Tag Archives: kino islandzkie

34. WFF: Podsumowanie

W duchu nadal besztam się za to, ile wydałam w tym roku na bilety (w sumie ponad 700 zeta wyszło, miałabym za to z okładem nowe palto na zimę). To się nie może powtórzyć. Na akredytację raczej nie liczę (nie jestem medium;) więc albo w przyszłym roku doczekam się karnetów (naprawdę przy zaporowej cenie nie powinien być to problem dla żadnego festiwalu), albo będę musiała zrewidować swój pomysł na życie. Czyli mówiąc wprost, poważnie sobie od tego całego kina urwać.

Natomiast wbrew temu, nad czym ubolewałam w festiwalowych planach i polecankach, towarzyskiej tragedii jednak nie było (jakimś cudem zmaterializowali mi się mniej lub bardziej znajomi.:), mimo pewnych problemów technicznych i organizacyjnych atmosfera na festiwalu była dobra, pozytywnie będę też wspominać większość obejrzanych filmów (zaliczyłam między innymi jedno z najlepszych otwarć WFF-u. już pierwszego dnia trafiłam na mój ulubiony film tej edycji, i w ogóle wszystko mi się tego wieczoru podobało). W zaistniałych okolicznościach postanowiłam się więc wysilić trochę bardziej niż w zeszłym roku, kiedy to relacjonowałam festiwal na Instagramie, i w miarę na bieżąco raportowałam na temat 34. edycji na fanpage’u bloga.

Dzień 1 | Dzień 2 | Dzień 3 | Dzień 4 | Dzień 5 | Dzień 6 | Dzień 7 | Dzień 8 | Dzień 9 | Dzień 10

Nie spodziewam się oczywiście, że będzie Wam się chciało w to klikać;) więc poniżej zamieszczam całą, poszerzoną (przede wszystkim przeredagowałam pierwsze 3 dni) relację z imprezy i krótkie podsumowanie.:D A dla tych, co nie lubią się przekopywać i wczytywać, poniżej mój TOP 15 najlepszych festiwalowych filmów.

***

TOP 15 moich ulubionych festiwalowych filmów:

01. „Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov
02. „Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand
03. „Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik
04. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel
05. „Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas [doc]
06. „Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier
07. „Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe
08. „Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova
09. „Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo
10. „Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva
11. „Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat
12. „Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk
13. „Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt
14. „Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin
15. „Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut


Po specjalne wyróżnienia trzeba się pofatygować na Insta:)

***

RELACJA:

No tak dobrego otwarcia festiwalu to chyba jeszcze nie miałam. Ciekawe, czy to kwestia tego, że nauczyłam się wreszcie wybierać filmy, czy zwykły łut szczęścia, który szybko się wyczerpie. Się okaże.:)

34. Warsaw Film FestivalDzień 1:

„Królowa strachu” („La reina del miedo”) (2018), reż. Valeria Bertuccelli, Fabiana Tiscornia – 7/10

Kino ekstremalnie gadane (mocno teatralne. właściwie teatr jednej aktorki – Valerii Bertuccelli, która jest tu sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”. napisała, wyreżyserowała i zagrała). Ze znerwicowaną, trochę zarozumiałą, ale jednocześnie hiperwrażliwą bohaterką, która próbuje sobie poradzić ze swoją karierą, lękami (film bardzo fajnie nakręca spiralę strachu. środkami filmowymi i postawą bohaterek) i międzyludzkimi relacjami. Prawie na pewno Robertina będzie Was irytować, ale jest też szansa, że tak jak ja docenicie dynamikę tej postaci i (nie bez powodu nagrodzone na festiwalu Sundance) brawurowo neurotyczne aktorstwo Bertuccelli. Dobry film. Polecam!

*

„RocKabul” („RocKabul”) (2018), reż. Travis Beard – 7/10 [doc]

Uwielbiam dokumenty muzyczne prezentowane na WFF-ie. Między innymi za to, że pokazują świat, którego nie da się zobaczyć w telewizji. Film ukazuje losy Qasema, Pedrama, Qaisa, Lemara i Yusefa z grupy District Unknown – prawdopodobnie pierwszego afgańskiego metal bandu, a w każdym razie pierwszego na serio (Travis Beard dokumentował ich postępy przez 8 lat) – na tle Afganistanu takim, jakim był (w mniejszym stopniu takim, jakim jest obecnie, bo po wyjeździe zagranicznego wojska trudno się rozeznać w sytuacji) i takim, jakim mógłby być, gdyby nie fundamentaliści. Wielbiciele muzyki i metalu też znajdą tu coś dla siebie (w najgorszym razie czysty, niezmanierowany entuzjazm:), ale jest to obraz przede wszystkim dla fanów wolności. W tym kontekście warto było wziąć udział w sesji Q&A z Yusefem, który zostawił nas z fantastycznym, dającym do myślenia przesłaniem.

*

„Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov – 9/10 <3

Kino łagodnie awanturnicze, czyli najpogodniejszy i najbardziej bezproblemowy chłopak świata oraz kazachska Audrey Hepburn w nierównej walce o lepsze życie. Z niełaskawym losem i bezwzględnym, skorumpowanym światem. Obojętnym na wszystko. A choć Jerżanow wyraźnie nie wierzy w tanią litość, potrafi nam tę gorzką pigułę osłodzić. Trudno orzec, co zachwyca tu bardziej. Cudowny kazachski koloryt, urocze nawiązania książkowe, malarskie i filmowe, rozbrajające wymiany zdań (to obraz genialny do ostatniego – dla mnie już kultowego – dialogu głównych bohaterów włącznie i jeszcze dalej), mój ulubiony rodzaj absurdu (kocham!) czy wyjątkowi, nieugięci bohaterowie. Z pamiętnej „Zarazy” ostało się na szczęście tylko parę masek, a wieś Karatas odnalazła się w zupełnie innym filmie:) Polecam całym sercem!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 2:

„Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas – 8/10 [doc]

22 tysiące kilometrów kwadratowych dzikiej, nieskrępowanej, kipiącej życiem przyrody (niewiele już jest takich miejsc na Ziemi) pośród piasków pustyni Kalahari i wyprawa naukowa do dziewiczych (niezbadanych wcześniej) źródeł rzeki zasilającej deltę Okawango. Ekspedycja przez ponad 3 miesiące przemieszczała się z Angoli, przez Namibię do Botswany. Oglądając film, można się poczuć jak członek wyprawy. Zdjęcia absolutnie zachwycające (chciałabym mieć tę produkcję na Blu-Rayu). Naprawdę warto to zobaczyć w największych kinowych salach, w tym sali nr 1 Multikina. Aż szkoda, że nie w IMAX-ie.

*

„Eter” („Eter”) (2018), reż. Krzysztof Zanussi – 3/10

Nie zgadzam się, że wszystko jest po coś i ma swój sens. Ten film na przykład ma go niewiele. A im bliżej końca, tym mniej. Jak ktoś potrzebuje i lubi poprzekopywać się łopatą przez duchowość, to polecam. Pozostałym nie. Przez cały seans nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pan Zanussi jest jak ten filmowy lekarz, dokonujący eksperymentów na ludziach po to, żeby przekonać ich do własnych racji. Niestety tą racją już od dawna nie jest racja filmowa, a jedynie przekonania religijne. Które przecież można by zaprezentować na tyle subtelniejszych sposobów. Film nie broni się nawet jako rozbiorowe kino historyczne o bezdusznym naukowcu dewiancie. A i aktorstwo nie miało szans się obronić w tych oparach szaleństwa.

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – ?

W tym miejscu nie mogę nic napisać, bo moja projekcja została odwołana z powodu awarii projektora.:(

*

„Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand – 9/10

„Big short” po kanadyjsku. Rozbrajający! Zwłaszcza filozofia pieniądza i bezbłędne dialogi. Głównym bohaterem filmu jest doktor filozofii, któremu inteligencja zniszczyła życie (tak zawodowe, jak i towarzyskie:), jednak pewnego dnia los oddaje mu w naturze gotówkowej.  Niekoniecznie czystej, ale jako że frajerstwo musi mieć granice, Pierre-Paul wcale nie zamierza z forsy zrezygnować. Zamiast tego zaczyna szukać i znajduje najmniej oczywistych sojuszników. Patrząc na protagonistę, od razu pomyślałam o moim ukochanym Virgilu Starkwellu z „Bierz forsę i w nogi”. Fabularnie obaj neurotycy kroczą nieco inną drogą, różnią ich też osiągi życiowego szczęścia, ale „Bierz forsę i w nogi” (jeden z moich ulubionych filmów. mogę go oglądać do znudzenia, które nigdy nie nastąpi) jest prawdopodobnie kluczem do mojego ekstremalnie pozytywnego odbioru tej komedii. Cieszy też, że dla odmiany wszystko odbywa się w tej historii w słusznej sprawie i dla naświetlenia społecznego problemu, a nie tylko w imię cwaniactwa rodem z „Wilka z Wall Street”. Kochana Kanada! I tradycyjnie przenikliwy Arcand (tak, ten od „Inwazji barbarzyńców”). Polecam gorąco!

