Tag Archives: kino europejskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 23-29 stycznia 2017

„Ostatni będą pierwszymi” („Les premiers les derniers”) (BEL/FRA, 2016), reż. Bouli Lanners – tytuł filmu nie jest przypadkowy. „Ostatni będą pierwszymi” to – oprócz gangsterskiego kina drogi – rodzaj symbolicznej przypowieści. Co prawda nie czerpiącej z Biblii garściami, ale dość czytelnej i uświetnionej obecnością Jezusa (taki zeszłoroczny trend filmowy na zstąpienia z Nieba). Jezus nie jest co prawda głównym bohaterem (na pierwszym planie mamy dwie prostoduszne zagubione owieczki i dwa twarde, acz sprawiedliwe wilki), ale ostatecznie i tak kradnie spektakl. Jako że mowa o filmie belgijskim (w teorii jest to belgijsko-francuska koprodukcja, ale od początku widać i słychać, że to kino belgijskie czystej krwi), możecie sobie wyobrazić, w jakim stylu.:) Skoro już przy stylu jesteśmy, bardzo ładne są w tym filmie zdjęcia. Trochę przehadeerowane, ale niepokojąco mroczne i dobrze skomponowane. Za tło muzyczne robią oczywiście wariacje na temat country (pod wieloma względami, nie tylko muzycznym, Belgia jest już bardziej country-and-westernowa niż Stany). Lilium, Cheap Killers, Limousine (rzucam nazwami zespołów na wypadek, gdyby ktoś szukał). Dodatkową atrakcją filmu jest śpiewający Max von Sydow. To także jedna z nielicznych produkcji, w których listę płac (napisy) otwiera zwierzę, w tym przypadku pies Gibus. Szacun. 6/10

„W pionie” („Rester vertical”) (FRA, 2016), reż. Alain Guiraudie – nowy film Alaina Guiraudie to obraz o bardzo wielu rzeczach (zbyt wielu). O problemach francuskiej wsi, ojcostwie (w tym samotnym), godności ludzkiej, piętnie wykluczenia, katuszach procesu twórczego (chyba lepiej skończę z tym pisaniem, zanim mi zaszkodzi). Byłby to całkiem nudny film, gdyby nie był taki porypany i nie sprzedawał swoich ważkich przesłań z absurdalnym humorem na pograniczu snu i jawy. „W pionie” to rodzaj wspomaganego samobójstwa (inside joke). Wizję reżyser miał ciekawą, ale tak poprowadził scenariusz, że prawie nikt nie wyszedł z tego cało (choć aktorzy zrobili, co mogli). Naprawdę trudno się powstrzymać od utożsamienia Guiraudiego z głównym bohaterem. Widać, że chciał stworzyć coś wielkiego, ale to, co napisał, prezentuje się raczej jak coś wymęczonego na zamówienie. Cenię szczerość, jeśli coś miałoby mnie obrzydzić, to prędzej poród, na pewno nie genitalia, chwilami miałam jednak wrażenie, że Guiraudie próbował złapać za ogon zbyt wiele tabu jednocześnie. No dobra. Koniec narzekań. Film mógłby być lepszy, ale jest przynajmniej przyjemnie dziwny i zabawny (choć podejrzewam, że nikt nie bawił się przy nim tak jak montażysta), a w pamięci zostaje coś więcej niż malownicze pejzaże i ładne zdjęcia. 6/10

„Dlaczego on?” („Why Him?”) (USA, 2016), reż. John Hamburg – dlaczego on? Dlaczego ten film? Czemu na niego poszłam? Czemu nie sprawdziłam, że reżyserem jest autor „Nadchodzi Polly” (filmu, którego szczerze nienawidzę. nie licząc fretki, po całości)? Nie jestem jakąś szczególną fanką filmu „Poznaj mojego tatę”, ale przy produkcji Hamburga jawi się on jako arcydzieło gatunku. „Dlaczego on?” to kolejna głupawa, niesmaczna pseudokomedia, w której dźwignią dowcipu są przekleństwa (więcej fucków niż dialogów) i fizjologia. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny (jedyne jakoś tam śmieszne) rozgrywają się w toalecie. Od poziomu totalnego klozetu ratuje przedsięwzięcie jedynie talent mimiczny Briana Cranstona. Bez jego wkładu film byłby całkowicie niejadalny. 2/10

„Manchester by the Sea” („Manchester by the Sea”) (USA, 2016), reż. Kenneth Lonergan – idąc na seans, wiedziałam, że: a) jest to film o człowieku, który po śmierci brata wraca do rodzinnej miejscowości, by zająć się synem zmarłego. b) film jest rewelacyjnie zagrany, a Oscar dla Afflecka jest już praktycznie przyklepany, c) reżyserowi udało się uniknąć typowego dla takich opowieści tonu, d) należy ze sobą zabrać pudło chusteczek, bo wszyscy na tym ryczą. Ostatecznie okazało się, że: a) „Manchester by the Sea” jest kroniką nieszczęść całej rodziny głównego bohatera (a jest tych nieszczęść dużo. ciut za dużo. i to jest właśnie jedno z moich nielicznych zastrzeżeń wobec tego filmu), b) aktorzy faktycznie dali z siebie wszystko, a Casey zasłużył na nagrody, chociaż tak prywatnie największe wrażenie zrobiła na mnie Michelle Williams (z gracją przebiła się przez moje osłony, no i wycisnęła tę drobną rólkę do ostatniej kropli), c) mimo ciężkiej tematyki film ciężki nie jest. nie jest to klasyczny wyciskacz łez. wręcz przeciwnie – Lonergan postawił przede wszystkim na dystans i humor (czarny, zgryźliwy, sytuacyjny. może nie tak dobitny jak w „Ostatniej rodzinie”, ale podobny), d) w pewnym momencie (głównie dzięki Michelle Williams) rzeczywiście się wzruszyłam, ale obeszło się bez powodzi (niestety nie mogę Wam zagwarantować, że chusteczki Wam się nie przydadzą. byłam na filmie w towarzystwie i każde z nas zareagowało inaczej). Moim jedynym poważnym zarzutem względem tego obrazu jest sposób wykorzystania muzyki. Hiciory Händla (którego szczerze kocham, ale umieszczanie jego dzieł w filmach to często szantaż emocjonalny) nie pasują do tej produkcji (przejmujące monumentalne tony w obrazie, który teoretycznie próbuje być kameralny, dają poczucie sporego dysonansu) i drażnią. Do czasu nakręcenia „Manchesteru by the Sea” Kenneth Lonergan był twórcą niekomercyjnym (reżyserem intrygującej „Margaret” i cudownego „Możesz na mnie liczyć”). W zeszłym roku opłaciło mu się stanąć na rozstaju, ale mam nadzieję, że dalej już nie pójdzie. Szkoda by było takiego utalentowanego gościa dla Hollywoodu. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – recenzję popełniłam w zeszłym tygodniu i nie planuję pisać drugiej, ale jak widać, przez tydzień zmieniła się ocena. :) Czemu? Ano temu, że po powrocie z seansu nie mogłam przestać myśleć o tym widowisku. Szybko zaczęłam się też łapać na wyciu filmowych piosenek (oczywiście ulubioną stało się „Another Day Of Sun”. utwór, który najbardziej mi się nie podobał w trailerze:). Bo na reklamach przed drugim seansem przebierałam nogami, nie mogąc się doczekać, a gdy już się zaczęło, moje stopy pląsały, a wargi układały się do śpiewu. Bo za drugim razem film rozbawił mnie nawet bardziej (zwłaszcza Ryan. zwłaszcza w scenie przy basenie:), a nawet wzruszył. Bo świat tak nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądał, ale kto nam zabroni marzyć? Kto nam zabrania widzieć tylko to, co piękne? I pamiętajcie, idealny scenariusz nie istnieje, a gdyby nawet istniał, nie ma gwarancji, że byłby lepszy od aktualnego. Warto mieć też na uwadze to, że kiedy w labiryncie zamykają się drzwi, zwykle gdzieś otwierają się jakieś inne. Gdyby taki Chazelle zrobił karierę muzyczną, tak jak planował, nie zostałby genialnym reżyserem. I pewnie też byłoby dobrze, i nie wiedzielibyśmy, co straciliśmy więc nie zabolałaby nas ta strata, a jednak tak bardzo się cieszę, że wyszło tak, jak wyszło. 9,5/10 [P]

filmy-ostatni-beda-pierwszymi-w-pionie-dlaczego-on-manchester-by-the-sea-la-la-land

