Tag Archives: kino chińskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 16-22 stycznia 2017

„Po prostu przyjaźń” („Po prostu przyjaźń”) (POL, 2016), reż. Filip Zylber – za SJP (może ktoś powinien podesłać słownik pani Karolinie Szablewskiej. tak na przyszłość): „Przyjaźń” = „bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdej okoliczności”. No, to bardzo mi przykro, ale jedyne przyjaźnie, na jakie możecie liczyć w tym filmie, to papierowe, ocierające się o paragraf (układ Szymon – Antek przechodzi wszelkie pojęcie), naciągane i nieistniejące. Prawie dałam się przekonać, że innych nie ma. Oczywiście na tym „zalety” tej produkcji się nie kończą. Jest jeszcze koszmarnie nudna i z każdą minutą (a ostrzegam, że jest to obraz długaśny niczym rolka toaletowego papieru) coraz bardziej ciąży ku wyjątkowo marnej telenoweli. Gdyby nie urok Grzegorza Damięckiego i magia Tatr (ukochane widoki), czas poświęcony na zapoznanie się z tym gniotem byłby całkowicie stracony, a tak jest tylko stracony. Nie polecam! 2,5/10

„Powidoki” („Powidoki”) (POL, 2016), reż. Andrzej Wajda – czy tylko ja szłabym do żołnierza wyklętego z chlebem, a nie z ryzą papieru?:/ Wiecie, najgorsze, że to znowu idzie. W telewizji uskutecznia się iście peerelowską propagandę, z podstawy programowej usuwa się Wałęsę czy teorię ewolucji, do spisu lektur wciska się (miłego władzy) Rymkiewicza zamiast Miłosza, a za granicą planuje się promować Ziemkiewicza zamiast artystów. Jak skończą z historią i literaturą, dobiorą się i do reszty sztuki, nie miejcie złudzeń. W końcu już od dawna polscy ministrowie kultury wolą budować termy i potworne kościoły niż dofinansowywać kulturę. Tylko patrzeć, a nie będzie czego zbierać. „Powidoki”, czyli opowieść o ostatnich latach życia wybitnego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego, który co prawda poległ w starciu z komunistyczną machiną, ale zrobił to na własnych warunkach – dziełem sztuki nie są (przy Strzemińskim i Kobro nie leżały), nie są też jakimś wybitnie dobrym filmem (choć dużo lepszym od rosyjskiego „Chagall – Malewicz” Mitty). To bardziej wykład z historii sztuki i lekcja historii niż wielkie kino (widać i słychać, że twórcy mieli problemy ze scenariuszem. kuleje też drugoplanowe aktorstwo), które z pewnością nie prezentowałoby się tak przyzwoicie, gdyby nie wszystkie wykorzystane w nim eksponaty (obrazy obrazami, ale ten design, meble!) i – przede wszystkim – Bogusław Linda (fantastyczna rola. być może życiówka). Film ten powstał jednak w dobrym momencie. I raczej nieprzypadkowo. Zakończyć karierę czymś tak bardzo na czasie i złowieszczym, to chyba dla artysty marzenie. 7/10

„Wielki Mur” („The Great Wall”) (CHN/USA, 2016), reż. Yimou Zhang – mix chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „GoT”, „Jurassic Park” i „World War Z”. Reżyserem tego miszmaszu jest Yimou Zhang. Tylko czy Yimou Zhang o tym wie? Więcej na temat filmu tutaj. 4/10

„Split” („Split”) (USA, 2016), reż. M. Night Shyamalan – 50 twarzy Greya. No dobra, 24, z czego 8 wyraźnych, w tym 5 odpicowanych. Chyba na stare lata Shyamalana pokocham. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – o dziwo (jak wiadomo, nie cierpię musicali), najlepsza jest z tego muzyka. :D Więcej na temat filmu tutaj. 9,5/10 [Po pierwszym seansie było 8, ale jednak kocham:]

filmy-po-prostu-przyjazn-powidoki-wielki-mur-split-la-la-land

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Wielki Mur” (2016)

Tytuł oryginalny: „The Great Wall”
Reżyseria: Yimou Zhang
Zdjęcia: Stuart Dryburgh, Xiaoding Zhao
Muzyka: Ramin Djawadi
Moja ocena: 4/10

O tym, że to nie będzie dobre, wiedzieliśmy wszyscy już na etapie trailera: Matt Damon na Wielkim Murze? What The Hell?!;D. Od początku było też jasne, że będzie schizofrenicznie (w pierwszym chińskim zwiastunie Damon nie pojawia wcale!) i że z dużym prawdopodobieństwem cały ten miszmasz nie spodoba się ani Chińczykom, ani Amerykanom, ani nawet Europejczykom (my mamy większe wymagania, ale i dystans większy. to pierwsze radzę zostawić w domu). Jednak chyba nikt z nas nie przewidział, jak wielką katastrofą okaże się ten projekt. Tyle dobrego, że przezabawną. Ja pękłam już przy „Wielki Mur stoi od wieków” (pierwsza linijka openingu) i tak turlałam się wesoło aż do końcowych napisów.

Gdyby mierzyć film liczbą facepalmów, to „Wielki Mur” miałby 10/10… minut materiału. O równie głupi i zły scenariusz (IMO wszyscy odpowiedzialni zań panowie zasłużyli na walk of shame. niestety z powodu ograniczeń technicznych musi wystarczyć niniejsza ściana, czy też mur wstydu: story by Max Brooks, Edward Zwick i Marshall Herskovitz. screenplay by Carlo Bernard, Doug Miro i Tony Gilroy. wstydźcie się!), i żałosne wykonanie (150 mln. $ budżetu i patrząc po jakości CGI, chyba wszystko na gażę Matta poszło) naprawdę trudno. Zwłaszcza znając nazwisko reżysera (tym którzy nie wiedzieli, a za nic by się nie domyślili, podpowiadam, że reżyserem tego obrazu jest słynny Yimou Zhang. pytanie brzmi: czy Yimou Zhang o tym wie?).

Głównym bohaterem filmu o chińskim murze obronnym jest William Garin – Europejczyk, najemnik, ciężki przypadek zbieractwa (pozostający w totalnej kontrze do aktualnie obowiązujących trendów. jego podejście stanowi druzgocący dowód na to, że minimalizm może ułatwić Ci życie, ale Ci go nie uratuje:) #przydasię), który w towarzystwie kilku kompanów, z których warto wspomnieć tylko czarującego zrzędę o imieniu Towar (no dobra, Tovar, ale i tak będziecie o nim myśleć przez „w”), wyrusza do Chin w poszukiwaniu prochu, a zamiast tego znajduje Wielki Mur, tęczowy Bezimienny Zakon (rzut oka na chińską armię i szybko staje się jasne, że nie tylko widz, ale i żaden chiński cesarz nigdy takiej nie widział) i bandę krwiożerczych Tao Tie (wygląda to [LEKKI SPOILER!] jak krzyżówka smokozaura z bioraptorem czy innym ksenomorfem podszyta Mike’iem Wazowskim i – nie wiedzieć czemu – bywa tu też pisane i wymawiane „Tao Tei”). Reakcja obrońców Muru na widok paru obcokrajowców przypomina reakcję Polaków na wieść o uchodźcach – demonstracyjnie niewspółmierną. Trzeba jednak Zakonowi oddać, że od początku do końca przesadza z rozmachem we wszystkim, konsekwentnie (żurawie, lampiony, balony, dachówki<3).

