Tag Archives: kino koreańskie

Kronika filmowa: 29.10.2018

Wtorek 23.10

„Donbas” („Donbass”) (2018), reż. Sergey Loznitsa – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O sytuacji w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej, czyli w separatystycznych prorosyjskich obwodach na terenie Ukrainy, w czasie wojny hybrydowej, która wybuchła w kwietniu 2014 roku.

Migawki z Donbasu. Czyli szereg scenek rodzajowych z frontu i Noworosji spiętych bardzo ładną klamrą.

Lubię satyry polityczne. Pamiętacie na pewno, jak się rozpływałam nad „Śmiercią Stalina”. Nad „Donbasem” się niestety nie rozpłynę. W jakiejkolwiek słusznej sprawie by to nie było, propaganda to jednak propaganda. A ten film jest tak antyrosyjski, że aż bolą zęby. W dodatku w sposób, który mnie nie bawił. Łoźnica po raz kolejny rysuje Rosję tak grubą kreską, że gubi się w tym zasadna krytyka. No chyba że to film wyłącznie o żenującej jakości współczesnego dziennikarstwa. Wówczas jest genialny!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów satyr politycznych, dla dziennikarzy (ku przestrodze) i dla wszystkich ludzi, którzy nienawidzą Rosji. Zwłaszcza Ci ostatni będą zadowoleni.

Środa 24.10

„Jak pies z kotem” („Jak pies z kotem”) (2018), reż. Janusz Kondratiuk – 6/10

[O czym jest ten film]: O znanych polskich reżyserach Januszu i Andrzeju Kondratiukach, a dokładniej o ostatnich miesiącach życia Andrzeja.

Reżyserem tego obrazu jest sam Janusz Kondratiuk, czyli najlepsza osoba do opowiedzenia tej historii. Bardzo osobistej, będącej na pewno formą swoistego domknięcia i pożegnania. Film ma dwie mocne strony. Pierwszą jest aktorstwo, czyli iście koncertowe występy Roberta Więckiewicza, Olgierda Łukaszewicza i Aleksandry Koniecznej (na pewno trochę przerysowana ta Cembrzyńska, ale w jakim stylu!). Drugą – umiejętne łączenie świata szeroko pojętej fantazji (majaków, snów, odległych wspomnień) z nieubarwioną prozą życia, zwłaszcza prozą opieki nad osobą bardzo ciężko chorą, wymagającą we wszystkim pomocy i tracącą kontakt z rzeczywistością. Przy czym nie ma tu żadnego użalania się nad sobą, robienia z siebie bohatera czy spuszczania zasłony milczenia na różne negatywne emocje, które mają prawo się pojawić w takich okolicznościach. Króluje rozbrajająca szczerość. Regularnie przełamywana humorem.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów braci Kondratiuk, „Moich córek krów” i ciepłego kina rodzinnego.

Ps. Jakby kogoś dręczyło pytanie, co to za utwór przez cały czas powracał w tle, to podpowiadam: „Once Again” zespołu Hang Massive. Natknęłam się na to duo parę lat temu, gdy drążyłam temat niesamowitego instrumentu perkusyjnego Pang. Niesamowicie relaksujący dźwięk. Polecam!

*

„Siedem lat jednej nocy” („7 Nyeon-eui bam”) (2018), reż. Chang-min Choo – 4/10

[O czym jest ten film]: O człowieku całe życie pokutującym za swoje „złe” myśli i złe decyzje.

Sorry seems to be the easiest word. Małe krwawe fabularne kuriozum. I to na pewno wina pozbawionych serca kobiet.:P

Głównym bohaterem opowieści jest Hyeon-soo Choi – człowiek odsiadujący wyrok za wypadek, który spowodował (to wiemy. karty dość szybko lądują na stole). Film zaś stanowi wiwisekcję okoliczności i przyczyn zajścia. Twórcy sięgają przy tym przynajmniej o całe pokolenie wstecz i niezdarnie próbują się powoływać na słynne fatum, z którym człowiek nie ma przecież żadnych szans. No skoro tak, to po co było to analizować? Film jest achronologiczny. Chang-min Choo dość swobodnie przeskakuje do różnych okresów z życia bohaterów, w sobie tylko znanym celu, bo do opowieści nie wnosi to nic poza chaosem. Jedyną zaletą tej produkcji jest to, że mimo wszystko stara się nie odlecieć. No i czasem można się też z tego scenariuszowego bajzlu pośmiać. Napięcia film niestety zbudować nie potrafi. W naszym przypadku ciekawie zrobiło się dopiero po seansie, gdy okazało się, że w głębi po naszej prawicy siedział diabolicznie się uśmiechający pan z czerwonym balonikiem.:D #idonteven

[Dla kogo jest ten film]: Dla niewybrednych i/lub silnie uzależnionych koreanofilów oraz dla osób, które lubią koreańską ekstremalną przemoc.