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 16-22 stycznia 2017

„Po prostu przyjaźń” („Po prostu przyjaźń”) (POL, 2016), reż. Filip Zylber – za SJP (może ktoś powinien podesłać słownik pani Karolinie Szablewskiej. tak na przyszłość): „Przyjaźń” = „bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdej okoliczności”. No, to bardzo mi przykro, ale jedyne przyjaźnie, na jakie możecie liczyć w tym filmie, to papierowe, ocierające się o paragraf (układ Szymon – Antek przechodzi wszelkie pojęcie), naciągane i nieistniejące. Prawie dałam się przekonać, że innych nie ma. Oczywiście na tym „zalety” tej produkcji się nie kończą. Jest jeszcze koszmarnie nudna i z każdą minutą (a ostrzegam, że jest to obraz długaśny niczym rolka toaletowego papieru) coraz bardziej ciąży ku wyjątkowo marnej telenoweli. Gdyby nie urok Grzegorza Damięckiego i magia Tatr (ukochane widoki), czas poświęcony na zapoznanie się z tym gniotem byłby całkowicie stracony, a tak jest tylko stracony. Nie polecam! 2,5/10

„Powidoki” („Powidoki”) (POL, 2016), reż. Andrzej Wajda – czy tylko ja szłabym do żołnierza wyklętego z chlebem, a nie z ryzą papieru?:/ Wiecie, najgorsze, że to znowu idzie. W telewizji uskutecznia się iście peerelowską propagandę, z podstawy programowej usuwa się Wałęsę czy teorię ewolucji, do spisu lektur wciska się (miłego władzy) Rymkiewicza zamiast Miłosza, a za granicą planuje się promować Ziemkiewicza zamiast artystów. Jak skończą z historią i literaturą, dobiorą się i do reszty sztuki, nie miejcie złudzeń. W końcu już od dawna polscy ministrowie kultury wolą budować termy i potworne kościoły niż dofinansowywać kulturę. Tylko patrzeć, a nie będzie czego zbierać. „Powidoki”, czyli opowieść o ostatnich latach życia wybitnego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego, który co prawda poległ w starciu z komunistyczną machiną, ale zrobił to na własnych warunkach – dziełem sztuki nie są (przy Strzemińskim i Kobro nie leżały), nie są też jakimś wybitnie dobrym filmem (choć dużo lepszym od rosyjskiego „Chagall – Malewicz” Mitty). To bardziej wykład z historii sztuki i lekcja historii niż wielkie kino (widać i słychać, że twórcy mieli problemy ze scenariuszem. kuleje też drugoplanowe aktorstwo), które z pewnością nie prezentowałoby się tak przyzwoicie, gdyby nie wszystkie wykorzystane w nim eksponaty (obrazy obrazami, ale ten design, meble!) i – przede wszystkim – Bogusław Linda (fantastyczna rola. być może życiówka). Film ten powstał jednak w dobrym momencie. I raczej nieprzypadkowo. Zakończyć karierę czymś tak bardzo na czasie i złowieszczym, to chyba dla artysty marzenie. 7/10

„Wielki Mur” („The Great Wall”) (CHN/USA, 2016), reż. Yimou Zhang – mix chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „GoT”, „Jurassic Park” i „World War Z”. Reżyserem tego miszmaszu jest Yimou Zhang. Tylko czy Yimou Zhang o tym wie? Więcej na temat filmu tutaj. 4/10

„Split” („Split”) (USA, 2016), reż. M. Night Shyamalan – 50 twarzy Greya. No dobra, 24, z czego 8 wyraźnych, w tym 5 odpicowanych. Chyba na stare lata Shyamalana pokocham. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – o dziwo (jak wiadomo, nie cierpię musicali), najlepsza jest z tego muzyka. :D Więcej na temat filmu tutaj. 9,5/10 [Po pierwszym seansie było 8, ale jednak kocham:]

filmy-po-prostu-przyjazn-powidoki-wielki-mur-split-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 09-15 stycznia 2017

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciuti”) (ITA, 2016), reż. Paolo Genovese – to jeden z tych filmów, które nie wymagają długiego komentarza. To po prostu trzeba zobaczyć. I chociaż uważam, że Genovese sknocił końcówkę – przedobrzył, to jednak wszystko to, co się tu dzieje wcześniej, przesądza o wysokiej jakości, zwłaszcza świetny montaż. Jeśli lubicie konfrontacyjne kino gadane pokroju „Rzezi”, „Sierpnia w hrabstwie Osage” czy „To tylko koniec świata”, to włoska lekka (nie mylić z banalną), przezabawna, lecz przenikliwa, a nadto bardzo płynna odsłona takiej poetyki na pewno przypadnie Wam do gustu. Nie tylko pomysłem (to film o grupie bardzo bliskich, bardzo zżytych przyjaciół i ich życiowych partnerów, którzy podczas wspólnej kolacji postanawiają przeprowadzić test zaufania i szczerości, dzieląc się przez ten czas swoimi rozmowami telefonicznymi, SMS-ami i powiadomieniami, oczywiście w konsekwencji każda z osób dzieli się czymś więcej. niekoniecznie tym, czym by chciała) i zwrotami akcji (a nawet zwrotami charakterów. Lele FTW!), ale też wspaniałymi dialogami i solidnym aktorstwem. Polecam! 7,5/10