*

„Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier – 8/10

Yoel Rozenkier. Cóż za aktorski debiut! Dobry film, a patrząc na to, jak mnie rozjechał emocjonalnie, wręcz bardzo. „Zanurzenie” to historia trzech braci, którzy zjechali się do rodzinnego kibucu na pogrzeb surowego ojca. Ojciec, którego na ekranie nie widać ani przez chwilę, jest tu kluczem do wszystkiego, a zwłaszcza do psychiki bohaterów. Film Yony Rozenkiera to z jednej strony rzecz o konsekwencjach takiego, a nie innego wychowania, a z drugiej rzecz o radzeniu sobie ze stanem permanentnej wojny. W Izraelu każdy walczył, walczy lub będzie walczył. I każdy już zawsze będzie pod ostrzałem. Są tacy, którzy potrafią sobie wojnę oswoić i tacy, którym się to nigdy nie uda. W roli rodzeństwa prawdziwi bracia. To czuć. Polecam!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 3:

„Anioł” („Un Ange”) (2018), reż. Koen Mortier – 6/10

Jeśli wszyscy kolarze się szprycują i nie da się z tym nic zrobić, to może czas pogrzebać tę dyscyplinę aktywności (no chyba że lubicie patrzeć na narkomanów godzinami jeżdżących w kółko)? Bo trudno to przecież nazwać sportem. To nie jest biografia Franka Vandenbroucke. To wariacja na temat ostatnich dni życia kolarza, w której reżyser poszedł w dość nieprawdopodobną, baśniową narrację (bardziej w to, w co chcielibyśmy wierzyć niż w to, co się wydarzyło). Dużo lepiej wyszło mu zadawanie pytań (o sens sportu czy definicję prostytucji) i pokazywanie stanów emocjonalnych. In plus na pewno fajne przenikanie się jawy ze snem i ładne zdjęcia.

*

„Dwa bilety do domu” („Dva bileta domoy”) (2018), reż. Dmitriy Meskhiev – 5/10

O tęsknocie za rodzicielską miłością w wyjątkowo mainstreamowy sposób (to nie komplement). Nadto mega agresywny. Wiem, że pisałam, iż lubię agresję, ale w dramatach to nie może być agresja dla samej agresji. Musi mieć dobrą podbudowę i nieść wiarygodny ładunek. Tak jak w „Istocie świata”. Tutaj mamy zwykły film o ciskaniu się i wyciskanie wzruszeń. Z historii dziewczyny, która nagle dowiedziała się, że ma ojca, tyle że ciężkiego kryminalistę. Poza tym nie wierzę, że tak wyglądają rosyjskie sierocińce. Propaganda:)

*

„Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova – 7/10 (7,5)

Historia chłopaka, który starając się zapomnieć o patologii, w której się wychował, nieporadnie próbuje stać się członkiem rodziny swoich marzeń. „Istota świata” to przede wszystkim film o konsekwencjach dorastania w patologicznej rodzinie, ale też (dofinansowywana przez rząd) propaganda, która stwierdza, że hodowlanym lisom bardziej szkodzą ekolodzy niż hodowcy (chciałoby się, żeby rzeczywistość wyglądała tylko tak jak w tym filmie. bardzo by się chciało). Przez pół seansu miałam wyrzuty sumienia, że mi się to podoba. Bo obraz ten ma wszystko, by móc się podobać. W tym uzasadnioną agresję, wspaniałą bezsilność, dobre aktorstwo, zdjęcia i dużo słodkich zwierząt. Polecam mimo wszystko!

*

„Kobieta pracująca” („Isha Ovedet”) (2018), reż. Michal Aviad – 5/10 (5,5)

To mogło być naprawdę dobre kino. Bo wiele kobiet autentycznie mierzy się z seksizmem i napastowaniem w pracy i nie zawsze potrafią sobie z tym poradzić. Niestety reżyserka w swoim dziwnym, niczym nieuzasadnionym samozadowoleniu, które tak wyraźnie widać w finale, postanowiła rozmyć odpowiedzialność. No obawiam się, że tak postawiona sprawa nikomu nie pomoże. To mój główny, stanowczo rzutujący na odbiór tej produkcji, zarzut.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 4:

„Ruben Brandt, kolekcjoner” („Ruben Brandt, a gyüjtö”) (2018) (Sub), reż. Milorad Krstić – 7/10

Na film namówił mnie kolega. Miałam go co prawda we wstępnych planach, ale w grafiku się nie zmieścił. Co było złą decyzją, ale na szczęście łatwą do naprawienia.

„Ruben Brandt, kolekcjoner” to nakreślona piękną kubistyczną kreską animacja i dynamiczny heist movie obracający się wokół dzieł światowego malarstwa. Reżyser, który jest też malarzem i artystą multimedialnym, przyłożył tu rękę do większości aspektów technicznych. Efekt końcowy jest bardzo miły dla oka, w tle lecą świetne aranżacje muzyczne znanych hitów. Fabuła (o dręczonym artystycznymi koszmarami psychiatrze) nie jest tu najważniejsza, ale wartka i nawet można się pośmiać. Jeśli uda Wam się gdzieś natknąć na ten film, to polecam.

*

„Bliscy wrogowie” („Frères ennemis”) (2018), reż. David Oelhoffen – 6/10

Francuskie niskobudżetowe (film kosztował 4,5 mln. €. to, umówmy się, jak na kino akcji jest naprawdę niski budżet) kino o handlarzach narkotyków. Mimo takich, a nie innych środków finansowych w filmie nie brakuje gwiazd (Matthias Schoenaerts, Reda Kateb, Adel Bencherif), ale niestety widać, że reżyser nie bardzo czuje gangsterkę. To poprawne kino, umiarkowanie przewidywalne, zilustrowane dobrą, specjalnie napisaną do filmu muzyką zespołu Superpoze (elektroniczną, trochę stylizowaną na lata 70.) i świetnie utrzymujące napięcie dzięki nieprzewidywalności strzałów, ale niezbyt porywające.

*

„Diabeł morski” („Kraben rāhu”) (2018), reż. Phuttiphong Aroonpheng – 5/10 (5,5)

Tytuł odnosi się do zagrożonych wyginięciem mant olbrzmich (zwanych też diabłami morskimi), a film miał traktować o równie zagrożonych wyginięciem Rohindżach. Koniec końców okazało się, że jest to kino tak nowohoryzontowe, praktycznie pozbawione słów, statyczne i snujące się, że omal ja nie wyginęłam. Z seansu zwiało 9 osób (pierwsza po 22 minutach, ostentacyjnie trzaskając drzwiami), parę innych wyraźnie chciało, jednak nie mogło się wydostać ze słynnej sali nr 7 (da się wyjść tylko przez środek. jak ktoś nie chce robić zamieszania, to musi siedzieć do końca:). Dla mnie pierwsza połowa była osobliwie angażująca (jest tu trochę ciekawych ujęć i ładne zdjęcia), w drugiej walczyłam już tylko ze snem. Jeśli o takie kino chodzi, zdecydowanie wolę rękę Apichatponga Weerasethakula. Mam też spory żal o to, że to wcale nie jest film o Rohindżach. To całkowicie uniwersalna rzecz o wchodzeniu w cudze buty. Jak cenię uniwersalność, tak tym razem poczułam się złapana na haczyk.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 5:

„Food truck” („L’Enkas”) (2018), reż. Sarah Marx – 5/10 (5,5)

To takie przyzwoicie zagrane (dobra Sandrine Bonnaire w roli osoby pogrążonej w depresji), poprawne, bardzo sztampowe kino, które nie budzi żadnych emocji. Tyle dobrego, że specjalnie nie nudzi. Filmów o młodych gniewnych (główny bohater wychodzi z poprawczaka i zamiast zająć się chorą matką, z marszu pakuje się w kłopoty), nawarstwieniu się złych decyzji i problemach rodzinnych są dziesiątki. Czasem jeszcze mnie wzruszają, ale tylko wtedy, gdy obraz czymś zaskakuje lub oferuje dużo silnych uczuć. Tu tego nie ma. Jest tylko bardzo ciekawy sposób leczenia depresji:)

***

„Barbarzyńcy” („Les Fauves”) (2018), reż. Vincent Mariette – 6/10 (5,5)

Oceną się proszę nie sugerować, bo jest pewien rodzaj złych filmów, które kolekcjonuję i którym zawyżam. :D

Ach, takie złe produkcje to ja lubię! Nie jakiś tam „Eter”. Akcja filmu rozgrywa się w miejscowości turystycznej, w której podobno grasuje dziki kot (motyw trochę jak z naszym wężem). Legendarny lampart szybko staje się odpowiedzią na wszystkie wątpliwości. Zabija okoliczne zwierzęta, porywa dzieci i wrednych mężów, a nastolatkom kradnie bieliznę. Wszyscy go słyszeli, komuś wydaje się, że go widział. Legenda rośnie w siłę. Niekoniecznie przypadkiem.

Niestety, scenariusz, który z początku wydawał się opierać na dobrym pomyśle, z czasem robi się coraz bardziej absurdalny. Ja nawet nie chcę wiedzieć, co autor chciał naprawdę przekazać tym jeziorem osobliwości i niezgrabnymi zwrotami akcji. To nie jest dobry obraz o niczym. Ani o wakacjach, ani o nastolatkach i dojrzewaniu, ani o legendach, ani o pisaniu.

Jedno wiem po tym seansie na pewno: Depp i Paradis mają naprawdę śliczną córkę (podoba mi się coraz bardziej) oraz nie ma takiego wyjazdu, na którym wystarczyłyby 2 pary majtek.

