Tag Archives: kino latynoamerykańskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 21-27 marca 2016

„Siostry” („Sisters”) (USA, 2015), reż. Sean Anders – jeśli komuś się wydawało, że obecność Tiny Fey i Amy Poehler zagwarantuje jako taki poziom tego widowiska, to się pomylił. Mnie się nie wydawało i na nic nie liczyłam więc nie musiałam się mierzyć z rozczarowaniem. Na całe szczęście w wykonaniu Tiny i Amy humor klozetowy wypada o wiele lepiej (nie żeby śmieszył, ale przynajmniej nie jest krańcowo obleśny) niż w produkcjach z udziałem Martina Lawrence’a czy Melissy McCarthy, a dziewczyny mają świetną chemię (nie zgadzam się z opinią, iż Fey nie pasuje do roli siostry-imprezowiczki; dobór aktorek jest dobry; to scenariusz i dialogi zaniżają poziom), tak że jakoś to wszystko wchodzi. 5,5/10

„Psy mafii” („Triple 9”) (USA, 2016), reż. John Hillcoat – ja rozumiem, że polskie tłumaczenie tytułu jest takie wierne, bo UIP się martwił, że rodacy będą wydzwaniać na pogotowie ratunkowe. :P „Triple 9” vel 999 ma w założeniu oznaczać policyjny kod obwieszczający, że zginął policjant i trzeba wszystko rzucić i ruszyć w pościg (taka fajna luka). W filmie jest to dokładnie sprecyzowane. Nie chodzi wyłącznie o „officer down”. Musi zaistnieć powód do powszechnej mobilizacji. Biorąc pod uwagę to, co się wyprawia w końcówce tej produkcji, wywołanie tego kodu nijak nie ma tu sensu. Ale to nic, w końcu nic tu nie ma sensu już od pierwszej minuty. Scenariusz Matta Cooka to trylion pomysłów wrzuconych do miksera, który Hillcoat ledwie odpalił więc nawet tego wszystkiego specjalnie nie wymieszał. Jeśli chodzi o tematykę i klimat, moim pierwszym skojarzeniem był „Sabotaż” Davida Ayera (nie wierzcie recenzentom, że ma to cokolwiek wspólnego z genialnymi „Bogami ulicy”; NIE MA!). Jedynym dobrem jest tu muzyka i fryzura Kate Winslet (czego niestety nie można powiedzieć o jej rosyjskim akcencie; cały film jest jawną obrazą dla tego języka). Ocenę zawyżam przede wszystkim za Kosher Nostrę. Jako (niezamierzona) komedia (na swój przewrotny sposób) chwilami się to sprawdza. I tylko jako komedia. 4,5/10

„Cały ten cukier” („That Sugar Film”) (AUS, 2014), reż. Damon Gameau – komu, komu dokument o narkotykach? ;D Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„El Clan” („El Clan”) (ARG/ESP, 2015), reż. Pablo Trapero – zdarza Wam się, oglądając film, ulec czarowi „tych złych” i trzymać za nich kciuki? Na pewno Wam się zdarza. I mnie też dosyć często. Niestety, to nie ten przypadek. Tutaj od samego początku kibicuje się, by głównych bohaterów i większość członków ich rodziny wzięła cholera. To tak, żeby nie było, że nie ostrzegałam, ale też wcale nie zniechęcam. Fabuła tej produkcji to dość ciekawa historia (byłego asa wywiadu, który po upadku dyktatury wojskowej generała Videli rozpoczął karierę gangstera), oparta na faktach (a jak!:D), dobrze zagrana (brawa zwłaszcza dla Guillermo Francelli w roli głowy klanu Puccio), sprawnie zrealizowana i z historią argentyńskiego rugby w tle. Warto się pokusić o seans. 6,5/10

filmy-siostry-psy-mafii-that-sugar-film-el-clan

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 lutego 2016

„Barany. Islandzka opowieść” („Hrútar”) (ISL/DEN/NOR/POL, 2015), reż. Grímur Hákonarson – wszystko za owce! I pogoda chwilami też jak na Evereście. Ale tak serio, lojalnie ostrzegam, bo szefowa miała do mnie żal, że jej nie uprzedziłam: OWCE, DUŻO OWIEC! A gdy owce przestają już stanowić problem, zostaje jeszcze para zacietrzewionych, skłóconych ze sobą od 40 lat capów. To akurat ciekawsza historia (czasem zabawna, a nawet wzruszająca), choć w przeważającej mierze milcząca. Slowspinowa, kameralna, lekko apokaliptyczna (bardziej w skali lokalnej, chociaż może wcale nie tylko). Ludową muzyką bawi się tu Atli Örvarsson. Surowe piękno islandzkiego krajobrazu zamknął zaś w przepięknych kadrach operator „Victorii” – Sturla Brandth Grøvlen. 6,5/10