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – tak, to nie pomyłka, już recenzowałam ten film. But you know what? Podniosłam ocenę:D I powiem tak: Jeśli drzemie w Was serce asasyna (serce Wikinga też się nada), to nie słuchajcie krytyków i idźcie do kina. Tylko niech tym kinem będzie IMAX (jeżeli piwo daje +1 do oceny, to IMAX najwyraźniej daje +2;P). Jeśli zaś nie lubicie tego typu filmów i chcecie to zobaczyć wyłącznie z ciekawości, to raczej będą to wyrzucone pieniądze. No chyba że pójdziecie na to w towarzystwie loży szyderców. Takie wyjścia z reguły dostarczają sporo radochy:) Luźne spostrzeżenia: Za drugim razem dialogi nie wkurzały mnie tak jak za pierwszym. Nadal są złe (więc nie ma mowy o ocenie bardzo dobrej), ale w sumie bywało gorzej (patrz: chociażby „Jack Reacher: Nigdy nie wracaj”), poza tym, od kiedy to w filmach o wojownikach dialogi odgrywają taką istotną rolę? Mogłyby, nie obraziłabym się, ale kurczę, „Valhalla Rising”! Bywa, że w ogóle nie są potrzebne:) Na pewno za drugim podejściem bawiłam się lepiej niż za pierwszym. Trochę tak jak Michael podczas kręcenia (swoją drogą, to złudzenie, czy po hiszpańsku Fassbender mówi jednak dużo lepiej niż po polsku? jego akcent tak nie razi i przynajmniej sepleni). Wiem, że niektórzy traktują słynne „What the fuck is going on?!” (ani chybi mem będzie) jako recenzję tego filmu, ja jednak kocham tę scenę:) Pisałam, że współczesności jest tu więcej niż Andaluzji A.D. 1492, i jest to prawda, ale te 3 hiszpańskie sekwencje są jednak dłuższe i jeszcze doskonalsze, niż mi się zdawało. Z kolei Michael paraduje bez koszulki krócej, niż sądziłam (to poważna wada).;D Zgodnie z przewidywaniami muzyka brzmi w IMAX-ie tak, że przechodzą ciary. Jako że Jed Kurzel jest wyjątkowo wszechstronnym kompozytorem (porównajcie sobie – w Spotify choćby – score’y do „Macbetha” i „Assassin’s Creed”. to jest dopiero rozpiętość), Junkie XL ma prawo czuć się zagrożony:) Gwoli uściślenia: Większość zdjęć do filmu nakręcono w prawdziwych lokacjach, m.in. w Andaluzji i na Malcie. Tak samo jak „Mad Max: Fury Road” „Assassin’s Creed” jest trochę podrasowany komputerowo, ale twórcy postawili przede wszystkim na efekty praktyczne i kaskaderów. Green screenu jest tu niewiele, zamiast cyfrowego duplikowania ludzi postawiono na statystów, walki z udziałem Fassbendera i Labed to w 95% ich własna robota, choreografie walk nadzorował Ben Cook, za parkour odpowiadał słynny Damien Walters. On też naprawdę wykonał leap of faith. Ze 125 stóp (38 metrów) bez zabezpieczeń. Zresztą sami zobaczcie:) 7,5/10 [P]

„Sing” („Sing”) (USA/UK/JPN, 2016), reż. Christophe Lourdelet, Garth Jennings – umówmy się, że „zaczniesz śpiewać i jakoś pójdzie” to bujda na resorach. Wciąż pamiętam ten dzień. Miałam 8 lat i byłam na drugich w życiu koloniach. Dobra atmosfera, troskliwa wychowawczyni, sympatyczni ludzie wokół. Kiedy wmanewrowali mnie w publiczne zaśpiewanie piosenki, nie protestowałam. Na próbach szło dobrze więc się nie bałam. Kiedy wyszłam na scenę, najpierw mnie zatkało, a gdy w końcu zaczęłam śpiewać… było źle i z każdym wersem coraz gorzej. Nie pamiętam, czy dowyłam do końca (wiem, że po wszystkim dali mi czekoladę), wciąż mam jednak przed oczami tę mieszaninę współczucia i grozy na twarzach widowni. Dziś pękłabym ze śmiechu (to taka filmowa scena była i to w paru różnych gatunkach), wtedy popłakałam się ze złości i obiecałam sobie, że nigdy więcej publicznie nie zaśpiewam („Deszczowa piosenka” nad ranem po imprezie się nie liczy). Za taki zwiastun jak ten singowy to się bęcki należą. Nie minęło 30 sekund trailera, a już wiedziałam, że nie chcę tej produkcji nigdy oglądać. Dotarłam na „Sing” wyłącznie dlatego że początek roku nie obfitował w premiery, 2 koleżanki zapewniły mnie, że film ujdzie, a w mojej sieci kin znalazły się ze 3 kopie z napisami (to smutne, ale w departamencie animacji napisy to ostatnimi laty prawdziwe święto). Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to wcale nie jest film o talent showie (choć na to właśnie wyglądał), a bardziej o prowadzeniu teatru. Że głównym bohaterem jest koala z głową pełną ideałów (w tej roli bardzo fajny McConaughey. nie wiem, czemu myślałam, że to Ed), a występy muzyczne to tylko nieszkodliwy dodatek (da się ich słuchać). Śmiałam się na tym tylko raz, ale za to jak (myjnia samochodowa wymywa!)! :D No może więcej niż raz, jeśli policzyć chichot na widok psiego bandu. Wersja z napisami naprawdę spoko. 6/10

„Konwój” („Konwój”) (POL, 2016), reż. Maciej Żak – jeśli to ma być odtrutka na Vegę (tak twierdzi Michał Walkiewicz), to poproszę kolejnego „Pitbulla”. Filmy Patryka są przynajmniej spójne i konsekwentne. Tutaj – w ponurej, mocno sensacyjnej historii o służbie więziennej, która próbując wyręczać sądy, całkiem traci kontakt z rzeczywistością – nic się kupy nie trzyma (co wkurza tym bardziej, że była szansa postawienia ważkiego pytania „Czy wolno nam?”, którą z kretesem zmarnowano na głupoty). Jak na incydent zbyt dobrze jest to zorganizowane, jak na proceder zbyt krzykliwe, ślepa krucjata Batmana Nowackiego jest fatalnie umotywowana, nie tylko dlatego że straty po stokroć przewyższają zyski. Jeśli coś się tu broni, to ewentualnie zakończenie i rola Ireneusza Czopa (reszty aktorów nie oceniam ze względu na kuriozalność postaci, które grają). Dobra jest muzyka Antoniego Łazarkiewicza, a Michał Sobociński zrobił porządne zdjęcia. 4,5/10

„Kot Bob i ja” („A Street Cat Named Bob”) (UK, 2016), reż. Roger Spottiswoode – w roli kota Boba kot Bob (ponoć zrobili casting do tej roli, ale żaden kot nie sprostał. koci profesjonaliści robią więc tutaj za dublerów i kaskaderów, a przez większość filmu na ekranie pojawia się prawdziwy Bob. nie dziwi mnie ta decyzja. he’s a natural!), tak że jest jakiś atut. Nie można też powiedzieć, że to film bez przesłania: Ludzie wolą pomagać kotom niż ludziom, proste. A człowiek z kotem zyskuje seal of approval tak samo jak przetestowane przez kota mięso. „Kot Bob i ja” to prawdziwa historia chłopaka, który wplątawszy się w narkotyki, upadł na samo dno i który odbił się od niego z pomocą ludzi i rezolutnego rudego kota. Film Spottiswoode’a jest ciepły, a nawet zabawny, ale też bardzo czułostkowy i niepozbawiony patosu. Jestem niemal pewna, że rzeczywistość prawdziwego Jamesa nie wyglądała tak kolorowo. Ale może tego typu pokrzepienie jest ludziom potrzebne. 5/10