*

„Break” („Break”) (2018), reż. Marc Fouchard – 4/10

Francuska wariacja na temat „StreetDance’u” i „Step Up’u”. Film mocno naciągany, z pretekstową, nie zawsze trzymającą się kupy fabułą, która służy wyłącznie pokazaniu tańca i ładnych, często roznegliżowanych ludzi. Ludzie faktycznie ładni wyjątkowo, natomiast z tańcem bywa różnie. Tego dobrego jest tu stanowczo za mało. Generalnie jestem przeciwna zatrudnianiu do głównych ról tanecznych nietańczących aktorów. Ouazani się starała, ale nie udźwignęła. Co innego francuski aktor i tancerz-samouk Kevin Mischel. Jego popis w barze – pierwsza klasa. Film tylko dla fanatyków gatunku.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 6:

„Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo – 7/10 (7,5)

Fajną kawę mają w tej Estonii.;)

„Zdecyduj się” to film o 30-letnim chłopaku, który z dnia na dzień musi zdecydować, czy podejmie się samotnego wychowywania nowo narodzonej córki, o której istnieniu nie miał pojęcia. Nie trudno się domyślić, że nie będzie to łatwa decyzja. O tym, jak trudno być ojcem, tym bardziej w takim a nie innym systemie prawnym (to niesamowite, że w XXI wieku sprawy nadal nie są rozpatrywane indywidualnie). Ale przede wszystkim w ogóle. Jak trudne jest to zadanie, pod każdym względem. Bardzo dojrzałe kino jak na debiut, bardzo wiarygodne fabularnie, aktorsko i emocjonalnie. Zdecydowanie polecam!

Ps. To, że w filmie grają małe dzieci, nie znaczy, że można przyjść na seans z maleńkim dzieciaczkiem, który będzie sobie popłakiwał przez całą projekcję. Już drugi rok z rzędu spotykam się z taką sytuacją i uważam, że można mieć uczciwy żal do obsługi. No i oczywiście do rodziców.

*

„Mihkel” („Vaidas: Undir halastjörnu”) (2018), reż. Ari Alexander Ergis Magnússon – 5/10

O przemycie narkotyków. Bez gangsterskich popisów. Powiedziałabym, że główny problem tego filmu polega na tym, że historia zdążyła się przeterminować. Obraz ten nakręcił dokumentalista („Mihkel” to jego pierwsza fabuła), bazując na autentycznych wydarzeniach z 2004 roku i dbając o realizm do tego stopnia, że zabrakło tu miejsca na oryginalność czy jakikolwiek ładunek pasji. In plus na pewno piękne widoki. Zawsze miło popatrzeć na Islandię na wielkim ekranie. Ale dla tych nielicznych momentów oglądać tego nie ma sensu.

*

„Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut – 7/10

O tym, jak nie wychowywać dzieci (serio. nie ma takiej miłości rodzicielskiej, która dopuszczałaby coś takiego). W warstwie zasadniczej film o gwieździe (piosenkarce), która tuż przed wielkim comebackiem scenicznym nagle traci pamięć. Bałam się, że będzie wyte, ale muzycznie film stoi naprawdę na świetnym poziomie. Z mojej perspektywy może trochę szkoda, że w finale zabrakło takiego pierdolnięcia jak w „Magicznej dziewczynie”, ale to wciąż dobry typowy Vermut. Ultra kobiecy, a wręcz almodóvarowski.

*

„Satash” („Satash”) (2018), reż. Tulegen Baitukenov – 7/10

Strzelanina we wsi Karatas (tak, na oko tej samej co u Jerżanowa). :D Głównym bohaterem filmu jest policjant – Satash Daukenbajew. Młody, przystojny, o nieskazitelnym charakterze i odwadze pozwalającej na stanięcie w szranki nawet z uszkodzoną bronią (czyli technicznie rzecz biorąc, bez broni).

Dawno nie widziałam takich zdjęć i najazdów (swoją jakością mrożą krew w kinomaniackich żyłach), a aktorstwo też dość partyzanckie, ale poza tym jest to wyjątkowo uroczy, bardzo klasyczny western, a od momentu „Jestem lekarzem” – dodatkowo rozkoszna komedia. Dla otwartych, niekoniecznie zdrowych psychicznie, a już stanowczo nie dla chorobliwie racjonalnych umysłów. Polecam!

*

„Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin – 7/10 (6,5)

„Rzeka” to ostatnia część „trylogii Aslana”, którą rozpoczęły „Lekcje harmonii”, także prezentowane na WFF-ie (w 2013 roku). Akcja filmu rozgrywa się gdzieś głęboko w kazachskim stepie, w którym w całkowitej izolacji od świata żyje 7-osobowa rodzina. Surowy ojciec krótko trzyma pięciu synów. Ich pilnowanie scedowuje na najstarszego Aslana, który ma wyjątkowo miękkie serce. Pewnego dnia w domu chłopców pojawia się ich kuzyn z miasta. Obwieszony nowymi technologiami i wyglądający trochę jak bohater z filmów Wesa Andersona.

Nie sposób nie interpretować tego obrazu przez pryzmat Biblii (nawiązania nie są dokładne, ale ewidentne), ja jednak wolałam to oglądać jako film o surowym wychowaniu i zderzeniu tradycji z nowoczesnością. „Rzeka” to właściwie taki kazachski Lanthimos, a w drugiej połowie jest w tym nawet coś z „Ojca chrzestnego”. Oczywiście wszystko w wariancie super slow:) Z seansu zwiało tylko 6 osób, ale gołym okiem było widać Polskę walczącą ze snem. Choć raczej nie dlatego, że film jest nudny (no właśnie nie jest!), tylko dlatego, że projekcja była zbyt późno, a film jest pełen relaksacyjnych dźwięków (szum wiatru, szmer wody itp.). Ujęcia rzeki są zresztą najfajniejsze. Tak sugestywne, że wręcz czuć tę wartko płynącą wodę na skórze. Film nakręcono w obwodzie południowo-kazachstańskim, nad rzeką Ili. Inspiracjami wizualnymi były dla reżysera witraże cerkiewne i malarstwo Franza Marca, a jako fan Yasujirô Ozu Baigazin zawziął się, żeby nakręcić wszystko jednym obiektywem. Co mu się udało, choć robił zdjęcia po raz pierwszy. Talent!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 7:

„Moon Hotel Kabul” („Moon Hotel Kabul”) (2018), reż. Anca Damian – 6/10

Jedzenie za czyjąś duszę. Popieram całym sercem:)

Fabuła tego filmu ma sens (i wówczas ma go sporo), tylko jeśli Anca Damian chciała pokazać, że jeśli chodzi o traktowanie kobiet, tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy między muzułmańskim Kabulem, a europejską Rumunią. Mizoginia, głęboko zakorzeniony brak szacunku, uprzedmiotowienie, ograniczanie, wykorzystywanie to światowy standard. Ok, główny bohater to trochę chamska tępa dzida, ale taki miał być. Jeśli coś mi w tym filmie przeszkadzało, to to zboczenie z tematu w środku (jakby reżyserka chciała nakręcić 2 filmy i nie mogła się zdecydować który więc w promocji mamy oba: kino sensacyjne i kino drogi), ale wciąż nieźle się to oglądało. Z sali zwiało 6 osób. Nie do końca wiem, czemu, bo film ma niezły rytm (taki rumuński standard).

*

„Wizja” („Vision”) (2018), reż. Naomi Kawase – 5/10

Macie wizje? Dzwońcie pod 997! ;D

Przybiliśmy na ten seans uzbrojeni w kawę, napoje energetyczne, cukierki z czekoladą, żurawinki. Wszystko po to, żeby nie zasnąć (znajomi ostrzegali, że tylko do tego się ta produkcja nadaje). I pod tym względem odnieśliśmy sukces. Spać się nam nie chciało. Mam jednak wrażenie, że poniekąd przyszliśmy jednak totalnie nieprzygotowani. Wszystko wskazuje na to (a film najbardziej), że wypadało przynieść ze sobą jakieś zioło;) Filmowa Wizja to właśnie legendarne zioło (o którym ktoś tam słyszał, ale nikt właściwie nie widział), mające wielką moc, między innymi odpędzania cierpienia. W jego poszukiwaniu wiecznie napalona Juliette Binoche (nie wiem, czemu ostatnio przyjmuje te absurdalne role. to na pewno jakiś syndrom) udaje się do leśnej chatki gdzieś w Japonii, coby zawracać głowę pewnemu skołowanemu Japończykowi.

„Wizja” to druga produkcja spośród filmów tej edycji, która z marszu trafiła na moją listę „Incredibly Bad & Extremely Funny Films”. Śmiałam się od pierwszej sceny, w której po długim upadku drzewa pan obok zrobił głośne skupione „Hmm…”. A odkąd zaczęły się teksty coelhowskie, takie jak „Szczęście każdy z nas ma w sercu” czy „Miłość jest jak fale”, bawiłam się już jak dziecko.

Nope, nikogo nie podsiadłam. Miejsce było zarezerwowane dla mnie. Grunt, to mieć zaradnych znajomych:)

***

Mniej piwa nocą, a więcej pisania i bylibyśmy na bieżąco, ale cóż:D

34. Warsaw Film FestivalDzień 8:

„Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat – 7/10 (7,5)

Kolejny film autora „Honorowego obywatela”. Tak samo jowialny i dynamiczny, ze swadą opowiadający bardzo zabawną i trochę kryminalną historię żyjącego na granicy bankructwa znanego niezależnego malarza i jego operatywnego marszanda. Fabuła nie zachwyciła mnie tak jak ta w „Obywatelu”, ale intryga jest przyzwoita, a w pierwszej połowie mamy do czynienia z rewelacyjną złośliwą komedią. Polewającą ze sztuki i jej wartości, sprzedawców i odbiorców kultury, a także po trochu ze wszystkich bohaterów. Zgryźliwy filmowy Renzo Nervi (świetny Luis Brandoni) to cudowny komentator aktualnej rzeczywistości. Polecam!

