Tag Archives: kino islandzkie

Kronika filmowa: 25.06.2018

Z kinem Mundial co prawda nie wygrał, ale już z filmami jako takimi – na całej linii. Co 2 lata obiecuję sobie, że więcej do takiej sytuacji nie dopuszczę i co 2 lata się potem z siebie śmieję.:D

Poniedziałek 18.06

„I że ci nie odpuszczę” („Overboard”) (2018), reż. Rob Greenberg – 2/10

Remake „Damy za burtą” Garry’ego Marshalla. Główna różnica fabularna polega na tym, że pamięć traci on, a nie ona, a ona jest matką 3 słodkich córek zamiast 4 urwisów. Główna różnica jakościowa… Cóż… Jest ich całe mnóstwo. Po pierwsze grający Leo Eugenio Derbez to chyba najbardziej obleśny gostek w historii romantycznego kina. Po drugie między nim a Anną Faris jest jeszcze mniej chemii niż w „Zimnej wojnie”. Do grających w oryginale Kurta Russella i Goldie Hawn aktorzy nie mają nawet startu, a perypetie ich bohaterów są nieciekawe i nieśmieszne. Cień sympatii budzą tylko dzieciaki, norweska załoga statku i szkocki steward.

Wtorek 19.06

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” („Loving Pablo”) (2017), reż. Fernando León de Aranoa – 6/10

Ekranizacja książki byłej kochanki Pablo Escobara – Virginii Vallejo. Słynny boss narkotykowy na pewno nie miałby nic przeciwko tej publikacji, bo idę o zakład, że właśnie tak chciał zostać przedstawiony. Jako budzący postrach dealer śmierci, a jednocześnie prawdziwy król życia (i pomyśleć, że dziś pultamy się o warunki, w jakich przetrzymują Breivika;). Od strony produkcyjnej film jest dość ciekawy, bo hiszpański, ale nakręcony łamaną angielszczyzną (ewidentny zabieg marketingowy. niezbędny więc mogę to Leónowi de Aranoi darować), bo niskobudżetowy, a wygląda nie gorzej niż produkcje amerykańskie (budżet „Loving Pablo” to zaledwie 4 mln. $. dla porównania zbliżony tematyką i konwencją amerykański „Barry Seal: Król przemytu” kosztował 50 mln. $. jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 1:0 dla kina europejskiego!). Fabularnie trochę sztampa, ale przyzwoicie zagrana (Bardemowie to idealni aktorzy do tych ról, zwłaszcza Javier), chwilami absurdalnie zabawna i podbita rewelacyjną muzyką Federico Jusida.

Czwartek 21.06

„Twój Simon” („Love, Simon”) (2018), reż. Greg Berlanti – 6/10 (5,5)

Ekranizacja książki „Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli. Dziwny jest to obraz. Jednocześnie bardzo prawdziwy (w temacie życiowych rozterek i niektórych niezręcznych dialogów) i mocno przerysowany (zwłaszcza na poziomie odzwierciedlenia highschoolowej rzeczywistości – jest zbyt modelowo i cukierkowo). Głównym bohaterem filmu jest Simon Spier – zwyczajny, raczej lubiany amerykański nastolatek, który z sobie tylko znanych względów za nic nie chce przyznać publicznie, że jest gejem, choć serce wyrywa mu się jak szalone, komplikując życie wszystkim wokół. „Twój Simon” to lekki, słodki, patologiczno-romantyczny film, który od razu skojarzy Wam się z „13 powodami” (podobne realia szkolne, a w roli Leah i Cala Katherine Langford i Miles Heizer, czyli Hannah i Alex z produkcji Netflixa). Jeśli lubicie takie kino i/lub jesteście dzieciakami, które mają problem z coming outem, to na pewno film Grega Berlanti’ego obejrzeć warto. Już choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak tego coming outu nie robić.

