Tag Archives: kino francuskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 23-29 stycznia 2017

„Ostatni będą pierwszymi” („Les premiers les derniers”) (BEL/FRA, 2016), reż. Bouli Lanners – tytuł filmu nie jest przypadkowy. „Ostatni będą pierwszymi” to – oprócz gangsterskiego kina drogi – rodzaj symbolicznej przypowieści. Co prawda nie czerpiącej z Biblii garściami, ale dość czytelnej i uświetnionej obecnością Jezusa (taki zeszłoroczny trend filmowy na zstąpienia z Nieba). Jezus nie jest co prawda głównym bohaterem (na pierwszym planie mamy dwie prostoduszne zagubione owieczki i dwa twarde, acz sprawiedliwe wilki), ale ostatecznie i tak kradnie spektakl. Jako że mowa o filmie belgijskim (w teorii jest to belgijsko-francuska koprodukcja, ale od początku widać i słychać, że to kino belgijskie czystej krwi), możecie sobie wyobrazić, w jakim stylu.:) Skoro już przy stylu jesteśmy, bardzo ładne są w tym filmie zdjęcia. Trochę przehadeerowane, ale niepokojąco mroczne i dobrze skomponowane. Za tło muzyczne robią oczywiście wariacje na temat country (pod wieloma względami, nie tylko muzycznym, Belgia jest już bardziej country-and-westernowa niż Stany). Lilium, Cheap Killers, Limousine (rzucam nazwami zespołów na wypadek, gdyby ktoś szukał). Dodatkową atrakcją filmu jest śpiewający Max von Sydow. To także jedna z nielicznych produkcji, w których listę płac (napisy) otwiera zwierzę, w tym przypadku pies Gibus. Szacun. 6/10

„W pionie” („Rester vertical”) (FRA, 2016), reż. Alain Guiraudie – nowy film Alaina Guiraudie to obraz o bardzo wielu rzeczach (zbyt wielu). O problemach francuskiej wsi, ojcostwie (w tym samotnym), godności ludzkiej, piętnie wykluczenia, katuszach procesu twórczego (chyba lepiej skończę z tym pisaniem, zanim mi zaszkodzi). Byłby to całkiem nudny film, gdyby nie był taki porypany i nie sprzedawał swoich ważkich przesłań z absurdalnym humorem na pograniczu snu i jawy. „W pionie” to rodzaj wspomaganego samobójstwa (inside joke). Wizję reżyser miał ciekawą, ale tak poprowadził scenariusz, że prawie nikt nie wyszedł z tego cało (choć aktorzy zrobili, co mogli). Naprawdę trudno się powstrzymać od utożsamienia Guiraudie’ego z głównym bohaterem. Widać, że chciał stworzyć coś wielkiego, ale to, co napisał, prezentuje się raczej jak coś wymęczonego na zamówienie. Cenię szczerość, jeśli coś miałoby mnie obrzydzić, to prędzej poród, na pewno nie genitalia, chwilami miałam jednak wrażenie, że Guiraudie próbował złapać za ogon zbyt wiele tabu jednocześnie. No dobra. Koniec narzekań. Film mógłby być lepszy, ale jest przynajmniej przyjemnie dziwny i zabawny (choć podejrzewam, że nikt nie bawił się przy nim tak jak montażysta), a w pamięci zostaje coś więcej niż malownicze pejzaże i ładne zdjęcia. 6/10

„Dlaczego on?” („Why Him?”) (USA, 2016), reż. John Hamburg – dlaczego on? Dlaczego ten film? Czemu na niego poszłam? Czemu nie sprawdziłam, że reżyserem jest autor „Nadchodzi Polly” (filmu, którego szczerze nienawidzę. nie licząc fretki, po całości)? Nie jestem jakąś szczególną fanką filmu „Poznaj mojego tatę”, ale przy produkcji Hamburga jawi się on jako arcydzieło gatunku. „Dlaczego on?” to kolejna głupawa, niesmaczna pseudokomedia, w której dźwignią dowcipu są przekleństwa (więcej fucków niż dialogów) i fizjologia. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny (jedyne jakoś tam śmieszne) rozgrywają się w toalecie. Od poziomu totalnego klozetu ratuje przedsięwzięcie jedynie talent mimiczny Briana Cranstona. Bez jego wkładu film byłby całkowicie niejadalny. 2/10