Z pozdrowieniami od Pennywise’a! 😁🎈

Czwartek 25.10

„53 wojny” („53 wojny”) (2018), reż. Ewa Bukowska – 6/10

[O czym jest ten film]: O życiu w permanentnym stresie.

A gdzie byli rodzice?! Serio! To jedyne pytanie, które wciąż mnie dręczy po seansie. Jak rodzina może tak bardzo nie widzieć, że to już ten moment, w którym trzeba wezwać pomoc?

Na pewno można by się przyczepić do paru rzeczy w tej historii. Rzecz jednak w tym, że to historia prawdziwa. Scenariusz „53 wojen” został oparty na książce Grażyny Jagielskiej (żony dziennikarza i reportażysty Wojciecha Jagielskiego) „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, w której pierwowzór filmowej protagonistki dość ekshibicjonistycznie opowiada o ponad 20 latach życia w ciągłym lęku o życie męża. Lęku stopniowo ewoluującego w coś na kształt zespołu stresu bojowego, a nawet pourazowego. Czyli hardkor. Który na ekranie brawurowo rozgrywa genialna Magdalena Popławska. I ktoś, kto choć trochę interesował się tematyką PTSD, wie, że robi to dobrze. Bardzo bardzo podobała mi się też (nieoczekiwanie dla wielu osób kontrowersyjna. co mnie trochę dziwi, bo to w sumie też na faktach) końcówka. Całkiem przyzwoity reżyserski debiut.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów kina psychotycznego i wielbicieli talentu Magdaleny Popławskiej.

*

„Źle się dzieje w El Royale” („Bad Times at the El Royale”) (2018), reż. Drew Goddard – 8/10

[O czym jest ten film]: O zbieraninie obcych sobie, tajemniczych osób, które spotykają się w starym hotelu na granicy amerykańskich stanów Nevada i Kalifornia.

Mógłby być dłuższy! :D Co mówię jako osoba, która poszła na ten seans chora i siedziała na nim w kinie do bardzo późnego wieczora.

Czasem trzeba czekać cały film na jeden dobry zwrot akcji, a tutaj jest ich tyle, że trudno wszystkie przewidzieć. Co nie powinno dziwić, gdy za kamerą stoi Drew Goddard – twórca „Domu w głębi lasu”, czyli jednej z najlepszych zabaw konwencją horroru w historii kina. „Źle się dzieje w El Royale” nie jest już tak nowatorskie, ale wciąż bawi się dobrze (tym razem konwencją kina noir) i pozwala wyśmienicie się bawić widzom (nie tylko w odkrywanie pobudek i zamiarów każdej z postaci). W towarzystwie doborowej obsady (w której najjaśniej świeci gwiazda Jeffa Bridgesa, ale całkiem szczerze aktorzy podobali mi się wszyscy: grający ciapowatego boya hotelowego Lewis Pullman, obsadzony w dość nietypowej dla siebie roli szalonego guru Chris Hemsworth, bardzo zdeterminowana Dakota Johnson i opętana Cailee Spaeny, urocza Darlene Sweet i zarozumiały Jon Hamm), w dobrym wysmakowanym stylu, iście tarantinowskim klimacie i przy akompaniamencie dobrej muzyki. Dodatkowe pół gwiazdki nie mogę zdradzić za co więc powiedzmy, że za to, iż na moje ciche „W idealnym filmie gość powiedziałby teraz (…)”, Chris powiedział dokładnie to, co trzeba.:) Drew to mój człowiek!✋

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów doskonale wystylizowanych, efekciarskich filmów, a zwłaszcza dla wielbicieli kina tarantinowskiego.

Piątek 26.10

„Korpo” („Mayhem”) (2017), reż. Joe Lynch – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O epidemii upośledzającego kontrolę nad emocjami wirusa ID-7, która wybucha między innymi w budynku pewnego konsultingowego korpo.