„Jak to robią single” („How to Be Single”) (USA, 2016), reż. Christian Ditter – chwilunia, to „Planeta singli” miała być typowym gniotem romantycznym, a film Dittera miał stanowić odtrutkę na „Planetę” – brawurową, zabawną niepoprawną produkcję o ludziach, którzy potrafią, bądź uczą się czerpać z życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Więc jak to się stało, że obraz Okorna okazał się sympatycznym antykomromem, a „Jak to robią single” – komedią romantyczną w starym, przeterminowanym stylu? Cóż za kłamliwa promocja! Automatycznie przypomniało mi się „Sypiając z innymi”. To też miało być kino wyzwolone, a wyszło, co wyszło. Lubię Dakotę, uwielbiam Leslie (i za nią dodaję punkt), a Jake Lacy to taki słodziak, ale gdybym wiedziała, co to jest za film, być może bym na to nie poszła. No dobra, poszłabym. Ale tylko dlatego, że chodzę na (prawie) wszystko. ;D. 5,5/10

„Deadpool” („Deadpool”) (USA/CAN 2016), reż. Tim Miller – ponoć „humor dla 12-latków”, „generator facepalmów” i w ogóle żenada:D Chicka-chickahhhh! Więcej na temat filmu tutaj. Smacznego! 8/10

„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”) (NED/MEX/FIN/BEL/FRA, 2015), reż. Peter Greenaway – o miłości, śmierci, sztuce, Rosji, Meksyku i siłach rządzących światem. Bez zahamowań, bez cenzury. Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”) (USA/UK, 2016), reż. Ethan Coen, Joel Coen – umówmy się, że jeśli chodzi o ocenę, to powinna być niższa, bo to słaby film jest. Abstrahując od faktu, iż prawie w ogóle nie śmieszy (chociaż mnie akurat dzieła Coenów bawią wyłącznie wtedy, gdy są pomyślane jako poważne fabuły i nigdy wówczas, gdy są ukłonem dla przemysłu filmowego więc możliwe, że się nie znam), nie porywa i nie klei się (a przy tym pewnie nudzi, bo z mojego seansu – z małej salki – zwiało 5 osób). Tę w sumie pozytywną notę przyznałam „Ave, Cezar!” za detale. Zdjęcia Deakinsa, muzykę Burwella (to on zilustrował wszystkie filmowe filmy i trzeba przyznać, że rozrzut gatunków, a przy tym sensowność i spójność tych kompozycji, robi pozytywne wrażenie), konkretne sceny i niektóre kreacje aktorskie. O dziwo, nie mam tu na myśli Clooneya, Swinton czy Brolina, lecz Aldena Ehrenreicha (cudowny jest, warto dla niego!), Scarlett Johansson, a nawet Channinga Tatuma (to on się tu najlepiej bawi). Ze starej gwardii wyróżnia się chyba tylko Ralph Fiennes. 5/10

filmy-barany-jak-to-robia-single-deadpool-eisenstein-ave-cezar

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Eisenstein w Meksyku” (2015)

Tytuł oryginalny: „Eisenstein in Guanajuato
Reżyseria: Peter Greenaway
Zdjęcia: Reinier van Brummelen
Muzyka: Siergiej Prokofiew
Moja ocena: 7/10

Szczwana zagrywka z tym Prokofiewem. Czyż mogłabym zjechać film zilustrowany (moim ulubionym) „Romeem i Julią”?:D

Nigdy nie byłam na festiwalu Nowe Horyzonty i w najbliższym czasie się nie wybieram (no chyba że, odpukać, zapadnę na bezsenność; w takich okolicznościach byłaby to dla mnie impreza pierwszego wyboru:), co wcale nie oznacza, że nie lubię wymagającego kina artystycznego. Lubię i to bardzo. Z tym, że po pierwsze w określonych dawkach, a po drugie wolę te filmy, które próbują mnie zagadać na śmierć niż te, które starają się grać ze mą w „kto pierwszy mrugnie”, a bywa że i w „kto się pierwszy przekręci”. Na moje szczęście Eisenstein Greenawaya wozu nie ciągnie, za to rzadko kiedy się zamyka.

Muszę przyznać, że nie będąc obeznaną z twórczością brytyjskiego reżysera (trochę się bałam go tykać, a trochę się nie złożyło), decydując się na seans „Eisensteina w Meksyku”, spodziewałam się czegoś nudniejszego, poważniejszego i mniej kontrowersyjnego. Nic z tych rzeczy! Greenaway przepracowuje tu swoje wielkie fascynacje: sztukę (w tym filmową), seks i śmierć z życiem, swadą, nie bojąc się przeszarżować i nie oglądając się na nikogo.

