Tag Archives: kino izraelskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 28 marca – 03 kwietnia 2016

Tak w ogóle to ten tydzień kinowy zaczęłam od powtórki „Deadpoola”. Za drugim już mnie tak nie śmieszył (choć pewne sceny wciąż rozbrajają), ale to fenomenalny feel-good movie jest więc mam przeczucie, że jeszcze nie raz go obejrzę.:D

„Dama w vanie” („The Lady in the Van”) (UK, 2015), reż. Nicholas Hytner – wbrew pozorom istnieje odmiana brytyjskiego humoru, którą czuję i lubię (ta wytwornie złośliwa i szlachetnie ironiczna; mniej więcej w tym stylu)! Aczkolwiek to nie jedyny czynnik, który sprawił, że, o dziwo, naprawdę podobała mi się produkcja o starszych ludziach. Nie, żebym miała coś przeciwko seniorom, ale filmy o nich kręcą mnie zwykle w takim samym stopniu co filmy o dzieciach. Fakt, iż lubię staruszków po stokroć bardziej niż dzieci, niczego tu nie zmienia. Nie, to w mniejszym stopniu kwestia różnic światopoglądowych i mojej niedojrzałości, a w przeważającym wina scenarzystów i reżyserów. Nie lubię sposobu, w jaki się to starsze pokolenie zazwyczaj przedstawia. Jak gdyby wiek pozbawiał ich prawa do posiadania charakteru. Z główna bohaterką „Damy w vanie” nie ma tego problemu. Ba, nawet nieśmiały i nienaturalnie cierpliwy pisarz ma tu osobowość. To nie jest wyłącznie kwestia świetnych kreacji aktorskich Maggie Smith (boska jest!) i Alexa Jenningsa, lecz właściwych decyzji już na etapie rozpisywania tej historii. Miło, że da się opowiedzieć życiorys staruszki bez cackania się i grania na uczuciach, tak widzów, jak i bohaterów. Gdyby Mary nadal żyła (historia jest oparta na faktach z życia Mary Shepherd – starszej pani, która w 1974 roku zaparkowała swojego vana w Camden Town, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców, ale też elementem lokalnego kolorytu), mogłaby być zadowolona (nawet jeśli za życia rzadko była zadowolona z czegokolwiek;). 7/10

„Kung Fu Panda 3” („Kung Fu Panda 3”) (USA/CHN, 2016), reż. Jennifer Yuh Nelson, Alessandro Carlon – no i proszę, kolejna animacja, w przypadku której polski dubbing góruje nad amerykańskim. Taka scena z Po próbującym uniknąć spotkania z gąsiorami w oryginale w ogóle nie jest śmieszna, a w polskiej wersji językowej jest to przykład magii języka polskiego w najlepszym wydaniu. No i te staczające się pandy. :) Dużo pand. Zaczynam sądzić, że im więcej pand, tym lepiej, bo właśnie ta część „Kung Fu Pandy” przemówiła do mnie najbardziej. Oczywiście duża w tym zasługa Po i jego tatów (sic!), sztuk walki, mocy chi, sensownego przesłania i bajecznej animacji. Wszystkie części są świetnie zanimowane, ale tutaj baśniowość i dopracowanie detali osiągnęły szczyt. Poza tym efekt 3D (który nawet w filmach nakręconych w 3D potrafi pozostawić sporo do życzenia) da się tu dostrzec również w wersji 2D (zwłaszcza w openingu:). Specjalnie nadrobiłam pierwsze 2 odsłony, żeby na to pójść, ale muszę przyznać, że nie było to konieczne. Fabuła jest na tyle prosta i zrozumiała, że da się to obejrzeć bez znajomości poprzednich części. Z dzieckiem czy bez, warto (bez dziecka warto bardziej, ale to się chyba rozumie samo przez się:)! 7,5/10

„Niesamowita Marguerite” („Marguerite”) (FRA/CZE/BEL, 2015), reż. Xavier Giannoli – tak więc dobrowolnie poszłam do kina na film, w którym główna bohaterka wyje (fałszuje niemiłosiernie; tak bardzo, że autentycznie żal Mozarta) operowe arie. Taka jestem dzielna. :D I choć uszy mi przy tym spuchły, a dusza niemalże uschła, nie pożałowałam tej decyzji (z wielu względów, na czele z Michelem Fau w roli Atosa Pezziniego). „Niesamowita Marguerite” to z jednej strony film dotykający starej prawdy o tym, że bogaty na prawo być ekscentryczny, a biedny ma prawo być biedny (zemsta biedaka siłą rzeczy musi być cierpliwa i perfidna), a z drugiej – dowód na to, że miłość do sztuki nie zna granic ani barier. Pierwowzorem głównej bohaterki filmu – baronowej Marguerite Dumont – była słynna „najgorsza śpiewaczka świata”, czyli Florence Foster Jenkins. Jej imię jest zaś ukłonem w stronę Margaret Dumont – amerykańskiej aktorki znanej jako „piąty z Braci Marx”, która nie tylko przypominała Jenikins wyglądem, ale ponoć tak samo jak ona nie rozumiała żartów, które sobie z niej strojono (tak przynajmniej twierdził Groucho Marx:). Marguerite wykreowana przez Xaviera Giannoli’ego i wspaniale sportretowana przez Catherine Frot to synonim klasy, kasy i wielkiej pasji. Osoba równie sympatyczna i naturalna co głucha i naiwna. Czyli tak sympatyczna, że nie sposób jej nie polubić, łatwo jej wybaczyć nawet tak oburzające stwierdzenia jak to, że „Pieniądze są nieważne. Ważne, żeby je mieć” i trudno jej nie kibicować, nawet jeśli konsekwencją tego kibicowania będzie zawodzenie. Giannoli to nie jedyny reżyser, który postanowił nakręcić film o fenomenie Florence Foster Jenkins, ale jestem niemal pewna, że Stephen Frears nie wyreżyseruje tej historii w sposób równie elegancki i oszczędny. 6,5/10

***

W bonusie polecanka filmu, który widziałam w kinie pod koniec ubiegłego roku, a który wszedł do polskich kin 1 kwietnia 2016.

