Tag Archives: kino francuskie

Kronika filmowa: 11.06.2018

Gorącego lata ciąg dalszy, czyli hamaczek, wino, pigwóweczka, lody, spacery i rozbijanie się (dosłowne) na rowerze. Tak trzeba żyć! Nawet jeśli kosztem filmów.;)

Poniedziałek 14.05

„Beksińscy. Album wideofoniczny” („Beksińscy. Album wideofoniczny”) (2017), reż. Marcin Borchardt – 7/10 [doc]

Dokumentalna ekranizacja słynnej książki Magdaleny Grzebałkowskiej – „Beksińscy. Portret podwójny”. I teraz to już naprawdę muszę to w końcu przeczytać. Przy tej masie nagrań audiowizualnych, które pozostawili po sobie Beksińscy (setki godzin materiału z okresu około 50 lat), samo stworzenie albumu rodzinnego nie mogło stanowić problemu. Tym bardziej że reżyser ułatwił sobie sprawę, przeważnie trzymając się chronologii (spokojnie zmierzając od Sanoka do warszawskiego końca). Polepienie tego wszystkiego w 80 minut sensownego, spójnego i wciągającego filmu wymagało jednak pomysłu i kunsztu. „Album wideofoniczny” nie jest biografią, nie kreśli prawdziwego obrazu rodziny (jeśli coś takiego jak „prawdziwy obraz” w ogóle istnieje. w każdym razie nie da się stworzyć czegoś takiego, nie dywersyfikując źródeł). Pozwala jednak wczuć się w punkt widzenia bohaterów (poprzez to, co lubili, co im się podobało, czego słuchali, co mówili, co było dla nich ważne) i dostrzec w ostatniej rodzinie prawdziwych ludzi. Wcale nie aż tak różnych od nas. Po tym seansie nikt mnie już nie przekona, że Ogrodnik źle zagrał Tomka. Jak dla mnie (nie ujmując nic wybitnemu Andrzejowi Sewerynowi) Dawid był właśnie najlepszy.

Wtorek 15.05

„Bella i Sebastian 3” („Belle et Sébastien 3, le dernier chapitre”) (2017) (Dub), reż. Clovis Cornillac – 5/10

Dzieci podrastają i przestają być słodkie, psy zostają matkami i zatracają dotychczasową beztroskę. Tak jest. Tak musi być. Ale jednak szkoda. Tym bardziej że góry też tracą tu swoją wagę, a film zdaje się służyć bardziej rodzicom niż milusińskim. Jeśli szukacie bajki, która podstępnie oswoi Wasze dzieci z koniecznością zmiany otoczenia, to ta stanowczo Was wesprze. In (dodatkowy) minus: dużo dramatycznych dramatów, które nie dorównują kalibrem i powagą problemom czasu wojny czy realiom katastrofy. In plus: pieski (oprócz Garfielda Fort, Isabeau i Fripon Della Rocca Dei Patous) oraz fakt, iż „Bella i Sebastian 3” to całkiem niezły horror dla maluchów. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby postać Josepha wystraszyła dzieciaki bardziej niż Naziści i ogień. A może to jednak wada?;)

Środa 16.05

„Przebudzenie dusz” („Ghost Stories”) (2017), reż. Jeremy Dyson, Andy Nyman – 5/10 (5,5)

Pierwszych 20 minut filmu wygląda jak homemade TV show i nie zachwyca (mówiąc wprost: czułam się lekko zażenowana i wcale nie lekko znużona). Potem sytuacja ulega poprawie o tyle, że coś się wreszcie zaczyna dziać i z daleka wygląda nieźle (szkoda, że z bliska już niekoniecznie). Głównym bohaterem filmu jest człowiek, który poświęcił życie na demaskowanie zjawisk paranormalnych. W ramach przysługi dla swojego mistrza profesor Goodman decyduje się zbadać trzy przypadki rzekomych nawiedzeń. Do śledztwa zabiera się niczym Poirot i prowadzi sprawy z podobną flegmą. A choć bywa swojsko (Marek) i zabawnie (ghost story nr 2), przede wszystkim jest mało oryginalnie (widać, że twórcy naoglądali się „Mamy”, „Martwego zła”, „Naznaczonego” czy „To”), siermiężnie i nudno (nawet w ciut ambitniejszej końcówce). Na pewno nie strasznie. Ledwie drgnęłam na tych dwóch jumpscare’ach.

Czwartek 17.05

„Zimna wojna” („Zimna wojna”) (2018), reż. Paweł Pawlikowski – 7/10 (7,5)

Nareszcie wiem, kogo mi przypomina Joasia Kulig. Natalię Wodianową!:D Najbardziej osobisty film Pawła Pawlikowskiego. Tym razem nie tylko o Polsce, ale i o rodzicach. W czasach, gdy bycie sobą było ryzykowne, a bycie Polakiem – równie trudne co obecnie (też czasem wstyd się było przyznać i też oszołomy dyktowały, kto ma prawo Polakiem się nazywać). 3 rzeczy mogę powiedzieć o „Zimnej wojny” na pewno:

1. Film jest przepiękny! Wizualnie, muzycznie (gdy Mazowsze śpiewa o „Dwóch serduszkach”, to ja po prostu automatycznie ryczę. wrażliwość i słuch muzyczny bywają czasem przekleństwem. choć to oczywiście zacne wzruszenia, cenne i potrzebne). Zdjęcia, detale, stylówa, przyśpiewki, aranżacje jazzowe. Po prostu bajka!

2. Film jest rewelacyjnie nakręcony. Konstrukcja fabuły, reżyseria, aktorstwo (indywidualnie), wszystkie aspekty techniczne, na czele ze zdjęciami, stoją na wyjątkowo wysokim poziomie.