*

„Ziemia” („Land”) (2018), reż. Babak Jalali – 7/10

„In a dream I saw a city invincible”. Jak widać Babak nadal marzy, ale to jedyny wspólny mianownik między „Ziemią” a „Radiowymi marzeniami”. Samo kino całkiem inne, co może być wadą i zaletą. Dla mnie jednak zaletą:) Tym razem Irańczyk postanowił opowiedzieć o realiach codziennego życia amerykańskich Indian. Akcja filmu rozgrywa się w rezerwacie Indian Prairie Wolf w Nowym Meksyku. Głównymi bohaterami są bracia Denetclaw, mniej lub bardziej nie radzący sobie z funkcjonowaniem w urządzonym przez Białych świecie, który nie oferuje im żadnych prawdziwych perspektyw, a najczęściej nawet szacunku. „Ziemia” to film o lekkim westernowym zacięciu, aczkolwiek takim docu-slow. To nie „Wind River”. To głównie marazm w oparach znieczulających trunków. Doskonale oddający ponurą rzeczywistość dowolnego indiańskiego rezerwatu. Dobre kino!

*

„Ederlezi Rising” („Ederlezi Rising”) (2018), reż. Lazar Bodroža – 2/10

Poszedł człowiek na kino sci-fi, a dostał generyczną Różową Landrynkę w kosmosie. o_O Jak to się mogło w ogóle znaleźć w festiwalowym programie? Żeby nie było, lubię seks w kinie (znaczy się na ekranie:) i jestem ostatnią osobą, której by przeszkadzało zatrudnienie do poważnego filmu aktorki porno (to akurat nie wina Stoyi, że film jest taki marny), ale jeśli pierwsza połowa filmu służy wyłącznie pokazywaniu mechanicznego seksu (przy okazji którego mamy do czynienia z najdziwniejszym wykorzystaniem Kota Schrödingera w dziejach:), tło science-fiction jest ostro zerżnięte od kogo się tylko dało, a każdy jeden dialog można by było wylosować z maszyny losującej teksty z polskich telenowel lub odgadnąć na podstawie poprzedniej kwestii, to ja przepraszam, ale filmem tego nie nazwę. Do tego całość jest seksistowska aż po kres wszechświata. Nie, dziękuję.

*

„Mapplethorpe” („Mapplethorpe”) (2018), reż. Ondi Timoner – 5/10 (5,5)

Robert Mapplethorpe był wybitnym fotografem, artystą najwyższej próby, dlatego mocno się na ten obraz napaliłam. Niestety wyszłam z seansu z dojmującym przekonaniem, że nie poznałam Mapplethorpe’a ani ciut. Dość niepokojące było już to, że producenci filmu nie byli pewni wymowy nazwiska swojego bohatera. To, co zobaczyliśmy na ekranie, to nie autentyczny real-deal, tylko przesadnie wyreżyserowana projekcja fanowskich wyobrażeń. Twórcy dobrze dobrali aktora (główną rolę gra Matt Smith), ale nie wykorzystali go jak należy. Bronią się w tym wszystkim tylko cudne zdjęcia Roberta.

*

„High Life” („High Life”) (2018), reż. Claire Denis – 4/10

Początek filmu jest mega obiecujący. Oto wydaje się, że Robert Pattinson dryfuje w kosmosie wyłącznie w towarzystwie małego dziecka. Którego niekoniecznie jest rodzicem. Wygląda to trochę na eksperyment naukowy. Przez chwilę miałam nawet nadzieję na wariację na temat „Moon”, czy innego arthouse’owego sci-fi. Niestety szybko się okazało, że to raczej dość żenujący miks „Ederlezi Rising” i „Wizji” (Binoche – nadal kosmicznie napalona – niemalże powtarza tu rolę z filmu Kawase) oraz kuriozalne kino antynaukowe (grawitacja? procedury badawcze? zapomnijcie!). Film jest dobry technicznie, a Pattinson znów wymiata, ale szczerze, szkoda go na tę produkcję. Z seansu zwiało co najmniej 19 osób. Obstawiam, że więcej, bo z góry wszystkich nie widzieliśmy.;D

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 9:

„Klub Kanibali” („O Clube dos Canibais”) (2018), reż. Guto Parente – 6/10 (6,5)

Brazylijski horror społeczny. Dla opisania aktualnej sytuacji w kraju Parente sięgnął po najbardziej toporną metaforę z możliwych (no w sumie mógłby to jeszcze być film o wampirach:), ale utrafił centralnie w punkt więc ciężko się przyczepić. Głównymi bohaterami filmu są Gilda i Otavio – małżeństwo prominentów o dość oryginalnych upodobaniach kulinarnych, dzielonych zresztą z innymi szychami z okolicy. Jak łatwo i jak długo coś takiego może się bohaterom upiec? Film nie porywa tak, jak by mógł, ale bawi wystarczająco, skłaniając przy tym do refleksji. Na temat natury ludzkiej, hierarchii społecznej, bezpieczeństwa. Jednych zniechęci do jedzenia mięsa, inni nabiorą ochoty na stek (true story;). Większość z nas poczuje też zapewne radość z mieszkania w swoim kraju, w którym – co by nie mówił – da się normalnie wyjść samemu na spacer i przeważnie bezpiecznie wrócić do domu.

*

„Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk – 7/10

Ukraiński realizm magiczny.

I to jest nareszcie film z polskim wkładem, z którego można być dumnym. Zdjęcia Michała Englerta przecudne. „Kiedy padają drzewa” to kino prawdziwej namiętności. Dzikiej, pierwotnej, rozsadzającej żyły. Tak przyjemnie innej od tego, co widzieliśmy w wystudiowanych kosmicznych soft pornosach. Tę namiętność widać zresztą nie tylko w miłosnych zbliżeniach, ale w stylu życia młodych bohaterów. Jakby jutra nie było. Jakby dało się zamieszkać w jaskini na plaży, żywiąc się figami. Debiut Marysi Nikitiuk to również kino bardzo kobiece. Pokazujące (na szczęście wcale nie na smutno), jak bardzo kobiety mają dziejowo przerąbane, ale też, że jest pole dla zmian w tym temacie. Wystarczy mieć charakter i nie bać się marzyć. Spieszę donieść, że w filmie występuje wyjątkowo fajne dziecko, czyli grana przez Sofię Halaimovą rezolutna Vitka. Nie sposób się w niej nie zakochać. Zwłaszcza w jej refleksjach na temat Boga:) Polecam!

*

„Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik – 9/10

Film otwiera scena brawurowego strajku astronautów. I w tym momencie człowiek już wie, że nie uda mu się zachować powagi, cokolwiek się wydarzy. A dzieje się naprawdę sporo i to na dużej intensywności, zwłaszcza gdy na stole pojawia się rakija. Przy czym czasem dzieją się też rzeczy absolutnie niewyobrażalne (a jak się okazuje „true story”:), które zapamiętacie do końca życia. Głównymi bohaterami filmu są Cemal, Kenan i Suzi. Dwóch braci i siostra, którzy ostatni raz widzieli się lata temu, a teraz na wezwanie ojca muszą razem ruszyć do rodzinnego domu, co wcale nie jest dla nich proste. Obraz Karaçelika to wybuchowa mieszanka kina drogi, prześmiesznego humoru sytuacyjnego i ciepło-gorzkiego kina rodzinnego z super nakreślonymi bohaterami, których nie sposób nie pokochać. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto to wprowadzi do kin, bo jesteście tego warci. To jeden z moich 3 ulubionych filmów tej edycji WFF-u więc polecam gorąco!

*

„Noc przez dwanaście lat” („La noche de 12 años”) (2018), reż. Álvaro Brechner – 7/10 (6,5)

„Pamiętajcie, że ludzkość zawsze zostaje w ostatniej chwili uratowana przez pluton egzekucyjny”.<3 Mam nadzieję, że zachęciłam.;D

Nie, to nie jest komedia (choć lubi rozładowywać napięcie humorem), to historia najgorszych chwil w dziejach urugwajskiej dyktatury i 12 lat znęcania się nad więźniami politycznymi. W filmie obserwujemy drobiazgowy zapis tego, co działo się z uwięzionymi antyrządowymi rewolucjonistami Tupamaros rok po roku począwszy od 07.09.1972. Historia przerażająca, ale i niesamowita. Przy czym dość dobrze zbalansowana. Nawet w końcówce nie osuwa się całkiem w patos, co najwyżej czasami się o niego ocierając, nie wyciska łez, nie szantażuje. Czaruje za to „Bolerem” Ravela i jazzującym wykonaniem „Sound of Silence” wyśpiewanym przez Sílvię Pérez Cruz. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć film Brechnera, to w sumie warto.

