Tag Archives: kino filipińskie

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie emigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Film: „Metro Manila” (2013)

Tytuł oryginalny: „Metro Manila
Reżyseria: Sean Ellis
Zdjęcia: Sean Ellis
Muzyka: Robin Foster
Moja ocena: 7/10

Drugi pełny metraż Seana Ellisa to prawdopodobnie jeden z najbardziej niedocenionych filmów 2013 roku. Był co prawda nagradzany na różnych festiwalach (zdobył między innymi nagrodę publiczności w Sundance), ogłoszono go najlepszym niezależnym brytyjskim filmem roku i brał udział w oscarowym wyścigu, ale poza UK, Filipinami i USA nie jest specjalnie znany. A szkoda.

Akcja filmu rozgrywa się w stołecznym regionie Filipin Metropolitan Manila, zwanym powszechnie Metro Manila. Główny bohater – dobroduszny farmer Oscar – nie mogąc wyżywić rodziny z pracy na roli, decyduje się zabrać żonę i dwoje małych dzieci do stolicy i tam poszukać szczęścia. Duże miasto to duże możliwości, ale też wielu chętnych, żeby wykorzystać sytuację, dlatego początek nowego życia usłany różami nie jest. Kiedy wreszcie pojawia się światełko w tunelu, okazuje się, że wszystko ma swoją cenę.

Tematyką slumsów i surowością wykonania „Metro Manila” przypomina trochę brazylijskie „Miasto Boga”. Nie ma tu może aż tak drastycznej przemocy, ale w końcu to nie przemoc ma nas uderzać w tego typu obrazach. Film został nakręcony w całości na Filipinach, w języku tagalog, z którego brytyjski reżyser nie rozumiał ani słowa. Tłumaczenie scenariusza z angielskiego na filipiński koordynował odtwórca głównej roli Jake Macapagal. On też zwerbował resztę obsady.

Jednym z powodów, dla których Ellis zdecydował się kręcić w Manili, był brak funduszy. Budżet filmu stanowiło £250,000, które uzyskał, zastawiając hipotekę swojego domu, a zdjęcia nakręcił własnoręcznie Canonem 5D.

film-metro-manila

Dodaj komentarz

Filed under Film