Kiedy patrzysz na filmową wymianę ciosów, żeby nie powiedzieć wprost – koncertową rzeź, i skupiasz się na tym, co i jak zrobiłabyś lepiej.;) Ja to mam generalnie taki poziom agresji bez żadnego wirusa. Przydałby się tylko immunitet. Niekoniecznie w mojej pracy, bo nie pracuję w korporacji i swoją robotę przeważnie bardzo lubię. Ale na przykład w sali kinowej pośród głośno gadających, świecących telefonami ludzi. 👹🔨✂

Głównym bohaterem tego – nakręconego gdzieś w Serbii za naprawdę niewielkie pieniądze – filmu jest Derek Cho, szeregowy pracownik wielkiej firmy, który w obliczu niesłusznego zwolnienia z pracy, desperacko próbuje zawalczyć o zachowanie stołka. Pracodawcy generalnie nie chcą z nim rozmawiać, jednak nagły wybuch groźnej epidemii i kwarantanna budynku pozwalają mu sięgnąć po mocniejsze argumenty.:) „Korpo” to typowy poniedziałek w firmie, a już z pewnością standardowa środa, tyle że w warunkach nieprzebranych możliwości i ograniczonej odpowiedzialności. Innymi słowy dzika okazja do odreagowania w towarzystwie bohaterów wszystkich codziennych frustracji. I to się stanowczo udaje. Gorąco polecam tę terapeutyczną sesję! Może i kino klasy B, ale terapia i rozrywka pierwsza klasa.

[Dla kogo jest ten film]: Dla korpoludków, pracowników działu IT, wycyckanych kredytobiorców, fanów Dave Matthews Band i ludzi, którzy lubią patrzeć, jak płonie świat.:D

*

„Suspiria” („Suspiria”) (2018), reż. Luca Guadagnino – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O młodej amerykańskiej baletnicy, która przyjeżdża do Berlina lat 70., by uczyć się w renomowanej szkole baletowej zarządzanej przez dość osobliwe grono pedagogiczne.

Uwaga! Czekanie na coś jak sawanna na deszcz grozi utonięciem!:/

Film jest remakiem słynnej „Suspirii” Dario Argento. Remakiem długo oczekiwanym i bardzo zaskakującym. Oto zamiast powalającej oprawy, magii i niewinności oryginału, dostajemy technikę, siłę i dosłowność. I zbędne wątki. Naprawdę nie oczekiwałam, że Guadagnino skopiuje w swoim dziele estetykę pierwowzoru, ale znając jego przywiązanie do dźwięku i obrazu, liczyłam na to, że zaproponuje coś ciekawego od siebie. W najgorszych snach nie spodziewałam się, że tą propozycją będą naciągane podteksty polityczne i obyczajowe. W moim odczuciu próba łączenia tej fabuły z działalnością Frakcji Czerwonej Armii jest bardzo słaba, a sięgający czasów II wojny epizod lokalnego psychiatry jakby z innego filmu i całkiem niepotrzebny. No i jeszcze to kino pseudofeministyczne! Nienawidzę spoilerów, ale są takie chwile w życiu, kiedy nie da się zmilczeć. Tych, którzy film już widzieli, odsyłam do spoilera pod zdjęciem. Nie jest oczywiście tak, że Guadagnino nie zrobił niczego dobrze (skądś jednak wzięła się ta moja, w zaistniałych okolicznościach wysoka ocena). Na pewno chwała mu za genialną ekspozycję tańca, który Argento potraktował bardzo po macoszemu. Dopiero tutaj widać, czemu miejscem akcji musiała być szkoła baletowa. I choć sugerowałam, że nowa „Suspiria” opiera się głównie na sile i technice, trzeba przyznać, że w filmowym tańcu jest jednak urzekająca czarna magia. A technika działa na jej korzyść. Najlepszym momentem tej 2,5-godzinnej produkcji jest bez dwóch zdań sekwencja taneczna, która będzie jedną z moich ulubionych scen (nie tylko tego) roku. Kochana Dakoto Johnson, jesteś boska!💞 Doceniam też poniekąd odwagę zerwania z cudowną estetyką i dźwiękowym geniuszem „Suspirii” Argento (zdjęcia Sayombhu Mukdeeproma i muzyka Thoma Yorka są dobre, lecz pozbawione tego nastroju i czaru). Szkoda tylko, że za odwagą nie poszła oryginalność. Oglądając ten film, spróbujcie nie pomyśleć o „mother!” Aronofsky’ego.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników horrorów (nieważne, czy film się Wam spodoba. to jeden z tych obrazów, które po prostu musicie zobaczyć), wielbicieli filmów o tańcu i admiratorów Dakoty Johnson.