3. Między Kotem a Kulig nie ma cienia chemii. Nie pamiętam, czy Joasia kiedykolwiek miała z kimkolwiek chemię (nie pamiętam też właściwie, czy Tomasz miał), ale tutaj nie ma jej najbardziej. Naprawdę dojmująco. A to przecież film o miłości jest! Za ten zgrzyt malutki minus.

Niedziela 20.05

„Martyrs. Skazani na strach” („Martyrs”) (2008), reż. Pascal Laugier – 8/10

Jakie jest prawdopodobieństwo, że reżyser „Uciekaj!” widział „Martyrs”? Bo wydaje się, że duże. Dobrze, że nie wiedziałam, na co się porywam (sława tego filmu – tak brutalnego, że Francuzi byli bliscy jego zakazania, jakoś do mnie nie dotarła), bo nie wiem, czy bym się zdecydowała. Nie jest to może najstraszniejsza filmowa przemoc, jaką widziałam, ale faktycznie jest to przemoc krańcowa, skręcająca flaki, ponuro i długofalowo działająca na wyobraźnię (miałam już tak z „Sinisterem”. do dziś przechodzą mnie ciarki, gdy o nim myślę i mam opór, by projekcję powtórzyć). Okropnie dużo dźwięków wydawał pokój po seansie. Przez chwilę bałam się, że nie zasnę. „Martyrs” to horror o sensie cierpienia. Jakkolwiek to brzmi. Wiem, że pokusa zarzucenia filmowi Laugiera epatowania przemocą li tylko dla rozrywki jest duża, ale dla mnie od początku było jasne, że refleksja nad kondycją ludzkości była dla reżysera równie ważna. Film jest NAPRAWDĘ krwawy (aczkolwiek najgorszego przytomnie nie prezentuje. co też może być dowodem na to, że twórcy zależało na czymś więcej) i wybitnie nieprzyjemny (obrzydliwy i zarażający strachem), ale jednocześnie świetnie skonstruowany (składa się z 4 starannie przemyślanych części, z których każda kończy się mocnym zwrotem akcji. wszystko jest tu gwałtowne, ale metodyczne, bez cienia przegięcia czy chaosu) i przerażająco fascynujący (ciężko się oderwać). Takie kino grozy trafia się niezmiernie rzadko. Lojalnie przestrzegam, ale polecam! Jeśli w XXI wieku film potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, to znaczy, że jest dobry.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 04.06.2018

To był bardzo „budżetowy” tydzień (mimo długiego weekendu obejrzałam tylko 4 filmy, nie wyrabiając żadnego limitu i odwiedzając kino raptem 2 razy. OTOH byłam na super weselu i poprawinach, a w weekend wypasałam się w ogrodzie więc nie żałuję), a mimo to zrobiłam mało notatek (nagły atak silnej alergii tłumaczy mnie tylko trochę) i ciężko było mi się zabrać do tej Kroniki. Oj, lato, lato!:)

Poniedziałek 28.05

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” („Solo: A Star Wars Story”) (2018), reż. Ron Howard – 7/10

I had a really good feeling about this. I się sprawdziło. Przede wszystkim w osobie Aldena Ehrenreicha (chłopaka, którego bardzo lubię i który zdążył mnie zachwycić rolą w „Ave, Cezar!”). Jego Han, niepozbawiony Solowskiej pewności siebie i Fordowskiej łobuzerskości, jest psotny, wyluzowany i ma ten vibe, o który chodziło. Bez kopiowania, bez pretensji. To coś o wiele cenniejszego niż właściwy wygląd. Jeśli miałam w przypadku tego filmu jakieś kadrowe wątpliwości, to dotyczyły one Rona Howarda, ale szybko sobie przypomniałam, że nakręcił przecież „Willowa” (kultowe kino wielkiej przygody) i mi przeszło. „Han Solo” to rasowe kino awanturnicze. Pełne przepychu, spektakularnych efektów, dobrze osadzone i ładnie zgrane z poprzednimi filmami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” (wszystkie klocki zgrabnie wskakują na swoje miejsce, a jeden najwyraźniej złapał drugi oddech), choć nie skupia się wyłącznie na ogrywaniu sentymentów, tylko snuje własną przygodę. Może bez wielkich kreacji aktorskich, ale ze świetnie zgraną ekipą: oprócz Ehrenreicha z charyzmatycznym Donaldem Gloverem, bardzo Harrelsonowskim Woodym, diabolicznym Paulem Bettany i wciąż jeszcze Targaryenowską Emilią Clarke (dobrze, że mi to nie przeszkadza). Choć mnie się oczywiście jak zwykle najbardziej podobali Ci, którym było najtrudniej się zaprezentować i których gry aktorskiej nie sposób ocenić. Bo to właśnie Chewbacca Joonasa Suotamo i L3-37 Phoebe Waller-Bridge zostaną w sercu najdłużej.

Wtorek 29.05

„Ella i John” („The Leisure Seeker”) (2017), reż. Paolo Virzì – 6/10

Kolejny po „Zwariować ze szczęścia” film drogi Virzì’ego (pierwszy anglojęzyczny). Również oparty na mocnych kreacjach aktorskich (świetne role Helen Mirren i Donalda Sutherlanda) i opowiadający o próbie ucieczki przed nieuchronnym. Przeczytałam gdzieś, że wadą tego filmu jest przewidywalność. Naprawdę da się przewidzieć los starych schorowanych osób, które wyruszają w swoją ostatnią wspólną podróż? Normalnie szok i niedowierzanie! :D „Ella i John” to film o godzeniu się z losem, starością i chorobą. O pożegnaniu dwojga ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat byli sobie najbliżsi na świecie. Chorej na raka Elli, która trzyma się na nogach już tylko siłą niezmordowanej woli i jej chorego na Alzheimera męża, który bez niej dawno zatraciłby resztki tożsamości. Pożegnaniu podczas ostatniej wyprawy ukochanych kamperem. Do miejsc z przeszłości i dawnych marzeń. Brzmi to smutno? Bo jest smutne. Ale tylko w życiu jako takim. Na pewno nie u Virzì’ego! „Ella i John” to film ciepły i radosny, nie opłakujący życia, tylko je celebrujący. Prawdopodobnie uronicie parę łez, ale raczej nie powinniście załapać żadnej traumy. Ba! Niektórym ta opowieść wręcz pomoże. Mojej szefowej obraz ten natychmiast skojarzył się z jej ulubionym „Nad złotym stawem” Rydella. Tak że polecam Helen i Donalda fanom tego klasyka.