Piątek 22.06

„W cieniu drzewa” („Undir trénu”) (2017), reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – 7/10

Dałam się nabrać (samej sobie. tak po prostu źle założyłam:), że będzie to czarna komedia (a okazało się, że czarny jest tu tylko humor reżysera:) W rzeczywistości film jest przede wszystkim dramatyczny i prowokacyjny (w tym celu nagina rzeczywistość do potrzeb przekazu, który chce ponieść. na pewno zdarzy Wam się pomyśleć: „to niemożliwe! to nie mogłoby się wydarzyć. tak bez żadnych procedur i żeby nikt nie zareagował”. racja! detale nie muszę się tu jednak zgadzać, by konsekwencje były realistyczne i realne). Gatunkowy również, owszem, ale z gatunków zasadniczo mroczniejszych. „W cieniu drzewa” to z jednej strony miks jednostkowych dramatów rodzinnych, z drugiej uniwersalne studium sąsiedzkich i w ogóle międzyludzkich konfliktów. Tak już jest, że z wiekiem inni ludzie i ich nawyki coraz bardziej zaczynają nam przeszkadzać (czasem przeszkadzają naprawdę, a czasem mamy tylko żal do innych o rzeczy, których sami nie mamy lub które nam się już nie przytrafiają). Można się wówczas przenieść na odludzie albo spróbować się z ludźmi dogadać. W przeciwnym razie możecie sobie tylko wyobrazić, jak może się skończyć eskalowanie konfliktów. A jeśli nie możecie, to koniecznie przejdźcie się do kina. Nie zaszkodzi. I w razie czego pamiętajcie: Policja nie zawsze pomoże, ale przeważnie nie gryzie. Dajmy jej chociaż szansę.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 28.05.2018

Osiągnęłam ostatnio taki poziom zaabsorbowania tym blogiem, że aż musiałam sobie zrobić odpoczynek od oglądania i konieczności pisania. Stąd ta ziejąca luka między poniedziałkiem a piątkiem.:)

Poniedziałek 14.05

„Prawdziwa historia” („D’après une histoire vraie”) (2017), reż. Roman Polański – 3/10

Trochę głupio zarzucać wydawcom, że dla kasy opublikują każdą, choćby wyjątkowo słabą książkę bestsellerowego autora, gdy samemu kręci się analogiczny film. Przeszło mi nawet przez myśl, że może Roman Polański wcale nie stracił tego członkostwa w Akademii z powodów kryminalno-obyczajowych, tylko dlatego że Akademia widziała „Prawdziwą historię”. W gruncie rzeczy ani prawdziwą, ani historię. Ot, filmiszcze, które da się (a wręcz nie da się nie) rozgryźć w parę minut i które nie sprawdza się nawet jako obraz o zgubnych skutkach przemęczenia i mechanizmach samoobrony. Fabuła jest tu schematyczna, aktorstwo przerysowane, za całą charakteryzację starcza brak grzebienia, okoliczności składają się w sposób wyjątkowo nieprawdopodobny, choć nawet to nie jest w stanie przełamać dojmującej nudy, a na dodatek chwilami film jest bardziej obrzydliwy od „Taxi 5” i „Strażników cnoty”. O ile nie wymagam uzasadnienia dla golizny w kinie, tak przerost fizjologii nad treścią zniesmacza mnie mocno. Mniej więcej tak jak kręcenie takich jałowych filmów.

*

„Zimowi bracia” („Vinterbrødre”) (2017), reż. Hlynur Pálmason – 6/10 (6,5)

„Das ganze Leben ist ein Krieg; jeder Tag ist eine Schlacht”. I kolejny dokument o górnikach. A nie, to jednak kino islandzkie (technicznie rzecz biorąc w połowie duńskie, ale jak dla mnie od progu głośno krzyczy „Ísland!”).:D Aczkolwiek wiecie, widząc tak wielki nacisk na obraz i dźwięk, łatwo się pomylić. Tym bardziej że realia pracy w kopalni zostały oddane bardzo wiernie, a dialogów w tym wszystkim jak na lekarstwo. „Zimowi bracia” to kino szlachetnie niepodobne do niczego (widać w tym sztukę, dokumentalne zacięcie i kino skandynawskie, ale trudno upchnąć ten obraz w konkretną szufladkę), zdecydowanie artystyczne (gdzie artyzm lekko i bezpretensjonalnie przechodzi od poetyckości do naturalizmu, a nawet brutalizmu), dyskretnie próbujące dokopać się do prawdy o człowieku, międzyludzkich relacjach i życiu. W trakcie seansu drastycznie wzrosło moje poczucie zagrożenia. I wcale nie potrzeba było do tego terrorystów. Wystarczyła przekonująca rola Elliotta Todda Crosseta Hove’a, by wyobraźnia zaczęła pracować na takich obrotach, że teraz trudno będzie ją zatrzymać.