„Manchester by the Sea” („Manchester by the Sea”) (USA, 2016), reż. Kenneth Lonergan – idąc na seans, wiedziałam, że: a) jest to film o człowieku, który po śmierci brata wraca do rodzinnej miejscowości, by zająć się synem zmarłego. b) film jest rewelacyjnie zagrany, a Oscar dla Afflecka jest już praktycznie przyklepany, c) reżyserowi udało się uniknąć typowego dla takich opowieści tonu, d) należy ze sobą zabrać pudło chusteczek, bo wszyscy na tym ryczą. Ostatecznie okazało się, że: a) „Manchester by the Sea” jest kroniką nieszczęść całej rodziny głównego bohatera (a jest tych nieszczęść dużo. ciut za dużo. i to jest właśnie jedno z moich nielicznych zastrzeżeń wobec tego filmu), b) aktorzy faktycznie dali z siebie wszystko, a Casey zasłużył na nagrody, chociaż tak prywatnie największe wrażenie zrobiła na mnie Michelle Williams (z gracją przebiła się przez moje osłony, no i wycisnęła tę drobną rólkę do ostatniej kropli), c) mimo ciężkiej tematyki film ciężki nie jest. nie jest to klasyczny wyciskacz łez. wręcz przeciwnie – Lonergan postawił przede wszystkim na dystans i humor (czarny, zgryźliwy, sytuacyjny. może nie tak dobitny jak w „Ostatniej rodzinie”, ale podobny), d) w pewnym momencie (głównie dzięki Michelle Williams) rzeczywiście się wzruszyłam, ale obeszło się bez powodzi (niestety nie mogę Wam zagwarantować, że chusteczki Wam się nie przydadzą. byłam na filmie w towarzystwie i każde z nas zareagowało inaczej). Moim jedynym poważnym zarzutem względem tego obrazu jest sposób wykorzystania muzyki. Hiciory Händla (którego szczerze kocham, ale umieszczanie jego dzieł w filmach to często szantaż emocjonalny) nie pasują do tej produkcji (przejmujące monumentalne tony w obrazie, który teoretycznie próbuje być kameralny, dają poczucie sporego dysonansu) i drażnią. Do czasu nakręcenia „Manchesteru by the Sea” Kenneth Lonergan był twórcą niekomercyjnym (reżyserem intrygującej „Margaret” i cudownego „Możesz na mnie liczyć”). W zeszłym roku opłaciło mu się stanąć na rozstaju, ale mam nadzieję, że dalej już nie pójdzie. Szkoda by było takiego utalentowanego gościa dla Hollywoodu. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – recenzję popełniłam w zeszłym tygodniu i nie planuję pisać drugiej, ale jak widać, przez tydzień zmieniła się ocena. :) Czemu? Ano temu, że po powrocie z seansu nie mogłam przestać myśleć o tym widowisku. Szybko zaczęłam się też łapać na wyciu filmowych piosenek (oczywiście ulubioną stało się „Another Day Of Sun”. utwór, który najbardziej mi się nie podobał w trailerze:). Bo na reklamach przed drugim seansem przebierałam nogami, nie mogąc się doczekać, a gdy już się zaczęło, moje stopy pląsały, a wargi układały się do śpiewu. Bo za drugim razem film rozbawił mnie nawet bardziej (zwłaszcza Ryan. zwłaszcza w scenie przy basenie:), a nawet wzruszył. Bo świat tak nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądał, ale kto nam zabroni marzyć? Kto nam zabrania widzieć tylko to, co piękne? I pamiętajcie, idealny scenariusz nie istnieje, a gdyby nawet istniał, nie ma gwarancji, że byłby lepszy od aktualnego. Warto mieć też na uwadze to, że kiedy w labiryncie zamykają się drzwi, zwykle gdzieś otwierają się jakieś inne. Gdyby taki Chazelle zrobił karierę muzyczną, tak jak planował, nie zostałby genialnym reżyserem. I pewnie też byłoby dobrze, i nie wiedzielibyśmy, co straciliśmy więc nie zabolałaby nas ta strata, a jednak tak bardzo się cieszę, że wyszło tak, jak wyszło. 9,5/10 [P]

filmy-ostatni-beda-pierwszymi-w-pionie-dlaczego-on-manchester-by-the-sea-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 19-25 września 2016

Nie będę się tłumaczyć z samych ocen. Przypomnę tylko, że nie oceniam filmów po wartości dziejowej, lecz po podobaniu się. Najniższą ocenę ma tu nie ten obraz, który jest najgorzej zrobiony, lecz ten, który najbardziej mnie rozczarował.

„Królestwo” („Les saisons”) (FRA/GER, 2015), reż. Jacques Perrin, Jacques Cluzaud – chyba mi ten cały Herzog (nie ten najnowszy) do głowy uderzył, że się na to połaszczyłam. Naprawdę nie wiem, dla kogo jest ten film (i chyba nie tylko ja, bo na sali siedziałam samiuteńka jak palec). Dla mnie jako osoby dorosłej jest zbyt chaotyczny i infantylny. Mogłyby na to pójść dzieci, coby popatrzeć sobie na zwierzątka, ale problem w tym, że choć trailer zwiastuje sielankę, w której nikomu nic złego się nie dzieje, to w rzeczywistości jest to jeden wielki film o polowaniu. I nieważne, że twórcy nie epatują flakami. I tak szczerze wątpię, by któraś mama zdecydowała się zabrać malucha na film o ciągłym zabijaniu. Sam fakt, że prawie nic tu nie widać, nie jest bynajmniej zaletą. Jeżeli znaczna część interakcji jest wyreżyserowana (jest tajemnicą poliszynela, że nie wszystkie pokazywane zwierzęta, to zwierzęta dzikie; część z nich to okazy oswojone i wytresowane, co widać gołym okiem; a jak nie widać, to można sobie przeczytać wykaz treserów na końcowych napisach; zresztą jeśli zwierzę jest dzikie, a twórcy manipulują obrazem tak, żeby widzom się zdawało, że wydarzyło się coś, co się de facto nie wydarzyło, to to też jest inscenizacja, a nie prawda), to tak naprawdę nie jest to dokument, bo brak w nim realizmu. Z prawdziwymi dokumentami „Królestwo” ma tyle wspólnego, że też ma ładne zdjęcia (bardzo ładne, technicznie doskonałe; aczkolwiek ciut ułomne, bo magii w nich mało, a drony i inne bajery same w sobie jakoś mi nie robią), a w polskiej wersji językowej – Krystynę Czubównę. Się jednak nie napalajcie, bo narracji jest tu tyle, co kot napłakał, a gdy już jest, nic nie wnosi – wzniosła jest, ogólnikowa i nudna więc właściwie lepiej by było, gdyby w ogóle z niej zrezygnowano. Sam film jest nakręcony po prostu źle. Interakcje między zwierzętami i ludźmi są zainscenizowane, te między zwierzętami a zwierzętami czasem też (a nawet gdy nie, to i tak często wyglądają sztucznie), i to wcale nie na potrzeby jakiejś konkretnej fabuły, której tu zwyczajnie nie ma. Nie trzeba być wybitnym matematykiem, żeby wiedzieć, że nie da się zmieścić całej wielowiekowej ewolucji lasu i człowieka w 90 minutach. Warto było na czymś się skupić, wytypować jakichś bohaterów, opowiedzieć widzom jakąś historię, możliwie w jakiś nietypowy sposób. Ale nie. Lepiej kazać narratorce zasygnalizować od czasu do czasu upływ czasu, a pomiędzy jej komunikaty wcisnąć pseudonaturalne ujęcia zwierzęcej pląsaniny. Jakby tego było mało, ni z tego ni z owego całe widowisko urywa się na oko w całkiem przypadkowym momencie. Kosmiczne rozczarowanie. A choć nic mnie ten błąd nie kosztował, i tak wyszłam z kina wkurzona. Na przyszłość albo dokument, albo fabuła, albo udana hybryda tychże. Za wielkie nic mogę dać 3 z plusem (coś się tym biednym zwierzętom należy). 3,5/10