Środa 30.05

„Bakemono no ko” („Bakemono no ko”) (2015) (Sub), reż. Mamoru Hosoda – 7/10

Bestia i chłopiec. I wcale nie jest oczywiste, kto tu jest bestią. Co w sumie, bardzo się wpisuje w twórczość Mamoru Hosody – reżysera, który lubi się poruszać na styku światów ludzi i zwierząt. Głównym bohaterem filmu jest zły na cały świat mały chłopiec, który właśnie stracił matkę i który nie ma pojęcia, gdzie jest jego ojciec. Ren nie szuka opieki. Chce się nauczyć jak być samowystarczalnym i silnym. Gdy na jego drodze staje waleczny legendarny potwór, chłopiec decyduje się zostać jego uczniem. „Bakemono no ko” to film, który przede wszystkim pokazuje, ile jeszcze Chińczycy muszą się nauczyć, żeby dorównać do poziomu anime japońskiego. Myśli biegną do „Dużej ryby i begonii” automatycznie, bo oba filmy są opowieściami o przenikaniu się światów i czerpią z mitologii. Z tym że produkcja japońska robi to jednak wyraźnie lepiej. Bez chaosu, powoli, konsekwentnie, nie uciekając w tani romantyzm i nie próbując na siłę wycisnąć łez. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Hosoda nie rozgrywa tej historii na smutno. To nie słodkie, rozklejające widzów „Wilcze dzieci”. To oręż do ręki i uśmiech na drogę. Rubasznie szeroki.

Niedziela 03.06

„Bella i Sebastian 2” („Belle et Sébastien, l’aventure continue”) (2015) (Dub), reż. Christian Duguay – 6/10

Pytam Tatę, czy idziemy przykręcić wieszak, a on na to: „Tak, ale dopiero po piesku”. No skoro tak postawił sprawę. ;) Nie powiem, że da się przyzwyczaić do dubbingu w filmach aktorskich. Nie da się. Ale góry i zwierzęta potrafią trochę odwrócić uwagę. Akcja 2 części przygód Sebastiana i Belli rozgrywa się w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny. Nie zdradzając za wiele, powiem, że dla Sebastiana dramat się tak łatwo nie kończy. Na szczęście (lub nieszczęście opiekunów) chłopiec zdążył stać się jeszcze bardziej uparty i wystarczająco twardy, by dramatom nie odpuścić. A Bella dzielnie tu nad nim czuwa. Nie potrafię odpowiedzieć, czemu ta część filmu podobała mi się najbardziej. Tym bardziej że, choć dziejowo akuratna i niewykluczona, chwilami bywa nieprawdopodobna. Może dlatego że jest najbardziej przygodowa. Może ze względu na dynamikę Sebastian – Pierre. A może po prostu miałam nastrój na tę eskapadę. Ponownie w niewyobrażalnie pięknych okolicznościach przyrody. Wiadomo, że góry robią mi tak jak Tacie pieski. No dobra, fajne pieski też mi robią. ;) A Garfield jest super!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 28.05.2018

Osiągnęłam ostatnio taki poziom zaabsorbowania tym blogiem, że aż musiałam sobie zrobić odpoczynek od oglądania i konieczności pisania. Stąd ta ziejąca luka między poniedziałkiem a piątkiem.:)

Poniedziałek 14.05

„Prawdziwa historia” („D’après une histoire vraie”) (2017), reż. Roman Polański – 3/10

Trochę głupio zarzucać wydawcom, że dla kasy opublikują każdą, choćby wyjątkowo słabą książkę bestsellerowego autora, gdy samemu kręci się analogiczny film. Przeszło mi nawet przez myśl, że może Roman Polański wcale nie stracił tego członkostwa w Akademii z powodów kryminalno-obyczajowych, tylko dlatego że Akademia widziała „Prawdziwą historię”. W gruncie rzeczy ani prawdziwą, ani historię. Ot, filmiszcze, które da się (a wręcz nie da się nie) rozgryźć w parę minut i które nie sprawdza się nawet jako obraz o zgubnych skutkach przemęczenia i mechanizmach samoobrony. Fabuła jest tu schematyczna, aktorstwo przerysowane, za całą charakteryzację starcza brak grzebienia, okoliczności składają się w sposób wyjątkowo nieprawdopodobny, choć nawet to nie jest w stanie przełamać dojmującej nudy, a na dodatek chwilami film jest bardziej obrzydliwy od „Taxi 5” i „Strażników cnoty”. O ile nie wymagam uzasadnienia dla golizny w kinie, tak przerost fizjologii nad treścią zniesmacza mnie mocno. Mniej więcej tak jak kręcenie takich jałowych filmów.