„Ja, Olga Hepnarova” („Já, Olga Hepnarová”) (CZE/SVK/POL/FRA, 2016), reż. Petr Kazda, Tomás Weinreb – papierosy, seks i fochy. Palenie zamiast aktorstwa (niemalże w każdej pauzie. sprytny unik, ale sztuka żadna), modne czarno-białe zdjęcia (zapewne ze względów artystycznych, choć ja myślę, że są tu raczej po to, by ukryć, iż zamiast białego wina w butelkach była woda;P), chaotyczny, nieprzemyślany montaż (ciekawe, czy ktokolwiek z twórców pamięta, na jakiej zasadzie ten obraz cięli i kleili), insynuacje zamiast diagnozy. 10 lipca 1973 roku młoda Czeszka – Olga Hepnarová – wjechała ciężarówką w grupę ludzi stojących na przystanku. Do dziś trwają dyskusje na temat motywów dziewczyny i jej kondycji mentalnej. Nie wiem, czy prawdziwa Hepnarová była chora psychicznie. Patrząc przez pryzmat filmowej, nie bardzo. Olszańska od początku do końca zachowuje się raczej jak emo niż osoba częściowo niepoczytalna. Ciekawa też jestem, czy zestawianie problemów i wybuchów bohaterki z jej – co i rusz podkreślaną – orientacją, to aby na pewno przypadek. Dużo uproszczeń, dużo tanich tricków, żadnych odpowiedzi (które niby nie są obowiązkowe, ale w tym układzie nie wiem, po co to było kręcić, zwłaszcza w ten sposób). 4/10

filmy-perfetti-sconosciuti-assassins-creed-sing-konwoj-kot-bob-i-ja-ja-olga-hepnarova

1 komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 02-08 stycznia 2017

„Szczęście świata” („Szczęście świata”) (POL, 2016), reż. Michał Rosa – jakiż to jest śliczny film (te budynki i uliczki z duszą, te wszystkie piękne bibeloty, szykowne stroje i dodatki, te czarowne zdjęcia Marcina Koszałki, magia detali i małych rytuałów, ta przedwojenna galanteria), nawet jeśli w dużej mierze o niczym (na przykładzie życia mieszkańców śląskiej kamienicy, w tym stanowiącej centrum tamtejszego wszechświata powabnej Żydówki, Michał Rosa prezentuje nam przekrój społeczny międzywojennej Polski. a choć widmo nadchodzącej wojny wisi nad filmem wyraźnie i niesie on głębsze przesłanie, to jednak głównie karmi nas wielkim pięknem i cudowną, niewiarygodną wręcz sielanką). Jedno na pewno trzeba „Szczęściu świata” oddać. Pozwala poczuć, ile straciliśmy. Być może nie wypada pochylać się nad architekturą czy designem w obliczu śmierci tylu ludzi, ale mogę sobie tylko wyobrazić skalę nostalgii osób, które po wojnie trafiły do bloków z meblościanką, w sam środek postępującej bylejakości (która raczej nie przeminie za naszego życia). Ps. Główna bohaterka ma zwyczaj kąpać się w soli bocheńskiej (z dodatkiem suszonej pokrzywy i jałowca). Nie chcąc być gorsza, po dniu z piekła rodem wykąpałam się w wielickiej. I wiecie co? To działa. ;D #małeradości #takieprezentytojarozumiem. 6,5/10

Szczęście świata

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – ludzie, którzy nieopatrznie poszli na film w różowej bluzie z kapturem i zyskali ksywę My Little Assassin;) Dość szybko naszła mnie refleksja, że gdybyśmy mieli pić łyk piwa po każdym głupim tekście, jaki pada w tym filmie (zwłaszcza w pierwszej połowie. im dalej w las, tym lepiej), to za mało alkoholu ze sobą wzięliśmy (generalnie piwo okazało się dobrym pomysłem i w rozsądnych ilościach polecam). Na szczęście w pewnym momencie dialogi praktycznie się kończą, a sceny akcji, sekwencje walk i efekty specjalne (w przeważającej mierze praktyczne), zdjęcia oraz – last but not least – muzyka to czysta poezja. O czym jest ten film? O odwiecznej wojnie Templariuszy z Asasynami, o poszukiwaniu potężnego artefaktu – Rajskiego Jabłka, o pamięci genetycznej i wirtualnej rzeczywistości, które pozwalają głównemu bohaterowi cofnąć się do 1492 roku – czasów swojego przodka. Fabuła „Assassin’s Creed” bazuje na grze komputerowej pod tym samym tytułem, aczkolwiek jest to adaptacja bardzo luźna. Osoby, które grały w grę, zachwycone nie były (obie linie fabularne – współczesna i parahistoryczna to w przeważającej mierze radosna, choć wspierana przez Ubisoft, twórczość scenarzystów, niestety współczesności jest tu dużo więcej niż późnośredniowiecznej Hiszpanii, a zdaniem jednego z kolegów leap of faith jest za mało widowiskowy. żeby nie było, z tym ostatnim zarzutem totalnie się nie zgadzam. i to nie tylko dlatego że kaskader wykonuje tu prawdziwe skoki!). Z punktu widzenia osoby, która tylko o grze słyszała i w temacie orientuje się pobieżnie, ale przypadkiem kocha parkour, walki wręcz, kaskaderów i praktyczne efekty, braci Kurzel, Arkapawa i Fassbendera, co pozwala jej wyprzeć z pamięci czerstwe dialogi, jest jednak fajnie (trochę casus „Warcrafta”, który też bardziej podobał się osobom, które lubią gry, ale w tę konkretną nie grały. choć jeśli już przy paraekranizacjach gier jesteśmy, to film Kurzela budzi skojarzenia raczej z „Księciem Persji: Piaskami czasu” niż z „Warcraftem”). Na ten moment film się dopiero zwrócił. Premiera chińska jest jednak przewidziana dopiero na 10 lutego, tak że mam szczerą nadzieję, że tutaj też zadziała casus „Warcrafta” i że dzięki Chińczykom powstanie sequel. Czekam. BTW, nie wiem, czy wiecie, bo ja się dowiedziałam dopiero w zeszłym roku, ale prawo pozwala na pokazanie w Chinach tylko 34 zagranicznych produkcji rocznie. Właśnie dlatego „Warcraft: Początek” powstał w koprodukcji (między innymi) z Chinami, a jednym z producentów „Assassin’s Creed” jest Hong Kong. :D Disclaimer: Wiem, że moje zdanie na temat tego filmu, odbiega od zdania większości krytyków i części widzów, ale przemyślałam je i go nie zmienię. Nie zgadzajmy się, ale się szanujmy. Peace! 7,5/10 (Po pierwszym seansie było 6,5, ale w IMAX-ie zmieniłam zdanie:]

filmy-szczescie-swiata-assassins-creed

1 komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 24-30 października 2016

„Ja, Daniel Blake” („I, Daniel Blake”) (UK/FRA/BEL, 2016), reż. Ken Loach – głównym bohaterem filmu (zdobywcy tegorocznej Złotej Palmy w Cannes) jest Daniel Blake – brytyjski stolarz, który po świeżo przebytym zawale serca musi udowodnić państwu, że jest niezdolny do podjęcia pracy. Wydaje się, że to bardzo proste, zwłaszcza w świetle istnienia precyzyjnych lekarskich orzeczeń, a jednak na filmowych Wyspach nikomu łatwo nie jest. Zwłaszcza tym, którzy stoją pod ścianą. Tak, to nie jest film wyłącznie o Danielu. Takich przypartych jest tu więcej. Chciałoby się zarzucić Loachowi, że przerysował, ale ja tu naprawdę nie widzę żadnej sytuacji i sceny (włącznie ze „streetartową”), która nie mogłaby zaistnieć i nie zaistniała już w rzeczywistości. U nas też nie jedna osoba bez ręki czy nogi musiała udowadniać, że należy jej się renta, instytucje świadczące usługi publiczne poprzenosiły się z komunikatami do Internetu (kogo obchodzą starsi i ubodzy, którzy nie mają do niego dostępu), a żeby dotrzeć do ludzi, trzeba się uciekać do happeningów (i tak, jeśli dzieje się coś, co można nagrać smartfonem, ludzie często przystają). Loach z Lavertym (scenarzysta) nie wzięli filmowych zmagań z głowy, tylko z real life’u. Owszem, zmiksowali to wszystko w jedną całość i siłą rzeczy skupili się na negatywach (nie wiem, ile musiałby trwać tego typu film, żeby mógł uwzględnić wyjątki od reguły; nie wiem też, czy to nie jest raczej pole do popisu dla dokumentu; fabuły kręci się raczej po to, by unaocznić istnienie problemu). To napisawszy, dodam, że największym atutem tego filmu wcale nie jest autentyzm (autentyzm był też u Dardenne’ów w „Dwa dni, jedna noc”, gdzie trochę zabrakło siły nośnej), lecz czarny, absurdalny humor, który towarzyszy potyczkom Blake’a (rolę Daniela z powodzeniem odgrywa brytyjski artysta stand-upowy Dave Johns) i ikra, z jaką twórcy opowiadają tę historię. Nie wystarczy mieć ideę, trzeba też zadbać o to, żeby przekaz dotarł. Ten na bank dotrze. 8/10