„Sługi boże” („Sługi boże”) (POL, 2016), reż. Mariusz Gawryś – no to konkurs na najbardziej absurdalną scenę miłosną mamy w tym roku rozstrzygnięty. Jeśli w tym osławionym tegorocznym horrorze o kanibalach nie ma jakiegoś porno hardkoru, nic już raczej tego nie przebije. Z „Aniołami i demonami”, tak w postaci filmowej, jak i w książkowej, nigdy nieprzyjemności nie miałam, ale wydaje mi się, że to nie jest dobre porównanie. Nie ta skala, nie ten rozmach. „Sługi boże” to raczej wyjątkowo nieudolna wariacja na temat rodzimego „Ziarna prawdy”. Z zastrzeżeniem, iż Topie (który wcale źle nie zagrał) brak wdzięku Więckiewicza, a fabuła całkiem postradała tu zmysły. Idea jest generalnie taka, że z wieży kościoła spadają ludzie, a policja próbuje ustalić, czyja to wina. Brzmi niewinnie, ot, zwykły kryminał. Do czasu, aż śledczy wreszcie coś ustalą. Trudno orzec, co to jest od tego momentu. Cały ten obraz to jeden niewyobrażalny chaos (nic tu się ze sobą nie łączy; bohaterów wyciąga się z kapelusza; tak samo kolejne wątki, których się nie domyka; w to, co widzimy na ekranie, musimy wierzyć, bo to widzimy, ale ta wiara nie ma żadnych innych podstaw) i absurd (nie tylko pamiętna scena miłosna, ale przede wszystkim totalnie nieuwierzalna intryga i cały ten filmowy kościół). I mogłabym to do pewnego stopnia wybaczyć, gdyby film był wystarczająco zły, by mógł być śmieszny. Ale niestety nie jest. A przynajmniej na trzeźwo. 4/10

„Blair Witch” („Blair Witch”) (USA, 2016), reż. Adam Wingard – nie mam nic przeciwko found footage. Wręcz przeciwnie, mam swoich faworytów w tej niszy. Warunki są 2: musi się coś dziać i muszę w to choć trochę uwierzyć. W przypadku wiedźmy z Blair jest to naprawdę trudne. By móc zawiesić niewiarę i wciągnąć się w tę historię, trzeba by chyba wziąć namiot, laptopa i pojechać z tym filmem na noc w głęboką knieję. Naprawdę łatwiej uwierzyć w najazd kosmitów. Odpowiedź na pytanie, czy „Blair Witch” to kontynuacja czy remake, brzmi: właściwie jedno i drugie. Głównym bohaterem filmu jest młodszy brat Heather z „The Blair Witch Project”, który po 10 latach od zniknięcia siostry wyrusza wraz z przyjaciółmi na poszukiwanie jej lub śladów po niej. Pod tym względem jest to zdecydowanie sequel. Jednocześnie jednak Wingard nie proponuje tu nic nowego. Raczej (niemalże scena po scenie) odtwarza oryginał, lekko go przy tym poprawiając. I chyba się nawet domyślam dlaczego. IMO Adam się po prostu na tym filmie wychował (17 lat temu miał 17 lat; może nawet był to jeden z tych obrazów, które go zainspirowały do zostania reżyserem), i pewnie tak jak mnie, brakowało mu w nim tego czy owego więc postanowił upgrade’ować formułę (więcej się tu dzieje, więcej widać, jest sporo jump scare’ów). Koniec końców zamiast autonomicznego dzieła powstał niejako tribute. Oczywiście nie był to najlepszy pomysł, bo już pierwowzór wiał nudą i kiepskim aktorstwem (pamiętajmy, że udawanie, że się nie gra, to też aktorstwo), i tu siłą rzeczy zostało to powielone. Wingardowi ten eksperyment też raczej na dobre nie wyszedł. W końcu miał już ustaloną pozycję zdolnego oryginała, a po tej wpadce pojawiają się wątpliwości. Czemu się pokusiłam o 4 z plusem? Bo w gruncie rzeczy nie jest to dużo gorsze od pierwszej części, która też mnie jakoś nie zachwyciła (w zeszłym roku nadrobiłam wreszcie „Paranormal Activity” i nieźle się wystraszyłam; w filmach o leśnej wiedźmie właściwie bać się nie ma czego), materiał jest równie dobrze zmontowany, a poza tym lubię jump scare’y.:) 4,5/10