„Wielki Mur” to skrzyżowanie chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „Grą o Tron”, „Jurassic Park” (nie mogę się zdecydować, „Park” czy „World”) i „World War Z”, co samo w sobie jest już złe. A pikanterii dodaje jeszcze fakt, że wygląda to i brzmi jak „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” (co ciekawe, fatalny film Leonettiego również słynie ze świetnej ścieżki dźwiękowej i też do dziś nie wiadomo, na co poszedł budżet). W zasadzie jest tak kiepsko, że gdyby to nie była produkcja chińska, z Andym Lauem, Pedro Pascalem, Mattem Damonem i muzyką Ramina Djawadi (jedyny dobry aspekt filmu, zwłaszcza bębny), to kwalifikowałaby się do oceny co najmniej o połowę niższej. To takie rasowe kino klasy C.

No to iść na to, czy nie? Zróbmy prosty test: Byliście na „Assassin’s Creed”? I co? Głupi był scenariusz? Tak? No to ten film dla Was nie istnieje. Pytanie pomocnicze dla tych, którzy odpowiedzieli „Nie”: To na ile macie ocenione „Mortal Kombat 2”? Bo ja na 4/10.;] Ej, no ale skoro takie to śmieszne, to czy nie można na to pójść chociaż dla beki? No jak dla beki, to pewnie.

The Great Wall

1 komentarz

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie emigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

„Tharlo” („Tharlo”) (CHN-TIB, 2015), reż. Pema Tseden – głównym bohaterem filmu jest pochodzący z powiatu Tongde (rodzinne okolice reżysera) pasterz o imieniu Tharlo (podobno jest to imię tradycyjnie nadawane, gdy rodzice życzą sobie, by dziecko było ich ostatnim. „tharlo” znaczy więc tyle co „koniec”), który po latach obywania się bez dokumentów dostaje nakaz wyrobienia sobie dowodu osobistego, co zmusza go do udania się do miasta. Na miejscu dochodzi do nieuniknionego zderzenia kultur (między miastem a prowincją jest duża przepaść cywilizacyjna), które budzi w bohaterze wiele nieuświadomionych dotąd potrzeb. Kino tybetańskie jest kinematografią bardzo młodą. Jej początki datują się bodajże na rok 2002. Reżyser „Tharlo” – Pema Tseden był pierwszym tybetańskim twórcą, który ukończył Pekińską Akademię Filmową. W samym Tybecie bywa ciężko o edukację, a co dopiero o edukację filmową. W tych okolicznościach pojawia się więc naturalna chęć wsparcia tego kina, choćby poprzez obniżenie wymagań. W przypadku „Tharlo” nie jest to jednak konieczne. Od strony technicznej nic bowiem temu filmowi nie brakuje. No prawie, bo w moim odczuciu nie jest on w ogóle zmontowany. Natomiast zdjęcia ma ładne, dobrze jest udźwiękowiony (dźwięk odgrywa tu równie ważną rolę co przyjemnie etniczna muzyka), w roli Tharlo występuje tybetański gwiazdor Shide Nyima, który wypada tu bardzo wiarygodnie. Więc co mi nie zagrało? Abstrahując od wydłużanych na siłę scen rozgrywanych w czasie rzeczywistym (po jakichś 40 minutach miałam już tego serdecznie dosyć) i faktu, iż główny bohater ma łatwość usprawiedliwiania swoich błędów niczym jakiś lud pierwotny, o dziwo, wydźwięk. Przeczytałam gdzieś, że to opowieść o narodzie rozdartym między przeszłością a przyszłością. Problem w tym, że i przeszłość, i przyszłość, wyglądają tu tak, jak gdyby namalował je rząd chiński. „Tharlo” to kino o niezaprzeczalnej wartości etnograficznej i wyraźnych walorach artystycznych, ale wciąż mam wątpliwości, komu miało posłużyć. 5/10

„Długie przeprosiny” („Nagai iiwake”) (JPN, 2016), reż. Miwa Nishikawa – tak mogłaby wyglądać „Destrukcja” Jean-Marca Vallée, gdyby była dobrym filmem. W obu przypadkach nie do końca zgadzam się z finałową konkluzją, ale w przypadku „Długich przeprosin” droga, która do niej prowadzi, jest dużo ciekawsza (daleka od sztampy), a przede wszystkim subtelniejsza (w tym aspekcie kino japońskie deklasuje produkcje amerykańskie). Głównym bohaterem filmu jest znany pisarz i celebryta – Sachio Kinugasa (w tej roli świetny Masahiro Motoki), który właśnie stracił małżonkę. Problem w tym, że jedyna żałoba, na którą Sachio stać, to ta na pokaz – wizerunkowa. Dopiero kontakt z rodziną przyjaciółki żony, która zginęła w tym samym wypadku, uruchamia w nim jakąkolwiek refleksję. Nie jestem fanką poprzedniego filmu Miwy Nishikawy, czyli „Marzeń na sprzedaż” do tego stopnia, że życzyłam jej, żeby już nie kręciła;) Dobrze, że się nie spełniło, bo „Długie przeprosiny” to film więcej niż dobry. Złożony, niejednoznaczny, świetnie zbilansowany, umiejętnie przeplatający dramat z komedią, ciepły, uciekający od taniego sentymentalizmu i bardzo dobrze zagrany. 7,5/10