„Prosta historia o morderstwie” („Prosta historia o morderstwie”) (POL, 2016), reż. Arkadiusz Jakubik – to drugi film wyreżyserowany przez Arkadiusza Jakubika. Nie mówię, że powinien pozostać przy aktorstwie, ale być może nigdy nic z tego nie będzie. Oczywiście nie przesądzam, bo biorąc pod uwagę wszystkie mankamenty tego obrazu, nawet nieźle się go ogląda. Trochę dzięki klimatowi, trochę dzięki aktorom. Film zaczyna się od morderstwa. To jest ten moment, w którym trzeba mieć pewność, że wykładając karty na stół, ma się jakiegoś asa w rękawie. Jakubik bardzo starał się kluczyć, ale moim zdaniem nie miał. Nie mam nic przeciwko przenikającym się planom czasowym i retrospekcjom, ale to, co dostajemy w tych drugich, to istne „Barwy szczęścia” (trochę nadużywam imienia tego serialu ostatnio, ale uważam, że ten tytuł ma pod sobą wszystkie tytuły telenowel świata i spokojnie może być synonimem gatunku). Jakby tego było mało, w ten przeplatający się warkocz toczącego się śledztwa i poprzedzających je problemów rodzinnych głównego bohatera, reżyser wplata dziwne psychodeliczne ujęcia wysokich traw, bluszczu porastającego dom i tym podobnych (trudno oddać specyfikę tego zabiegu słowami; trzeba to usłyszeć i zobaczyć; jeśli to miał być Lynch, to oj, nie wyszło). Efekt końcowy przewyższa poziomem typowy odcinek standardowego polskiego serialu kryminalnego, ale nie aż tak bardzo. 5/10

„Jack Reacher: Nigdy nie wracaj” („Jack Reacher: Never Go Back”) (USA/CHN, 2016), reż. Edward Zwick – łamiąca wiadomość: Tom się w końcu zestrzał! o_O Nie no, nie martwcie się, nadal skacze po dachach itp. Jednak wygląda tak, że człowiek zaczyna się o niego martwić, a i ruchy już nie te. Wiem od przyjaciółki, że istnieje książka o takim samym tytule co filmowy (18 tom cyklu o Jacku Reacherze). Film poza zarysem fabuły nie ma z nią zbyt wiele wspólnego. To raczej dobrze dla książki, bo produkcja Zwicka jest napisana katastrofalnie. Tak bardzo, że aż zapamiętałam nazwisko męczenniczki, która była zmuszona to tłumaczyć. Agata Deka. Wiadomo, że żadna praca nie hańbi, ale współczuję mimo wszystko. Nic się tu nie klei, nic nie grzeszy cieniem logiki, a dialogi są tak suche i karykaturalne, że ma się wrażenie, iż pisał je Steven Segal (i wcale nie jestem pewna, czy go w tym momencie nie obrażam). Co jest oczywiście ogromną filmową wadą z tych nie do pokrycia, ale też w myśl zasady, iż złe filmy są w stanie się obronić tylko wtedy, gdy są konsekwentnie złe, potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Przyznaję bez bicia, że od momentu, w którym zaakceptowałam fakt, iż film ten nie będzie nawet w ułamku tak przyzwoity jak „Jack Reacher: Jednym strzałem”, bardzo niegodziwie się na tym ubawiłam. Może nie wystarczająco dobrze, by wybaczyć mankamenty i przełknąć okropną końcówkę, ale dość, by zawyżyć ocenę. Żeby nie było, że nic mi się tu nie podobało, powiem: Patrick Heusinger. Taka budżetowa wersja Eda Skreina, ale skoro już nic innego, to przynajmniej miło popatrzeć. 4/10

„Doktor Strange” („Doctor Strange”) (USA, 2016), reż. Scott Derrickson – ach, jaki zły był trailer tego filmu! Tak zły, że idąc na seans, spodziewałyśmy się kina klasy B i bajeczki dla 10-latków (cytując koleżankę Kulikowską: „Nie możesz być chirurgiem, zostań magikiem!”). Ach, jaki wielki był nasz sceptycyzm! Tak wielki, że pocieszałam się, że obejrzę to „za darmo”, a krytyków, którzy widzieli to parę dni wcześniej i piali z zachwytu, podejrzewałam o regularny trolling. Ach, jak bardzo się ucieszyłyśmy, gdy okazało się, że to jednak nie ściema. „Doktor Strange” Derricksona (może to jest myśl; może „marvele” powinni kręcić tacy ludzie jak Wingard czy Wan) to wypisz wymaluj „Matrix”, tylko na odwrót i „Incepcja” taka, że Nolan może się schować (dla takich koncepcji wymyślono efekty specjalne i właśnie tak należy je stosować), a w oku tego magicznego cyklonu króluje uroczy neurotyk, perfekcjonista i racjonalista, którego zdrowy sceptycyzm, w pełni dorównujący naszemu, potrafi rozbawić do łez, a jednocześnie utrzymać całe widowisko w ryzach. Strange Cumberbatcha to istny Tony Stark 2.0. Jeśli lubicie tego drugiego, będziecie zachwyceni. Jeśli go nie znosicie, będziecie zachwyceni podwójnie. :P Pole do popisu ma Benedict tym większe, że niezbyt dobrze rozpisano partię jego adwersarza – Kaeciliusa (szkoda Madsa; ale przynajmniej super tu wygląda i miał okazję robić własne stunty). Tę, być może jedyną, wadę tej produkcji pokrywają jednak smaczki, w tym postać bibliotekarza Wonga:) Disclaimer no. 1: Lojalnie uprzedzam, że jeden z bohaterów ma na imię Mordo. Jak Wam się trafią na sali pijane jednostki, będziecie mieć „wesoło”. Disclaimer no. 2: Oczywiście są 2 post-credity, tak że nie bądźcie frajerami i nie wychodźcie. 8/10