„Bridget Jones 3” („Bridget Jones’s Baby”) (UK/USA/IRL/FRA, 2016), reż. Sharon Maguire – najlepszą rekomendacją dla tego filmu niech będzie fakt, iż osoba, która nie lubi dzieci i ich nie pragnie, była na tym już 2 razy, dała 8-kę i zapowiedziała, że zdania nie zmieni. Mnie akurat jeden seans wystarczy. Ale też niedawno zarzucono mi, że nie jestem wystarczająco antydziecięca więc to może dlatego.;) 3 odsłona przygód Bridget Jones niestety nie jest powrotem do geniuszu korzeni i oryginalnej idei. Oczywiście 10 lat wcześniej Bridget też walczyła o możliwość wbicia się w białą suknię i welon, ale miała wówczas o wiele mniej entuzjastyczny stosunek do dzieci, wieczne kłopoty z facetami, samokontrolą czy zawodowe. 43-letnia Bridget to kobieta z dobrym zawodem, dojrzalsza, ogarnięta, lepiej ubrana, szczuplutka (dobrze, że chociaż głos jej się nie zmienił). Całkiem inna od młodszej siebie i z zupełnie z innymi problemami (a właściwie bez większych problemów), co sprawia, że to już inny rodzaj widowiska i niemalże inna bajka. Tyle dobrego, że Darcy wciąż jest Darcym.:) Czemu więc szarpnęłam się na pozytywną ocenę? Przede wszystkim warto pamiętać, że między dziennikiem a dzieckiem była jeszcze lekko żenująca pogoń za rozumem. 3 część jest jednak lepsza. Mniej wydumana, składająca się w logiczną całość, i nawet jest się z czego pośmiać (nie jest to humor wyszukany i raczej jednorazowy – no może poza jednym cudownym incydentem, który ma miejsce w trakcie porodu – ale działa). Poza tym ja zawsze doceniam filmy, które wywołują we mnie refleksje. Tym razem dotarło do mnie, że za mało się w życiu tarzałam w błocie, a do szczęścia brakuje mi przystojniaka, który nosiłby za mną wielkie pudło;) 5,5/10

„Mając 17 lat” („Quand on a 17 ans”) (FRA, 2016), reż. André Téchiné – taka refleksja: Jak to jest, że gdy się wbije w mundury Amerykanów, Duńczyków itp., to oni zawsze dzięki tym mundurom zyskują, a francuscy żołnierze prawie zawsze wyglądają niepoważnie? Co jest nie tak z tymi mundurami?;) „Mając 17 lat” to film o dwóch nastoletnich chłopcach, którzy – na pierwszy, a nawet drugi rzut oka, bez powodu – ciągle szukają ze sobą zwady. Przy czym tłuką się nie tylko ze sobą, ale też z masą typowo nastoletnich problemów, mnóstwem silnych emocji i uporczywych myśli. Film jest długi i dość chaotyczny. Chcąc go obronić, muszę się chyba uchwycić tezy, że nastolatki to w gruncie rzeczy jeden wielki niepokój i zamęt, ich codzienność to same wielkie dramaty i że film po prostu dobrze to odzwierciedla. O tyle łatwiej jest się trzymać tej myśli, że emocje (ich ładunek i to, jak są zagrane) są tu naprawdę w porządku. Struktura „Mając 17 lat” składa się z 3 trymestrów. Sam ten fakt sprawił mi dużo radości (tak, wiem, że we Francji właśnie tak jest zorganizowany rok szkolny). Wszak 3 trymestry to 9 miesięcy. Jeśli ciekawi Was, co też się Téchiné’owi koniec końców urodziło, musicie obejrzeć film. Ja powiem tylko tyle, że rozmach miał spory. Tak na 2, może nawet 3 filmy. :D A choć wyraźnie próbował chwycić za ogon zbyt wiele srok (za dużo tu zbyt pobieżnie potraktowanych wątków i dylematów), i może trochę przeszarżował ze skalą dramatyzmu, IMO do „Barw szczęścia” czy „Płynących wieżowców” trochę jeszcze temu obrazowi brakuje. Jako dodatkowy smaczek podrzucam link do karkołomnej filmwebowej teorii głoszącej, że to film o zagrożeniach wynikających z multikulti. Wpadłszy na to przypadkiem, omal nie popuściłam z radości. :D UWAGA! Nie czytajcie tego przed seansem, bo to jeden wielki spoiler. Za to „po” – koniecznie. Dla takich chorych interpretacji warto przesiedzieć przed ekranem 2 godziny.;D 6/10

filmy-les-saisons-slugi-boze-blair-witch-bridget-jones-3-quand-on-a-17-ans

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 28 marca – 03 kwietnia 2016