*

„Delegacja” („Delegacioni”) (2018), reż. Bujar Alimani – 3/10

Są takie werdykty jury, po których długo rozmyślam, czy ktoś mnie przypadkiem nie wkręca. Tutaj uczucie to towarzyszyło mi przez cały seans. Ja rozumiem, że kiedy nad filmem obraduje teoretycznie kompetentne gremium, pojawia się odruch doszukiwania się w nim pozytywów. I fajnie, gdy film jakieś zalety posiada. Gorzej, gdy wychwalane są rzeczy, których w danym obrazie nie ma. „Delegacja” to kino drogi o więźniu politycznym, który ma być dostarczony do stolicy jako dowód na to, że Albania kroczy drogą demokracji i zasługuje na uznanie świata. I to w tym filmie jest. Więzień, który próbuje się dowiedzieć, po co i gdzie go wiozą, lakoniczny wysłannik partii, krewki nadzorca i całkiem zbędny w tej opowieści kierowca toczą się powoli do Tirany. Kurtyna. Żadnych głębokich refleksji na temat autorytarnych rządów, pogłębionych portretów psychologicznych, błyskotliwych dialogów, humoru czy nieoczekiwanego zakończenia tu nie ma. Filmów politycznych niosących jakiś głębszy przekaz, ładunek emocji czy opowiedzianych ze swadą powstało za to trochę. Ten się nie zalicza. Nie wystarczy jeden dobry dialog (o szkole) czy śmieszna harmonijka (śmieszna w pejoratywnym sensie).

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 10:

„Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt – 7/10

Zwycięzca tegorocznego Tygodnia Krytyki w Cannes to film o (aktualnie) największej gwieździe portugalskiego futbolu Diamantino Matamourosie. Tego wybitnie empatycznego chłopca, który wszędzie nosi ze sobą czarnego kotka, a po boisku biega w towarzystwie wyimaginowanych kudłatych piesków poznajemy podczas finału rosyjskiego Mundialu. Mecz ten uruchamia wiele wspomnień, ale też prowokuje piłkarza do refleksji na temat jego przyszłości w świecie. W świecie, o którym nie ma bladego pojęcia, bo – delikatnie mówiąc – myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną. Jak się pewnie domyśliliście, „Diamantino” to rodzaj satyrycznej wariacji na temat życia Cristiano Ronaldo. Choć najlepszym aktorem w tym filmie zdecydowanie jest – na oko zdrowo naćpany – kot, to przejmująco parodiujący CR7 Carloto Cotta niewiele mu ustępuje (chwilami Krystyna jak z obrazka!). Sama opowieść jest przegięta do takiego stopnia, że fanatycy się obrażą, a ludzie poważni nie zdzierżą i wyjdą, ale znajdą się też tacy, którzy z radości zawyją. Warto się pośmiać!

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – 4/10

Niestety wiele hałasu o nic. Jestem daleka od stwierdzenia, że może ten projektor w pierwszą sobotę zepsuł się po to, by mnie przed tym filmem uratować, aczkolwiek przeszło mi to przez myśl.:D Żeby nie było, to nie jest najgorszy film tego festiwalu, ani nawet jakieś wybitnie złe kino. To po prostu koszmarna amatorszczyzna. Takie indie z początków gatunku, gdy wystarczyło wziąć kamerę i ponagrywać ze znajomymi trochę surowych rozmów o życiu. Ja się nawet nie czepiam o problemy, które Jake i Amanda (młodzi spłukani zakochani próbujący rozpocząć wspólne życie w Los Angeles) sami tworzą w swej wielkiej niefrasobliwości (dość dziwnej jak na ludzi ze szczątkowym stanem konta), bo to się niejako wpisuje w ich pierwszoświatowe podejście do dorosłego życia. Ale są to postaci tak papierowe i tak bez życia zagrane, że nie sposób tego filmu kupić.

*

„Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva – 7/10 (7,5)

Trzeba przyznać, że w tym roku WFF zachwycił naprawdę świetnym debiutanckim kinem społecznym. W „Zdecyduj się” Liiny Trishkiny-Vanhatalo Erik spróbował odnaleźć w sobie miękkość, a w tym filmie główna bohaterka pokazała pełnię kobiecej siły. Tytułowa Irina to ta zaradniejsza siostra, matka małego chłopca i żona słabego chłopa. Główna i często jedyna żywicielka domu. Postawiona w sytuacji bez wyjścia decyduje się zostać biologiczną matką cudzego dziecka. Co tylko w teorii wydaje się rozwiązaniem wszystkich jej problemów. Obraz Nadieżdy Kosewej to film o braniu się za bary z życiem i mierzeniu się z podjętą już decyzją. Aktywnie i na własnych warunkach. Nie bez emocji, ale bez ckliwego cierpiętnictwa. Warto to zobaczyć już choćby dla niesamowitej Martiny Apostołowej, której kreację doceniło też festiwalowe jury. Naprawdę dobre kino. Polecam!

*

„Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe – 8/10 (7,5)

Kolejny film, który stoi rewelacyjną rolą kobiecą. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bez Andrei Riseborough nic by nie było. To ona wspaniale wygrywa tu skrajne emocje i to ona co i rusz sprowadza widzów na manowce. „Nancy” to obraz o nie takiej już młodej, ale dość mocno niedojrzałej mitomance, poświęcającej mnóstwo czasu na kreowanie różnych swoich wizerunków, zwłaszcza w Sieci. Pewnego dnia, przez czysty zbieg okoliczności, dziewczyna zaczyna podejrzewać, że jej problemy emocjonalne mają podłoże w wydarzeniach z dzieciństwa i zaczyna obsesyjnie dążyć do wyjaśnienia sprawy. A wyjaśnienia są potrzebne, bo wbrew pozorom nic tu nie jest oczywiste. „Nancy” to kino, które pod względem fabularnym mogłoby leżeć gdzieś obok tvn-owskich „Oszukanych” (czytaj: dość telewizyjnie nisko). A jednak dobra reżyseria i wybitna kreacja aktorska tworzą z tej produkcji o wiele wyższy poziom widowiska. Bardzo polecam!

*

„Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel – 8/10

Przed filmem śmiałam się, że to będzie tytuł o mnie (co prawda z innych względów. bo miał to być nasz ostatni wieczorny seans ostatniego dnia po bardzo krótkiej nocy, a znajomi ostrzegali, że tylko spać się na tym da) i miałam rację. Potwór kumpla nie wystraszył, ale wystraszyłam go, podskakując, ja:D Trochę przez huk, na który jestem bardzo wrażliwa, a trochę ilustrując tezę postawioną przez twórców. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” to kino dość niedocenione. Patrząc po recenzjach, częściej oglądane dosłownie – jako slowspinowa opowieść o potworze grasującym gdzieś w Andach i masowo odgryzającym głowy okolicznym niewiastom, niż z uwzględnieniem faktu, że jest to film głęboko psychologiczny. Prawdę mówiąc, jeden z najlepszych psychologicznych horrorów, jakie widziałam! A do tego pełen smakowitych składowych. Fajnego ponurego klimatu, konkretnego gore’u, rozbrajającego komendanta i jego techników, kadrów niczym z Ceylana i scen-perełek (takich jak łóżkowy taniec czy komendanckie litanie leków i lęków). Kocham i polecam najbardziej! Byleby z otwartą głową. Dla mnie to było idealne zakończenie festiwalu. Dzięki, M., za to żeś mnie na to zaciągnął:)

***

PODSUMOWANIE:

Parę zdań na temat zwycięzców: W Konkursie Międzynarodowym wygrała „Delegacja” Bujara Alimaniego. W Konkursie 1-2 – „Jej praca” Nikosa Labôta, a w Konkursie Wolny Duch – „Out” Denisa Parrota. Właściwie to bardzo się cieszę, że większość nagrodzonych filmów to produkcje, które odrzuciłam z marszu, tuż po zapoznaniu się z opisami, trailerami i zagranicznymi recenzjami. Cieszę się, bo dzięki temu nie muszę komentować tych werdyktów jury. A to już nie jest ten etap, w którym ja i szacowne gremium po prostu nie zgadzamy się w opiniach. To ten moment, w którym czasami naprawdę oczom nie wierzę. Przy czym sądzę, że sami jurorzy mają jednak dobre intencje i zależy im na tym, by wybrać obrazy traktujące o czymś ważnym. To tylko dziwnym trafem od 3 lat udaje im się wyróżnić filmy możliwie najbardziej nijakie. Zwłaszcza w Konkursie Międzynarodowym. Przeżyłam „Malarię”,  przełknęłam „Zabić arbuza”. Czemu żałuję, iż pojechałam w „Delegację”, możecie przeczytać wyżej. A przecież w stawce tego konkursu (choć chyba najsłabszego odkąd pamiętam) była wybitnie się wyróżniająca „Irina”! Ba! W konkursie 1-2 były nie gorsze perełki – „Zdecyduj się” i „Istota świata”. I co? I nie dostały nawet wyróżnienia. Wolny Duch już pal sześć, bo to kwestia gustu (aczkolwiek wygrała 64-minutowa montażowa zbitka coming-outów. bez komentarza).

Nagroda Publiczności przypadła fińskiej komedii o zespole grającym symphonic postapocalyptic reindeer-grinding christ-abusing extreme war pagan fennoscandian metal, czyli „Heavy Trip”. Mam nadzieję, że będzie polska premiera.:)

Pełna lista nagrodzonych jest dostępna tutaj, a wyniki plebiscytu publiczności tutaj.

35. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy odbędzie się w dniach 11-20 października 2019 r.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 25.06.2018

Z kinem Mundial co prawda nie wygrał, ale już z filmami jako takimi – na całej linii. Co 2 lata obiecuję sobie, że więcej do takiej sytuacji nie dopuszczę i co 2 lata się potem z siebie śmieję.:D

Poniedziałek 18.06

„I że ci nie odpuszczę” („Overboard”) (2018), reż. Rob Greenberg – 2/10

Remake „Damy za burtą” Garry’ego Marshalla. Główna różnica fabularna polega na tym, że pamięć traci on, a nie ona, a ona jest matką 3 słodkich córek zamiast 4 urwisów. Główna różnica jakościowa… Cóż… Jest ich całe mnóstwo. Po pierwsze grający Leo Eugenio Derbez to chyba najbardziej obleśny gostek w historii romantycznego kina. Po drugie między nim a Anną Faris jest jeszcze mniej chemii niż w „Zimnej wojnie”. Do grających w oryginale Kurta Russella i Goldie Hawn aktorzy nie mają nawet startu, a perypetie ich bohaterów są nieciekawe i nieśmieszne. Cień sympatii budzą tylko dzieciaki, norweska załoga statku i szkocki steward.

Wtorek 19.06

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” („Loving Pablo”) (2017), reż. Fernando León de Aranoa – 6/10

Ekranizacja książki byłej kochanki Pablo Escobara – Virginii Vallejo. Słynny boss narkotykowy na pewno nie miałby nic przeciwko tej publikacji, bo idę o zakład, że właśnie tak chciał zostać przedstawiony. Jako budzący postrach dealer śmierci, a jednocześnie prawdziwy król życia (i pomyśleć, że dziś pultamy się o warunki, w jakich przetrzymują Breivika;). Od strony produkcyjnej film jest dość ciekawy, bo hiszpański, ale nakręcony łamaną angielszczyzną (ewidentny zabieg marketingowy. niezbędny więc mogę to Leónowi de Aranoi darować), bo niskobudżetowy, a wygląda nie gorzej niż produkcje amerykańskie (budżet „Loving Pablo” to zaledwie 4 mln. $. dla porównania zbliżony tematyką i konwencją amerykański „Barry Seal: Król przemytu” kosztował 50 mln. $. jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 1:0 dla kina europejskiego!). Fabularnie trochę sztampa, ale przyzwoicie zagrana (Bardemowie to idealni aktorzy do tych ról, zwłaszcza Javier), chwilami absurdalnie zabawna i podbita rewelacyjną muzyką Federico Jusida.

Czwartek 21.06

„Twój Simon” („Love, Simon”) (2018), reż. Greg Berlanti – 6/10 (5,5)

Ekranizacja książki „Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli. Dziwny jest to obraz. Jednocześnie bardzo prawdziwy (w temacie życiowych rozterek i niektórych niezręcznych dialogów) i mocno przerysowany (zwłaszcza na poziomie odzwierciedlenia highschoolowej rzeczywistości – jest zbyt modelowo i cukierkowo). Głównym bohaterem filmu jest Simon Spier – zwyczajny, raczej lubiany amerykański nastolatek, który z sobie tylko znanych względów za nic nie chce przyznać publicznie, że jest gejem, choć serce wyrywa mu się jak szalone, komplikując życie wszystkim wokół. „Twój Simon” to lekki, słodki, patologiczno-romantyczny film, który od razu skojarzy Wam się z „13 powodami” (podobne realia szkolne, a w roli Leah i Cala Katherine Langford i Miles Heizer, czyli Hannah i Alex z produkcji Netflixa). Jeśli lubicie takie kino i/lub jesteście dzieciakami, które mają problem z coming outem, to na pewno film Grega Berlanti’ego obejrzeć warto. Już choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak tego coming outu nie robić.

Piątek 22.06

„W cieniu drzewa” („Undir trénu”) (2017), reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – 7/10

Dałam się nabrać (samej sobie. tak po prostu źle założyłam:), że będzie to czarna komedia (a okazało się, że czarny jest tu tylko humor reżysera:) W rzeczywistości film jest przede wszystkim dramatyczny i prowokacyjny (w tym celu nagina rzeczywistość do potrzeb przekazu, który chce ponieść. na pewno zdarzy Wam się pomyśleć: „to niemożliwe! to nie mogłoby się wydarzyć. tak bez żadnych procedur i żeby nikt nie zareagował”. racja! detale nie muszę się tu jednak zgadzać, by konsekwencje były realistyczne i realne). Gatunkowy również, owszem, ale z gatunków zasadniczo mroczniejszych. „W cieniu drzewa” to z jednej strony miks jednostkowych dramatów rodzinnych, z drugiej uniwersalne studium sąsiedzkich i w ogóle międzyludzkich konfliktów. Tak już jest, że z wiekiem inni ludzie i ich nawyki coraz bardziej zaczynają nam przeszkadzać (czasem przeszkadzają naprawdę, a czasem mamy tylko żal do innych o rzeczy, których sami nie mamy lub które nam się już nie przytrafiają). Można się wówczas przenieść na odludzie albo spróbować się z ludźmi dogadać. W przeciwnym razie możecie sobie tylko wyobrazić, jak może się skończyć eskalowanie konfliktów. A jeśli nie możecie, to koniecznie przejdźcie się do kina. Nie zaszkodzi. I w razie czego pamiętajcie: Policja nie zawsze pomoże, ale przeważnie nie gryzie. Dajmy jej chociaż szansę.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 28.05.2018

Osiągnęłam ostatnio taki poziom zaabsorbowania tym blogiem, że aż musiałam sobie zrobić odpoczynek od oglądania i konieczności pisania. Stąd ta ziejąca luka między poniedziałkiem a piątkiem.:)

Poniedziałek 14.05

„Prawdziwa historia” („D’après une histoire vraie”) (2017), reż. Roman Polański – 3/10

Trochę głupio zarzucać wydawcom, że dla kasy opublikują każdą, choćby wyjątkowo słabą książkę bestsellerowego autora, gdy samemu kręci się analogiczny film. Przeszło mi nawet przez myśl, że może Roman Polański wcale nie stracił tego członkostwa w Akademii z powodów kryminalno-obyczajowych, tylko dlatego że Akademia widziała „Prawdziwą historię”. W gruncie rzeczy ani prawdziwą, ani historię. Ot, filmiszcze, które da się (a wręcz nie da się nie) rozgryźć w parę minut i które nie sprawdza się nawet jako obraz o zgubnych skutkach przemęczenia i mechanizmach samoobrony. Fabuła jest tu schematyczna, aktorstwo przerysowane, za całą charakteryzację starcza brak grzebienia, okoliczności składają się w sposób wyjątkowo nieprawdopodobny, choć nawet to nie jest w stanie przełamać dojmującej nudy, a na dodatek chwilami film jest bardziej obrzydliwy od „Taxi 5” i „Strażników cnoty”. O ile nie wymagam uzasadnienia dla golizny w kinie, tak przerost fizjologii nad treścią zniesmacza mnie mocno. Mniej więcej tak jak kręcenie takich jałowych filmów.

*

„Zimowi bracia” („Vinterbrødre”) (2017), reż. Hlynur Pálmason – 6/10 (6,5)

„Das ganze Leben ist ein Krieg; jeder Tag ist eine Schlacht”. I kolejny dokument o górnikach. A nie, to jednak kino islandzkie (technicznie rzecz biorąc w połowie duńskie, ale jak dla mnie od progu głośno krzyczy „Ísland!”).:D Aczkolwiek wiecie, widząc tak wielki nacisk na obraz i dźwięk, łatwo się pomylić. Tym bardziej że realia pracy w kopalni zostały oddane bardzo wiernie, a dialogów w tym wszystkim jak na lekarstwo. „Zimowi bracia” to kino szlachetnie niepodobne do niczego (widać w tym sztukę, dokumentalne zacięcie i kino skandynawskie, ale trudno upchnąć ten obraz w konkretną szufladkę), zdecydowanie artystyczne (gdzie artyzm lekko i bezpretensjonalnie przechodzi od poetyckości do naturalizmu, a nawet brutalizmu), dyskretnie próbujące dokopać się do prawdy o człowieku, międzyludzkich relacjach i życiu. W trakcie seansu drastycznie wzrosło moje poczucie zagrożenia. I wcale nie potrzeba było do tego terrorystów. Wystarczyła przekonująca rola Elliotta Todda Crosseta Hove’a, by wyobraźnia zaczęła pracować na takich obrotach, że teraz trudno będzie ją zatrzymać.

Piątek 18.05

„Duża ryba i begonia” („Dayu haitang”) (2016) (Sub), reż. Xuan Liang, Chun Zhang – 7/10 (6,5)

Od kiedy delfin to ryba? Coś się tym Chińczykom pomerdało, i to koncertowo.:D Nie wiem, na ile ta głupota wynika z bazowania na chińskich legendach i traktatach („Soushen Ji”, „Shan Hai Jing” „Zhuangzi” etc.). Miejmy nadzieję, że się nie utrwali. Twórcy nie ukrywają, że nakręcili ten obraz przede wszystkim dla młodzieży, ale jak to zwykle bywa w przypadku azjatyckich animacji, film spokojnie nadaje się również dla dorosłych (w kinach leci z napisami, a nie z dubbingiem!). Oczywiście pod warunkiem, że nie macie alergii na bajki o miłości. „Duża ryba i begonia” traktuje bowiem o wielu rzeczach, w tym o siłach przyrody, sensie istnienia, wdzięczności i poświęceniu, ale nie ma co ukrywać, że przede wszystkim jest romansem. Ostrzegłam. Fabularnie film jest taką trochę chińską „Małą syrenką”, wizualnie ciąży zaś w stronę produkcji studia Ghibli. Co prawda brak mu kunsztu dzieł Ghibli i japońskiej powściągliwości (twórcy za bardzo mnożą wątki, za szybko gonią, niepotrzebnie ciągle podbijają dramatyzm i za mocno grają na uczuciach), ale to dopiero – w zasadzie niskobudżetowy (4 razy tańszy od „Spirited Away”) – debiut. Który wygląda wystarczająco ładnie. Uwaga! W napisach końcowych jest ukryty dość istotny mid-credit!