*

„Zimowi bracia” („Vinterbrødre”) (2017), reż. Hlynur Pálmason – 6/10 (6,5)

„Das ganze Leben ist ein Krieg; jeder Tag ist eine Schlacht”. I kolejny dokument o górnikach. A nie, to jednak kino islandzkie (technicznie rzecz biorąc w połowie duńskie, ale jak dla mnie od progu głośno krzyczy „Ísland!”).:D Aczkolwiek wiecie, widząc tak wielki nacisk na obraz i dźwięk, łatwo się pomylić. Tym bardziej że realia pracy w kopalni zostały oddane bardzo wiernie, a dialogów w tym wszystkim jak na lekarstwo. „Zimowi bracia” to kino szlachetnie niepodobne do niczego (widać w tym sztukę, dokumentalne zacięcie i kino skandynawskie, ale trudno upchnąć ten obraz w konkretną szufladkę), zdecydowanie artystyczne (gdzie artyzm lekko i bezpretensjonalnie przechodzi od poetyckości do naturalizmu, a nawet brutalizmu), dyskretnie próbujące dokopać się do prawdy o człowieku, międzyludzkich relacjach i życiu. W trakcie seansu drastycznie wzrosło moje poczucie zagrożenia. I wcale nie potrzeba było do tego terrorystów. Wystarczyła przekonująca rola Elliotta Todda Crosseta Hove’a, by wyobraźnia zaczęła pracować na takich obrotach, że teraz trudno będzie ją zatrzymać.

Piątek 18.05

„Duża ryba i begonia” („Dayu haitang”) (2016) (Sub), reż. Xuan Liang, Chun Zhang – 7/10 (6,5)

Od kiedy delfin to ryba? Coś się tym Chińczykom pomerdało, i to koncertowo.:D Nie wiem, na ile ta głupota wynika z bazowania na chińskich legendach i traktatach („Soushen Ji”, „Shan Hai Jing” „Zhuangzi” etc.). Miejmy nadzieję, że się nie utrwali. Twórcy nie ukrywają, że nakręcili ten obraz przede wszystkim dla młodzieży, ale jak to zwykle bywa w przypadku azjatyckich animacji, film spokojnie nadaje się również dla dorosłych (w kinach leci z napisami, a nie z dubbingiem!). Oczywiście pod warunkiem, że nie macie alergii na bajki o miłości. „Duża ryba i begonia” traktuje bowiem o wielu rzeczach, w tym o siłach przyrody, sensie istnienia, wdzięczności i poświęceniu, ale nie ma co ukrywać, że przede wszystkim jest romansem. Ostrzegłam. Fabularnie film jest taką trochę chińską „Małą syrenką”, wizualnie ciąży zaś w stronę produkcji studia Ghibli. Co prawda brak mu kunsztu dzieł Ghibli i japońskiej powściągliwości (twórcy za bardzo mnożą wątki, za szybko gonią, niepotrzebnie ciągle podbijają dramatyzm i za mocno grają na uczuciach), ale to dopiero – w zasadzie niskobudżetowy (4 razy tańszy od „Spirited Away”) – debiut. Który wygląda wystarczająco ładnie. Uwaga! W napisach końcowych jest ukryty dość istotny mid-credit!

*

„Free Fire” („Free Fire”) (2016), reż. Ben Wheatley – 7/10

Zabawy z bronią. Bo nikt przecież nie uwierzy, że handlarze i terroryści tak bardzo nie potrafią trafić do celu (wymiana ognia trwa prawie godzinę i jest to chyba jakiś rekord). Gdyby o trafianie do celu chodziło, film byłby jednak bardzo krótki. Z wielką stratą dla widzów. Inspiracją do nakręcenia „Free Fire” był raport FBI z pewnej amerykańskiej strzelaniny, którą Wheatley postanowił przełożyć na warunki brytyjskie (czyli na brytyjską gangsterkę i brytyjski czarny humor. prywatnie dziękuję zwłaszcza za dowcip alpejski) i poetykę gier wideo (dokładniej rzecz biorąc Counter Strike’a, choć wywołane do tablicy przez duraqa z Filmwebu „Wormsy”, wydają się tu nawet lepszym tropem). Można „Free Fire” obejrzeć jak dopieszczony slow action movie (z wysokiej klasy aktorstwem i masą praktycznych efektów), można też spojrzeć na sytuację jak na „typowy poniedziałek w firmie”. Może bardziej hardkorowy od przeciętnego, ale poniekąd przerabialiśmy to kiedyś wszyscy.

Sobota 19.05

„Salut 7” („Salyut-7”) (2017), reż. Klim Shipenko – 6/10

Rosyjska superprodukcja o załodze Sojuza T-13, która w czerwcu 1985 roku musiała się zmierzyć z praktycznie niewykonalnym zadaniem ponownego uruchomienia uszkodzonej stacji kosmicznej Salut 7. Brzmi ciekawie? Nic dziwnego, bo to świetna, autentyczna historia. Niestety Rosjanie postanowili uczynić ją świetniejszą. Film Klima Szypienko oparty jest na faktach, które twórcy jednak celowo wybielają i modyfikują. Myślałby kto, że stacja Salut 7 ot tak wysiadła. Albo że jej zestrzelenie naprawdę wyhamowałoby radziecki program kosmiczny na 10 lat. Bzdury! A choć ogólny przebieg rozmów między kontrolą misji i załogą został w filmie mniej więcej odzwierciedlony, to już przebieg wydarzeń w rzeczywistości był w wielu miejscach całkiem inny – przede wszystkim o wiele mniej dramatyczny (zainteresowanych odsyłam do „real story”). Może dlatego „Salut 7” posługuje się wymyślonymi nazwiskami bohaterów. W załodze Sojuza T-13 byli przecież Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, a nie jakiś Fiodorow i Alechin, a misję nadzorował Walerij Riumin, a nie Szudin. W zaistniałych okolicznościach chyba jednak należy uznać tę produkcję za fikcję. Co smutne, fikcję mocno propagandową. „Salut 7” porównywany jest często do „Grawitacji” i trzeba przyznać, że nie są to porównania przesadzone. Film jest tak samo hollywoodzki, tak samo przegięty i chwilami równie głupi, a jednocześnie, mimo iż kosztował tylko 400 milionów rubli (ok. 6,5 mln $), zwłaszcza w scenach kosmicznych wygląda równie dobrze co dzieło Alfonso Cuaróna za 100 milionów zielonych. Jeśli w kinie kosmicznym szukacie przede wszystkim przygód i warstwy wizualnej, nie będziecie rozczarowani.