Busanhaeng

„Ostatni pociąg” („Busanhaeng”) (KOR, 2016), reż. Sang-ho Yeon – cytując mojego ulubionego Marcina Krasnowolskiego (chwilami to naprawdę nie wiem, czy podczas festiwalu bardziej chodzę na te filmy, czy na jego zapowiedzi): „Jest to film o ludziach, którzy próbują uniknąć ugryzienia przez zombie i trochę kiepsko im to wychodzi”. To tak w ramach „Najkrótszych streszczeń świata”. Od siebie dorzucę nieautorską, acz wyjątkowo utrafiającą w sedno „Najkrótszą recenzję świata”: „Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie”. :D No ale ok, nie idźmy na łatwiznę. Szczęśliwie produkcji o zombie i zombiepodobnych mamy ostatnimi laty zatrzęsienie, i jeszcze szczęśliwiej nie jest tak, że wszystkie są do siebie podobne. „Ostatni pociąg” (w styczniu 2017 roku film wejdzie do polskich kin jako „Zombie express”) to wariacja nieklasyczna. Zombie przywędrowały tu od Boyle’a i z „World War Z”, aczkolwiek reżyser dorzucił też co najmniej jedną zmienną od siebie. Pod względem formalnym mamy zaś do czynienia bardziej z (cudowną, brawurową) komedią niż dramatem, lecz jednocześnie bardzo ważnym motywem jest tu tematyka społeczna. Tak samo jak w innym koreańskim hicie – „Snowpiercerze” (skojarzenie nasuwa się automatycznie) – pociąg, którym podróżują bohaterowie, stanowi symbol społecznego rozwarstwienia i klasowego konfliktu, co odzwierciedla sytuację w Korei. Sytuację, która na fali takich wydarzeń jak słynna „afera orzeszkowa”, zaczyna chyba powoli Koreańczyków uwierać. Fabularny debiut Sang-ho Yeona jest dowodem na to, że rewolucję spokojnie można zacząć na wesoło. Aczkolwiek zabierając się za ten film, pamiętajcie, że to nie Hollywood. W przeciwieństwie do Ameryki Korea rzadko bierze jeńców, a jak już bierze, to lubi się nad nimi popastwić.:D 7,5/10

„Gwiazda szeptów” („Hiso hiso boshi”) (JPN, 2015), reż. Sion Sono – bajki robotów. Choć jak już przy Lemie jesteśmy, to chyba bardziej „Dzienniki gwiazdowe”. Problem z tym obrazem polega na tym, że bardzo łatwo dorobić do niego filozofię, ale w gruncie rzeczy jest to przede wszystkim kosmiczne kino drogi będące zapisem monotonnej podróży. Akcja filmu rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w której w wyniku nieokreślonej katastrofy ludzie stają się gatunkiem na wyginięciu, a 80% populacji stanowią maszyny. Główna bohaterka Yoko Suzuki (w tej roli żona reżysera – Megumi Kagurazaka – jedyna profesjonalna aktorka w stawce. drugie plany grają statyści z prefektury Fukushima) jest międzygalaktycznym kurierem rozwożącym po kosmosie tradycyjne przesyłki. Nie nastawiajcie się jednak na kino przygodowe. Przez większą część filmu będzie Wam dane głównie kontemplowanie cieknącego kranu (przy czym akurat rzeczony kran i sposób przedstawienia upływu czasu są tu najciekawsze) i obserwowanie „życia” toczącego się na sunącym w żółwim tempie statku. Szkoda, bo dużo ciekawsze wrażenie robi pejzaż grających w filmie zdewastowanych i wyludnionych okolic Fukushimy. „Gwiazda szeptów” to chyba jedyny seans tej edycji, z którego ludzie zwiewali w trakcie, a część osób spośród tych, które zostały, żaliła się po fakcie (recenzje z toalety), że się umęczyła. Mnie akurat bardziej niż nuda uwierało humanistyczne przesłanie (Agent Smith would not approve. i w ogóle okropnie to oklepane). Siona Sono wolę jednak w innym, bardziej niepokornym wydaniu. 5,5/10

„Atak serca” („Freelance: Ham puay… Ham phak… Ham rak mor”) (THA, 2015), reż. Nawapol Thamrongrattanarit – to chyba jeden z tych filmów, o których lepiej za dużo nie pisać, żeby ich nie zepsuć, ale jako że to prawdopodobnie najlepszy obraz tej edycji festiwalu, coś by jednak napisać wypadało. Główny bohater – Yoon – jest chorobliwie ambitnym grafikiem, dla którego sensem życia jest praca. Kolejne zlecenia realizuje kosztem snu, o racjonalnym odżywianiu nie słyszał, prywatnego życia właściwie nie posiada. Cały jego świat to kolejne projekty. Wszystko do czasu, gdy z dnia na dzień organizm odmawia mu posłuszeństwa i musi się udać do lekarza. Nie trudno zgadnąć, jakie otrzyma zalecenia. Ale czy ich realizacja jest w ogóle wykonalna? Reżyser filmu Nawapol Thamrongrattanarit ma 32 lata. Jest filmowym specem od nowych technologii, ale też freelancerem, co pozwoliło mu napisać scenariusz w oparciu o doświadczenia własne i swoich znajomych. Tajski tytuł „Freelance: Ham puay… Ham phak… Ham rak mor” w wolnym tłumaczeniu oznacza „Wolny zawód: Nie powinieneś ryzykować, nie powinieneś odpoczywać i nie powinieneś zakochiwać się w lekarzu”, aczkolwiek scenariusz był pisany z myślą o anglojęzycznym „Heart attack” jako przenośni dla choroby i miłości. Spokojnie, niezależnie od przekazu, który niosą ze sobą tytuły, w tym przypadku nie musicie się obawiać, że wpadniecie w sidła kom-romu. „Atak serca” to przede wszystkim szalenie aktualna, błyskotliwa komedia o cieniach pracy w wolnym zawodzie. Ponoć światowy rekord nieprzespanych nocy to 11 dni. Jeśli potrzebujecie się wyleczyć z pracoholizmu (bez kazań, na wesoło), to polecam! 8/10

„Miłość za sto jenów” („Hyakuen no koi”) (JPN, 2014), reż. Masaharu Take – nie chcę rozmyślać nad tym, ile mnie kosztowało obejrzenie tego filmu (między innymi 11-minutowy sprint z Muranowa na Śródmieście, żeby móc w nocy wrócić do domu), bo żal byłby jeszcze większy. Sama koncepcja wyprowadzenia gnuśnej, niedorosłej bohaterki z bezpiecznych ścian rodzinnego domu i zderzenia jej z rzeczywistością nie była zła. Jeszcze lepszym pomysłem było zatrudnienie do roli Ichiko jednej z najciekawszych japońskich aktorek młodego pokolenia Sakury Andō (pamiętna Aya Koike z „Miłości obnażonej” Siona Sono). Nie przeszkadzało mi, że poniekąd miał to być kolejny film bokserski, w dodatku z miłosnym podtekstem, bo zapowiadało się to wszystko niesztampowo. Niestety efekt końcowy okazał się nieznośny. Raz, że trudno o bardziej irytujących bohaterów (oglądając, szczerze nienawidziłam ich wszystkich), dwa, że brak tu konsekwencji w budowaniu postaci i uzasadnienia dla niektórych wątków (najbardziej powalił mnie sposób potraktowania przez twórców pewnej traumy, która przydarza się heroinie. tak trochę w myśl zasady „było, nie było, po kij drążyć temat”). Kocham dziwne fabuły, ale tej bym nie kupiła nawet za 100 jenów (na nasze 3,67 zł). 5/10

