Tag Archives: kino izraelskie

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej przypowiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 28 marca – 03 kwietnia 2016

Tak w ogóle to ten tydzień kinowy zaczęłam od powtórki „Deadpoola”. Za drugim już mnie tak nie śmieszył (choć pewne sceny wciąż rozbrajają), ale to fenomenalny feel-good movie jest więc mam przeczucie, że jeszcze nie raz go obejrzę.:D

„Dama w vanie” („The Lady in the Van”) (UK, 2015), reż. Nicholas Hytner – wbrew pozorom istnieje odmiana brytyjskiego humoru, którą czuję i lubię (ta wytwornie złośliwa i szlachetnie ironiczna; mniej więcej w tym stylu)! Aczkolwiek to nie jedyny czynnik, który sprawił, że, o dziwo, naprawdę podobała mi się produkcja o starszych ludziach. Nie, żebym miała coś przeciwko seniorom, ale filmy o nich kręcą mnie zwykle w takim samym stopniu co filmy o dzieciach. Fakt, iż lubię staruszków po stokroć bardziej niż dzieci, niczego tu nie zmienia. Nie, to w mniejszym stopniu kwestia różnic światopoglądowych i mojej niedojrzałości, a w przeważającym wina scenarzystów i reżyserów. Nie lubię sposobu, w jaki się to starsze pokolenie zazwyczaj przedstawia. Jak gdyby wiek pozbawiał ich prawa do posiadania charakteru. Z główna bohaterką „Damy w vanie” nie ma tego problemu. Ba, nawet nieśmiały i nienaturalnie cierpliwy pisarz ma tu osobowość. To nie jest wyłącznie kwestia świetnych kreacji aktorskich Maggie Smith (boska jest!) i Alexa Jenningsa, lecz właściwych decyzji już na etapie rozpisywania tej historii. Miło, że da się opowiedzieć życiorys staruszki bez cackania się i grania na uczuciach, tak widzów, jak i bohaterów. Gdyby Mary nadal żyła (historia jest oparta na faktach z życia Mary Shepherd – starszej pani, która w 1974 roku zaparkowała swojego vana w Camden Town, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców, ale też elementem lokalnego kolorytu), mogłaby być zadowolona (nawet jeśli za życia rzadko była zadowolona z czegokolwiek;). 7/10

„Kung Fu Panda 3” („Kung Fu Panda 3”) (USA/CHN, 2016), reż. Jennifer Yuh Nelson, Alessandro Carlon – no i proszę, kolejna animacja, w przypadku której polski dubbing góruje nad amerykańskim. Taka scena z Po próbującym uniknąć spotkania z gąsiorami w oryginale w ogóle nie jest śmieszna, a w polskiej wersji językowej jest to przykład magii języka polskiego w najlepszym wydaniu. No i te staczające się pandy. :) Dużo pand. Zaczynam sądzić, że im więcej pand, tym lepiej, bo właśnie ta część „Kung Fu Pandy” przemówiła do mnie najbardziej. Oczywiście duża w tym zasługa Po i jego tatów (sic!), sztuk walki, mocy chi, sensownego przesłania i bajecznej animacji. Wszystkie części są świetnie zanimowane, ale tutaj baśniowość i dopracowanie detali osiągnęły szczyt. Poza tym efekt 3D (który nawet w filmach nakręconych w 3D potrafi pozostawić sporo do życzenia) da się tu dostrzec również w wersji 2D (zwłaszcza w openingu:). Specjalnie nadrobiłam pierwsze 2 odsłony, żeby na to pójść, ale muszę przyznać, że nie było to konieczne. Fabuła jest na tyle prosta i zrozumiała, że da się to obejrzeć bez znajomości poprzednich części. Z dzieckiem czy bez, warto (bez dziecka warto bardziej, ale to się chyba rozumie samo przez się:)! 7,5/10

„Niesamowita Marguerite” („Marguerite”) (FRA/CZE/BEL, 2015), reż. Xavier Giannoli – tak więc dobrowolnie poszłam do kina na film, w którym główna bohaterka wyje (fałszuje niemiłosiernie; tak bardzo, że autentycznie żal Mozarta) operowe arie. Taka jestem dzielna. :D I choć uszy mi przy tym spuchły, a dusza niemalże uschła, nie pożałowałam tej decyzji (z wielu względów, na czele z Michelem Fau w roli Atosa Pezziniego). „Niesamowita Marguerite” to z jednej strony film dotykający starej prawdy o tym, że bogaty na prawo być ekscentryczny, a biedny ma prawo być biedny (zemsta biedaka siłą rzeczy musi być cierpliwa i perfidna), a z drugiej – dowód na to, że miłość do sztuki nie zna granic ani barier. Pierwowzorem głównej bohaterki filmu – baronowej Marguerite Dumont – była słynna „najgorsza śpiewaczka świata”, czyli Florence Foster Jenkins. Jej imię jest zaś ukłonem w stronę Margaret Dumont – amerykańskiej aktorki znanej jako „piąty z Braci Marx”, która nie tylko przypominała Jenikins wyglądem, ale ponoć tak samo jak ona nie rozumiała żartów, które sobie z niej strojono (tak przynajmniej twierdził Groucho Marx:). Marguerite wykreowana przez Xaviera Giannoli’ego i wspaniale sportretowana przez Catherine Frot to synonim klasy, kasy i wielkiej pasji. Osoba równie sympatyczna i naturalna co głucha i naiwna. Czyli tak sympatyczna, że nie sposób jej nie polubić, łatwo jej wybaczyć nawet tak oburzające stwierdzenia jak to, że „Pieniądze są nieważne. Ważne, żeby je mieć” i trudno jej nie kibicować, nawet jeśli konsekwencją tego kibicowania będzie zawodzenie. Giannoli to nie jedyny reżyser, który postanowił nakręcić film o fenomenie Florence Foster Jenkins, ale jestem niemal pewna, że Stephen Frears nie wyreżyseruje tej historii w sposób równie elegancki i oszczędny. 6,5/10

***

W bonusie polecanka filmu, który widziałam w kinie pod koniec ubiegłego roku, a który wszedł do polskich kin 1 kwietnia 2016.