[SPOILER!!!]: Wszyscy wiemy, że każda feministka to czarownica. :P Sama pochodzę z rodu szeptunów więc whatever. Ale co to jest, do diabła, za feminizm, który koniec końców przeprasza mężczyznę!!! 😠

*

„Oblicze mroku” („Look Away”) (2017), reż. Assaf Bernstein – 3/10 (3,5)

[O czym jest ten film]: O nastolatce, która nagle zaczyna widzieć w swoim lustrzanym odbiciu kogoś innego.

Który ojciec… A zresztą nie będę Wam psuć zabawy.:D

Główną bohaterką filmu jest licealistka Maria, która nie jest zbytnio lubiana wśród rówieśników. Rzecz o tyle trudna do uwierzenia, że mowa o najładniejszej dziewczynie w szkole. Uznajmy to jednak za próbę przełamania schematu. Prawdziwym problemem tego filmu jest i tak co innego, czyli przedziwna relacja Marii z ojcem. Takiej patologii estetycznej jeszcze w kinie nie widziałam. Co jest podwójnie zabawne, gdy się doczeka do napisów końcowych i przeczyta, że film jest zadedykowany ojcu reżysera.:D Gdzieś tam w tle przemyka nie takie najgorsze kino o zaburzeniach tożsamości, ale niestety przyćmione przez zwariowane rodzinne układy.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wielbicieli bardzo złego bardzo zabawnego kina i rodzicielskich patologii, niezbyt wybrednych wielbicieli „Carrie” i wielkich entuzjastów horrorów psychologicznych.

Niedziela 28.10

„Halloween” („Halloween”) (1978), reż. John Carpenter – 7/10

[O czym jest ten film]: O psychopacie, który lubi się bawić w Halloween na poważnie.

Długo się bałam po to sięgnąć. Tak to już jest z tą klasyką. Trudno zgadnąć, z czego da się pośmiać, a co nas serio przerazi. Ten film akurat częściej śmieszy niż straszy. Dla takiego myszoskoczka jak ja to właściwie lepiej.:)

„Halloween” Carpentera to klasyczny horror, w którym ludzie robią dużo głupich rzeczy (można by wręcz ogłosić konkurs na tę najgłupszą. mój typ wiąże się z tym rekwizytem: 🔪), ale główni bohaterowie mogą sobie na to pozwolić, bo z założenia są niemalże nieśmiertelni. Zasadnicza rozgrywka odbywa się między milczącym stalkerem w masce, który urodził się, by wymachiwać nożem i bardzo miłą, rozsądną nastolatką (w tej roli debiutująca fabularnie Jamie Lee Curtis). Na oko dość nierówne starcie, ale jak na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, to można dojść do wniosku, że Carpenter po prostu wierzył w kobiety i już w 1978 roku nakręcił horror feministyczny!:D Film nakręcony za $325,000 (które przekuł w $47,000,000 zysku!), czyli bardzo niskobudżetowy, co zdecydowanie widać, ale grunt, że klimat ma na swoim miejscu. Klimat budowany między innymi genialną kultową muzyką, której autorem jest reżyser.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wszystkich fanów horrorów (bo to niekwestionowana klasyka, którą trzeba zaliczyć).

***

W piątek 26 października udało mi się też wreszcie obejrzeć na Netflixie serial „The End of the F***ing World” o młodej narwanej buntowniczce i zainteresowanym nią młodym psychopacie. Urocza nieoprawna rzecz! Od razu poczułam silną duchową łączność z Alyssą. Cała ja! Mogłabym pisać dla niej dialogi.:) Oczywiście polecam!

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę (albo zerknijcie na obrazek poniżej), to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George T. Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

2 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.04.2018

Niestety nie jest to próba reaktywacji „Kinowych podsumowań tygodnia”. Nie mam czasu się do tego przykładać tak jak wcześniej. Inspirowana „Kroniką TOPR-u” „Kronika filmowa” jest jedynie odpowiedzią na ostatnie bezsensowne zmiany na Filmwebie (zamiast Filmwebu). Nie zdziwcie się więc, jeśli w jednym tygodniu będzie na bogato, a w następnym po 160 znaków na tytuł.