*

„Free Fire” („Free Fire”) (2016), reż. Ben Wheatley – 7/10

Zabawy z bronią. Bo nikt przecież nie uwierzy, że handlarze i terroryści tak bardzo nie potrafią trafić do celu (wymiana ognia trwa prawie godzinę i jest to chyba jakiś rekord). Gdyby o trafianie do celu chodziło, film byłby jednak bardzo krótki. Z wielką stratą dla widzów. Inspiracją do nakręcenia „Free Fire” był raport FBI z pewnej amerykańskiej strzelaniny, którą Wheatley postanowił przełożyć na warunki brytyjskie (czyli na brytyjską gangsterkę i brytyjski czarny humor. prywatnie dziękuję zwłaszcza za dowcip alpejski) i poetykę gier wideo (dokładniej rzecz biorąc Counter Strike’a, choć wywołane do tablicy przez duraqa z Filmwebu „Wormsy”, wydają się tu nawet lepszym tropem). Można „Free Fire” obejrzeć jak dopieszczony slow action movie (z wysokiej klasy aktorstwem i masą praktycznych efektów), można też spojrzeć na sytuację jak na „typowy poniedziałek w firmie”. Może bardziej hardkorowy od przeciętnego, ale poniekąd przerabialiśmy to kiedyś wszyscy.

Sobota 19.05

„Salut 7” („Salyut-7”) (2017), reż. Klim Shipenko – 6/10

Rosyjska superprodukcja o załodze Sojuza T-13, która w czerwcu 1985 roku musiała się zmierzyć z praktycznie niewykonalnym zadaniem ponownego uruchomienia uszkodzonej stacji kosmicznej Salut 7. Brzmi ciekawie? Nic dziwnego, bo to świetna, autentyczna historia. Niestety Rosjanie postanowili uczynić ją świetniejszą. Film Klima Szypienko oparty jest na faktach, które twórcy jednak celowo wybielają i modyfikują. Myślałby kto, że stacja Salut 7 ot tak wysiadła. Albo że jej zestrzelenie naprawdę wyhamowałoby radziecki program kosmiczny na 10 lat. Bzdury! A choć ogólny przebieg rozmów między kontrolą misji i załogą został w filmie mniej więcej odzwierciedlony, to już przebieg wydarzeń w rzeczywistości był w wielu miejscach całkiem inny – przede wszystkim o wiele mniej dramatyczny (zainteresowanych odsyłam do „real story”). Może dlatego „Salut 7” posługuje się wymyślonymi nazwiskami bohaterów. W załodze Sojuza T-13 byli przecież Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, a nie jakiś Fiodorow i Alechin, a misję nadzorował Walerij Riumin, a nie Szudin. W zaistniałych okolicznościach chyba jednak należy uznać tę produkcję za fikcję. Co smutne, fikcję mocno propagandową. „Salut 7” porównywany jest często do „Grawitacji” i trzeba przyznać, że nie są to porównania przesadzone. Film jest tak samo hollywoodzki, tak samo przegięty i chwilami równie głupi, a jednocześnie, mimo iż kosztował tylko 400 milionów rubli (ok. 6,5 mln $), zwłaszcza w scenach kosmicznych wygląda równie dobrze co dzieło Alfonso Cuaróna za 100 milionów zielonych. Jeśli w kinie kosmicznym szukacie przede wszystkim przygód i warstwy wizualnej, nie będziecie rozczarowani.

*

„Czas pionierów” („Vremya pervykh”) (2017), reż. Dmitriy Kiselev – 7/10 (6,5)

Kolejna rosyjska superprodukcja kosmiczna (z budżetem porównywalnym do „Saluta 7”, czyli w skali Hollywoodu „niski budżet”). Tym razem o misji kosmicznej statku Woschod 2, która odbyła się w dniach 18-19 marca 1965 i miała doprowadzić do pierwszego spaceru człowieka w otwartym kosmosie. I tu już twórcy nie bawili się w żadne przekręty, tylko opowiedzieli o prawdziwych kosmonautach – Pawle Bielajewie i Aleksieju Leonowie, być może trochę ubarwiając konkretne sceny, ale jednak trzymając się faktów (zarys „real story” tutaj). Przytomnym pomysłem było z pewnością zatrudnienie Leonowa jako konsultanta. Początkowo „Czas pionierów” reżyserował Jurij Bykow, ale po nakręceniu 2/3 części naziemnej producenci wymienili go na Dmitrija Kisielewa. Oficjalnie dlatego, że miał lepszą wizję. I być może poniekąd była to nawet prawda. Kisielew miał na pewno jasną wizję scen kosmicznych. Najlepszych w filmie. Nie gorszych niż w „Salucie 7”, a jednocześnie łączących efekty komputerowe z praktycznymi. Gdyby nie propaganda (w obu filmach nie tyle historyczna, co próbująca zagitować współczesnego widza), byłby to naprawdę dobry film. Aczkolwiek i tak dobrze się to ogląda.

Niedziela 20.05

„Bella i Sebastian” („Belle et Sébastien”) (2013) (Dub), reż. Nicolas Vanier – 6/10 (5,5)

Jak ja nie cierpię dubbingu! Gdyby nie góry, pewnie natychmiast bym ten film wyłączyła. Ponoć kiedyś dzieci zaczytywały się tą książką. Szkoda, że wyszła z mody, bo uczyła szacunku i miłości do zwierząt, którego dziś, często nawet dzieciom, niestety brakuje. „Bella i Sebastian” to prosta, wzruszająca opowieść o psie i jego chłopcu. Gdzieś tam w tle zostały przemycone treści poważniejsze, czyli oddolne działania Résistance w czasie II wojny, ale ogólnie wszystko kręci się tu wokół małego Sébastiena, Francuskich Alp i alpejskiej przyrody (z grającym Belle przesłodkim pirenejskim psem pasterskim Garfieldem na czele).

*

„Transporter: Nowa moc” („The Transporter Refueled”) (2015), reż. Camille Delamarre – 4/10

Reboot oryginalnej serii. Również traktujący o traffickingu, choć z innej perspektywy i – co oczywiste – ze zmianą na stanowisku Franka Martina. To jest podobno ta rola, dla której Skrien wymiksował się z „Gry o Tron”. I choć od Stathama lepszy nie jest, głównym problemem tego filmu jest słaby scenariusz, a nie jego występ. W tym miejscu muszę się przyznać, że z oryginalnych „Transporterów” lubię wyłącznie Jasona. Scenariusze i aktorstwo wołają tam o pomstę. „Transporter 2” był dla mnie źródłem tak głębokiego cierpienia, że po 3-kę nawet nie sięgnęłam. „Nowa moc” – wcale nie taka cukierkowa, z fajną dynamiką ojciec-syn, dobrymi scenami walki i co najmniej jedną niewyobrażalną medyczną głupotą – plasuje się dokładnie między 1-ką, a „długo, długo, nic”.

*

„Tam, gdzie rosną poziomki” („Smultronstället”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 5/10 (5,5)

To musiał być jakiś wyjątkowo nostalgiczny rok w życiu reżysera, skoro nakręcił aż 2 filmy o poziomkach (smultronstället to „miejsce, w którym rosną poziomki”, ale też idiom oznaczający „ulubione miejsce, do którego chętnie się wraca”. u Bergmana dodatkowo symbol niewinności). I ta poziomkowa część oczywiście bardzo mi się podoba. Niestety wspominki Isaaka Borg już niekoniecznie. Może i ten film jest faustowski. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo też zasnęłam. Bardziej wygląda mi to jednak na zwykły sentymentalizm, który próbowano mi sprzedać pod płaszczykiem czegoś wielkiego. Albo to po prostu zbyt zwyczajne i przesadnie humanistyczne kino jak dla mnie. Żadnych prawd przede mną nie odkryło. Nie wywołało też refleksji własnych. No może poza tą, że w pewnym wieku to aż strach zasnąć.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 22-28 lutego 2016

„Zwierzogród” („Zootopia”) (USA, 2016), reż. Byron Howard, Rich Moore, Jared Bush – o upartym króliku, cynicznym lisie, zderzeniu z wielkim miastem, sile uprzedzeń, zaufaniu i przyjaźni. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„Na granicy” („Na granicy”) (POL, 2016), reż. Wojciech Kasperski – głębokie Bieszczady, zima, śnieżyca, ponuro, ciemno, zamknięte szklaki, marny kontakt ze światem i szwankującym generator, a w tych pięknych okolicznościach przyrody grupa pograniczników, dwóch nastolatków i szemrany typ. Jeśli doliczyć złowróżbną muzykę i mroczne zdjęcia, klimat jest i to pierwsza klasa. Obsada trochę niewykorzystana, ale solidna (Dorociński, Grabowski, Chyra), realizacja niezła. Szkoda tylko, że fabuły nie starcza. No i dialogi mogłyby być lepsze (trudno zbudować coś wartościowego na samych „kurwach”). Niech pan reżyser/scenarzysta popracuje nad koncepcją i się zamelduje z kolejnym filmem. Czekam. 6/10