„Historia Marii” („Marie Heurtin”) (FRA, 2014), reż. Jean-Pierre Améris – powiem szczerze, że nawet dziś edukacja osób głuchoniewidomych wydaje mi się przedsięwzięciem niezwykle karkołomnym, a przecież dużo łatwiejszym niż 120 lat temu. Marie Heurtin – głuchoniewidoma dziewczynka z Vertou i siostra Marguerite należąca do francuskiego zgromadzenia Córek Mądrości istniały naprawdę. Spotkały się w 1895 roku (w filmie jakieś parę lat później). Nie był to pierwszy przypadek podjęcia próby edukacji osoby upośledzonej wzrokowo i słuchowo (prawdę mówiąc pod koniec XIX wieku temat był już od nastu lat na tapecie, w paru krajach istniały szkoły zajmujące się takimi osobami), trudno powiedzieć, że był to przypadek szczególny. Dość ciekawa i autorska była za to metoda nauczania wypracowana przez siostrę Marguerite. Film Jean-Pierre’a Amérisa nie jest nowatorski i nie ustrzega się schematyczności, ale też nie popada w telewizyjność i przeckliwioną hollywoodzkość (nawet jeśli chwilami balansuje na granicy). Ciekawą, w Polsce raczej nieznaną historię (najbardziej fascynuje oczywiście ludzki pęd ku słowu i potrzeba ekspresji), sprzedaje przy pomocy dobrych kreacji aktorskich (na szczególne wyróżnienie zasługuje głuchoniema Ariana Rivoire, dla której był to pierwszy kontakt z kamerami filmowymi) i ładnej oprawy (zdjęć Virginie Saint-Martin i muzyki Sonii Wieder-Atherton). Ostrzegam: wzrusza. 5,5/10

filmy-ja-daniel-blake-prosta-historia-o-morderstwie-jack-reacher-2-doktor-strange-historia-marii

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 19-25 września 2016

Nie będę się tłumaczyć z samych ocen. Przypomnę tylko, że nie oceniam filmów po wartości dziejowej, lecz po podobaniu się. Najniższą ocenę ma tu nie ten obraz, który jest najgorzej zrobiony, lecz ten, który najbardziej mnie rozczarował.

„Królestwo” („Les saisons”) (FRA/GER, 2015), reż. Jacques Perrin, Jacques Cluzaud – chyba mi ten cały Herzog (nie ten najnowszy) do głowy uderzył, że się na to połaszczyłam. Naprawdę nie wiem, dla kogo jest ten film (i chyba nie tylko ja, bo na sali siedziałam samiuteńka jak palec). Dla mnie jako osoby dorosłej jest zbyt chaotyczny i infantylny. Mogłyby na to pójść dzieci, coby popatrzeć sobie na zwierzątka, ale problem w tym, że choć trailer zwiastuje sielankę, w której nikomu nic złego się nie dzieje, to w rzeczywistości jest to jeden wielki film o polowaniu. I nieważne, że twórcy nie epatują flakami. I tak szczerze wątpię, by któraś mama zdecydowała się zabrać malucha na film o ciągłym zabijaniu. Sam fakt, że prawie nic tu nie widać, nie jest bynajmniej zaletą. Jeżeli znaczna część interakcji jest wyreżyserowana (jest tajemnicą poliszynela, że nie wszystkie pokazywane zwierzęta, to zwierzęta dzikie; część z nich to okazy oswojone i wytresowane, co widać gołym okiem; a jak nie widać, to można sobie przeczytać wykaz treserów na końcowych napisach; zresztą jeśli zwierzę jest dzikie, a twórcy manipulują obrazem tak, żeby widzom się zdawało, że wydarzyło się coś, co się de facto nie wydarzyło, to to też jest inscenizacja, a nie prawda), to tak naprawdę nie jest to dokument, bo brak w nim realizmu. Z prawdziwymi dokumentami „Królestwo” ma tyle wspólnego, że też ma ładne zdjęcia (bardzo ładne, technicznie doskonałe; aczkolwiek ciut ułomne, bo magii w nich mało, a drony i inne bajery same w sobie jakoś mi nie robią), a w polskiej wersji językowej – Krystynę Czubównę. Się jednak nie napalajcie, bo narracji jest tu tyle, co kot napłakał, a gdy już jest, nic nie wnosi – wzniosła jest, ogólnikowa i nudna więc właściwie lepiej by było, gdyby w ogóle z niej zrezygnowano. Sam film jest nakręcony po prostu źle. Interakcje między zwierzętami i ludźmi są zainscenizowane, te między zwierzętami a zwierzętami czasem też (a nawet gdy nie, to i tak często wyglądają sztucznie), i to wcale nie na potrzeby jakiejś konkretnej fabuły, której tu zwyczajnie nie ma. Nie trzeba być wybitnym matematykiem, żeby wiedzieć, że nie da się zmieścić całej wielowiekowej ewolucji lasu i człowieka w 90 minutach. Warto było na czymś się skupić, wytypować jakichś bohaterów, opowiedzieć widzom jakąś historię, możliwie w jakiś nietypowy sposób. Ale nie. Lepiej kazać narratorce zasygnalizować od czasu do czasu upływ czasu, a pomiędzy jej komunikaty wcisnąć pseudonaturalne ujęcia zwierzęcej pląsaniny. Jakby tego było mało, ni z tego ni z owego całe widowisko urywa się na oko w całkiem przypadkowym momencie. Kosmiczne rozczarowanie. A choć nic mnie ten błąd nie kosztował, i tak wyszłam z kina wkurzona. Na przyszłość albo dokument, albo fabuła, albo udana hybryda tychże. Za wielkie nic mogę dać 3 z plusem (coś się tym biednym zwierzętom należy). 3,5/10

„Sługi boże” („Sługi boże”) (POL, 2016), reż. Mariusz Gawryś – no to konkurs na najbardziej absurdalną scenę miłosną mamy w tym roku rozstrzygnięty. Jeśli w tym osławionym tegorocznym horrorze o kanibalach nie ma jakiegoś porno hardkoru, nic już raczej tego nie przebije. Z „Aniołami i demonami”, tak w postaci filmowej, jak i w książkowej, nigdy nieprzyjemności nie miałam, ale wydaje mi się, że to nie jest dobre porównanie. Nie ta skala, nie ten rozmach. „Sługi boże” to raczej wyjątkowo nieudolna wariacja na temat rodzimego „Ziarna prawdy”. Z zastrzeżeniem, iż Topie (który wcale źle nie zagrał) brak wdzięku Więckiewicza, a fabuła całkiem postradała tu zmysły. Idea jest generalnie taka, że z wieży kościoła spadają ludzie, a policja próbuje ustalić, czyja to wina. Brzmi niewinnie, ot, zwykły kryminał. Do czasu, aż śledczy wreszcie coś ustalą. Trudno orzec, co to jest od tego momentu. Cały ten obraz to jeden niewyobrażalny chaos (nic tu się ze sobą nie łączy; bohaterów wyciąga się z kapelusza; tak samo kolejne wątki, których się nie domyka; w to, co widzimy na ekranie, musimy wierzyć, bo to widzimy, ale ta wiara nie ma żadnych innych podstaw) i absurd (nie tylko pamiętna scena miłosna, ale przede wszystkim totalnie nieuwierzalna intryga i cały ten filmowy kościół). I mogłabym to do pewnego stopnia wybaczyć, gdyby film był wystarczająco zły, by mógł być śmieszny. Ale niestety nie jest. A przynajmniej na trzeźwo. 4/10