*

„Czas pionierów” („Vremya pervykh”) (2017), reż. Dmitriy Kiselev – 7/10 (6,5)

Kolejna rosyjska superprodukcja kosmiczna (z budżetem porównywalnym do „Saluta 7”, czyli w skali Hollywoodu „niski budżet”). Tym razem o misji kosmicznej statku Woschod 2, która odbyła się w dniach 18-19 marca 1965 i miała doprowadzić do pierwszego spaceru człowieka w otwartym kosmosie. I tu już twórcy nie bawili się w żadne przekręty, tylko opowiedzieli o prawdziwych kosmonautach – Pawle Bielajewie i Aleksieju Leonowie, być może trochę ubarwiając konkretne sceny, ale jednak trzymając się faktów (zarys „real story” tutaj). Przytomnym pomysłem było z pewnością zatrudnienie Leonowa jako konsultanta. Początkowo „Czas pionierów” reżyserował Jurij Bykow, ale po nakręceniu 2/3 części naziemnej producenci wymienili go na Dmitrija Kisielewa. Oficjalnie dlatego, że miał lepszą wizję. I być może poniekąd była to nawet prawda. Kisielew miał na pewno jasną wizję scen kosmicznych. Najlepszych w filmie. Nie gorszych niż w „Salucie 7”, a jednocześnie łączących efekty komputerowe z praktycznymi. Gdyby nie propaganda (w obu filmach nie tyle historyczna, co próbująca zagitować współczesnego widza), byłby to naprawdę dobry film. Aczkolwiek i tak dobrze się to ogląda.

Niedziela 20.05

„Bella i Sebastian” („Belle et Sébastien”) (2013) (Dub), reż. Nicolas Vanier – 6/10 (5,5)

Jak ja nie cierpię dubbingu! Gdyby nie góry, pewnie natychmiast bym ten film wyłączyła. Ponoć kiedyś dzieci zaczytywały się tą książką. Szkoda, że wyszła z mody, bo uczyła szacunku i miłości do zwierząt, którego dziś, często nawet dzieciom, niestety brakuje. „Bella i Sebastian” to prosta, wzruszająca opowieść o psie i jego chłopcu. Gdzieś tam w tle zostały przemycone treści poważniejsze, czyli oddolne działania Résistance w czasie II wojny, ale ogólnie wszystko kręci się tu wokół małego Sébastiena, Francuskich Alp i alpejskiej przyrody (z grającym Belle przesłodkim pirenejskim psem pasterskim Garfieldem na czele).

*

„Transporter: Nowa moc” („The Transporter Refueled”) (2015), reż. Camille Delamarre – 4/10

Reboot oryginalnej serii. Również traktujący o traffickingu, choć z innej perspektywy i – co oczywiste – ze zmianą na stanowisku Franka Martina. To jest podobno ta rola, dla której Skrien wymiksował się z „Gry o Tron”. I choć od Stathama lepszy nie jest, głównym problemem tego filmu jest słaby scenariusz, a nie jego występ. W tym miejscu muszę się przyznać, że z oryginalnych „Transporterów” lubię wyłącznie Jasona. Scenariusze i aktorstwo wołają tam o pomstę. „Transporter 2” był dla mnie źródłem tak głębokiego cierpienia, że po 3-kę nawet nie sięgnęłam. „Nowa moc” – wcale nie taka cukierkowa, z fajną dynamiką ojciec-syn, dobrymi scenami walki i co najmniej jedną niewyobrażalną medyczną głupotą – plasuje się dokładnie między 1-ką, a „długo, długo, nic”.

*

„Tam, gdzie rosną poziomki” („Smultronstället”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 5/10 (5,5)

To musiał być jakiś wyjątkowo nostalgiczny rok w życiu reżysera, skoro nakręcił aż 2 filmy o poziomkach (smultronstället to „miejsce, w którym rosną poziomki”, ale też idiom oznaczający „ulubione miejsce, do którego chętnie się wraca”. u Bergmana dodatkowo symbol niewinności). I ta poziomkowa część oczywiście bardzo mi się podoba. Niestety wspominki Isaaka Borg już niekoniecznie. Może i ten film jest faustowski. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo też zasnęłam. Bardziej wygląda mi to jednak na zwykły sentymentalizm, który próbowano mi sprzedać pod płaszczykiem czegoś wielkiego. Albo to po prostu zbyt zwyczajne i przesadnie humanistyczne kino jak dla mnie. Żadnych prawd przede mną nie odkryło. Nie wywołało też refleksji własnych. No może poza tą, że w pewnym wieku to aż strach zasnąć.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 14.05.2018

Na oko Tydzień Kina Francuskiego.;)

Poniedziałek 07.05

„Strażnicy cnoty” („Blockers”) (2018), reż. Kay Cannon – 6/10 (5,5)

Bardzo podobają mi się w „Strażnikach cnoty” archetypy rodziców. Niby czysto schematyczne, a jednak potrafiące zaskoczyć (rewelacyjna jest tu zwłaszcza postać ojca Sam), i mimo oczywistych błędów, które popełniają już w zarodku, łatwe do polubienia (no może poza mamą Julie. jej konsekwentnie życzyłyśmy więzienia). Gdyby nie humor skatologiczno-rzygany (nie rozumiem, czemu Amerykanie mają na niego takie parcie) w dwóch okropnych sekwencjach, byłby to naprawdę przyzwoity film. To znaczy nie wiem na pewno, bo na naszym seansie tylko my co i rusz rechotałyśmy.;) W każdym razie uważam, że chwilami było z czego. Niezdecydowanym polecam zapoznanie się z trailerem, do którego wpakowano wszystkie lub prawie wszystkie najgorsze sceny. Jeśli to Was nie odrzuci, to film tym bardziej.

