. O dziwo, nie mam tu na myśli Clooneya, Swinton czy Brolina, lecz Aldena Ehrenreicha (cudowny jest, warto dla niego!), Scarlett Johansson, a nawet Channinga Tatuma (to on się tu najlepiej bawi). Ze starej gwardii wyróżnia się chyba tylko Ralph Fiennes. 5/10

filmy-barany-jak-to-robia-single-deadpool-eisenstein-ave-cezar

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Eisenstein w Meksyku” (2015)

Tytuł oryginalny: „Eisenstein in Guanajuato
Reżyseria: Peter Greenaway
Zdjęcia: Reinier van Brummelen
Muzyka: Siergiej Prokofiew
Moja ocena: 7/10

Szczwana zagrywka z tym Prokofiewem. Czyż mogłabym zjechać film zilustrowany (moim ulubionym) „Romeem i Julią”?:D

Nigdy nie byłam na festiwalu Nowe Horyzonty i w najbliższym czasie się nie wybieram (no chyba że, odpukać, zapadnę na bezsenność; w takich okolicznościach byłaby to dla mnie impreza pierwszego wyboru:), co wcale nie oznacza, że nie lubię wymagającego kina artystycznego. Lubię i to bardzo. Z tym, że po pierwsze w określonych dawkach, a po drugie wolę te filmy, które próbują mnie zagadać na śmierć niż te, które starają się grać ze mą w „kto pierwszy mrugnie”, a bywa że i w „kto się pierwszy przekręci”. Na moje szczęście Eisenstein Greenawaya wozu nie ciągnie, za to rzadko kiedy się zamyka.

Muszę przyznać, że nie będąc obeznaną z twórczością brytyjskiego reżysera (trochę się bałam go tykać, a trochę się nie złożyło), decydując się na seans „Eisensteina w Meksyku”, spodziewałam się czegoś nudniejszego, poważniejszego i mniej kontrowersyjnego. Nic z tych rzeczy! Greenaway przepracowuje tu swoje wielkie fascynacje: sztukę (w tym filmową), seks i śmierć z życiem, swadą, nie bojąc się przeszarżować i nie oglądając się na nikogo.

Głównym bohaterem filmu jest Siergiej Eisenstein – słynny radziecki reżyser kina niemego, ale – co należy podkreślić – wcale nie mamy tu do czynienia z biografią. To raczej tribute, interpretacja i fantazja na temat życia artysty. Ponadto hołd dla sztuki filmowej (niekoniecznie tej eisensteinowskiej, chociaż tej także) i wnikliwy komentarz polityczno-społeczny. Akcja rozgrywa się w 1931 roku w meksykańskim Guanajuato, gdzie Eisenstein nakręcił część zdjęć do filmu „¡Que viva México!” – projektu, który stał się początkiem końca jego kariery. Nie wiemy, co dokładnie się w tym Guanajuato wydarzyło. Greenaway też nie wie (jedynymi osobami, które mogłyby potwierdzić fakty lub im zaprzeczyć, byli Eisenstein, jego żona Pera Ataszewa** i Jorge Palomino y Cañedo, a cała trójka od dawna nie żyje), ale po przestudiowaniu wszystkich filmów Eisensteina, przeczytaniu wszystkiego, co napisał (a w każdym razie wszystkiego, co się zachowało i jest osiągalne), lekturze publikacji o Siergieju Michajłowiczu i odwiedzeniu miejsc, w których filmował (możemy chyba uznać Greenawaya za zapalonego fana), postanowił pokusić się o własną teorię i wyszło mu, że w Guanajuato 33-letni Eisenstein zakochał się i stracił dziewictwo, a fakt ten zmienił jego i jego dalsze życie.

Pozwolę Wam to przez moment przetrawić. Tak, gdzieś tam po drodze robi się z tego kino LGBT i choć nie jest to wyłącznie obraz o traceniu dziewictwa;), wątek ten jest bardzo istotny. Film nie jest wulgarny, ale jeśli nie lubicie naturalistycznej golizny, być może nie jest to produkcja dla Was*. Filmowy Eisenstein staje przed widzami takim, jakim go natura stworzyła, przed upływem pierwszego kwadransa, a później jest już tylko odważniej.

Tak, jak wspomniałam, „Eisenstein w Meksyku” nie jest biografią, a Greenaway w dużej mierze tu spekuluje. Nie znaczy to jednak, że wziął ten romans ot tak, ze swej głębokiej wyobraźni. Zachował się co najmniej jeden list, w którym Eisenstein pisał do żony, że się zakochał i sugerował, że miłość ta została skonsumowana. Reżyser pozostawił też po sobie dzienniki i szkice, których treść potwierdzałaby jego fascynację mężczyznami. Interpretacja, którą Greenaway sprzedaje w swoim filmie, jest poglądem wyznawanym również przez niektórych historyków kina (wśród których należy wymienić przede wszystkim autorkę książki „In Excess: Sergei Eisenstein’s Mexico” – Maszę Salazkinę). Tym, którzy uważają, że Greenaway poszedł na łatwiznę, niepotrzebnie szokując i zmarnował okazję, forsując dziwactwa, polecam przeczytanie jeszcze raz definicji montażu atrakcji! Film ma się oczywiście prawo nie podobać, ale jego twórca stanowczo wiedział, co robi.

Wśród największych zalet „Eisensteina w Meksyku” wymieniłabym siłę detali, feerię kolorów, piękne zdjęcia Reiniera van Brummelena, wspomnianą na początku muzykę Siergieja Prokofiewa, bardzo dobry montaż Elmera Leupena i świetne dialogi. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie kreacja jadącego na pełnym ADHD Elmera Bäcka. Przykład tego, że przeszarżowana rola w przeszarżowanym filmie koniec końców może się okazać idealnie wyważoną.