Apocalypse Child

„Dziecko apokalipsy” („Apocalypse Child”) (PHI, 2015), reż. Mario Cornejo – to prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjny film 10. edycji Pięciu Smaków. To taka konwencja, którą w zależności od indywidualnych życiowych potrzeb albo się pokocha, albo odrzuci. Głównym bohaterem filmu jest tytułowe dziecko apokalipsy. O dziwo, dosłowne. Ford to młody mężczyzna spłodzony w czasie, gdy w filipińskim Baler kręcono „Czas apokalipsy”. Wychowany bez ojca, przez przeuroczą matkę o mentalności dziecka, żyjący tak, jak wielu z nas by chciało, gdyby mogło – chwilą, bez konsekwencji i zobowiązań, pławiąc się w morzu, surfując na desce. Kusi Was taka wizja? Dzięki twórcom tego filmu będziecie mieli okazję w niej zasmakować, albowiem to jeden z tych obrazów, które naprawdę pachną morzem i słońcem (kwestia specyficznej narracji, czarownych zdjęć Ike’a Avellany i muzyki Armi Millare). To chyba mój ulubiony rodzaj slow spinu (a nawet slow flowu). Leniwy, nieskrępowany, sensualny. Przy czym wcale nie nudny, bo wesoło przegadany. Reżyser „Dziecka apokalipsy” Mario Cornejo stwierdził wprost, że jest to film o seksie, surfowaniu, opowieściach, jakie snujemy na własny temat, konsekwencjach kolonialnej przeszłości Filipin oraz przede wszystkim o ojcostwie. Ta ostatnia kwestia nie dotyczy wyłącznie Forda. Takich, co wychowywali się sami, nie potrafiących określić swoich korzeni, zagubionych i miotających się jest tu więcej. Chyba właśnie to najbardziej razi krytyków tej produkcji. Że im dalej w film, tym zderzamy się z coraz większą liczbą wątków, coraz bardziej dramatycznych (nierzadko na miarę „Niewolnicy Isaury”;), przez co przyjemne i zabawne filipińskie sundance zaczyna zalatywać mydłem. O dziwo, mnie to nie przeszkadzało. Widocznie pasował mi ten konkretny zapach.:) 8/10

„Zwyczajna rodzina” („Pamilya Ordinaryo”) (PHI, 2016), reż. Eduardo W. Roy Jr. – nie chcę rozpamiętywać tego incydentu w nieskończoność, ale nie potrafię stwierdzić, jak wpłynął na mój odbiór tego obrazu fakt, iż programerka festiwalu zdradziła nam w zapowiedzi, co się wydarzy w 1/3 i na końcu filmu. Nie mając już czym się ekscytować, oglądałam „Zwyczajną rodzinę” bardziej jak paradokument niż fabułę. Uczciwa odpowiedź na pytanie, o czym jest ta produkcja, brzmi: o realiach życia na ulicznych kartonach, a dokładniej o dwójce biednych dzieci próbujących wychowywać na ulicach Manili noworodka. Tyle mogę Wam zdradzić, nie zdradzając nic właściwie więc w żaden sposób Wam nie szkodząc. Muszę przyznać, że jestem lekko zafascynowana osobą reżysera – Eduarda Roya Juniora. Może nie ma nic dziwnego w tym, że ot tak sobie przeszedł od pisania i kręcenia telenowel do poważnych fabuł o dokumentalnym zacięciu (w końcu z wykształcenia jest dekoratorem wnętrz, a zawodowo kręci filmy więc może po prostu już tak ma, że jest wszechstronny), ale to, jak szybko się odnalazł w tych drugich i techniczna jakość jego dzieł, naprawdę robią wrażenie. Film nakręcono w prawdziwych ulicznych warunkach, długimi ujęciami, trochę po partyzancku, aczkolwiek bez przesady. Zdjęcia są bardzo dobre i świetnie jest to wszystko zmontowane (obok tradycyjnych zdjęć, film wykorzystuje także znakomicie wplecione w całość ujęcia z kamer monitoringu), a prosta historia broni się swą prostotą, dynamiką i świeżym, przekonującym aktorstwem. Brawa należą się zwłaszcza odtwórczyni roli Jane – Hasmine Killip.7/10

„Zły” („Jagat”) (MAS, 2015), reż. Shanjey Kumar Perumal – wielką zaletą festiwali filmowych jest to, że serwują widzom perełki, których w normalnej dystrybucji nijak się nie zobaczy. „Zły” Shanjheya Kumara Perumala jest właśnie takim białym krukiem. Malezyjskich filmów tamilskich kręci się w Malezji mniej niż 10% rocznie. Przy czym to, co powstaje, to głównie produkcje rozrywkowe. Na filmy dotykające poważniejszych tematów trudno zdobyć pieniądze. Dość powiedzieć, że fabularny debiut Perumala (reżyser jest także twórcą dokumentów) powstawał 10 lat (pomysł zrodził się w 2004 roku, prace nad filmem wystartowały w 2005 roku, a premiera skończonego obrazu odbyła się w roku ubiegłym). Akcja filmu rozgrywa się w latach 90. XX wieku (początkowo obraz miał być osadzony w latach 80., ale taniej było opóźnić czas akcji. wystarczającym problemem był już fakt, że dzisiejsza Malezja jest tak zindustrializowana, że nie wygląda tak jak kiedyś, przez co by móc odtworzyć realia, trzeba było kręcić w kilkunastu lokacjach w różnych stanach) i z jednej strony opowiada historię zbuntowanego przeciw systemowi edukacji bystrego i uzdolnionego artystycznie 12-letniego chłopca (ten wątek jest poniekąd autobiograficzny. pojawiają się w nim osoby, które reżyser znał i sytuacje, które się w jego życiu wydarzyły), a z drugiej – historię jego ciężko pracującego ojca i skłaniających się ku gangsterce stryjków (ta część nawiązuje stylistyką do twórczości Johnniego To i hinduskiego kina akcji). Tamilowie żyją w Malezji od ponad 200 lat. Sprowadzili ich Brytyjczycy do pracy na plantacjach. Można też spokojnie powiedzieć, że w XIX wieku to oni budowali kraj. W chwili odzyskania przez Malezję niepodległości zostali jednak pozostawieni samym sobie, co zmusiło ich do podejmowania trudnych decyzji. „Zły” (wbrew temu, co się wydaje, tytuł nie odnosi się do konkretnej osoby, lecz do systemu) ukazuje część problemów tamilskiej mniejszości na przykładzie losów jednej rodziny przedstawionych pół żartem, pół serio. O ile z naszej perspektywy taka kompozycja może się wydawać nienajszczęśliwsza (trochę zbyt to karykaturalne, by móc traktować ten obraz poważnie), o tyle na rynku malezyjskim sprawdziła się idealnie. „Zły” jest pierwszym filmem w języku tamilskim, który zdobył nagrodę dla najlepszego filmu malezyjskiego. Ja na pewno zapamiętam z tej projekcji uroczego małego anarchistę, rozbrajające triady i rewelacyjną ścieżkę dźwiękową (na którą składa się między innymi muzyka eksperymentalna i prawdopodobnie jedyny blues, jaki jestem w stanie zaakceptować, a nawet pokochać). 6,5/10