*

„Kochankowie jednego dnia” („L’amant d’un jour”) (2017), reż. Philippe Garrel – 5/10 (5,5)

Czy filmy Philippe’a Garrela są autobiograficzne? Bo zdaje się mieć fioła na punkcie zdrady i spory żal do kobiet. Gdzie jak gdzie, ale tutaj to ja naprawdę nie wiem, po co ta narracja z offu. O ile w noiryzującym „Tranzycie” Petzolda miało to swój sens, o tyle w „Kochankach jednej nocy” ma sens wyłącznie pod warunkiem, że jest to ukłon w stronę osób niewidomych (audiodeskrypcja). Jak inaczej wyjaśnić fakt, iż co i rusz dostajemy w twarz objaśnieniami tego, co doskonale widać na ekranie (każdy głupi voice-over został wyraziście zagrany)? W pewnym momencie robi się wręcz z tego zabawa w zgadywanie, co za chwilę powie narrator. 100% trafień więc zero frajdy. Szkoda, bo to nie jest głupi film, tylko niepotrzebnie pretensjonalny.

Wtorek 08.05

„Ghostland” („Ghostland”) (2018), reż. Pascal Laugier – 8/10

Po rewelacyjnym openingu (mocnym, dynamicznym. Laugier nie traci czasu na długie wprowadzanie postaci i budowanie nastroju, lecz szybko przechodzi do rzeczy) pojawia się chwilowe zwątpienie w tę produkcję. Głównym środkiem wyrazu stają się jump scare’y, a postępowanie postaci nie grzeszy logiką. Na szczęście to tylko zasłona dymna dla prawdy. Prawdy, która lubi się wymykać. Bo reżyser lubi się pobawić. I chętnie Was w tę zabawę wciągnie. Z góry ostrzegam, że to raczej thriller niż horror (przynajmniej wedle klasycznej definicji). Choć jeśli jesteście szczególnie wrażliwi na przemoc, możecie uznać, że gatunek został jednak przypisany właściwie.

Czwartek 10.05

„Taxi 5” („Taxi 5”) (2018), reż. Franck Gastambide – 2/10

Rzygając śmiechem. Po pierwszych 15 minutach żenującej parodii oryginalnych „Taksówek” (bawiącej się motywami charakterystycznymi dla serii z subtelnością Pasibrzucha) myślałam, że gorzej być nie może. Ale oczywiście po raz kolejny nie doceniłam Francuzów. Nie mówię, że nie da się na tym obleśnym gniocie zaśmiać, ale to raczej śmiech przez ciężką rozpacz. Poza gościnnym udziałem Marsylii, Alaina, Giberta i Peugeota 406 z oryginalnym cyklem nie ma to absolutnie nic wspólnego, a (nieoczywiste) plusy tej produkcji kończą się na permanentnym wytrzeszczu i mocnych fryzurach włoskich mafiozów oraz vindieselowskiej aparycji Francka Gastambide. Ale to może zamiast iść do kina po prostu sobie gościa wygooglujcie?

Sobota 12.05

„Twarze, plaże” („Visages, villages”) (2017), reż. Agnès Varda, JR – 8/10 (8,5) [doc]

Lubię czasem obejrzeć jakiś film dokumentalny, który dotyka moich zainteresowań, zaskakuje i/lub zachwyca formą, ale zupełnie się na dokumentach nie znam więc miewam problemy z wyselekcjonowaniem czegoś dobrego. W takich momentach przydają się zorientowani koledzy. Tacy jak Maciek, dzięki któremu po raz pierwszy (i raczej nie ostatni) wylądowałam na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. W pierwszej kolejności na filmie, który bardzo chciałam zobaczyć (festiwal potrwa do końca tygodnia więc jeśli szukacie inspiracji, to odsyłam do świetnych polecanek). „Twarze, plaże” to jedna z najgłośniejszych (i najważniejszych) produkcji dokumentalnych zeszłego roku. Film stanowi zapis projektu, w ramach którego słynna fotografka i reżyserka Agnès Varda oraz francuski Banksy – JR – jeździli po prowincjonalnej Francji w poszukiwaniu ciekawych historii, ciekawych ludzi do wielkoformatowego uwiecznienia i fajnego materiału na pełny metraż. Efektem ich poczynań jest rozbrajająca sztuka podróżnicza. Piękna, nieskażona manierą, nierzadko wzruszająca, a chwilami rozczulająco śmieszna. Polecam!

Niedziela 13.05

Siódma pieczęć” („Det sjunde inseglet”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 8/10 (7,5)

Najprostszy możliwy pomysł na opowieść o ludzkiej egzystencji. Czasem najprostsze pomysły są najlepsze. Osobie, która wierzy, że sensem życia jest jedzenie, spanie i oglądanie filmów, ciężko jest wczuć się w kino tak głęboko filozoficzne, zwłaszcza w przeładowane symbolami kino religijne, toteż serdecznie dziękuję za postać Jönsa, cyniczny czarny humor, duży dystans i piękną Śmierć. Jako że nie mam żadnych pytań, podążyłabym drogą usypaną z poziomek. Gardząc średniowieczną mentalnością, ale nie gardząc bergmanowską wizją średniowiecznej Europy. Wspaniała jest!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej przypowiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2017 roku: TOP 30