„Głośniej od bomb” („Louder Than Bombs”) (NOR/FRA/DEN, 2015), reż. Joachim Trier – czasem zwyczajne życie jest najtrudniejsze. Czasem cisza jest najciekawsza. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

filmy-dama-w-vanie-kung-fu-panda-3-niesamowita-marguerite

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował zaledwie 5 milionów dolarów), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

30. WFF – Dzień 6, 7, 8, 9 i 10

Ponad tydzień temu opublikowałam pierwszą część mini relacji z 30 edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego więc czas najwyższy opublikować drugą.

18. „Wierszyki dla młodych pożeraczy” („Rhymes for Young Ghouls”) (CAN, 2013), reż. Jeff Barnaby – strasznie wkurzający film (to akurat zaleta), ale koszmarnie czarno-biały i bardzo nierówny. Po jednej stronie konfliktu stoją same sukinsyny, po drugiej – sami idioci, a po każdej udanej scenie bądź sekwencji następuje męczący przestój. O ile brutalny realizm jakoś się tu sprawdza, o tyle wątki paranormalne wypadają wyjątkowo sztucznie (raz, że efekty kiepskie, dwa, że strasznie to patetyczne). Mimo wszystko jakimś cudem przeważnie ogląda się to całkiem nieźle. Skrajna bezwzględność, fajna etniczna muza i szczypta humoru robią swoje. 5,5/10

19. „Chodźmy pogrzeszyć” („İtirazım Var”) (TUR, 2014), reż. Onur Ünlü – poprzedni film Ünlü – „Złocisz mrok ponury” – swoją oryginalnością i absurdalnym humorem zawojował publikę 14. edycji Nowych Horyzontów. Pewnie dlatego WFF-owe oczekiwania względem nowej produkcji reżysera były spore. Balonik może nie pękł z hukiem, ale pękł dość szybko. „Chodźmy pogrzeszyć” to bowiem nic innego jak turecki „Ojciec Mateusz”, tyle że z ciekawszym i bardziej wyrazistym głównym bohaterem. Film jest lekki, dość zabawny (najbardziej śmieszy mniej lub bardziej nieortodoksyjne podejście imama-detektywa do zasad swojej wiary) i bez dwóch zdań sympatyczny. A że finezji za grosz niet… No cóż, zdarza się. Jako niezobowiązująca rozrywka całość zdecydowanie daje radę. 6/10 Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

13 filmów, które zachwyciły mnie w 2012 roku

Czemu 13? A czemu 10? Dość dyktatury liczb parzystych! Koniec z reżimem liczb politycznie poprawnych!

Podsumowywać roku kinowego nie będę, bo zrobiłam to już tutaj  –  w ramach komentarza do listy wszystkich filmów, które widziałam w zeszłym roku. Generalnie nie był to zły rok, ale z pewnością nie był też dobry, a sytuację w dużej mierze ratowały filmy festiwalowe i filmy z lat ubiegłych, które trafiły na polski rynek z poślizgiem.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2009-2012 (2009-2011 = zapóźniona polska dystrybucja oficjalna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie rewelacyjne filmy jak „Portret o zmierzchu”, „Róża” czy „Zupełnie inny weekend”, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2011, za to zostały w nim ujęte filmy festiwalowe, które nie miały jeszcze lub też nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

Muszę przyznać, że na miejscu 13 mógł się równie dobrze znaleźć każdy inny film spośród tych, którym w minionym roku przyznałam ocenę 8/10. Ostatecznie stanęło na tym, który może na tej wzmiance najwięcej zyskać.

13. „Córka” („Дочь”/„Doch”) (2012), reż. Aleksander Kasatkin i Natalia Nazarowa. [polska przedpremiera na 28. WFF-ie: 15 października 2012 roku]

Kameralne, wielowątkowe kino rosyjskie o rodzinie, przyjaźni, miłości, dorastaniu, realiach życia w małomiasteczkowej społeczności i mentalności tłumu. Osią, wokół której obraca się akcja, są tu przypadki seryjnych morderstw popełnianych na młodych dziewczynach, a perspektywą – obraz wydarzeń widziany oczami nastoletniej Inny. Szczera, prostolinijna i prawdopodobna historia oraz wzorcowy sposób prowadzenia scenariusza. Żadnych tanich chwytów i grania na wrażliwych strunach. Na to konto elegancka prostota.

12. „Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”) (2011), reż. Andrea Arnold. [polska premiera: 20 kwietnia 2012 roku]

Wybitnie niesztampowa ekranizacja powieści Emily Brontë – wytrącona z orbity epoki, odarta z romantyzmu, cierpka, chropawa, jątrząca się niczym brudna rana. A wszystko to zamknięte w mglistych, naturalistycznych i bardzo intymnych kadrach Robbiego Ryana – operatora, który posiada niezwykły talent do fotografowania przyrody. Nieważne, czy chodzi o źdźbło trawy, przegniłe jabłko, czy oprawiane zwierzęta – w jego obiektywie wszystko wygląda magicznie. Z góry ostrzegam, że odbiór tego filmu łatwy nie jest (dzieło Arnold to raczej eksperymentalne kino społeczne niż sypiący iskrami romans, no i końcówka trochę się wlecze), ale generalnie warto, bo to wreszcie coś innego.


Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film