Tag Archives: kino islandzkie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 22-28 lutego 2016

„Zwierzogród” („Zootopia”) (USA, 2016), reż. Byron Howard, Rich Moore, Jared Bush – o upartym króliku, cynicznym lisie, zderzeniu z wielkim miastem, sile uprzedzeń, zaufaniu i przyjaźni. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„Na granicy” („Na granicy”) (POL, 2016), reż. Wojciech Kasperski – głębokie Bieszczady, zima, śnieżyca, ponuro, ciemno, zamknięte szklaki, marny kontakt ze światem i szwankującym generator, a w tych pięknych okolicznościach przyrody grupa pograniczników, dwóch nastolatków i szemrany typ. Jeśli doliczyć złowróżbną muzykę i mroczne zdjęcia, klimat jest i to pierwsza klasa. Obsada trochę niewykorzystana, ale solidna (Dorociński, Grabowski, Chyra), realizacja niezła. Szkoda tylko, że fabuły nie starcza. No i dialogi mogłyby być lepsze (trudno zbudować coś wartościowego na samych „kurwach”). Niech pan reżyser/scenarzysta popracuje nad koncepcją i się zamelduje z kolejnym filmem. Czekam. 6/10

„Widzę, widzę” („Ich seh, Ich seh”) (AUT, 2014), reż. Severin Fiala, Veronika Franz – znajdźcie mi drugi naród, który byłby równie dumny ze swojego popaprania (w każdym filmie się tym chwalą) co Austriacy. Zaprawdę patrząc po historii, literaturze i kinematografii, strach się z tymi ludźmi znać, a co dopiero przyjaźnić;) Ustalmy fakty. Ten film JEST horrorem (nie ma znaczenia, że na niego nie wygląda i że nie przeraża). Jeśli jednak odpalając go, nastawicie się na horror, to szczerze wątpię, czy kupicie ten eksperyment. Bezpieczniej jest nastroić się na dramat psychologiczny. Całość jest bez wątpienia nowohoryzontowo arthouse’owa i zajeżdża Hanekem (nawet jeśli nie jest kopią). Jeśli odrzuca Was sama myśl o torture porn, odradzam, a w każdym razie lojalnie ostrzegam. 6,5/10

„Brooklyn” („Brooklyn”) (IRL/UK/CAN, 2015), reż. John Crowley – można podejść do oglądania tego filmu jak do meczu piłkarskiego. Why not? ;D Obok mnie siedział Team Éire, a ja, o dziwo, kibicowałam Włochom. Mniejsza o to, że w prawdziwym życiu ‚kto z kim’ nie ma znaczenia (w każdym razie tak długo, jak długo rzeczywistość nie jest poezją, lecz prozą). Krótka piłka: to jest tak bardzo oscarowy film (landrynkowa historia młodej Irlandki, która wyemigrowawszy za chlebem za ocean, próbuje sobie poradzić z różnego rodzaju porywami serca), że aż dziw, że nie oberwał deszczem statuetek. Choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię potraktować go poważnie (to rasowa guilty pleasure jest, a nie poważna fabuła; zresztą co tu dużo mówić, autor książki, której film jest ekranizacją – Colm Tóibín – wcale nie ukrywa, że inspirował się twórczością Jane Austen). Tę, jak by nie patrzył, wysoką ocenę przyznaję za detale: soczyste zdjęcia, piękne stroje, fantastyczne bibeloty, ładnie odmalowaną epokę, Brooklyn lat 50., pola Long Island, bardzo dobrą rolę Emory’ego Cohena, włoską słodycz i irlandzki akcent. Kom-rom klasa! 6,5/10

„Fusi” („Fúsi”) (ISL/DEN, 2015), reż. Dagur Kari – do końca życia będę sobie wyrzucać, że jako dziecko nie wpadłam na to, żeby zamiast Kena kupić sobie Action Mana. Zmarnowana młodość. :( Uroczy, zabawny (z zastrzeżeniem, że chodzi o humor skandynawski) i w sumie bardzo pozytywny film o poniżeniu i depresji (mówiłam, że humor skandynawski! ég elska þig, Ísland!:D). Jak również o tym, że życie zaczyna się poza strefą naszego komfortu i że wszystkiemu da się przeciwstawić godnością osobistą. „Pij mleko, będziesz wielki!”. Dosłownie i w przenośni. 6,5/10

***

Nie chciałabym robić z tego zwyczaju. Niestety nie mam ani siły, ani czasu powrócić do wszystkich filmów, które obejrzałam pół roku temu i przedtem. Jednocześnie do głowy by mi nie przyszło, żeby jeszcze raz pomknąć do kina na ten czy tamten film tylko po to, by móc o nim napisać w podsumowaniu tygodnia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Mimo to w drodze absolutnego wyjątku dwa słowa na temat „Pokoju”.