Głównym bohaterem filmu jest Siergiej Eisenstein – słynny radziecki reżyser kina niemego, ale – co należy podkreślić – wcale nie mamy tu do czynienia z biografią. To raczej tribute, interpretacja i fantazja na temat życia artysty. Ponadto hołd dla sztuki filmowej (niekoniecznie tej eisensteinowskiej, chociaż tej także) i wnikliwy komentarz polityczno-społeczny. Akcja rozgrywa się w 1931 roku w meksykańskim Guanajuato, gdzie Eisenstein nakręcił część zdjęć do filmu „¡Que viva México!” – projektu, który stał się początkiem końca jego kariery. Nie wiemy, co dokładnie się w tym Guanajuato wydarzyło. Greenaway też nie wie (jedynymi osobami, które mogłyby potwierdzić fakty lub im zaprzeczyć, byli Eisenstein, jego żona Pera Ataszewa** i Jorge Palomino y Cañedo, a cała trójka od dawna nie żyje), ale po przestudiowaniu wszystkich filmów Eisensteina, przeczytaniu wszystkiego, co napisał (a w każdym razie wszystkiego, co się zachowało i jest osiągalne), lekturze publikacji o Siergieju Michajłowiczu i odwiedzeniu miejsc, w których filmował (możemy chyba uznać Greenawaya za zapalonego fana), postanowił pokusić się o własną teorię i wyszło mu, że w Guanajuato 33-letni Eisenstein zakochał się i stracił dziewictwo, a fakt ten zmienił jego i jego dalsze życie.

Pozwolę Wam to przez moment przetrawić. Tak, gdzieś tam po drodze robi się z tego kino LGBT i choć nie jest to wyłącznie obraz o traceniu dziewictwa;), wątek ten jest bardzo istotny. Film nie jest wulgarny, ale jeśli nie lubicie naturalistycznej golizny, być może nie jest to produkcja dla Was*. Filmowy Eisenstein staje przed widzami takim, jakim go natura stworzyła, przed upływem pierwszego kwadransa, a później jest już tylko odważniej.

Tak, jak wspomniałam, „Eisenstein w Meksyku” nie jest biografią, a Greenaway w dużej mierze tu spekuluje. Nie znaczy to jednak, że wziął ten romans ot tak, ze swej głębokiej wyobraźni. Zachował się co najmniej jeden list, w którym Eisenstein pisał do żony, że się zakochał i sugerował, że miłość ta została skonsumowana. Reżyser pozostawił też po sobie dzienniki i szkice, których treść potwierdzałaby jego fascynację mężczyznami. Interpretacja, którą Greenaway sprzedaje w swoim filmie, jest poglądem wyznawanym również przez niektórych historyków kina (wśród których należy wymienić przede wszystkim autorkę książki „In Excess: Sergei Eisenstein’s Mexico” – Maszę Salazkinę). Tym, którzy uważają, że Greenaway poszedł na łatwiznę, niepotrzebnie szokując i zmarnował okazję, forsując dziwactwa, polecam przeczytanie jeszcze raz definicji montażu atrakcji! Film ma się oczywiście prawo nie podobać, ale jego twórca stanowczo wiedział, co robi.

Wśród największych zalet „Eisensteina w Meksyku” wymieniłabym siłę detali, feerię kolorów, piękne zdjęcia Reiniera van Brummelena, wspomnianą na początku muzykę Siergieja Prokofiewa, bardzo dobry montaż Elmera Leupena i świetne dialogi. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie kreacja jadącego na pełnym ADHD Elmera Bäcka. Przykład tego, że przeszarżowana rola w przeszarżowanym filmie koniec końców może się okazać idealnie wyważoną.

*Seks na ekranie (niezależnie od tego w jakiej opcji) pewnie niej jest dla każdego. To, czy jesteście w stanie zaakceptować seks męsko-męski, to Wasza prywatna sprawa. Jeśli Wam się to nie podoba, nie czyni to z Was od razu homofobów. Ale jedna uwaga: gdy widzę teksty w stylu „nie mam nic przeciwko homoseksualistom, ale film jest obrzydliwy”, to od razu wiem, że ten, kto to pisał, MA coś przeciwko, a co gorsza jest fałszywy. Lepiej być szczerym. Byle kulturalnie.