Wiem, że niektórzy z Was lubili moje „top of the year”, a zwłaszcza ich formę, ale – krótka piłka – nie mam już ani czasu, ani siły na takie zabawy. Z tego względu mój TOP 25 2016 powstał dopiero w połowie 2017 roku i nigdy nie zyskał statusu wpisu (został jedynie dopisany do listy obejrzanych filmów). Chcąc pogodzić prośby o listę moich ulubionych filmów roku z moimi aktualnymi możliwościami „twórczymi”, postanowiłam opublikować tegoroczne zestawienie, opatrując je moimi komentarzami z Filmwebu. Wiem, że Was to nie zadowoli, ale albo tak, albo goła lista. Odpowiedź na pytanie, czemu TOP 25 rozmnożyło się do TOP 30, brzmi: To był po prostu świetny rok filmowy w moim życiu. Filmom dystrybuowanym w tym czasie przyznałam aż 6 10-ek! Oceny takie jak 9 czy 8,5 też pojawiały się częściej niż zazwyczaj. Gdybym ograniczyła mój TOP do 25 filmów, w zestawieniu starczyłoby miejsca tylko dla 4 ocen 8/10, a przecież bardzo dobre filmy (co, jak Wam wiadomo, w moim przypadku oznacza wszystkie filmy ocenione pomiędzy 8 a 10) zasługują na promocję.

Zestawienie zawiera filmy z lat 2016-2017 (2016 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Serce z kamienia” Guðmundura Arnara Guðmundssona, „Nazywam się Cukinia” Claude’a Barras czy „Toni Erdmann” Maren Ade, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2016, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2017 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

30. „The Square” („The Square”) (SWE/GER/FRA/DEN, 2017), reż. Ruben Östlund – „Turysta” spotyka „Zjazd absolwentów” i Lanthimosa. Östlund wciąż o kryzysie męskości, a nawet o kryzysie społeczeństwa. Boski Claes Bang. I tylko kota szkoda.

29. „Krew Saamów” („Sameblod”) (NOR/DEN/SWE, 2016), reż. Amanda Kernell – ładnie uchwycona społeczność, piękne zdjęcia, wspaniała Lene Cecilia Sparrok, cudowny ładunek emocji, ważny nienachalny przekaz, bardzo wymowne zakończenie.

28. „Psy” („Los Perros”) (FRA/CHI/ARG/GER, 2017), reż. Marcela Said – w mniejszym stopniu film o rozliczeniu zbrodni dyktatury, w większym o mężczyznach. W centrum wszystkiego zajebista kobieta z krwi i charakteru. Brawo, Zegers!

27. „Zasady wszystkiego” („The Rules for Everything”) (NOR, 2017), reż. Kim Hiorthøy – rozkoszny film o oswajaniu świata. Lekki czarny absurdalny humor skandynawski z dobrych czasów „Jabłek Adama” i „Historii kuchennych” powrócił!

26. „Miód dla dakini” („Munmo tashi khyidron”) (BHU, 2016), reż. Dechen Roder – fascynujący kryminał mistyczny. Mimo iż nie jest zbyt przebiegły, policyjna rozkmina i tak wciąga. Super wykonane (zdjęcia!). Nie widać, że to debiut z Bhutanu.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 23-29 stycznia 2017

„Ostatni będą pierwszymi” („Les premiers les derniers”) (BEL/FRA, 2016), reż. Bouli Lanners – tytuł filmu nie jest przypadkowy. „Ostatni będą pierwszymi” to – oprócz gangsterskiego kina drogi – rodzaj symbolicznej przypowieści. Co prawda nie czerpiącej z Biblii garściami, ale dość czytelnej i uświetnionej obecnością Jezusa (taki zeszłoroczny trend filmowy na zstąpienia z Nieba). Jezus nie jest co prawda głównym bohaterem (na pierwszym planie mamy dwie prostoduszne zagubione owieczki i dwa twarde, acz sprawiedliwe wilki), ale ostatecznie i tak kradnie spektakl. Jako że mowa o filmie belgijskim (w teorii jest to belgijsko-francuska koprodukcja, ale od początku widać i słychać, że to kino belgijskie czystej krwi), możecie sobie wyobrazić, w jakim stylu.:) Skoro już przy stylu jesteśmy, bardzo ładne są w tym filmie zdjęcia. Trochę przehadeerowane, ale niepokojąco mroczne i dobrze skomponowane. Za tło muzyczne robią oczywiście wariacje na temat country (pod wieloma względami, nie tylko muzycznym, Belgia jest już bardziej country-and-westernowa niż Stany). Lilium, Cheap Killers, Limousine (rzucam nazwami zespołów na wypadek, gdyby ktoś szukał). Dodatkową atrakcją filmu jest śpiewający Max von Sydow. To także jedna z nielicznych produkcji, w których listę płac (napisy) otwiera zwierzę, w tym przypadku pies Gibus. Szacun. 6/10

„W pionie” („Rester vertical”) (FRA, 2016), reż. Alain Guiraudie – nowy film Alaina Guiraudie to obraz o bardzo wielu rzeczach (zbyt wielu). O problemach francuskiej wsi, ojcostwie (w tym samotnym), godności ludzkiej, piętnie wykluczenia, katuszach procesu twórczego (chyba lepiej skończę z tym pisaniem, zanim mi zaszkodzi). Byłby to całkiem nudny film, gdyby nie był taki porypany i nie sprzedawał swoich ważkich przesłań z absurdalnym humorem na pograniczu snu i jawy. „W pionie” to rodzaj wspomaganego samobójstwa (inside joke). Wizję reżyser miał ciekawą, ale tak poprowadził scenariusz, że prawie nikt nie wyszedł z tego cało (choć aktorzy zrobili, co mogli). Naprawdę trudno się powstrzymać od utożsamienia Guiraudiego z głównym bohaterem. Widać, że chciał stworzyć coś wielkiego, ale to, co napisał, prezentuje się raczej jak coś wymęczonego na zamówienie. Cenię szczerość, jeśli coś miałoby mnie obrzydzić, to prędzej poród, na pewno nie genitalia, chwilami miałam jednak wrażenie, że Guiraudie próbował złapać za ogon zbyt wiele tabu jednocześnie. No dobra. Koniec narzekań. Film mógłby być lepszy, ale jest przynajmniej przyjemnie dziwny i zabawny (choć podejrzewam, że nikt nie bawił się przy nim tak jak montażysta), a w pamięci zostaje coś więcej niż malownicze pejzaże i ładne zdjęcia. 6/10