Poniedziałek 09.04

„Twarz” („Twarz”) (2017), reż. Małgorzata Szumowska – 7/10 (6,5)

Ponoć rzeczywistość tego filmu jest bardzo przerysowana (sami twórcy twierdzą, że nakręcili baśń). Trudno mi orzec, bo ja tę Polskę (niby miało być „nowhere”, ale przecież od pierwszej sceny widać gdzie) mniej więcej tak właśnie widzę, tyle że bez tej koszmarnej winiety (totalnie nie podobają mi się te rozmycia na krawędziach ujęć. nie cierpię winiet. gdyby jeszcze ten sposób kręcenia dotyczył wyłącznie scen po wypadku, doceniłabym taki zabieg, a tak – mowy nie ma). Te durne rasistowskie żarty, z których śmieją się nawet osoby, których to w gruncie rzeczy nie śmieszy, te życzenia – składane sobie, a nie drugiemu, rzekomo bliskiemu, człowiekowi, najlepiej wbrew niemu, te komisje lekarskie orzekające na rzecz ZUS-u, a nie osób niepełnosprawnych (czy ta rewolucja w rentach, która miała skutkować przyznaniem wszystkim osobom niepełnosprawnym statusu „zdolny do pracy” ze wskazaniem, w których obszarach mogą się jeszcze wykazać, nawet jeśli w widoczny sposób cierpią, weszła już w życie?). Otwierająca film batalia to oczywiście świadome przekolorowanie i żart, ale twierdzić, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, może tylko ten, kto nigdy nie widział bitwy w Lidlu. :D No może ten wielki Jezus byłby jakimś przegięciem, gdyby nie fakt, że naprawdę go zbudowano. :/ Ale nie kończmy na minorową nutę. Koniecznie przyjrzyjcie się, co Kościukiewicz (bardzo dobra rola) wyczynia tu na dyskotekowym parkiecie. Od zawsze powtarzam, że podstawowa zasada w tańcu, to się ruszać. Wykorzystując do tego wszelkie możliwe umiejętności, z dowolnych dziedzin. Jeśli się mylę, to mnie egzorcyzmujcie.;D

*

„Bezlitosny” („Bool-han-dang: Na-bbeum Nom-deul-eui Se-sang”) (2017), reż. Sung-hyun Byun – 8/10 (7,5)

Infiltracja zemsty. Tyle że bez tej całej śmiertelnej powagi towarzyszącej „Mou gaan dou” i amerykańskiemu falsyfikatowi. Idealny miks koreańsko-tarantinowskiego humoru i typowo koreańskiej przemocy. Tak, wszystko to już było. I oczywiście zupełnie mnie to nie obchodzi. Fabuła ładnie kluczy, obaj główni bohaterowie emanują przyjemną charyzmą (zwłaszcza Kyung-gu Sol. ale Si-wan Im też dał czadu), widać sporo fajnego popaprania na drugich planach (kupuję zwłaszcza bratanka szefa), bardzo zawodowo się tu leją (może nie aż tak efektownie jak w „Berandal”, ale zawodowo) i w dobrym rytmie. Brzmi to super, wygląda super, jestem kontenta. Jeśli amerykański system penitencjarny świrów i przestępców tworzy, a norweski ich nagradza, to koreański pozwala im rozkwitnąć. I z tymi koreańskimi wariatami to ja bym się dogadała.:D

Środa 11.04

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5)

Mokry sen gracza? Niebo geeka? Banalne hasła, ale to prawda. Jak dla mnie ten film to doskonałość roku. I zaskoczenie roku, bo byłam pewna, że Spielberg się skończył wieki temu, a już ostatecznie w siedzibie the Washington Post (toć w końcu ostatnim jego dobrym, acz przecież nie wybitnym, filmem było „Monachium”, a to było w 2005 roku!). Nie ma ani jednej rzeczy, do której mogłabym się tu przyczepić (no może do score’u. ale soundtrack rekompensuje wszystko z nawiązką). Spielberg zmajstrował easter egg i sam je zdobył:)