„Głośniej od bomb” („Louder Than Bombs”) (NOR/FRA/DEN, 2015), reż. Joachim Trier – czasem zwyczajne życie jest najtrudniejsze. Czasem cisza jest najciekawsza. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

filmy-dama-w-vanie-kung-fu-panda-3-niesamowita-marguerite

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował  $5 000 000), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

30. WFF – Dzień 6, 7, 8, 9 i 10

Ponad tydzień temu opublikowałam pierwszą część mini relacji z 30 edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego więc czas najwyższy opublikować drugą.

18. „Wierszyki dla młodych pożeraczy” („Rhymes for Young Ghouls”) (CAN, 2013), reż. Jeff Barnaby – strasznie wkurzający film (to akurat zaleta), ale koszmarnie czarno-biały i bardzo nierówny. Po jednej stronie konfliktu stoją same sukinsyny, po drugiej – sami idioci, a po każdej udanej scenie bądź sekwencji następuje męczący przestój. O ile brutalny realizm jakoś się tu sprawdza, o tyle wątki paranormalne wypadają wyjątkowo sztucznie (raz, że efekty kiepskie, dwa, że strasznie to patetyczne). Mimo wszystko jakimś cudem przeważnie ogląda się to całkiem nieźle. Skrajna bezwzględność, fajna etniczna muza i szczypta humoru robią swoje. 5,5/10

19. „Chodźmy pogrzeszyć” („İtirazım Var”) (TUR, 2014), reż. Onur Ünlü – poprzedni film Ünlü – „Złocisz mrok ponury” – swoją oryginalnością i absurdalnym humorem zawojował publikę 14. edycji Nowych Horyzontów. Pewnie dlatego WFF-owe oczekiwania względem nowej produkcji reżysera były spore. Balonik może nie pękł z hukiem, ale pękł dość szybko. „Chodźmy pogrzeszyć” to bowiem nic innego jak turecki „Ojciec Mateusz”, tyle że z ciekawszym i bardziej wyrazistym głównym bohaterem. Film jest lekki, dość zabawny (najbardziej śmieszy mniej lub bardziej nieortodoksyjne podejście imama-detektywa do zasad swojej wiary) i bez dwóch zdań sympatyczny. A że finezji za grosz niet… No cóż, zdarza się. Jako niezobowiązująca rozrywka całość zdecydowanie daje radę. 6/10 Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

13 filmów, które zachwyciły mnie w 2012 roku

Czemu 13? A czemu 10? Dość dyktatury liczb parzystych! Koniec z reżimem liczb politycznie poprawnych!

Podsumowywać roku kinowego nie będę, bo zrobiłam to już tutaj  –  w ramach komentarza do listy wszystkich filmów, które widziałam w zeszłym roku. Generalnie nie był to zły rok, ale z pewnością nie był też dobry, a sytuację w dużej mierze ratowały filmy festiwalowe i filmy z lat ubiegłych, które trafiły na polski rynek z poślizgiem.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2009-2012 (2009-2011 = zapóźniona polska dystrybucja oficjalna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie rewelacyjne filmy jak „Portret o zmierzchu”, „Róża” czy „Zupełnie inny weekend”, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2011, za to zostały w nim ujęte filmy festiwalowe, które nie miały jeszcze lub też nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

Muszę przyznać, że na miejscu 13 mógł się równie dobrze znaleźć każdy inny film spośród tych, którym w minionym roku przyznałam ocenę 8/10. Ostatecznie stanęło na tym, który może na tej wzmiance najwięcej zyskać.

13. „Córka” („Дочь”/„Doch”) (2012), reż. Aleksander Kasatkin i Natalia Nazarowa. [polska przedpremiera na 28. WFF-ie: 15 października 2012 roku]

Kameralne, wielowątkowe kino rosyjskie o rodzinie, przyjaźni, miłości, dorastaniu, realiach życia w małomiasteczkowej społeczności i mentalności tłumu. Osią, wokół której obraca się akcja, są tu przypadki seryjnych morderstw popełnianych na młodych dziewczynach, a perspektywą – obraz wydarzeń widziany oczami nastoletniej Inny. Szczera, prostolinijna i prawdopodobna historia oraz wzorcowy sposób prowadzenia scenariusza. Żadnych tanich chwytów i grania na wrażliwych strunach. Na to konto elegancka prostota.

12. „Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”) (2011), reż. Andrea Arnold. [polska premiera: 20 kwietnia 2012 roku]

Wybitnie niesztampowa ekranizacja powieści Emily Brontë – wytrącona z orbity epoki, odarta z romantyzmu, cierpka, chropawa, jątrząca się niczym brudna rana. A wszystko to zamknięte w mglistych, naturalistycznych i bardzo intymnych kadrach Robbiego Ryana – operatora, który posiada niezwykły talent do fotografowania przyrody. Nieważne, czy chodzi o źdźbło trawy, przegniłe jabłko, czy oprawiane zwierzęta – w jego obiektywie wszystko wygląda magicznie. Z góry ostrzegam, że odbiór tego filmu łatwy nie jest (dzieło Arnold to raczej eksperymentalne kino społeczne niż sypiący iskrami romans, no i końcówka trochę się wlecze), ale generalnie warto, bo to wreszcie coś innego.


Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film