Piątek 18.05

„Duża ryba i begonia” („Dayu haitang”) (2016) (Sub), reż. Xuan Liang, Chun Zhang – 7/10 (6,5)

Od kiedy delfin to ryba? Coś się tym Chińczykom pomerdało, i to koncertowo.:D Nie wiem, na ile ta głupota wynika z bazowania na chińskich legendach i traktatach („Soushen Ji”, „Shan Hai Jing” „Zhuangzi” etc.). Miejmy nadzieję, że się nie utrwali. Twórcy nie ukrywają, że nakręcili ten obraz przede wszystkim dla młodzieży, ale jak to zwykle bywa w przypadku azjatyckich animacji, film spokojnie nadaje się również dla dorosłych (w kinach leci z napisami, a nie z dubbingiem!). Oczywiście pod warunkiem, że nie macie alergii na bajki o miłości. „Duża ryba i begonia” traktuje bowiem o wielu rzeczach, w tym o siłach przyrody, sensie istnienia, wdzięczności i poświęceniu, ale nie ma co ukrywać, że przede wszystkim jest romansem. Ostrzegłam. Fabularnie film jest taką trochę chińską „Małą syrenką”, wizualnie ciąży zaś w stronę produkcji studia Ghibli. Co prawda brak mu kunsztu dzieł Ghibli i japońskiej powściągliwości (twórcy za bardzo mnożą wątki, za szybko gonią, niepotrzebnie ciągle podbijają dramatyzm i za mocno grają na uczuciach), ale to dopiero – w zasadzie niskobudżetowy (4 razy tańszy od „Spirited Away”) – debiut. Który wygląda wystarczająco ładnie. Uwaga! W napisach końcowych jest ukryty dość istotny mid-credit!

*

„Free Fire” („Free Fire”) (2016), reż. Ben Wheatley – 7/10

Zabawy z bronią. Bo nikt przecież nie uwierzy, że handlarze i terroryści tak bardzo nie potrafią trafić do celu (wymiana ognia trwa prawie godzinę i jest to chyba jakiś rekord). Gdyby o trafianie do celu chodziło, film byłby jednak bardzo krótki. Z wielką stratą dla widzów. Inspiracją do nakręcenia „Free Fire” był raport FBI z pewnej amerykańskiej strzelaniny, którą Wheatley postanowił przełożyć na warunki brytyjskie (czyli na brytyjską gangsterkę i brytyjski czarny humor. prywatnie dziękuję zwłaszcza za dowcip alpejski) i poetykę gier wideo (dokładniej rzecz biorąc Counter Strike’a, choć wywołane do tablicy przez duraqa z Filmwebu „Wormsy”, wydają się tu nawet lepszym tropem). Można „Free Fire” obejrzeć jak dopieszczony slow action movie (z wysokiej klasy aktorstwem i masą praktycznych efektów), można też spojrzeć na sytuację jak na „typowy poniedziałek w firmie”. Może bardziej hardkorowy od przeciętnego, ale poniekąd przerabialiśmy to kiedyś wszyscy.