„Pokój” („Room”) (IRL/CAN, 2015), reż. Lenny Abrahamson – to nie jest zły film, ale infantylną wnerwiającą narracją z offu (ton głosu dziecka, truizmy, które wtedy padają) i patetyczną muzyką (oba zabiegi bardzo hollywoodzkie) reżyser skutecznie odwrócił uwagę od tego, co w tej produkcji dobre. Dobre jest na pewno to, że (o ile nie czytaliśmy książki lub filmowego opisu) z początku nie wiemy, czemu Joy mieszka w Pokoju (przez chwilę pomyślałam nawet „Proszę, kobiety walczą, żeby się wyrwać z domu, a ta tu dobrowolnie się zamknęła z dzieciakiem”). Dobre jest to wszystko z czysto socjologicznego punktu widzenia, gdy się poobserwuje zachowanie Jacka i Joy w Pokoju i poza nim. Dobra jest w końcu rola Brie Larson, chociaż nie wiem, czy aby na pewno oscarowa (mierząc ją tą samą miarą co kreację Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, można dojść do wniosku, że może jednak tak; żeby coś dostać od Akademii, ewidentnie trzeba się upodlić, a ten warunek konieczny Larson spełniła). Fakt, iż film od początku krzyczy wielkimi literami „TO MÓJ PIERWSZY FILM DLA SZEROKIEJ PUBLICZNOŚCI!” oraz „NIE SPAĆ! WZRUSZAĆ SIĘ!” psuje jednak odbiór. Wolałam Abrahamsona, który nie podlizywał się odbiorcom. 6/10

filmy-zootopia-na-granicy-ich-seh-ich-seh-brooklyn-fusi

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 lutego 2016

„Barany. Islandzka opowieść” („Hrútar”) (ISL/DEN/NOR/POL, 2015), reż. Grímur Hákonarson – wszystko za owce! I pogoda chwilami też jak na Evereście. Ale tak serio, lojalnie ostrzegam, bo szefowa miała do mnie żal, że jej nie uprzedziłam: OWCE, DUŻO OWIEC! A gdy owce przestają już stanowić problem, zostaje jeszcze para zacietrzewionych, skłóconych ze sobą od 40 lat capów. To akurat ciekawsza historia (czasem zabawna, a nawet wzruszająca), choć w przeważającej mierze milcząca. Slowspinowa, kameralna, lekko apokaliptyczna (bardziej w skali lokalnej, chociaż może wcale nie tylko). Ludową muzyką bawi się tu Atli Örvarsson. Surowe piękno islandzkiego krajobrazu zamknął zaś w przepięknych kadrach operator „Victorii” – Sturla Brandth Grøvlen. 6,5/10

„Jak to robią single” („How to Be Single”) (USA, 2016), reż. Christian Ditter – chwilunia, to „Planeta singli” miała być typowym gniotem romantycznym, a film Dittera miał stanowić odtrutkę na „Planetę” – brawurową, zabawną niepoprawną produkcję o ludziach, którzy potrafią, bądź uczą się czerpać z życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Więc jak to się stało, że obraz Okorna okazał się sympatycznym antykomromem, a „Jak to robią single” – komedią romantyczną w starym, przeterminowanym stylu? Cóż za kłamliwa promocja! Automatycznie przypomniało mi się „Sypiając z innymi”. To też miało być kino wyzwolone, a wyszło, co wyszło. Lubię Dakotę, uwielbiam Leslie (i za nią dodaję punkt), a Jake Lacy to taki słodziak, ale gdybym wiedziała, co to jest za film, być może bym na to nie poszła. No dobra, poszłabym. Ale tylko dlatego, że chodzę na (prawie) wszystko. ;D. 5,5/10

„Deadpool” („Deadpool”) (USA/CAN 2016), reż. Tim Miller – ponoć „humor dla 12-latków”, „generator facepalmów” i w ogóle żenada:D Chicka-chickahhhh! Więcej na temat filmu tutaj. Smacznego! 8/10

„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”) (NED/MEX/FIN/BEL/FRA, 2015), reż. Peter Greenaway – o miłości, śmierci, sztuce, Rosji, Meksyku i siłach rządzących światem. Bez zahamowań, bez cenzury. Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”) (USA/UK, 2016), reż. Ethan Coen, Joel Coen – umówmy się, że jeśli chodzi o ocenę, to powinna być niższa, bo to słaby film jest. Abstrahując od faktu, iż prawie w ogóle nie śmieszy (chociaż mnie akurat dzieła Coenów bawią wyłącznie wtedy, gdy są pomyślane jako poważne fabuły i nigdy wówczas, gdy są ukłonem dla przemysłu filmowego więc możliwe, że się nie znam), nie porywa i nie klei się (a przy tym pewnie nudzi, bo z mojego seansu – z małej salki – zwiało 5 osób). Tę w sumie pozytywną notę przyznałam „Ave, Cezar!” za detale. Zdjęcia Deakinsa, muzykę Burwella (to on zilustrował wszystkie filmowe filmy i trzeba przyznać, że rozrzut gatunków, a przy tym sensowność i spójność tych kompozycji, robi pozytywne wrażenie), konkretne sceny i niektóre kreacje aktorskie. O dziwo, nie mam tu na myśli Clooneya, Swinton czy Brolina, lecz Aldena Ehrenreicha (cudowny jest, warto dla niego!), Scarlett Johansson, a nawet Channinga Tatuma (to on się tu najlepiej bawi). Ze starej gwardii wyróżnia się chyba tylko Ralph Fiennes. 5/10

filmy-barany-jak-to-robia-single-deadpool-eisenstein-ave-cezar

Dodaj komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film