„Zapis moich zmysłów” („A Copy of My Mind”) (IDN, 2015), reż. Joko Anwar – muszę przyznać, że im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej nie mogę się zdecydować, czy się nie udał, czy też jest genialny. Główna bohaterka „Zapisu moich zmysłów” – Sari – pracuje w salonie kosmetycznym, a po godzinach namiętnie ogląda filmy (przy czym preferencje ma dość specyficzne. najbardziej lubi obrazy w stylu „Megarekin kontra krokozaurus”). Problem w tym, że pasja ta jest chorobliwa, i to do tego stopnia, że filmy często kleją się dziewczynie do rąk, z czego wynikają nie zawsze miłe konsekwencje. Wydaje się, że film Joko Anwara to przede wszystkim film o miłości. Romantycznej, do kina i chyba też do miasta (reżyser twierdzi, że miał to być hołd dla jego rodzinnej Jakarty). 2/3 tej produkcji to spokojna, chwilami mocno się dłużąca mieszanka obyczajówki z romansem. Gdzieś tam w tle majaczy problematyka polityczno-społeczna (w naturalny sposób kojarząca się z dokumentami Oppenheimera), ale wątek ten sprawia wrażenie doklejonego na siłę, zaledwie prześlizgującego się po temacie, niepotrzebnego. W tym kontekście powiedziałabym, że film autorowi nie wyszedł i nie spełnił swojej funkcji. Tylko czy aby na pewno? :) Z kina wyszłam zmęczona, ale jednocześnie zaskoczona tym, że „Zapis moich zmysłów” w ogóle przeszedł przez indonezyjską cenzurę. Wszak cała końcówka filmu wyraźnie nawołuje do rewolucji. A co jeśli Anwar zrobił tu to samo co jego bohaterka – sprzedał zaangażowany przekaz w innym opakowaniu? Co jeśli wszystko to, co wydawało nam się fabułą, to tylko pretekst i zasłona dymna? Gdybym mogła mieć pewność, że to coś więcej niż moja dzika nadinterpretacja, ocena byłaby wyższa. 5/10

„Trójka” („San ren xing”) (HKG/CHN, 2016), reż. Johnnie To – wydaje Wam się, że mieliście zły dzień? Doktor Tong z całą pewnością miała gorszy, i to jeszcze zanim do jej szpitala trafił ranny groźny przestępca, za którym przycwałował oddział policji. Jakby nie miała dość zawodowych zmartwień, złośliwy los zamiast funkcji lekarza przeznaczył jej rolę rozjemcy między superinteligentnym kryminalistą i agresywnym detektywem. Brzmi całkiem poważnie, prawda? A to jeden absurd jest, i to taki, na który może sobie pozwolić tylko ktoś pokroju Johnniego To czy Johna Woo. Debiutantowi by coś takiego na sucho nie uszło. Absurdalne kino akcji to w przypadku To nie pierwszyzna, i choć „Trójka” nie dorównuje mojemu ulubionemu „Fulltime Killerowi”, chyba właśnie w tej odsłonie najbardziej reżysera lubię. Jeśli coś mi w tym filmie wybitnie nie leżało, to stanowczo aktorstwo. Kiedyś To współpracował z o wiele lepszymi aktorami – Andym Lauem, Simonem Yamem, Yun-Fat Chowem etc. Tutaj na uwagę zasługuje jedynie Wallace Chung w roli sprytnego złodzieja. Louis Koo jako inspektor wypadł dziwnie, a odtwarzająca doktor Tong Wei Zhao (teoretycznie największa gwiazda tej produkcji) – bardzo słabo (widać to, co sprawdza się w kinie wuxia, rzadko sprawdza gdzie indziej). Wydaje się, że „Trójka” została nakręcona głównie dla słynnej już, fantastycznej sceny strzelaniny, mnie jednak o wiele bardziej zachwyciła wchodząca w skład tej samej sekwencji scena akrobatyczna. Na końcową ocenę mógł też rzutować fakt, iż film obejrzałam w cudownym tłumaczeniu pani Marii Frączek. Wiernym, ale umiejętnie zaadaptowanym do polskich warunków, co zaowocowało takimi uroczymi kwestiami jak „Mamy przejebane jak stąd do Radzymina”.:D 6,5/10

Goksung

„Lament” („Goksung | Gokseong”) (KOR/USA, 2016), reż. Hong-jin Na – nie będę się za bardzo produkować na temat tego obrazu, bo generalnie w tym przypadku zasada jest taka, że im mniej się dowiecie przed seansem, tym dla Was lepiej. Co powinniście wiedzieć: Film jest długi (trwa ponad 2,5 godziny) i jest koreańskim thrillerem mistycznym, zagadką zbrodni i opętania. Tak jak poprzednie obrazy Hong-jina Na miejscami „Lament” jest dość drastyczny. Co możecie wiedzieć: Chwilami film ociera się o horror, to znów popada w czarną komedię. Warto oglądać go uważnie, bo rozwiązanie zagadki wcale nie jest oczywiste. Nie jest też jednoznaczne. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że głównym bohaterem filmu jest niezbyt bystry policjant Jong-goo, którego głównym zadaniem w przerastającym jego możliwości śledztwie jest odróżnienie prawdy od kłamstwa, jawy od snu. Widzowie muszą sprostać temu samemu wyzwaniu. Pierwszym dziełem Na, który dane mi było zobaczyć, było „Morze Żółte”. Już wtedy wyszłam z kina z wielkim WOW, czując, że będzie z tego miłość. Nadrobione w tym roku „W pogoni” utwierdziło mnie w tym przekonaniu, a „Lament” ostatecznie przypieczętował awans Hong-jina do grona moich najulubieńszych reżyserów. Oryginalnych i odjechanych thrillerów w koreańskim kinie nie brakuje (ostatnimi czasy Korea jawi się jako centrum wszechświata w temacie kina gatunkowego). Jednakowoż nie każdy reżyser jest równie dokładny, wręcz drobiazgowy, nie każdy potrafi tak swobodnie i precyzyjnie miksować gatunki i konwencje, nie każdy umie utrzymać widzów przez ponad 2 godziny w pełnym napięciu i oczarowaniu. Mój prywatny zachwyt nad „Lamentem” spotęgowała jeszcze festiwalowa tłumaczka – Maria Frączek, zwłaszcza kreatywnymi przekleństwami (IMO „Do chuja wafla!” czy „Jak bonie dydy!” pasują tu jak lody do szarlotki:). Polski dystrybutor – Mayfly – wprowadził tę produkcję do kin w tak ograniczonym stopniu (prawie nigdzie tego nie grają. wiem jedynie o 4 weekendowych seansach w warszawskim kinie Elektronik), że pozostaje liczyć na to, że wyda też „Lament” na DVD. Satysfakcja gwarantowana więc nie przegapcie! 7,5/10