Sobota 19.05

„Salut 7” („Salyut-7”) (2017), reż. Klim Shipenko – 6/10

Rosyjska superprodukcja o załodze Sojuza T-13, która w czerwcu 1985 roku musiała się zmierzyć z praktycznie niewykonalnym zadaniem ponownego uruchomienia uszkodzonej stacji kosmicznej Salut 7. Brzmi ciekawie? Nic dziwnego, bo to świetna, autentyczna historia. Niestety Rosjanie postanowili uczynić ją świetniejszą. Film Klima Szypienko oparty jest na faktach, które twórcy jednak celowo wybielają i modyfikują. Myślałby kto, że stacja Salut 7 ot tak wysiadła. Albo że jej zestrzelenie naprawdę wyhamowałoby radziecki program kosmiczny na 10 lat. Bzdury! A choć ogólny przebieg rozmów między kontrolą misji i załogą został w filmie mniej więcej odzwierciedlony, to już przebieg wydarzeń w rzeczywistości był w wielu miejscach całkiem inny – przede wszystkim o wiele mniej dramatyczny (zainteresowanych odsyłam do „real story”). Może dlatego „Salut 7” posługuje się wymyślonymi nazwiskami bohaterów. W załodze Sojuza T-13 byli przecież Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, a nie jakiś Fiodorow i Alechin, a misję nadzorował Walerij Riumin, a nie Szudin. W zaistniałych okolicznościach chyba jednak należy uznać tę produkcję za fikcję. Co smutne, fikcję mocno propagandową. „Salut 7” porównywany jest często do „Grawitacji” i trzeba przyznać, że nie są to porównania przesadzone. Film jest tak samo hollywoodzki, tak samo przegięty i chwilami równie głupi, a jednocześnie, mimo iż kosztował tylko 400 milionów rubli (ok. 6,5 mln $), zwłaszcza w scenach kosmicznych wygląda równie dobrze co dzieło Alfonso Cuaróna za 100 milionów zielonych. Jeśli w kinie kosmicznym szukacie przede wszystkim przygód i warstwy wizualnej, nie będziecie rozczarowani.

*

„Czas pionierów” („Vremya pervykh”) (2017), reż. Dmitriy Kiselev – 7/10 (6,5)

Kolejna rosyjska superprodukcja kosmiczna (z budżetem porównywalnym do „Saluta 7”, czyli w skali Hollywoodu „niski budżet”). Tym razem o misji kosmicznej statku Woschod 2, która odbyła się w dniach 18-19 marca 1965 i miała doprowadzić do pierwszego spaceru człowieka w otwartym kosmosie. I tu już twórcy nie bawili się w żadne przekręty, tylko opowiedzieli o prawdziwych kosmonautach – Pawle Bielajewie i Aleksieju Leonowie, być może trochę ubarwiając konkretne sceny, ale jednak trzymając się faktów (zarys „real story” tutaj). Przytomnym pomysłem było z pewnością zatrudnienie Leonowa jako konsultanta. Początkowo „Czas pionierów” reżyserował Jurij Bykow, ale po nakręceniu 2/3 części naziemnej producenci wymienili go na Dmitrija Kisielewa. Oficjalnie dlatego, że miał lepszą wizję. I być może poniekąd była to nawet prawda. Kisielew miał na pewno jasną wizję scen kosmicznych. Najlepszych w filmie. Nie gorszych niż w „Salucie 7”, a jednocześnie łączących efekty komputerowe z praktycznymi. Gdyby nie propaganda (w obu filmach nie tyle historyczna, co próbująca zagitować współczesnego widza), byłby to naprawdę dobry film. Aczkolwiek i tak dobrze się to ogląda.

Niedziela 20.05

„Bella i Sebastian” („Belle et Sébastien”) (2013) (Dub), reż. Nicolas Vanier – 6/10 (5,5)

Jak ja nie cierpię dubbingu! Gdyby nie góry, pewnie natychmiast bym ten film wyłączyła. Ponoć kiedyś dzieci zaczytywały się tą książką. Szkoda, że wyszła z mody, bo uczyła szacunku i miłości do zwierząt, którego dziś, często nawet dzieciom, niestety brakuje. „Bella i Sebastian” to prosta, wzruszająca opowieść o psie i jego chłopcu. Gdzieś tam w tle zostały przemycone treści poważniejsze, czyli oddolne działania Résistance w czasie II wojny, ale ogólnie wszystko kręci się tu wokół małego Sébastiena, Francuskich Alp i alpejskiej przyrody (z grającym Belle przesłodkim pirenejskim psem pasterskim Garfieldem na czele).