„Dlaczego on?” („Why Him?”) (USA, 2016), reż. John Hamburg – dlaczego on? Dlaczego ten film? Czemu na niego poszłam? Czemu nie sprawdziłam, że reżyserem jest autor „Nadchodzi Polly” (filmu, którego szczerze nienawidzę. nie licząc fretki, po całości)? Nie jestem jakąś szczególną fanką filmu „Poznaj mojego tatę”, ale przy produkcji Hamburga jawi się on jako arcydzieło gatunku. „Dlaczego on?” to kolejna głupawa, niesmaczna pseudokomedia, w której dźwignią dowcipu są przekleństwa (więcej fucków niż dialogów) i fizjologia. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny (jedyne jakoś tam śmieszne) rozgrywają się w toalecie. Od poziomu totalnego klozetu ratuje przedsięwzięcie jedynie talent mimiczny Briana Cranstona. Bez jego wkładu film byłby całkowicie niejadalny. 2/10

„Manchester by the Sea” („Manchester by the Sea”) (USA, 2016), reż. Kenneth Lonergan – idąc na seans, wiedziałam, że: a) jest to film o człowieku, który po śmierci brata wraca do rodzinnej miejscowości, by zająć się synem zmarłego. b) film jest rewelacyjnie zagrany, a Oscar dla Afflecka jest już praktycznie przyklepany, c) reżyserowi udało się uniknąć typowego dla takich opowieści tonu, d) należy ze sobą zabrać pudło chusteczek, bo wszyscy na tym ryczą. Ostatecznie okazało się, że: a) „Manchester by the Sea” jest kroniką nieszczęść całej rodziny głównego bohatera (a jest tych nieszczęść dużo. ciut za dużo. i to jest właśnie jedno z moich nielicznych zastrzeżeń wobec tego filmu), b) aktorzy faktycznie dali z siebie wszystko, a Casey zasłużył na nagrody, chociaż tak prywatnie największe wrażenie zrobiła na mnie Michelle Williams (z gracją przebiła się przez moje osłony, no i wycisnęła tę drobną rólkę do ostatniej kropli), c) mimo ciężkiej tematyki film ciężki nie jest. nie jest to klasyczny wyciskacz łez. wręcz przeciwnie – Lonergan postawił przede wszystkim na dystans i humor (czarny, zgryźliwy, sytuacyjny. może nie tak dobitny jak w „Ostatniej rodzinie”, ale podobny), d) w pewnym momencie (głównie dzięki Michelle Williams) rzeczywiście się wzruszyłam, ale obeszło się bez powodzi (niestety nie mogę Wam zagwarantować, że chusteczki Wam się nie przydadzą. byłam na filmie w towarzystwie i każde z nas zareagowało inaczej). Moim jedynym poważnym zarzutem względem tego obrazu jest sposób wykorzystania muzyki. Hiciory Händla (którego szczerze kocham, ale umieszczanie jego dzieł w filmach to często szantaż emocjonalny) nie pasują do tej produkcji (przejmujące monumentalne tony w obrazie, który teoretycznie próbuje być kameralny, dają poczucie sporego dysonansu) i drażnią. Do czasu nakręcenia „Manchesteru by the Sea” Kenneth Lonergan był twórcą niekomercyjnym (reżyserem intrygującej „Margaret” i cudownego „Możesz na mnie liczyć”). W zeszłym roku opłaciło mu się stanąć na rozstaju, ale mam nadzieję, że dalej już nie pójdzie. Szkoda by było takiego utalentowanego gościa dla Hollywoodu. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – recenzję popełniłam w zeszłym tygodniu i nie planuję pisać drugiej, ale jak widać, przez tydzień zmieniła się ocena. :) Czemu? Ano temu, że po powrocie z seansu nie mogłam przestać myśleć o tym widowisku. Szybko zaczęłam się też łapać na wyciu filmowych piosenek (oczywiście ulubioną stało się „Another Day Of Sun”. utwór, który najbardziej mi się nie podobał w trailerze:). Bo na reklamach przed drugim seansem przebierałam nogami, nie mogąc się doczekać, a gdy już się zaczęło, moje stopy pląsały, a wargi układały się do śpiewu. Bo za drugim razem film rozbawił mnie nawet bardziej (zwłaszcza Ryan. zwłaszcza w scenie przy basenie:), a nawet wzruszył. Bo świat tak nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądał, ale kto nam zabroni marzyć? Kto nam zabrania widzieć tylko to, co piękne? I pamiętajcie, idealny scenariusz nie istnieje, a gdyby nawet istniał, nie ma gwarancji, że byłby lepszy od aktualnego. Warto mieć też na uwadze to, że kiedy w labiryncie zamykają się drzwi, zwykle gdzieś otwierają się jakieś inne. Gdyby taki Chazelle zrobił karierę muzyczną, tak jak planował, nie zostałby genialnym reżyserem. I pewnie też byłoby dobrze, i nie wiedzielibyśmy, co straciliśmy więc nie zabolałaby nas ta strata, a jednak tak bardzo się cieszę, że wyszło tak, jak wyszło. 9,5/10 [P]

filmy-ostatni-beda-pierwszymi-w-pionie-dlaczego-on-manchester-by-the-sea-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film