Piątek 13.04

„Ciche miejsce” („A Quiet Place”) (2018), reż. John Krasinski – 9/10

Uwielbiam takie horrory! Mrożące krew w żyłach (kwestia subiektywnych odczuć. mnie wbiło w fotel i prawie cała maskara mi zeszła:) postapokaliptyczne monster movies oparte na koncepcie, a nie na schematycznej sieczce. Dodajmy, że w tym przypadku koncepcja jest dość świeża (widać inspirację innymi produkcjami, ale końcowy pomysł jest oryginalny i fantastyczny), co rzadko się zdarza w tym gatunku (aczkolwiek ostatnio jakby częściej. wyjątkowo fajne pokolenie dorosło do kręcenia takich filmów). Jeśli tak jak ja jesteście fanami „Monsters” i chcielibyście zobaczyć, jak by to mogło wyglądać i kopać, gdyby zostało zrobione za większe pieniądze (swoją drogą, jeśli za 17 milionów można mieć TAKIE efekty, to żaden prominent mi nie wmówi, że nie dało się zrobić równie dobrych w filmie z budżetem 10-krotnie większym), choć wciąż poza mainstreamem, to polecam. Naprawdę lubię tych Krasinskich. Czekam na więcej!

*

„Nigdy cię tu nie było” („You Were Never Really Here”) (2017), reż. Lynne Ramsay – 7/10 (7,5)

Ale naprawdę w tych Stanach to strach wejść do rzeki. Sorry, ale porównania do „Only God Forgives” uważam za mocno nietrafione. To jest w gruncie rzeczy dość klasyczna narracja, która zwyczajnie nie idzie na łatwiznę szybkich trupów. Wściekły jest tu metodyczny i nie kieruje nim testosteron. A to, co go napędza, jest właściwie ważniejsze niż cała akcja. Której jednak Wam nie zabraknie, zapewniam. Czy „Taksówkarz” to dobry trop? Może tak, może niekoniecznie. Mnie chyba bardziej pasują porównania do „Leona zawodowca”. „Nigdy Cię tu nie było” poniekąd jest takim arthouse’owym „Léonem” XXI wieku. Tyle że bez Natalie. Wizualnie podobna do Milli Jovovich, choć nie potrafiąca grać choćby na takim poziomie, delikatna Jekaterina Samsonow, chyba nawet nie próbuje jej zastąpić. Od początku wiadomo było, że nowy film Ramsey będzie koncertem jednego aktora i trzeba przyznać, że Joaquin Phoenix sprawił się tu niczym Ostatni Mohikanin.

Sobota 14.04

„Lolita” („Lolita”) (1962), reż. Stanley Kubrick – 6/10

Tak sobie nadrabiam tego Kubricka, nadrabiam, i „Lolita” jest chyba moim największym rozczarowaniem. I nawet nie chodzi o to, że Kubrick zrobił to inaczej niż Nabokow, bo święcie wierzę w licentia poetica. Tym, co mnie naprawdę dobiło, są tu niedoróbki (patrz: niekonsekwentne voice-overy. no albo mają być, albo ma ich nie być. w tę albo we w tę), bezsensowne wyeksponowanie postaci Quilty’ego i pójście w farsę (jak lubię Sellersa, tak tego typu wygłupy nie pasują do tematu i bronią się – a bronią się! – wyłącznie aktorsko), zbyt karykaturalni bohaterowie (tylko urzekająca Sue Lyon zdołała tu stworzyć „dojrzałą” kreację) i totalny brak odwagi. Całe wyuzdanie kończy się tutaj na (absolutnie genialnej) czołówce. Żywym dowodzie na to, że spokojnie dało się pewne rzeczy pokazać nie wprost, tylko reżyserowi jaj zabrakło. Naprawdę nie rozumiem, po co było to kręcić tak bezpiecznie. A skoro już jakiś imperatyw Stanleyowi kazał, to powinien był zadbać, żeby te wszystkie dwuznaczności było widać w relacjach bohaterów. Bo nie widać. Na upartego można by było nawet uwierzyć, że chodziło o platoniczną relację nastolatka – mega zazdrosny tatuś. No nie.