*

„Transporter: Nowa moc” („The Transporter Refueled”) (2015), reż. Camille Delamarre – 4/10

Reboot oryginalnej serii. Również traktujący o traffickingu, choć z innej perspektywy i – co oczywiste – ze zmianą na stanowisku Franka Martina. To jest podobno ta rola, dla której Skrien wymiksował się z „Gry o Tron”. I choć od Stathama lepszy nie jest, głównym problemem tego filmu jest słaby scenariusz, a nie jego występ. W tym miejscu muszę się przyznać, że z oryginalnych „Transporterów” lubię wyłącznie Jasona. Scenariusze i aktorstwo wołają tam o pomstę. „Transporter 2” był dla mnie źródłem tak głębokiego cierpienia, że po 3-kę nawet nie sięgnęłam. „Nowa moc” – wcale nie taka cukierkowa, z fajną dynamiką ojciec-syn, dobrymi scenami walki i co najmniej jedną niewyobrażalną medyczną głupotą – plasuje się dokładnie między 1-ką, a „długo, długo, nic”.

*

„Tam, gdzie rosną poziomki” („Smultronstället”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 5/10 (5,5)

To musiał być jakiś wyjątkowo nostalgiczny rok w życiu reżysera, skoro nakręcił aż 2 filmy o poziomkach (smultronstället to „miejsce, w którym rosną poziomki”, ale też idiom oznaczający „ulubione miejsce, do którego chętnie się wraca”. u Bergmana dodatkowo symbol niewinności). I ta poziomkowa część oczywiście bardzo mi się podoba. Niestety wspominki Isaaka Borg już niekoniecznie. Może i ten film jest faustowski. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo też zasnęłam. Bardziej wygląda mi to jednak na zwykły sentymentalizm, który próbowano mi sprzedać pod płaszczykiem czegoś wielkiego. Albo to po prostu zbyt zwyczajne i przesadnie humanistyczne kino jak dla mnie. Żadnych prawd przede mną nie odkryło. Nie wywołało też refleksji własnych. No może poza tą, że w pewnym wieku to aż strach zasnąć.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 22-28 lutego 2016

„Zwierzogród” („Zootopia”) (USA, 2016), reż. Byron Howard, Rich Moore, Jared Bush – o upartym króliku, cynicznym lisie, zderzeniu z wielkim miastem, sile uprzedzeń, zaufaniu i przyjaźni. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„Na granicy” („Na granicy”) (POL, 2016), reż. Wojciech Kasperski – głębokie Bieszczady, zima, śnieżyca, ponuro, ciemno, zamknięte szklaki, marny kontakt ze światem i szwankującym generator, a w tych pięknych okolicznościach przyrody grupa pograniczników, dwóch nastolatków i szemrany typ. Jeśli doliczyć złowróżbną muzykę i mroczne zdjęcia, klimat jest i to pierwsza klasa. Obsada trochę niewykorzystana, ale solidna (Dorociński, Grabowski, Chyra), realizacja niezła. Szkoda tylko, że fabuły nie starcza. No i dialogi mogłyby być lepsze (trudno zbudować coś wartościowego na samych „kurwach”). Niech pan reżyser/scenarzysta popracuje nad koncepcją i się zamelduje z kolejnym filmem. Czekam. 6/10

„Widzę, widzę” („Ich seh, Ich seh”) (AUT, 2014), reż. Severin Fiala, Veronika Franz – znajdźcie mi drugi naród, który byłby równie dumny ze swojego popaprania (w każdym filmie się tym chwalą) co Austriacy. Zaprawdę patrząc po historii, literaturze i kinematografii, strach się z tymi ludźmi znać, a co dopiero przyjaźnić;) Ustalmy fakty. Ten film JEST horrorem (nie ma znaczenia, że na niego nie wygląda i że nie przeraża). Jeśli jednak odpalając go, nastawicie się na horror, to szczerze wątpię, czy kupicie ten eksperyment. Bezpieczniej jest nastroić się na dramat psychologiczny. Całość jest bez wątpienia nowohoryzontowo arthouse’owa i zajeżdża Hanekem (nawet jeśli nie jest kopią). Jeśli odrzuca Was sama myśl o torture porn, odradzam, a w każdym razie lojalnie ostrzegam. 6,5/10