Tak w ogóle to ten tydzień kinowy zaczęłam od powtórki „Deadpoola”. Za drugim już mnie tak nie śmieszył (choć pewne sceny wciąż rozbrajają), ale to fenomenalny feel-good movie jest więc mam przeczucie, że jeszcze nie raz go obejrzę.:D

„Dama w vanie” („The Lady in the Van”) (UK, 2015), reż. Nicholas Hytner – wbrew pozorom istnieje odmiana brytyjskiego humoru, którą czuję i lubię (ta wytwornie złośliwa i szlachetnie ironiczna; mniej więcej w tym stylu)! Aczkolwiek to nie jedyny czynnik, który sprawił, że, o dziwo, naprawdę podobała mi się produkcja o starszych ludziach. Nie, żebym miała coś przeciwko seniorom, ale filmy o nich kręcą mnie zwykle w takim samym stopniu co filmy o dzieciach. Fakt, iż lubię staruszków po stokroć bardziej niż dzieci, niczego tu nie zmienia. Nie, to w mniejszym stopniu kwestia różnic światopoglądowych i mojej niedojrzałości, a w przeważającym wina scenarzystów i reżyserów. Nie lubię sposobu, w jaki się to starsze pokolenie zazwyczaj przedstawia. Jak gdyby wiek pozbawiał ich prawa do posiadania charakteru. Z główna bohaterką „Damy w vanie” nie ma tego problemu. Ba, nawet nieśmiały i nienaturalnie cierpliwy pisarz ma tu osobowość. To nie jest wyłącznie kwestia świetnych kreacji aktorskich Maggie Smith (boska jest!) i Alexa Jenningsa, lecz właściwych decyzji już na etapie rozpisywania tej historii. Miło, że da się opowiedzieć życiorys staruszki bez cackania się i grania na uczuciach, tak widzów, jak i bohaterów. Gdyby Mary nadal żyła (historia jest oparta na faktach z życia Mary Shepherd – starszej pani, która w 1974 roku zaparkowała swojego vana w Camden Town, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców, ale też elementem lokalnego kolorytu), mogłaby być zadowolona (nawet jeśli za życia rzadko była zadowolona z czegokolwiek;). 7/10

„Kung Fu Panda 3” („Kung Fu Panda 3”) (USA/CHN, 2016), reż. Jennifer Yuh Nelson, Alessandro Carlon – no i proszę, kolejna animacja, w przypadku której polski dubbing góruje nad amerykańskim. Taka scena z Po próbującym uniknąć spotkania z gąsiorami w oryginale w ogóle nie jest śmieszna, a w polskiej wersji językowej jest to przykład magii języka polskiego w najlepszym wydaniu. No i te staczające się pandy. :) Dużo pand. Zaczynam sądzić, że im więcej pand, tym lepiej, bo właśnie ta część „Kung Fu Pandy” przemówiła do mnie najbardziej. Oczywiście duża w tym zasługa Po i jego tatów (sic!), sztuk walki, mocy chi, sensownego przesłania i bajecznej animacji. Wszystkie części są świetnie zanimowane, ale tutaj baśniowość i dopracowanie detali osiągnęły szczyt. Poza tym efekt 3D (który nawet w filmach nakręconych w 3D potrafi pozostawić sporo do życzenia) da się tu dostrzec również w wersji 2D (zwłaszcza w openingu:). Specjalnie nadrobiłam pierwsze 2 odsłony, żeby na to pójść, ale muszę przyznać, że nie było to konieczne. Fabuła jest na tyle prosta i zrozumiała, że da się to obejrzeć bez znajomości poprzednich części. Z dzieckiem czy bez, warto (bez dziecka warto bardziej, ale to się chyba rozumie samo przez się:)! 7,5/10

„Niesamowita Marguerite” („Marguerite”) (FRA/CZE/BEL, 2015), reż. Xavier Giannoli – tak więc dobrowolnie poszłam do kina na film, w którym główna bohaterka wyje (fałszuje niemiłosiernie; tak bardzo, że autentycznie żal Mozarta) operowe arie. Taka jestem dzielna. :D I choć uszy mi przy tym spuchły, a dusza niemalże uschła, nie pożałowałam tej decyzji (z wielu względów, na czele z Michelem Fau w roli Atosa Pezziniego). „Niesamowita Marguerite” to z jednej strony film dotykający starej prawdy o tym, że bogaty na prawo być ekscentryczny, a biedny ma prawo być biedny (zemsta biedaka siłą rzeczy musi być cierpliwa i perfidna), a z drugiej – dowód na to, że miłość do sztuki nie zna granic ani barier. Pierwowzorem głównej bohaterki filmu – baronowej Marguerite Dumont – była słynna „najgorsza śpiewaczka świata”, czyli Florence Foster Jenkins. Jej imię jest zaś ukłonem w stronę Margaret Dumont – amerykańskiej aktorki znanej jako „piąty z Braci Marx”, która nie tylko przypominała Jenikins wyglądem, ale ponoć tak samo jak ona nie rozumiała żartów, które sobie z niej strojono (tak przynajmniej twierdził Groucho Marx:). Marguerite wykreowana przez Xaviera Giannoli’ego i wspaniale sportretowana przez Catherine Frot to synonim klasy, kasy i wielkiej pasji. Osoba równie sympatyczna i naturalna co głucha i naiwna. Czyli tak sympatyczna, że nie sposób jej nie polubić, łatwo jej wybaczyć nawet tak oburzające stwierdzenia jak to, że „Pieniądze są nieważne. Ważne, żeby je mieć” i trudno jej nie kibicować, nawet jeśli konsekwencją tego kibicowania będzie zawodzenie. Giannoli to nie jedyny reżyser, który postanowił nakręcić film o fenomenie Florence Foster Jenkins, ale jestem niemal pewna, że Stephen Frears nie wyreżyseruje tej historii w sposób równie elegancki i oszczędny. 6,5/10

***

W bonusie polecanka filmu, który widziałam w kinie pod koniec ubiegłego roku, a który wszedł do polskich kin 1 kwietnia 2016.