Niedziela 15.04

„Lolita” („Lolita”) (1997), reż. Adrian Lyne – 7/10 [P]

Bardzo dziękuję za obsadzenie w roli Humberta Jeremy’ego Ironsa, bo sam ten fakt zapędził wiele osób w róg relatywizmu moralnego. ;) Irons nie obrzydza tak jak Mason. Jest wręcz przeciwnie (dość powiedzieć, że kiedy film ten wchodził do kin, byłam wciąż niepełnoletnia i stanowczo leciałam na Jeremy’ego. leciałam już wcześniej i jeszcze długo). A fakt ten ma ogromny wpływ na odbiór jego postaci. Zbyt łatwo darować mu to i owo, przykładając tym samym rękę do krzywdy dziecka. I to jest prawdziwa kontrowersja. Ważniejsza niż „sceny”, których tak brakowało u Kubricka. Sceny, które, jak widać, dało się zrealizować bez niczyjej krzywdy (z wyczuciem i dobrym smakiem), a które decydują o ciężarze gatunkowym tej produkcji. W takiej fabule musi być widać zbrodnię, żeby wiadomo było, za co należy się kara, a pomiędzy zbrodnią i karą nie ma miejsca na durne śmichy-chichy. Jeśli mogę tej ekranizacji coś zarzucić, to chyba tylko dobór aktorki do tytułowej roli. Dominique Swain jako nimfetka? Wciąż tego nie czuję. Tym bardziej teraz, gdy „poznałam” Sue Lyon.

Najbliższy tydzień spędzam na Wiośnie Filmów i Przeglądzie Nowego Kina Francuskiego w Muranowie. Minimum 14 filmów. Tak że następna kronika już raczej tak obfita w treść nie będzie. :)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2017 roku: TOP 30

Wiem, że niektórzy z Was lubili moje „top of the year”, a zwłaszcza ich formę, ale – krótka piłka – nie mam już ani czasu, ani siły na takie zabawy. Z tego względu mój TOP 25 2016 powstał dopiero w połowie 2017 roku i nigdy nie zyskał statusu wpisu (został jedynie dopisany do listy obejrzanych filmów). Chcąc pogodzić prośby o listę moich ulubionych filmów roku z moimi aktualnymi możliwościami „twórczymi”, postanowiłam opublikować tegoroczne zestawienie, opatrując je moimi komentarzami z Filmwebu. Wiem, że Was to nie zadowoli, ale albo tak, albo goła lista. Odpowiedź na pytanie, czemu TOP 25 rozmnożyło się do TOP 30, brzmi: To był po prostu świetny rok filmowy w moim życiu. Filmom dystrybuowanym w tym czasie przyznałam aż 6 10-ek! Oceny takie jak 9 czy 8,5 też pojawiały się częściej niż zazwyczaj. Gdybym ograniczyła mój TOP do 25 filmów, w zestawieniu starczyłoby miejsca tylko dla 4 ocen 8/10, a przecież bardzo dobre filmy (co, jak Wam wiadomo, w moim przypadku oznacza wszystkie filmy ocenione pomiędzy 8 a 10) zasługują na promocję.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2016-2017 (2016 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Serce z kamienia” Guðmundura Arnara Guðmundssona, „Nazywam się Cukinia” Claude’a Barras czy „Toni Erdmann” Maren Ade, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2016, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2017 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

30. „The Square” („The Square”) (SWE/GER/FRA/DEN, 2017), reż. Ruben Östlund – „Turysta” spotyka „Zjazd absolwentów” i Lanthimosa. Östlund wciąż o kryzysie męskości, a nawet o kryzysie społeczeństwa. Boski Claes Bang. I tylko kota szkoda.

29. „Krew Saamów” („Sameblod”) (NOR/DEN/SWE, 2016), reż. Amanda Kernell – ładnie uchwycona społeczność, piękne zdjęcia, wspaniała Lene Cecilia Sparrok, cudowny ładunek emocji, ważny nienachalny przekaz, bardzo wymowne zakończenie.

28. „Psy” („Los Perros”) (FRA/CHI/ARG/GER, 2017), reż. Marcela Said – w mniejszym stopniu film o rozliczeniu zbrodni dyktatury, w większym o mężczyznach. W centrum wszystkiego zajebista kobieta z krwi i charakteru. Brawo, Zegers!

27. „Zasady wszystkiego” („The Rules for Everything”) (NOR, 2017), reż. Kim Hiorthøy – rozkoszny film o oswajaniu świata. Lekki czarny absurdalny humor skandynawski z dobrych czasów „Jabłek Adama” i „Historii kuchennych” powrócił!

26. „Miód dla dakini” („Munmo tashi khyidron”) (BHU, 2016), reż. Dechen Roder – fascynujący kryminał mistyczny. Mimo iż nie jest zbyt przebiegły, policyjna rozkmina i tak wciąga. Super wykonane (zdjęcia!). Nie widać, że to debiut z Bhutanu.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie emigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film