„Twoja i nie tylko twoja” („Dangsin jasingwa dangsinui geot”) (KOR, 2016), reż. Sang-soo Hong – jeśli kiedykolwiek słyszeliście o Sang-soo Hongu, to pewnie słyszeliście też, że porównuje się go do Woody’ego Allena. W moim odczuciu całkiem słusznie, z zastrzeżeniem, że jest to taki Allen, który mógłby startować w konkursie festiwalu Sundance. Bez zdradzania Wam szczegółów twistu, mogę powiedzieć, że głównymi bohaterami filmu są stateczny Young-soo i żywiołowa Min-jung. Z pozoru bardzo szczęśliwa, zakochana w sobie para, której jedynym problemem są przyjaciele mężczyzny co i rusz opowiadający mu niestworzone rzeczy na temat jego dziewczyny. Chcąc nie chcąc, w którymś momencie Young-soo zacznie się zastanawiać, a reżyser tak pokieruje fabułą, że zastanawiać będziemy się wszyscy, mniej lub bardziej przy tym głupiejąc. To, czy „Twoja i nie tylko Twoja” jest filmem udanym, czy może jednak niekoniecznie, jest kwestią indywidualnego odbioru. Ja tam nie jestem fanką scenariuszy pisanych na kolanie w trakcie kręcenia i interpretacji na poczekaniu, nie bardzo podoba mi się zakończenie i to, co z niego wynika (nie wiem, czy filmy mogą być zbyt feministyczne, ale mnie jako humanistce zapaliła się lampka), w dodatku takie nagromadzenie żałosnych facetów i jojczących dialogów chwilami odbijało się na moim życiu i zdrowiu;) Sam filmowy trolling uważam jednak za wybitny. Nie musi mi pasować jego wydźwięk, ale trudno nie docenić takiej wirtuozerii. 5,5/10

„Antyporno” („Anchi poruno”) (JPN, 2016), reż. Sion Sono – 20 listopada 1971 roku zagrożona bankructwem japońska wytwórnia Nikkatsu (dotychczas specjalizująca się w kinie samurajskim i policyjno-gangsterskim) wypuściła pierwszy film erotyczny z serii „Roman Porno” (produkcje te charakteryzowały się 7-dniowym okresem zdjęciowym, niskim budżetem i obowiązkową sceną seksu góra co 10 minut). W sumie nakręcono ponad 1000 takich obrazów. Przestano je produkować, gdy nastała era VHS-ów. Jednak w związku z 45 rocznicą powstania serii, Nikkatsu postanowiła zaprosić 5 prominentnych reżyserów (w tym Nakatę i Sono) do nakręcenia filmów jubileuszowych. Sion Sono z marszu odrzucił wszystkie zasady, którymi rządziły się erotyki Nikkatsu, poza ostatnią. Zadbał jednak, żeby w pokazywanych scenach seksu nie było nic atrakcyjnego. „Antyporno” to film-eksperyment – krytyczne spojrzenie na funkcjonowanie kobiet w popkulturze i w japońskim społeczeństwie. Mimo iż teoretycznie mamy tu konkretną bohaterkę, trudno stwierdzić, kim jest naprawdę i jaka jest w rzeczywistości, bo też i nie sposób orzec, co tu jest rzeczywistością. Pod względem formalnym mamy tu do czynienia z bardzo teatralnym i pełnym irytujących powtórzeń (jak kocham takie zabiegi u Wyrypajewa, tak te okazały się bardzo ciężkostrawne) kinem artystycznym, które niebezpiecznie ociera się o niezbyt szczery manifest (nie ma to jak opowiadać o wykorzystywaniu, wykorzystując). Nie nazwałabym „Antyporno” pretensjonalnym gównem, ale z całego seansu we wdzięcznej pamięci zachowam jedynie scenę z tortem i zabutelkowaną jaszczurkę.5/10

***

Mój ranking obejrzanych filmów:

01. „Atak serca”
02. „Dziecko apokalipsy”
03. „Lament”
04. „Ostatni pociąg”
05. „Długie przeprosiny”
06. „Ostatni mistrz”
07. „Zwyczajna rodzina”
08. „Droga do Mandalay”
09. „Trójka”
10. „Zły”
11. „Gwiazda szeptów”
12. „Twoja i nie tylko twoja”
13. „Zapis moich zmysłów”
14. „Tharlo”
15. „Antyporno”
16. „Miłość za sto jenów”

Dwa słowa na temat rozstrzygnięć oficjalnych: W sekcji konkursowej Nowe Kino Azji zwyciężyło „Dziecko apokalipsy” Mario Cornejo, a wyróżnienie przypadło „Zwyczajnej rodzinie” Eduarda Roya Juniora. Nagroda jury NETPAC zgodnie z przewidywaniami powędrowała do „Tharlo” (kto miał okazję posłuchać zapowiedzi Mary Matty przed seansem „Tharlo” drugiego dnia festiwalu, wiedział już, że tak to się skończy). Z werdyktem People’s Jury wyjątkowo się zgadzam, werdykt jury NETPAC rozumiem (wszak zadaniem tej organizacji jest wspieranie i promowanie zwłaszcza takiego kina, które samo się nie wypromuje).

Największym atutem Festiwalu Pięć Smaków są, jak wiadomo, filmy. Starannie wyselekcjonowane, często trudno osiągalne, zawsze intrygujące. Przy czym warto zauważyć, że festiwal nie kręci nosem na dobrą rozrywkę i oprócz dzieł artystycznych i zaangażowanych serwuje widzom również perełki kina gatunkowego. Świetną sprawą są jednak także puszczane przed filmami oryginalne azjatyckie reklamy. Tak inne od zachodnich, czym wzbudzają we mnie zawsze masę refleksji i pytań.

Czy reklamy naprawdę muszą się posługiwać niewyrafinowaną wersją języka rodzimego, żeby do odbiorców dotarł przekaz?

Czy reklamy muszą być krótkie i przyziemnie, bo tego właśnie oczekują odbiorcy?

Czym jest normalność (zwróćcie uwagę, w kogo zamienia ludzi Snickers!)? Bo mnie wychodzi, że w kulturze zachodu – przeciętnością, a w Azji – wyjątkowością, jaka by ona nie była.

Jak świadczy o nas fakt, że większość polskich reklam jest siermiężna, żenująca i nudna?:)

Moim prywatnym sposobem na przedłużenie sobie festiwalu było poświęcenie ponad 2 tygodni na wyrzeźbienie tej relacji.;P Ale są też normalniejsze metody. Najlepszą wydaje się lektura (już na etapie czytania o kinie koreańskim mogę powiedzieć, że świetnej) książki „Cicha eksplozja” wydanej przez festiwal, Fundację Sztuki Arteria i Korporacją Ha!art, i rzucenie się do nadrabiania filmów, o których w niej mowa. Dobre emocje zawsze wywołują we mnie także wspaniałe festiwalowej torby, które da się jeszcze kupić, jakby ktoś chciał. Tylko ostrzegam, że jak już kupicie jedną, to za parę lat możecie się obudzić z całą kolekcją. Ja już czekam na, miejmy nadzieję bardzo kolorowego, koguta. No i oczywiście na 11. edycję.