„Głośniej od bomb” („Louder Than Bombs”) (NOR/FRA/DEN, 2015), reż. Joachim Trier – czasem zwyczajne życie jest najtrudniejsze. Czasem cisza jest najciekawsza. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

filmy-dama-w-vanie-kung-fu-panda-3-niesamowita-marguerite

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 14-20 marca 2016

„Bang Gang” („Bang Gang (une histoire d’amour moderne)”) (FRA, 2015), reż. Eva Husson – uwielbiam kino młodzieńczego niepokoju, zwłaszcza europejskie – zazwyczaj świeże, naturalne i (niezależnie od tego, co się dzieje na ekranie) tchnące niewinnością. Gdyby oceniać „Bang Gang” tylko po tym, jak dobrze mi się go oglądało, nota końcowa byłaby nawet wyższa. Fabuła filmu nie jest ani odkrywcza, ani zawiła. Ot, opowieść o bandzie dzieciaków eksperymentujących z seksem i miłością. Było, bywa, będzie. Tym, co wyróżnia obraz Evy Husson pośród innych produkcji o inicjacji i wchodzeniu w dorosłość, jest klimat. Film nie jest ciężki, nie jest brutalny, w żadnym razie nie jest też mroczny (chociaż w trakcie seansu przychodzą na myśl takie obrazy jak „Dzieciaki”, „Klip”, a nawet „Tajemnice Bridgend”, „Bang Gang” to coś totalnie innego). Tym, co urzeka już od pierwszych scen, są zmysłowe i nasłonecznione zdjęcia Mattiasa Troelstrupa, podkreślające młodzieńcze rozmarzenie i radość życia. W ten ton wpisuje się też muzyka White Sea. Reżyserka nie unika scen seksu, ale ani nimi nie epatuje, ani tej naturalnej ludzkiej aktywności nie demonizuje. Nie próbuje szukać na siłę przyczyn, które mogłyby tłumaczyć postępowanie bohaterów, nie potępia ich, ani nawet nie ocenia (jak gdyby chciała powiedzieć: Wszyscy byliśmy młodzi. Mamy prawo do popełniania błędów i wyciągania z tych doświadczeń własnych wniosków), a głównym bohaterkom – George i Laetitii przyznaje prawo do odważnego eksperymentowania i decydowania o własnym ciele. Mimo iż nie jest to kino społeczne ciężkiego kalibru, to jest właśnie wartość tej produkcji. Faktycznie szkoda, iż ze względu na obowiązującą obyczajowość „Bang Gang” jest produkcją dozwoloną od lat 18. Nie jest to film, który mógłby wyrządzić nastolatkom jakieś szkody, a mógłby im bardziej pomóc w ogarnięciu rzeczywistości i własnych emocji niż obrazy, które straszą i gromią. 7,5/10

„Na skrzyżowaniu wiatrów” | „Na skrzyżowaniu wichrów” („Risttuules”) (EST, 2014), reż. Martti Helde – estoński głos w temacie II wojny światowej i zagłady. Niekoniecznie nowatorski, ale stanowczo nietypowy i ze wszech miar artystyczny. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„Niewinne” („Les innocentes”) (FRA/POL/BEL, 2015), reż. Anne Fontaine – prywatnie wierzę, że ludzie są z natury źli, a każda wataha ludzi ma zbrodniczy potencjał, dlatego daruję sobie refleksje na temat kościoła katolickiego i jego braku konsekwencji w podejściu do tak fundamentalnych kwestii jak życie czy prawda. Umówmy się, że reakcje typu „nie pójdę do kina na Niewinne, bo znam powojenne dzieje wszystkich sióstr benedyktynek i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że żadna z nich nie stała się ofiarą gwałtu”, są nie tylko przesadzone, ale i zupełnie nie na miejscu. Oczywiście jeśli ktoś jest przewrażliwiony, to mu tego filmu nie polecam, ale po pierwsze głupio się zarzekać, że zna się losy wszystkich zakonnic, które przewinęły się przez placówkę (gdyby zakon miał coś do ukrycia, to na pewno by się tym nie pochwalił), a po drugie tu naprawdę nie ma znaczenia, kiedy się to wszystko dzieje, komu i gdzie (swoją drogą, nigdzie nie jest powiedziane, o jaki zakon chodzi i w jakim mieście). Abstrahując od faktu, iż gwałty na zakonnicach zdarzają się od zarania dziejów, fabuła tego filmu jest w założeniu i wykonaniu naprawdę uniwersalną opowieścią. Jak to zwykle u Fontaine – o kobietach, ich dramatach, lękach, uczuciach i decyzjach. Tło historyczne i realia życia zakonnego spadają tu na plan dalszy. Chociaż zgadzam się, że polska obsada, na czele z Agatą Buzek, wypadła w tym filmie lepiej od francuskiej, muszę przyznać, że Vincent Macaigne na swój sposób urzekł mnie rolą gniewnego, obcesowego antyamanta. Pozytywne wrażenie robią też zdjęcia Caroline Champetier. Bardzo oszczędne i intymne w zbliżeniach, i przepiękne w plenerach. 6,5/10