**Tak, Pera, a nie Wera. Pal sześć Anglosasów, ale polscy krytycy (że też nawet „Dwutygodnik”!) mogliby się wykazać większym profesjonalizmem i to sprawdzić (skoro nie dosłyszeli w filmie), a nie powielać bzdury z anglojęzycznej Wikipedii.

film-eisenstein-in-guanajuato

1 komentarz

Filed under Film

13 filmów, które zachwyciły mnie w 2012 roku

Czemu 13? A czemu 10? Dość dyktatury liczb parzystych! Koniec z reżimem liczb politycznie poprawnych!

Podsumowywać roku kinowego nie będę, bo zrobiłam to już tutaj  –  w ramach komentarza do listy wszystkich filmów, które widziałam w zeszłym roku. Generalnie nie był to zły rok, ale z pewnością nie był też dobry, a sytuację w dużej mierze ratowały filmy festiwalowe i filmy z lat ubiegłych, które trafiły na polski rynek z poślizgiem.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2009-2012 (2009-2011 = zapóźniona polska dystrybucja oficjalna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie rewelacyjne filmy jak „Portret o zmierzchu”, „Róża” czy „Zupełnie inny weekend”, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2011, za to zostały w nim ujęte filmy festiwalowe, które nie miały jeszcze lub też nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

Muszę przyznać, że na miejscu 13 mógł się równie dobrze znaleźć każdy inny film spośród tych, którym w minionym roku przyznałam ocenę 8/10. Ostatecznie stanęło na tym, który może na tej wzmiance najwięcej zyskać.

13. „Córka” („Дочь”/„Doch”) (2012), reż. Aleksander Kasatkin i Natalia Nazarowa. [polska przedpremiera na 28. WFF-ie: 15 października 2012 roku]

Kameralne, wielowątkowe kino rosyjskie o rodzinie, przyjaźni, miłości, dorastaniu, realiach życia w małomiasteczkowej społeczności i mentalności tłumu. Osią, wokół której obraca się akcja, są tu przypadki seryjnych morderstw popełnianych na młodych dziewczynach, a perspektywą – obraz wydarzeń widziany oczami nastoletniej Inny. Szczera, prostolinijna i prawdopodobna historia oraz wzorcowy sposób prowadzenia scenariusza. Żadnych tanich chwytów i grania na wrażliwych strunach. Na to konto elegancka prostota.

12. „Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”) (2011), reż. Andrea Arnold. [polska premiera: 20 kwietnia 2012 roku]

Wybitnie niesztampowa ekranizacja powieści Emily Brontë – wytrącona z orbity epoki, odarta z romantyzmu, cierpka, chropawa, jątrząca się niczym brudna rana. A wszystko to zamknięte w mglistych, naturalistycznych i bardzo intymnych kadrach Robbiego Ryana – operatora, który posiada niezwykły talent do fotografowania przyrody. Nieważne, czy chodzi o źdźbło trawy, przegniłe jabłko, czy oprawiane zwierzęta – w jego obiektywie wszystko wygląda magicznie. Z góry ostrzegam, że odbiór tego filmu łatwy nie jest (dzieło Arnold to raczej eksperymentalne kino społeczne niż sypiący iskrami romans, no i końcówka trochę się wlecze), ale generalnie warto, bo to wreszcie coś innego.


Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Zdjęcia, które pozostaną w mojej pamięci

Tytuł oryginalny filmu: „Historias que so existem quando lembradas
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Júlia Murat
Zdjęcia: Lucio Bonelli
Muzyka: Lucas Marcier
Moja ocena: 8/10

„Opowieści, które istnieją tylko w naszej pamięci” (film będzie dystrybuowany jako „Opowieści, które żyją tylko w pamięci”, ale jako że nie bardzo leży mi dynamika tego nowego tytułu, pozostanę przy festiwalowym) brazylijskiej reżyserki Júlii Murat miały swoją polską premierę w dniu rozpoczęcia 7. edycji Festiwalu Filmy Świata ALE KINO+, czyli 1 grudnia 2011 roku. Film został bardzo dobrze przyjęty przez widownie wszystkich miast, w których gościł (od Warszawy, przez Kraków, Wrocław i Poznań, po Gdańsk). Na tyle dobrze, że (do spółki z argentyńskim „Medianeras”) zwyciężył w plebiscycie publiczności na najlepszy film i załapał się do dystrybucji (Mañana zaplanowała premierę na 2 marca 2012).

Jak widać nie byłam jedyną osobą, która wyszła z sali kinowej oczarowana. I to nie tylko filmem i jego magiczną atmosferą, ale i wykorzystanymi w nim zdjęciami (główna bohaterka „Opowieści…” – Rita – jest fotografką specjalizującą się w fotografii otworkowej). Byłam za to jedyną osobą, która, zadawszy sobie pytanie „Ciekawe, kto jest autorem tych fotek?”, postanowiła się tego za wszelką cenę dowiedzieć.

[Fot. Quito]
Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film, Fotografia