Oraz wielkie dzięki dla Oyakaty za dożywianie, ale biorąc pod uwagę, na jakiego żarłoka wyszłam, chyba już nigdy nic na tym festiwalu nie zjem.;D

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 07-13 marca 2016

„Nawet góry przeminą” („山河故人” | „Shan he gu ren”) (CHN/FRA/JAP, 2015), reż. Zhangke Jia – „There, where the air is free, we’ll be, what we want to be. Now if we make a stand, we’ll find our promised land”. Więcej na temat filmu tutaj. 8/10

„Londyn w ogniu” („London Has Fallen”) (UK/USA/BUL, 2016), reż. Babak Najafi – reżyser prequela Antoine Fuqua (umówmy się, że nie jest to twórca kina ambitnego, a „Olimp w ogniu” to już spokojnie o jakieś kino klasy B się ociera) odmówił nakręcenia „Londynu w ogniu”, bo nie podobał mu się scenariusz. Koniec recenzji, dziękuję za uwagę:D Ale tak serio, jeśli reżyser tej klasy odrzuca ofertę nakręcenia filmu akcji ze względu na scenariusz (mimo iż z pewnością miał za tę fuchę zgarnąć niemałe pieniądze), to co ma widz powiedzieć? Scenarzyści tej produkcji: Creighton Rothenberger, Katrin Benedikt, Christian Gudegast i Chad St. John, których wymieniam, bo warto zapamiętać nazwiska wybitnych partaczy, coby więcej po ich twórczość nie sięgać, ewidentnie nie mogli się zdecydować, czy ich terroryści mają być geniuszami, czy skończonymi kretynami, czy „ci dobrzy” mają być profesjonalistami, czy cyrkowymi klaunami. W efekcie jedni i drudzy robią wszystko, by zbyt wcześnie nie zabić prominentów, gdy któraś ekipa nie nadąża, ta druga na nią czeka, prezydent jest chroniony zawsze i za wszelką cenę, no chyba że ktoś umiera i trzeba go potrzymać za rękę (wówczas jest zdany na siebie), z terrorystami się nie negocjuje, ale chętnie się im przedstawia i wysłuchuje ich zwierzeń itp. itd. Zero napięcia, a na to konto beczka śmiechu (i tylko dlatego film dostał tak wysoką ocenę; nie przyznaję najniższych not filmom, na których było mi dane rechotać; niezależnie od faktu, czy humor był zamierzony, czy nie). Efekty specjalne są beznadziejne, ale nie będę się wyżywać, bo to, że CGI będzie gówniane, można było wywnioskować już na podstawie trailera. Widziały gały, co brały. Albo im się wydawało. :/ 3/10

„Carol” („Carol”) (UK/USA, 2015), reż. Todd Haynes – muszę powiedzieć, że film ten wpędził mnie w poważne kompleksy. Z jaką niesamowitą dbałością o detal kobiety się kiedyś ubierały! Pal sześć Carol – urodzoną damę, reprezentantkę określonej klasy, ale nawet Therese ma tu idealnie dobraną czapkę, palto, buty. Wszystkie te rzeczy wyglądają nie tylko na wysokogatunkowe (boli świadomość, że dziś o takiej jakości możemy tylko pomarzyć) i ponadczasowe, ale na starannie wyszukane. Kto dziś ma tyle czasu, cierpliwości i, powiedzmy sobie szczerze, pieniędzy, by tak dopasowywać rzeczy do siebie i decydować się tylko na te idealne/wymarzone? Na to konto mamy całą wolność i swobodę świata, o której filmowe bohaterki mogły tylko pomarzyć. Nie do końca wiem, jaka idea przyświecała Toddowi Haynesowi, gdy zabierał się za kręcenie tego obrazu. Jeśli zależało mu na sportretowaniu epoki i walorach estetycznych, to stanowczo dał radę. Kostiumy są szykowne, przedmioty użytkowe zachwycają misternością (zwłaszcza stare aparaty fotograficzne), muzyka ocieka elegancją, piękne zdjęcia (odbicia, rozmycia, zabawy źródłami światła, bokeh, zmiany filtrów, zestawienia zieleni z brązami i czerwieniami), choć inspirowane fotografiami (Saula Leitera, Vivian Maier, Ruth Orkin, Helen Levitt i Esther Bubley) popadają w malarstwo (Edwarda Hoppera chociażby; „Nighthawks” czy „Chop Suey” były tu naturalnymi skojarzeniami nawet dla takiego laika jak ja). Coś pięknego! Jeśli jednak chodziło o uchwycenie dramatu, to bardzo mi przykro, ale nie wyszło. Blanchett i Mara to bardzo dobre aktorki i dobrze tu wypadły, ale w ich filmowy romans uwierzyć trudno. Cate jest najbardziej wiarygodna i najlepsza, gdy jej bohaterka wypowiada się na temat dziecka. Rooney – gdy diagnozuje typ osobowości Therese. Miłości tu nie czuć, w ogóle nie iskrzy, a emocji jak na lekarstwo. Zgadzam się z Rafałem Lisowskim: „Brokeback Mountain it ain’t”. 6/10

„Zoolander 2” („Zoolander 2”) (USA, 2016), reż. Ben Stiller – it’s official: „Zoolander 2” jest potencjalnie groźny dla zdrowia. Rozpuszcza szare komórki i powoduje nieodwracalne zmiany w osobowości. Podejrzewam działanie silnych trucizn i przekazów podprogowych. Pierwsza dawka zostaje uwolniona już na etapie prologu z udziałem Justina Biebera. Trudno opisać to, co się dzieje potem. Ręka, noga, mózg na ścianie. Ani (skądinąd kiepski) trailer, ani opis dystrybutora nie przygotują Was na to, na co paczać będą Wasze oczy. #wstydliwewyznania Tak, śmiałam się. Naprawdę nie wiem, z czego. [Uwaga, śliskie schody! Pierwsza część nie bawiła mnie praktycznie wcale. Nie wykluczam jednak, że żeby naprawdę kupić tę formułę, trzeba być old i lamé, tak jak ja, Ben i Owen;] W drugiej połowie filmu pojawiła się nadzieja, że wraca mi zdrowy rozsądek (zaczęło mi się zdawać, że fabuła utyka i wytraca ogień), ale szybko została obalona przez radioaktywny finał:D Słuchajcie Mugatu, on prawdę Wam powie. Zgadzam się z nim praktycznie we wszystkim. Pewnie więc nigdy nie pojmę, skąd się wzięła ta ocena (jakiś blackout? porwanie przez Obcych? I don’t even). Całusy dla Owena Wilsona, uśmiechy dla Kiefera Sutherlanda, uszanowanko dla wszystkich ludzi dobrej woli i wielkiego dystansu, I love you, ALL! Przed seansem skonsultujcie się z lekarzem lub psychoterapeutą. Na mniej niż 10 widzów na sali z projekcji zwiały tylko 2 osoby. Łatwo przecenić swoją odporność. 6/10

zoolander-2-promo

Spróbowałabym zrobić „Blue Steel”, ale Derek za bardzo mnie onieśmielał. Przede wszystkim w rzeczywistości powinien być niższy. Ach, te triki męskich modeli! ;)