„Wstrząs” („Concussion”) (USA/UK/AUS, 2015), reż. Peter Landesman – prawdziwie amerykański heroizm po prostu musi zostać uwieńczony głośnym filmem (tak, to historia oparta na faktach). Najpiękniejszą cechą Ameryki wcale nie jest to, że każdy w niej może zostać tym, kim chce i robić to, o czym marzy. Najwspanialsza jest amerykańska duma z przyznawania się do popełnionych błędów. Głównym bohaterem „Wstrząsu” jest dr Bennet Omalu (w tej roli Will Smith, któremu nie tylko udało się nie przeszarżować z nigeryjskim akcentem, ale zagrał tu jedną ze swoich najbardziej udanych filmowych kreacji) – chorobliwie dokładny patolog, któremu zostaje zlecone przeprowadzenie sekcji footbolowej legendy – Mike’a Webstera. Wyniki autopsji są tak niejednoznaczne, że lekarz postanawia na własny koszt kontynuować badania. Wnioski, do których dochodzi, nie podobają się włodarzom NFL-u (nie gorzej ustosunkowanym od przedstawicieli koncernów nikotynowych czy zbrojeniowych) tak bardzo, że bohater popada w poważne kłopoty. Nigdy nie lubiłam footballu amerykańskiego. Właśnie ze względu na niepotrzebną brutalność i fakt, iż nie jest ona ganiona, lecz nagradzana. Jest taki piękny sport jak rugby, umówmy się, również twardy i kontuzyjny, w którym jednak nikt nie wbija się w zbroję tylko po to, by móc się mocniej naparzać. Jest coś poważnie nie tak z dyscypliną, która traktuje zawodników wyłącznie jak mięso armatnie. W USA sport ten otoczony jest jednak takim kultem (wygrywa nawet z religią), że zmierzenie się z filmową problematyką i uderzenie się w piersi musiało Amerykanów sporo kosztować. „Wstrząs” jest filmem ze wszech miar hollywoodzkim, ale nieprzegiętym i dobrze dawkowanym. Chwil, w których uderza w górnolotne tony jest stosunkowo mało, a historia, choć dość schematyczna, naprawdę wciąga. 6,5/10

„Tata kontra tata” („Daddy’s Home”) (USA, 2015), reż. Sean Anders – gdybym miała ten film ocenić wyłącznie przez pryzmat podobania się, byłaby 1-ka. Serio, historia jest beznadziejna, drętwa (dialogi są OKROPNE i wypowiadane z ogromnym wysiłkiem), absurdalna (i nie mówię tu wyłącznie o, skądinąd fatalnie zrealizowanej, scenie z motocyklem), żenująca, niesmaczna i nijak nie śmieszy. Męczyłam się na tym okrutnie. Czemu więc zawyżam ocenę? Po pierwsze dlatego że nie powinnam była na to iść. Ja wiem, że przedświąteczne repertuary świeciły pustkami, a trailer nie zapowiadał aż takiej katastrofy (w sensie: zapowiadał trochę mniejszą), ale powinnam była wiedzieć, że to absolutnie nie jest produkcja dla mnie. Po drugie jest w tym filmie 1 (słownie: jedna) scena (mam tu na myśli finałowe starcie), która nie tylko się broni, ale niesie sensowne i sympatyczne przesłanie. Po trzecie: Marky Mark:) Aczkolwiek przeważyło to pierwsze. 2,5/10

filmy-bang-gang-risttuules-niewinne-concussion-tata-kontra-tata

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował  $5 000 000), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 25-31 stycznia 2016

„Miara człowieka” („La Loi du marché”) (FRA, 2015), reż. Stéphane Brizé – kino społecznie zaangażowane. Naturalistyczne, bez ozdobników, z gatunku tych, które próbują pokazać prawdziwe życie – w długich i nieco znojnych ujęciach. To taki film, który ma się ochotę (i odruch) od siebie odepchnąć, tak, jak człowiek odpycha samą myśl o utracie pracy, bezrobociu, kredytach, utracie zdrowia, biedzie etc. Główny bohater (w tej roli bardzo przekonujący Vincent Lindon) nie może sobie pozwolić na ten komfort. Musi się zmierzyć z prawami rynku („La Loi du marché” to „prawa rynku” właśnie). Największą zaletą filmu jest dobrze pomyślany protagonista (człowiek z charakterem, który się tak łatwo nie poddaje), największą wadą – źle dobrane poboczne przykłady. W większości przypadków nie sposób się użalić. 6/10