„Widzę, widzę” („Ich seh, Ich seh”) (AUT, 2014), reż. Severin Fiala, Veronika Franz – znajdźcie mi drugi naród, który byłby równie dumny ze swojego popaprania (w każdym filmie się tym chwalą) co Austriacy. Zaprawdę patrząc po historii, literaturze i kinematografii, strach się z tymi ludźmi znać, a co dopiero przyjaźnić;) Ustalmy fakty. Ten film JEST horrorem (nie ma znaczenia, że na niego nie wygląda i że nie przeraża). Jeśli jednak odpalając go, nastawicie się na horror, to szczerze wątpię, czy kupicie ten eksperyment. Bezpieczniej jest nastroić się na dramat psychologiczny. Całość jest bez wątpienia nowohoryzontowo arthouse’owa i zajeżdża Hanekem (nawet jeśli nie jest kopią). Jeśli odrzuca Was sama myśl o torture porn, odradzam, a w każdym razie lojalnie ostrzegam. 6,5/10

„Brooklyn” („Brooklyn”) (IRL/UK/CAN, 2015), reż. John Crowley – można podejść do oglądania tego filmu jak do meczu piłkarskiego. Why not? ;D Obok mnie siedział Team Éire, a ja, o dziwo, kibicowałam Włochom. Mniejsza o to, że w prawdziwym życiu ‚kto z kim’ nie ma znaczenia (w każdym razie tak długo, jak długo rzeczywistość nie jest poezją, lecz prozą). Krótka piłka: to jest tak bardzo oscarowy film (landrynkowa historia młodej Irlandki, która wyemigrowawszy za chlebem za ocean, próbuje sobie poradzić z różnego rodzaju porywami serca), że aż dziw, że nie oberwał deszczem statuetek. Choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię potraktować go poważnie (to rasowa guilty pleasure jest, a nie poważna fabuła; zresztą co tu dużo mówić, autor książki, której film jest ekranizacją – Colm Tóibín – wcale nie ukrywa, że inspirował się twórczością Jane Austen). Tę, jak by nie patrzył, wysoką ocenę przyznaję za detale: soczyste zdjęcia, piękne stroje, fantastyczne bibeloty, ładnie odmalowaną epokę, Brooklyn lat 50., pola Long Island, bardzo dobrą rolę Emory’ego Cohena, włoską słodycz i irlandzki akcent. Kom-rom klasa! 6,5/10

„Fusi” („Fúsi”) (ISL/DEN, 2015), reż. Dagur Kari – do końca życia będę sobie wyrzucać, że jako dziecko nie wpadłam na to, żeby zamiast Kena kupić sobie Action Mana. Zmarnowana młodość. :( Uroczy, zabawny (z zastrzeżeniem, że chodzi o humor skandynawski) i w sumie bardzo pozytywny film o poniżeniu i depresji (mówiłam, że humor skandynawski! ég elska þig, Ísland!:D). Jak również o tym, że życie zaczyna się poza strefą naszego komfortu i że wszystkiemu da się przeciwstawić godnością osobistą. „Pij mleko, będziesz wielki!”. Dosłownie i w przenośni. 6,5/10

***

Nie chciałabym robić z tego zwyczaju. Niestety nie mam ani siły, ani czasu powrócić do wszystkich filmów, które obejrzałam pół roku temu i przedtem. Jednocześnie do głowy by mi nie przyszło, żeby jeszcze raz pomknąć do kina na ten czy tamten film tylko po to, by móc o nim napisać w podsumowaniu tygodnia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Mimo to w drodze absolutnego wyjątku dwa słowa na temat „Pokoju”.

„Pokój” („Room”) (IRL/CAN, 2015), reż. Lenny Abrahamson – to nie jest zły film, ale infantylną wnerwiającą narracją z offu (ton głosu dziecka, truizmy, które wtedy padają) i patetyczną muzyką (oba zabiegi bardzo hollywoodzkie) reżyser skutecznie odwrócił uwagę od tego, co w tej produkcji dobre. Dobre jest na pewno to, że (o ile nie czytaliśmy książki lub filmowego opisu) z początku nie wiemy, czemu Joy mieszka w Pokoju (przez chwilę pomyślałam nawet „Proszę, kobiety walczą, żeby się wyrwać z domu, a ta tu dobrowolnie się zamknęła z dzieciakiem”). Dobre jest to wszystko z czysto socjologicznego punktu widzenia, gdy się poobserwuje zachowanie Jacka i Joy w Pokoju i poza nim. Dobra jest w końcu rola Brie Larson, chociaż nie wiem, czy aby na pewno oscarowa (mierząc ją tą samą miarą co kreację Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, można dojść do wniosku, że może jednak tak; żeby coś dostać od Akademii, ewidentnie trzeba się upodlić, a ten warunek konieczny Larson spełniła). Fakt, iż film od początku krzyczy wielkimi literami „TO MÓJ PIERWSZY FILM DLA SZEROKIEJ PUBLICZNOŚCI!” oraz „NIE SPAĆ! WZRUSZAĆ SIĘ!” psuje jednak odbiór. Wolałam Abrahamsona, który nie podlizywał się odbiorcom. 6/10

filmy-zootopia-na-granicy-ich-seh-ich-seh-brooklyn-fusi

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 lutego 2016

„Barany. Islandzka opowieść” („Hrútar”) (ISL/DEN/NOR/POL, 2015), reż. Grímur Hákonarson – wszystko za owce! I pogoda chwilami też jak na Evereście. Ale tak serio, lojalnie ostrzegam, bo szefowa miała do mnie żal, że jej nie uprzedziłam: OWCE, DUŻO OWIEC! A gdy owce przestają już stanowić problem, zostaje jeszcze para zacietrzewionych, skłóconych ze sobą od 40 lat capów. To akurat ciekawsza historia (czasem zabawna, a nawet wzruszająca), choć w przeważającej mierze milcząca. Slowspinowa, kameralna, lekko apokaliptyczna (bardziej w skali lokalnej, chociaż może wcale nie tylko). Ludową muzyką bawi się tu Atli Örvarsson. Surowe piękno islandzkiego krajobrazu zamknął zaś w przepięknych kadrach operator „Victorii” – Sturla Brandth Grøvlen. 6,5/10

„Jak to robią single” („How to Be Single”) (USA, 2016), reż. Christian Ditter – chwilunia, to „Planeta singli” miała być typowym gniotem romantycznym, a film Dittera miał stanowić odtrutkę na „Planetę” – brawurową, zabawną niepoprawną produkcję o ludziach, którzy potrafią, bądź uczą się czerpać z życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Więc jak to się stało, że obraz Okorna okazał się sympatycznym antykomromem, a „Jak to robią single” – komedią romantyczną w starym, przeterminowanym stylu? Cóż za kłamliwa promocja! Automatycznie przypomniało mi się „Sypiając z innymi”. To też miało być kino wyzwolone, a wyszło, co wyszło. Lubię Dakotę, uwielbiam Leslie (i za nią dodaję punkt), a Jake Lacy to taki słodziak, ale gdybym wiedziała, co to jest za film, być może bym na to nie poszła. No dobra, poszłabym. Ale tylko dlatego, że chodzę na (prawie) wszystko. ;D. 5,5/10

„Deadpool” („Deadpool”) (USA/CAN 2016), reż. Tim Miller – ponoć „humor dla 12-latków”, „generator facepalmów” i w ogóle żenada:D Chicka-chickahhhh! Więcej na temat filmu tutaj. Smacznego! 8/10

„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”) (NED/MEX/FIN/BEL/FRA, 2015), reż. Peter Greenaway – o miłości, śmierci, sztuce, Rosji, Meksyku i siłach rządzących światem. Bez zahamowań, bez cenzury. Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”) (USA/UK, 2016), reż. Ethan Coen, Joel Coen – umówmy się, że jeśli chodzi o ocenę, to powinna być niższa, bo to słaby film jest. Abstrahując od faktu, iż prawie w ogóle nie śmieszy (chociaż mnie akurat dzieła Coenów bawią wyłącznie wtedy, gdy są pomyślane jako poważne fabuły i nigdy wówczas, gdy są ukłonem dla przemysłu filmowego więc możliwe, że się nie znam), nie porywa i nie klei się (a przy tym pewnie nudzi, bo z mojego seansu – z małej salki – zwiało 5 osób). Tę w sumie pozytywną notę przyznałam „Ave, Cezar!” za detale. Zdjęcia Deakinsa, muzykę Burwella (to on zilustrował wszystkie filmowe filmy i trzeba przyznać, że rozrzut gatunków, a przy tym sensowność i spójność tych kompozycji, robi pozytywne wrażenie), konkretne sceny i niektóre kreacje aktorskie. O dziwo, nie mam tu na myśli Clooneya, Swinton czy Brolina, lecz Aldena Ehrenreicha (cudowny jest, warto dla niego!), Scarlett Johansson, a nawet Channinga Tatuma (to on się tu najlepiej bawi). Ze starej gwardii wyróżnia się chyba tylko Ralph Fiennes. 5/10

filmy-barany-jak-to-robia-single-deadpool-eisenstein-ave-cezar

Dodaj komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film