*Seks na ekranie (niezależnie od tego w jakiej opcji) pewnie niej jest dla każdego. To, czy jesteście w stanie zaakceptować seks męsko-męski, to Wasza prywatna sprawa. Jeśli Wam się to nie podoba, nie czyni to z Was od razu homofobów. Ale jedna uwaga: gdy widzę teksty w stylu „nie mam nic przeciwko homoseksualistom, ale film jest obrzydliwy”, to od razu wiem, że ten, kto to pisał, MA coś przeciwko, a co gorsza jest fałszywy. Lepiej być szczerym. Byle kulturalnie.

**Tak, Pera, a nie Wera. Pal sześć Anglosasów, ale polscy krytycy (że też nawet „Dwutygodnik”!) mogliby się wykazać większym profesjonalizmem i to sprawdzić (skoro nie dosłyszeli w filmie), a nie powielać bzdury z anglojęzycznej Wikipedii.

film-eisenstein-in-guanajuato

1 komentarz

Filed under Film

13 filmów, które zachwyciły mnie w 2012 roku

Czemu 13? A czemu 10? Dość dyktatury liczb parzystych! Koniec z reżimem liczb politycznie poprawnych!

Podsumowywać roku kinowego nie będę, bo zrobiłam to już tutaj  –  w ramach komentarza do listy wszystkich filmów, które widziałam w zeszłym roku. Generalnie nie był to zły rok, ale z pewnością nie był też dobry, a sytuację w dużej mierze ratowały filmy festiwalowe i filmy z lat ubiegłych, które trafiły na polski rynek z poślizgiem.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2009-2012 (2009-2011 = zapóźniona polska dystrybucja oficjalna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie rewelacyjne filmy jak „Portret o zmierzchu”, „Róża” czy „Zupełnie inny weekend”, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2011, za to zostały w nim ujęte filmy festiwalowe, które nie miały jeszcze lub też nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

Muszę przyznać, że na miejscu 13 mógł się równie dobrze znaleźć każdy inny film spośród tych, którym w minionym roku przyznałam ocenę 8/10. Ostatecznie stanęło na tym, który może na tej wzmiance najwięcej zyskać.

13. „Córka” („Дочь”/„Doch”) (2012), reż. Aleksander Kasatkin i Natalia Nazarowa. [polska przedpremiera na 28. WFF-ie: 15 października 2012 roku]

Kameralne, wielowątkowe kino rosyjskie o rodzinie, przyjaźni, miłości, dorastaniu, realiach życia w małomiasteczkowej społeczności i mentalności tłumu. Osią, wokół której obraca się akcja, są tu przypadki seryjnych morderstw popełnianych na młodych dziewczynach, a perspektywą – obraz wydarzeń widziany oczami nastoletniej Inny. Szczera, prostolinijna i prawdopodobna historia oraz wzorcowy sposób prowadzenia scenariusza. Żadnych tanich chwytów i grania na wrażliwych strunach. Na to konto elegancka prostota.

12. „Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”) (2011), reż. Andrea Arnold. [polska premiera: 20 kwietnia 2012 roku]

Wybitnie niesztampowa ekranizacja powieści Emily Brontë – wytrącona z orbity epoki, odarta z romantyzmu, cierpka, chropawa, jątrząca się niczym brudna rana. A wszystko to zamknięte w mglistych, naturalistycznych i bardzo intymnych kadrach Robbiego Ryana – operatora, który posiada niezwykły talent do fotografowania przyrody. Nieważne, czy chodzi o źdźbło trawy, przegniłe jabłko, czy oprawiane zwierzęta – w jego obiektywie wszystko wygląda magicznie. Z góry ostrzegam, że odbiór tego filmu łatwy nie jest (dzieło Arnold to raczej eksperymentalne kino społeczne niż sypiący iskrami romans, no i końcówka trochę się wlecze), ale generalnie warto, bo to wreszcie coś innego.


Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Zdjęcia, które pozostaną w mojej pamięci

Tytuł oryginalny filmu: „Historias que so existem quando lembradas
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Júlia Murat
Zdjęcia: Lucio Bonelli
Muzyka: Lucas Marcier
Moja ocena: 8/10

„Opowieści, które istnieją tylko w naszej pamięci” (film będzie dystrybuowany jako „Opowieści, które żyją tylko w pamięci”, ale jako że nie bardzo leży mi dynamika tego nowego tytułu, pozostanę przy festiwalowym) brazylijskiej reżyserki Júlii Murat miały swoją polską premierę w dniu rozpoczęcia 7. edycji Festiwalu Filmy Świata ALE KINO+, czyli 1 grudnia 2011 roku. Film został bardzo dobrze przyjęty przez widownie wszystkich miast, w których gościł (od Warszawy, przez Kraków, Wrocław i Poznań, po Gdańsk). Na tyle dobrze, że (do spółki z argentyńskim „Medianeras”) zwyciężył w plebiscycie publiczności na najlepszy film i załapał się do dystrybucji (Mañana zaplanowała premierę na 2 marca 2012).

Jak widać nie byłam jedyną osobą, która wyszła z sali kinowej oczarowana. I to nie tylko filmem i jego magiczną atmosferą, ale i wykorzystanymi w nim zdjęciami (główna bohaterka „Opowieści…” – Rita – jest fotografką specjalizującą się w fotografii otworkowej). Byłam za to jedyną osobą, która, zadawszy sobie pytanie „Ciekawe, kto jest autorem tych fotek?”, postanowiła się tego za wszelką cenę dowiedzieć.

[Fot. Quito]
Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film, Fotografia