„Anomalisa” („Anomalisa”) (USA, 2015), reż. Duke Johnson, Charlie Kaufman – animacja poklatkowa (dla dorosłych!) nakręcona za pieniądze z crowfundingu (dzięki sukcesowi, który projekt odniósł na Kickstarterze, twórcom udało się pozyskać dodatkowe środki i zamiast shorta nakręcili pełny metraż). Głównym bohaterem filmu jest Michael Stone – spec od obsługi klienta, autor bestsellerowych branżowych książek, które promuje na różnych konwencjach. Jak na fachowca od kontaktu z ludźmi jest to człowiek dość ponury, mrukliwy, wycofany, raczej tego kontaktu unikający. Do czasu, gdy na jego drodze staje Lisa – istota tak inna od wszystkich ludzi wokół, że zakrawająca na anomalię. Wydaje Wam się, że wiecie, dokąd zmierza ta historia? Ano właśnie to wcale nie jest takie oczywiste. :) W gruncie rzeczy fabuła filmu Kaufmana i Johnsonsona jest bardzo przewrotna, a przy tym dość niepokojąca. Najbardziej urzekł mnie tu pomysł na wyróżnienie jednego, szczególnego kobiecego głosu. [UWAGA! Lekki spoiler!] No i ten poklatkowy seks – absolutnie fascynujący (nakręcenie tej jednej sceny zajęło pół roku). :D Jako wielka fanka animacji poklatkowej nie mogłam temu obrazowi przepuścić. 7/10

„Syn Szawła” („Saul fia”) (HUN, 2015), reż. László Nemes – tak oryginalnego filmu o Holocauście chyba jeszcze nie było. I nie ma, że „to nie dla mnie”. Trzeba. Warto! Więcej na temat filmu tutaj. 9/10

filmy-miara-czlowieka-anomalisa-syn-szawla

2 komentarze

Filed under Film

W kinie: „Moja miłość” (2015)

Tytuł oryginalny: „Mon roi
Reżyseria: Maïwenn
Zdjęcia: Claire Mathon
Muzyka: Stephen Warbeck
Moja ocena: 9,5/10

Zapewne domyślacie się, że prawdziwy tytuł tego filmu to „Mój król”. Jeśli nie brzmi to wystarczająco mocno, „Mój władca” też by pasował. Polska nadinterpretacja – „Moja miłość” – to, mniej lub bardziej cyniczne, pójście na łatwiznę (może nawet próba sięgnięcia po widza, który nie jest targetem tego filmu i wcale nie chciałby nim zostać). Oryginalny tytuł ma sens z wielu względów. „Moja miłość” – chyba tylko wątpliwy marketingowy.

Zabijcie mnie, ale widząc każdą kolejną skrajnie negatywną (nie mylić ze zwykłymi wyrazami niezadowolenia) recenzję tego filmu, od razu wiem, że napisał ją facet (żeby nie było, niektórym panom się podobało:). Chcę wierzyć, że taka recepcja wynika z diametralnie innego podejścia do życia (mężczyzna by się nie władował w coś takiego, a gdyby się władował, to by się nie przejmował, a gdyby był zmęczony, to by sobie po prostu poszedł precz) i niezrozumienia kobiecej psychiki, a nie z totalnego braku empatii.

Akcja filmu rozgrywa się na dwóch planach – w chwili obecnej, w ośrodku rehabilitacyjnym, w którym główna bohaterka dochodzi do siebie po wypadku i wcześniej, na przestrzeni minionych 10 lat jej życia, od chwili, gdy związała się z Georgio Milevskim (jaki piękny stereotyp;) – swoim przyszłym mężem. Trudno to nazwać oryginalną reżyserską koncepcją, ale z drugiej strony to nie jest typ obrazu, w którym koncept miałby jakiekolwiek znaczenie. Tym, co ten film próbuje sprzedać, są przede wszystkim żywe emocje (pod tym względem „Mon roi” to prawdziwy rollercoaster; może nie tej klasy co „Życie Adeli”, ale równie angażujący) i życiowe prawdy, zwłaszcza te dotyczące związków (które niekoniecznie przychodzą człowiekowi na myśl, a jednak wypowiedziane, stają się cudownie oczywiste). Tego typu transakcje nie wymagają zabawy formą. Ważniejsza jest dbałość o autentyzm, w tym dopieszczenie dialogów (te są tak rewelacyjne i utrafione w punkt, że aż trudno uwierzyć, że film jest w dużej mierze improwizowany, ale też właśnie improwizacja przydaje wszystkiemu realizmu) czy właściwy dobór aktorów. Tych Maïwenn wytypowała perfekcyjnie. Począwszy od Vincenta Cassela w roli Giorgio (mowa tu o absolutnie genialnej, zniuansowanej i porywającej kreacji, generującej silne emocje i będącej gwarantem wiarygodności całej historii), przez nagrodzoną w Cannes Emmanuelle Bercot w roli Toni po Louisa Garrela w – chyba w dość nietypowej jak na niego, ale bardzo udanej – roli brata filmowej protagonistki. Bardzo dobre wrażenie robią także zdjęcia Claire Mathon. Kamera nie tylko kocha tu Cassela, ale zachowuje się, jak gdyby była w nim zakochana. To jest mistrzowski zabieg! Poza tym kocham nasycenie, intensywność i żywotność tych filmowych kadrów.

Od zawsze szukam w kinie silnych emocji, a tutejsze wprost rozsadzają ekran. Cenię też filmy, które udowadniają mi, jak niewiele warte są moje życiowe przekonania i zasady. Ciekawa jestem, ile kobiet, które uważają się za silne, niezależne i asertywne, i są przekonane, że za nic w świecie nie zaakceptowałyby krętactw i emocjonalnych huśtawek, potrafiłoby się oprzeć bohaterowi granemu przez Cassela. Bo mam wrażenie, że teoria teorią, a jednak w praktyce nie byłoby tak łatwo.:)

film-mon-roi

Dodaj komentarz

Filed under Film