„Brooklyn” („Brooklyn”) (IRL/UK/CAN, 2015), reż. John Crowley – można podejść do oglądania tego filmu jak do meczu piłkarskiego. Why not? ;D Obok mnie siedział Team Éire, a ja, o dziwo, kibicowałam Włochom. Mniejsza o to, że w prawdziwym życiu ‚kto z kim’ nie ma znaczenia (w każdym razie tak długo, jak długo rzeczywistość nie jest poezją, lecz prozą). Krótka piłka: to jest tak bardzo oscarowy film (landrynkowa historia młodej Irlandki, która wyemigrowawszy za chlebem za ocean, próbuje sobie poradzić z różnego rodzaju porywami serca), że aż dziw, że nie oberwał deszczem statuetek. Choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię potraktować go poważnie (to rasowa guilty pleasure jest, a nie poważna fabuła; zresztą co tu dużo mówić, autor książki, której film jest ekranizacją – Colm Tóibín – wcale nie ukrywa, że inspirował się twórczością Jane Austen). Tę, jak by nie patrzył, wysoką ocenę przyznaję za detale: soczyste zdjęcia, piękne stroje, fantastyczne bibeloty, ładnie odmalowaną epokę, Brooklyn lat 50., pola Long Island, bardzo dobrą rolę Emory’ego Cohena, włoską słodycz i irlandzki akcent. Kom-rom klasa! 6,5/10

„Fusi” („Fúsi”) (ISL/DEN, 2015), reż. Dagur Kari – do końca życia będę sobie wyrzucać, że jako dziecko nie wpadłam na to, żeby zamiast Kena kupić sobie Action Mana. Zmarnowana młodość. :( Uroczy, zabawny (z zastrzeżeniem, że chodzi o humor skandynawski) i w sumie bardzo pozytywny film o poniżeniu i depresji (mówiłam, że humor skandynawski! ég elska þig, Ísland!:D). Jak również o tym, że życie zaczyna się poza strefą naszego komfortu i że wszystkiemu da się przeciwstawić godnością osobistą. „Pij mleko, będziesz wielki!”. Dosłownie i w przenośni. 6,5/10

***

Nie chciałabym robić z tego zwyczaju. Niestety nie mam ani siły, ani czasu powrócić do wszystkich filmów, które obejrzałam pół roku temu i przedtem. Jednocześnie do głowy by mi nie przyszło, żeby jeszcze raz pomknąć do kina na ten czy tamten film tylko po to, by móc o nim napisać w podsumowaniu tygodnia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Mimo to w drodze absolutnego wyjątku dwa słowa na temat „Pokoju”.

„Pokój” („Room”) (IRL/CAN, 2015), reż. Lenny Abrahamson – to nie jest zły film, ale infantylną wnerwiającą narracją z offu (ton głosu dziecka, truizmy, które wtedy padają) i patetyczną muzyką (oba zabiegi bardzo hollywoodzkie) reżyser skutecznie odwrócił uwagę od tego, co w tej produkcji dobre. Dobre jest na pewno to, że (o ile nie czytaliśmy książki lub filmowego opisu) z początku nie wiemy, czemu Joy mieszka w Pokoju (przez chwilę pomyślałam nawet „Proszę, kobiety walczą, żeby się wyrwać z domu, a ta tu dobrowolnie się zamknęła z dzieciakiem”). Dobre jest to wszystko z czysto socjologicznego punktu widzenia, gdy się poobserwuje zachowanie Jacka i Joy w Pokoju i poza nim. Dobra jest w końcu rola Brie Larson, chociaż nie wiem, czy aby na pewno oscarowa (mierząc ją tą samą miarą co kreację Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, można dojść do wniosku, że może jednak tak; żeby coś dostać od Akademii, ewidentnie trzeba się upodlić, a ten warunek konieczny Larson spełniła). Fakt, iż film od początku krzyczy wielkimi literami „TO MÓJ PIERWSZY FILM DLA SZEROKIEJ PUBLICZNOŚCI!” oraz „NIE SPAĆ! WZRUSZAĆ SIĘ!” psuje jednak odbiór. Wolałam Abrahamsona, który nie podlizywał się odbiorcom. 6/10