„Blair Witch” („Blair Witch”) (USA, 2016), reż. Adam Wingard – nie mam nic przeciwko found footage. Wręcz przeciwnie, mam swoich faworytów w tej niszy. Warunki są 2: musi się coś dziać i muszę w to choć trochę uwierzyć. W przypadku wiedźmy z Blair jest to naprawdę trudne. By móc zawiesić niewiarę i wciągnąć się w tę historię, trzeba by chyba wziąć namiot, laptopa i pojechać z tym filmem na noc w głęboką knieję. Naprawdę łatwiej uwierzyć w najazd kosmitów. Odpowiedź na pytanie, czy „Blair Witch” to kontynuacja czy remake, brzmi: właściwie jedno i drugie. Głównym bohaterem filmu jest młodszy brat Heather z „The Blair Witch Project”, który po 10 latach od zniknięcia siostry wyrusza wraz z przyjaciółmi na poszukiwanie jej lub śladów po niej. Pod tym względem jest to zdecydowanie sequel. Jednocześnie jednak Wingard nie proponuje tu nic nowego. Raczej (niemalże scena po scenie) odtwarza oryginał, lekko go przy tym poprawiając. I chyba się nawet domyślam dlaczego. IMO Adam się po prostu na tym filmie wychował (17 lat temu miał 17 lat; może nawet był to jeden z tych obrazów, które go zainspirowały do zostania reżyserem), i pewnie tak jak mnie, brakowało mu w nim tego czy owego więc postanowił upgrade’ować formułę (więcej się tu dzieje, więcej widać, jest sporo jump scare’ów). Koniec końców zamiast autonomicznego dzieła powstał niejako tribute. Oczywiście nie był to najlepszy pomysł, bo już pierwowzór wiał nudą i kiepskim aktorstwem (pamiętajmy, że udawanie, że się nie gra, to też aktorstwo), i tu siłą rzeczy zostało to powielone. Wingardowi ten eksperyment też raczej na dobre nie wyszedł. W końcu miał już ustaloną pozycję zdolnego oryginała, a po tej wpadce pojawiają się wątpliwości. Czemu się pokusiłam o 4 z plusem? Bo w gruncie rzeczy nie jest to dużo gorsze od pierwszej części, która też mnie jakoś nie zachwyciła (w zeszłym roku nadrobiłam wreszcie „Paranormal Activity” i nieźle się wystraszyłam; w filmach o leśnej wiedźmie właściwie bać się nie ma czego), materiał jest równie dobrze zmontowany, a poza tym lubię jump scare’y.:) 4,5/10

„Bridget Jones 3” („Bridget Jones’s Baby”) (UK/USA/IRL/FRA, 2016), reż. Sharon Maguire – najlepszą rekomendacją dla tego filmu niech będzie fakt, iż osoba, która nie lubi dzieci i ich nie pragnie, była na tym już 2 razy, dała 8-kę i zapowiedziała, że zdania nie zmieni. Mnie akurat jeden seans wystarczy. Ale też niedawno zarzucono mi, że nie jestem wystarczająco antydziecięca więc to może dlatego.;) 3 odsłona przygód Bridget Jones niestety nie jest powrotem do geniuszu korzeni i oryginalnej idei. Oczywiście 10 lat wcześniej Bridget też walczyła o możliwość wbicia się w białą suknię i welon, ale miała wówczas o wiele mniej entuzjastyczny stosunek do dzieci, wieczne kłopoty z facetami, samokontrolą czy zawodowe. 43-letnia Bridget to kobieta z dobrym zawodem, dojrzalsza, ogarnięta, lepiej ubrana, szczuplutka (dobrze, że chociaż głos jej się nie zmienił). Całkiem inna od młodszej siebie i z zupełnie z innymi problemami (a właściwie bez większych problemów), co sprawia, że to już inny rodzaj widowiska i niemalże inna bajka. Tyle dobrego, że Darcy wciąż jest Darcym.:) Czemu więc szarpnęłam się na pozytywną ocenę? Przede wszystkim warto pamiętać, że między dziennikiem a dzieckiem była jeszcze lekko żenująca pogoń za rozumem. 3 część jest jednak lepsza. Mniej wydumana, składająca się w logiczną całość, i nawet jest się z czego pośmiać (nie jest to humor wyszukany i raczej jednorazowy – no może poza jednym cudownym incydentem, który ma miejsce w trakcie porodu – ale działa). Poza tym ja zawsze doceniam filmy, które wywołują we mnie refleksje. Tym razem dotarło do mnie, że za mało się w życiu tarzałam w błocie, a do szczęścia brakuje mi przystojniaka, który nosiłby za mną wielkie pudło;) 5,5/10

„Mając 17 lat” („Quand on a 17 ans”) (FRA, 2016), reż. André Téchiné – taka refleksja: Jak to jest, że gdy się wbije w mundury Amerykanów, Duńczyków itp., to oni zawsze dzięki tym mundurom zyskują, a francuscy żołnierze prawie zawsze wyglądają niepoważnie? Co jest nie tak z tymi mundurami?;) „Mając 17 lat” to film o dwóch nastoletnich chłopcach, którzy – na pierwszy, a nawet drugi rzut oka, bez powodu – ciągle szukają ze sobą zwady. Przy czym tłuką się nie tylko ze sobą, ale też z masą typowo nastoletnich problemów, mnóstwem silnych emocji i uporczywych myśli. Film jest długi i dość chaotyczny. Chcąc go obronić, muszę się chyba uchwycić tezy, że nastolatki to w gruncie rzeczy jeden wielki niepokój i zamęt, ich codzienność to same wielkie dramaty i że film po prostu dobrze to odzwierciedla. O tyle łatwiej jest się trzymać tej myśli, że emocje (ich ładunek i to, jak są zagrane) są tu naprawdę w porządku. Struktura „Mając 17 lat” składa się z 3 trymestrów. Sam ten fakt sprawił mi dużo radości (tak, wiem, że we Francji właśnie tak jest zorganizowany rok szkolny). Wszak 3 trymestry to 9 miesięcy. Jeśli ciekawi Was, co też się Téchiné’owi koniec końców urodziło, musicie obejrzeć film. Ja powiem tylko tyle, że rozmach miał spory. Tak na 2, może nawet 3 filmy. :D A choć wyraźnie próbował chwycić za ogon zbyt wiele srok (za dużo tu zbyt pobieżnie potraktowanych wątków i dylematów), i może trochę przeszarżował ze skalą dramatyzmu, IMO do „Barw szczęścia” czy „Płynących wieżowców” trochę jeszcze temu obrazowi brakuje. Jako dodatkowy smaczek podrzucam link do karkołomnej filmwebowej teorii głoszącej, że to film o zagrożeniach wynikających z multikulti. Wpadłszy na to przypadkiem, omal nie popuściłam z radości. :D UWAGA! Nie czytajcie tego przed seansem, bo to jeden wielki spoiler. Za to „po” – koniecznie. Dla takich chorych interpretacji warto przesiedzieć przed ekranem 2 godziny.;D 6/10

filmy-les-saisons-slugi-boze-blair-witch-bridget-jones-3-quand-on-a-17-ans

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 29 sierpnia – 04 września 2016

„Hel” („Hel”) (POL, 2015), reż. Paweł Tarasiewicz, Katarzyna Priwieziencew – czasem trudno odróżnić chaos od celowego zagmatwania, tutaj jednak w grę wchodzi zdecydowanie to pierwsze. W teorii trochę kryminał, trochę thriller psychologiczny, w praktyce głównie film o żmudzie procesu twórczego (świat byłby o wiele lepszym miejscem, gdyby ludzie pisali książki tylko wtedy, gdy mają coś do powiedzenia, powstrzymując się od przekształcania pisaniny w zawód), względnie także o skutkach alkoholizmu. Wszystko na tyle zainspirowane Lynchem, że w końcówce są nawet 2 ujęcia wyjęte z konkretnego filmu, a fabuła pachnie pewnym serialem, ale na tyle jest to nieudolne, że jednak nieudane. Za Lyncha to się może brać ktoś o talencie i doświadczeniu Windinga Refna. Polscy debiutanci oczywiście też mogą – nikt im nie zabroni, ale bez (własnego) pomysłu, pieniędzy (których w trakcie kręcenia zabrakło) i odrobiny reżyserskiego wyjadactwa, musi być raczej ciężko ogarnąć taki karkołomny projekt i równie ciężko się potem coś takiego ogląda. 3,5/10

„Pożegnanie” („Departure”) (UK/FRA, 2016), reż. Andrew Steggall – pożegnanie. Z dzieciństwem, niewinnością, rodzicami, małżonkami, rodzinnymi tradycjami, bezpieczną stabilizacją. Sporo tu tych rozstań. W swoim debiucie fabularnym Andrew Steggall nie ustrzegł się paru kalek (ręka w górę, kto z Was naprawdę zakrztusił się dymem, gdy po raz pierwszy w życiu zaciągał się papierosem? bo mam wrażenie, że to coś takiego, co wydarza się w 3/4 filmów, chociaż w prawdziwym życiu praktycznie się nie dzieje. a jak często zdarza Wam się histeryzować w aucie stojącym na parkingu po to, by 30 sekund później jak gdyby nigdy nic ruszyć bez jednej łzy na policzku?), jednocześnie udało mu się jednak uniknąć kilku innych (świetnie pomyślana jest zwłaszcza postać Clémenta; nie jest wcale oczywiste, jak w danym momencie postąpi; potrafi zaskoczyć), a jego film jest po brytyjsku elegancki i przyjemnie nieprzegięty (pod każdym względem, technicznym, fabularnym, emocjonalnym). Owszem, główny bohater jest trochę irytujący, ale taki ma charakter, a stojąc przed wyborem: pójść w dramę, czy się cofnąć, reżyserowi zwykle udaje się co najmniej zatrzymać. Im dalej w film, tym ogólne wrażenie jest co raz lepsze. Film jest bardzo wysmakowany – zarówno pod względem wizualnym (magiczne, upajające się jesienią na francuskiej prowincji, zdjęcia Briana Fawcetta), jak i muzycznym (jedną z inspiracji fabularnych była tu ilustrująca film „Rusałka” Antonína Dvořáka), co tylko zwiększa zauroczenie jego dystyngowaną melancholią. 6,5/10

„Nerve” („Nerve”) (USA/HKG, 2016), reż. Henry Joost, Ariel Schulman – zgodzilibyście się realizować za kasę wyzwania, które wyznaczałaby Wam grupa anonimowych ludzi z Internetu? Abstrahując od faktu, iż chyba nikt normalny nie chciałby się zdać na łaskę tłumu (wiadomo, jak to się kończyło na rzymskich arenach; od tego czasu nic się nie zmieniło), i tak za nic bym się nie zgodziła, bo wiem, co by było w tym pakiecie: jadowite pająki, zbiorniki z rekinami, łańcuchy nad przepaścią… :D Co jest pewnie do przeskoczenia, ale na pewno nie w cudzym tempie. Teoretycznie mamy więc do czynienia z fabułą gry, w którą nikt z nas grać by nie chciał i by nie zagrał, ale sam fakt, iż poszliśmy na to do kina, czyni nas jej obserwatorami, a stąd tylko krok do zostania graczem. Taką właśnie drogę przechodzi główna bohaterka, by potem musieć się zmierzyć z konsekwencjami swej decyzji. „Nerve” to film dla nastolatków, a nawet dzieci (no trochę infantylny, lekko mówiąc) i z niezbyt wyrafinowanym morałem, ale sporym pozytywem jest już fakt, że ten obraz w ogóle ma jakieś przesłanie. W końcu na pierwszy rzut oka wydaje się być wyłącznie niezobowiązującą rozrywką. Jako rozrywka się zresztą całkiem nieźle sprawdza (mniejsza w tym zasługa Dave’a Franco, który pod względem aktorskim raczej nic w życiu nie osiągnie, większa – uroczej Emmy Roberts). Lepiej, niż można było się spodziewać. 6/10

„Julieta” („Julieta”) (ESP, 2016), reż. Pedro Almodóvar – nikt nie potrafi opowiadać o kobietach tak jak Almodóvar i to w tym był zawsze najlepszy. W typowym thrillerze czy komedii niekoniecznie się odnalazł. Albo się odnalazł, tylko my – jego publiczność – nie do końca się odnaleźliśmy. Tym samym muszę przyznać, że „Julieta” rzeczywiście jest zwrotem we właściwym kierunku – ku barwnym, emocjonalnym, wielowątkowym dramatom skupionym na postaci. Problem w tym, że choć na pierwszy rzut oka wszystko wygląda równie wspaniale co dawniej, fabuła „Juliety” jest bardzo zwyczajna (nieskomplikowana, bez udziwnień, kontrowersji czy większych zwrotów akcji; innymi słowy jakaś taka niealmodóvarowska; i teraz nie wiem, czy to wina opowiadań Alice Munro*, na podstawie których powstał scenariusz, a których (nie)stety nie czytałam, czy to Pedro tak spokorniał), przepraszam, ale na mój gust zbyt naciągana, a ogólna konkluzja jest wyjątkowo banalna. Jeśli warto to obejrzeć, a w sumie warto, to dla kolorów, kostiumów, scenografii, zdjęć, muzyki, sposobu snucia opowieści i cudnej (równie zdolnej co pięknej) Adriany Ugarte w roli młodej Juliety. Zostałam fanką. 6,5/10

*„Szansa”, „Wkrótce” i „Milczenie” z tomu „Uciekinierka”.

„Pan idealny” („Mr. Right”) (USA, 2015), reż. Paco Cabezas – są tacy aktorzy, na których się chadza, nawet jeśli w grę wchodzi komedia romantyczna. Takim gorącym nazwiskiem jest dziś na przykład Sam Claflin, a ze starej gwardii między innymi gwiazda tego filmu – Sam Rockwell. Na Rockwella to się zresztą chadza od lat, co by to nie było. Kendrick nigdy nie będzie równie kultowa, ale to też typ aktorki, która potrafi osłodzić najnudniejszy niezal czy najdurniejszego mainstreamowego gniota. Nie czuję się więc zaskoczona faktem, że ta dwójka ma taką dobrą chemię. Pomysł na film był prosty. Płatny zabójca, który wyraźnie ma coś z głową, spotyka słodką dziewczynę, która przyciąga kłopoty. Czy da radę utrzymać ten związek, nie rezygnując z roboty? Jeśli nawet coś takiego było już gdzieś w podobnym ujęciu (akurat nic mi nie przychodzi do głowy), to i tak aktorzy, dystans i czarny humor robią tu swoje. Dodatkowe pół punktu dorzucam za to, że wszyscy gangsterzy w tym filmie są zdrowo pierdolnięci (każdy jeden, choć każdy inaczej) i za udane epizody RZA i Ansona Mounta. Jeśli lubicie być normalni, dajcie sobie spokój z tym filmem. Jeśli jesteście wystarczająco normalni, żeby wiedzieć, że coś takiego jak normalność nie istnieje, go for it! Disclaimer: Widziałam sporo porównań do filmu „Pan i Pani Smith”, ale IMO to całkiem inne kino. Może gdyby film Limana nakręcił Tarantino… 6,5/10

filmy-hel-departure-nerve-julieta-pan-idealny

Dodaj komentarz

Filed under Film