filmy-zootopia-na-granicy-ich-seh-ich-seh-brooklyn-fusi

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 lutego 2016

„Barany. Islandzka opowieść” („Hrútar”) (ISL/DEN/NOR/POL, 2015), reż. Grímur Hákonarson – wszystko za owce! I pogoda chwilami też jak na Evereście. Ale tak serio, lojalnie ostrzegam, bo szefowa miała do mnie żal, że jej nie uprzedziłam: OWCE, DUŻO OWIEC! A gdy owce przestają już stanowić problem, zostaje jeszcze para zacietrzewionych, skłóconych ze sobą od 40 lat capów. To akurat ciekawsza historia (czasem zabawna, a nawet wzruszająca), choć w przeważającej mierze milcząca. Slowspinowa, kameralna, lekko apokaliptyczna (bardziej w skali lokalnej, chociaż może wcale nie tylko). Ludową muzyką bawi się tu Atli Örvarsson. Surowe piękno islandzkiego krajobrazu zamknął zaś w przepięknych kadrach operator „Victorii” – Sturla Brandth Grøvlen. 6,5/10

„Jak to robią single” („How to Be Single”) (USA, 2016), reż. Christian Ditter – chwilunia, to „Planeta singli” miała być typowym gniotem romantycznym, a film Dittera miał stanowić odtrutkę na „Planetę” – brawurową, zabawną niepoprawną produkcję o ludziach, którzy potrafią, bądź uczą się czerpać z życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Więc jak to się stało, że obraz Okorna okazał się sympatycznym antykomromem, a „Jak to robią single” – komedią romantyczną w starym, przeterminowanym stylu? Cóż za kłamliwa promocja! Automatycznie przypomniało mi się „Sypiając z innymi”. To też miało być kino wyzwolone, a wyszło, co wyszło. Lubię Dakotę, uwielbiam Leslie (i za nią dodaję punkt), a Jake Lacy to taki słodziak, ale gdybym wiedziała, co to jest za film, być może bym na to nie poszła. No dobra, poszłabym. Ale tylko dlatego, że chodzę na (prawie) wszystko. ;D. 5,5/10

„Deadpool” („Deadpool”) (USA/CAN 2016), reż. Tim Miller – ponoć „humor dla 12-latków”, „generator facepalmów” i w ogóle żenada:D Chicka-chickahhhh! Więcej na temat filmu tutaj. Smacznego! 8/10

„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”) (NED/MEX/FIN/BEL/FRA, 2015), reż. Peter Greenaway – o miłości, śmierci, sztuce, Rosji, Meksyku i siłach rządzących światem. Bez zahamowań, bez cenzury. Więcej na temat filmu tutaj. 7/10

„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”) (USA/UK, 2016), reż. Ethan Coen, Joel Coen – umówmy się, że jeśli chodzi o ocenę, to powinna być niższa, bo to słaby film jest. Abstrahując od faktu, iż prawie w ogóle nie śmieszy (chociaż mnie akurat dzieła Coenów bawią wyłącznie wtedy, gdy są pomyślane jako poważne fabuły i nigdy wówczas, gdy są ukłonem dla przemysłu filmowego więc możliwe, że się nie znam), nie porywa i nie klei się (a przy tym pewnie nudzi, bo z mojego seansu – z małej salki – zwiało 5 osób). Tę w sumie pozytywną notę przyznałam „Ave, Cezar!” za detale. Zdjęcia Deakinsa, muzykę Burwella (to on zilustrował wszystkie filmowe filmy i trzeba przyznać, że rozrzut gatunków, a przy tym sensowność i spójność tych kompozycji, robi pozytywne wrażenie), konkretne sceny i niektóre kreacje aktorskie. O dziwo, nie mam tu na myśli Clooneya, Swinton czy Brolina, lecz Aldena Ehrenreicha (cudowny jest, warto dla niego!), Scarlett Johansson, a nawet Channinga Tatuma (to on się tu najlepiej bawi). Ze starej gwardii wyróżnia się chyba tylko Ralph Fiennes. 5/10

filmy-barany-jak-to-robia-single-deadpool-eisenstein-ave-cezar

Dodaj komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film