„Seria Niezgodna: Wierna” („The Divergent Series: Allegiant”) (USA, 2016), reż. Robert Schwentke – nie wiem, czy czytaliście trylogię Roth, ale generalnie wygląda to tak, że pierwszy tom (mimo iż ewidentnie stworzony przez nastoletnie serce i dla podlotków) jest naprawdę fajny (pod względem wykreowanego świata, kolejnych etapów frakcyjnych szkoleń, tarć między bohaterami) i wciąga. Każda kolejna część jest tylko gorsza (wizja przyszłości stworzona przez panią Veronicę niestety nie jest ani nowatorska, ani pogłębiona; poza tym im dalej w las, tym większa telenowela; główni bohaterowie, licytując się na wyrzuty sumienia, są tak męczący, że człowiek przerzuca uczucia na największego dupka). Ekranizacje pierwszych 2 odsłon dostosowały się do tej prawidłowości. Ta, co gorsza podzielona na 2 części, (który to zabieg zawsze kończy się katastrofą), nie wróżyła niczego dobrego. Może właśnie dlatego zaskoczyła. Nie będę Was tu przekonywać, że to jakiś wybitnie wybitny film jest. Nie jest. Jednak oceniając ekranizacje, staram się zawsze brać pod uwagę, jak się mają do pierwowzoru i na ile są ograniczone przez treść książki. W przypadku filmów sci-fi oceniam też wizualizacje i efekty. Jeśli o te wszystkie rzeczy chodzi, jest dobrze. Schwentke nie ustrzegł się hollywoodzkiej przesady, jest też parę pocałunków w niewłaściwych miejscach i momentach, ale przynajmniej udało się urwać od dramy. Za to wielkie dzięki. 6,5/10

filmy-mountains-may-depart-londyn-w-ogniu-carol-zoolander-2-seria-niezgodna-wierna

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Nawet góry przeminą” (2015)

Tytuł oryginalny: „山河故人” / „Shan he gu ren
Reżyseria: Zhangke Jia
Zdjęcia: Nelson Lik-wai Yu
Muzyka: Yoshihiro Hanno
Moja ocena: 8/10

Akcja filmu „Nawet góry przeminą”, a właściwie pierwszej z 3 jego części, rozpoczyna się w 1999 roku w Fenyang w prowincji Shanxi (jest to rodzinne miasto reżysera). Wtedy to poznajemy główną bohaterkę Tao (w tej, skądinąd świetnej, roli żona i muza Zhangke Jia – Tao Zhao) i jej dwóch adoratorów: pracującego w kopalni spokojnego Liangzi i impulsywnego dorobkiewicza – Jinshenga (wspaniale zagrana przez Yi Zhanga jednostka wybitna, której telenowelowo-brawurowe akcje wzburzają, a jednocześnie wywołują salwy śmiechu). Tym, co od razu rzuca się w oczy, jest w miarę nietypowy (chociaż jak tak dalej pójdzie, bardzo szybko nam on spowszednieje) format obrazu – 1.33:1 vel 4:3 (ja akurat bardzo lubię takie niemalże instagramowe kompozycje więc nie mam wątpliwości, że poniekąd wpłynęło to na mój bardzo pozytywny odbiór zdjęć Nelsona Lik-waia Yu; to i fantastyczna zabawa nasyceniem oczywiście). Początkowo sądziłam, że to zacieśnienie kadru miało, tak jak u Dolana, zwrócić uwagę na bohaterów i ich emocje, uczynić tę filmową opowieść bardziej osobistą (niezależnie od przyjętej przez siebie formuły Zhangke Jia stara się zawsze pokazać przemiany historyczno-ekonomiczno-społeczne w Chinach; tu od początku wiadomo i właśnie widać, że będą one tylko interesującym tłem), jednak gdy w następnej – rozgrywającej się w roku 2014 – części (która zaczyna się po 45 minutach; wtedy też pojawiają się napisy początkowe) pole widzenia się poszerzyło (do formatu 1.85:1), zrozumiałam, że choć mojego pierwotnego założenia nie sposób wykluczyć, może jednak chodzić o coś innego, w tym na przykład o zasygnalizowanie przybywania lat i poszerzania się perspektywy. I to nie tylko tej, która przychodzi z wiekiem i która ma wpływ na postępowanie i postrzeganie świata przez bohaterów, ale przede wszystkim perspektywy widzów. Idę o zakład, że na etapie roku 1999 (a 2014 w sumie też) większość z nas miała sporo refleksji, uwag i rad dla głównej bohaterki.:) Te mentorskie zapędy mijają – z biegiem czasu, w miarę upływu taśmy filmowej, w toku życia. W 2025 roku obraz wypełnia już cały ekran (format 2.39:1). Globalizacja postępuje, świat staje się większy, a my (bohaterowie i widzowie) widzimy więcej, jesteśmy mądrzejsi. Sam reżyser podkreśla, że chciał też pokazać, jak zmieniała się technika kręcenia filmów (w tym sprzęt, który wykorzystywał) na przestrzeni lat. W 1999 roku wszedł w posiadanie swojej pierwszej kamery DV i kręcił wtedy w formacie 1.33:1, a zależało mu na jak najwierniejszym odtworzeniu realiów. Właśnie dlatego akcja filmu rozpoczyna się w 1999 roku. Bo z tego okresu pochodzą najwcześniejsze materiały archiwalne, którymi Jia dysponuje i na których mógł się oprzeć, rekonstruując epokę.

Jedną z największych zalet chińskiego (i w ogóle azjatyckiego) kina, jest jego oszczędność emocjonalna, wręcz wycofanie, które sprawia, że gdy już pojawią się jakieś emocje, bardziej się je szanuje i docenia. A nawet wówczas nie grozi nam (nierzadkie w kinie zachodnim) przehisteryzowanie, które potrafi obrzydzić każdy melodramat. Nieodmiennie fascynuje mnie także azjatycka łatwość osiągania stanu zen, która tak pięknie się tu manifestuje. Poza tymi lokalnymi akcentami i kolorytem kolejnych etapów chińskiej transformacji filmowa historia (ta życiowo-uczuciowo-rodzinna) jest bardzo uniwersalna. Łatwo zacząć się zastanawiać w jej kontekście nad własną młodością i życiowymi wyborami, a nawet (niezależnie od tego, czy się w nie wierzy, czy nie) nad przeznaczeniem. Globalizacja i technologizacja życia, kryzys wartości rodzinnych i problemy z odnalezieniem się na emigracji też nie stanowią wyłącznie chińskiej domeny. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość. Każdy z nas odnajduje się w niej trochę inaczej. Warto obejrzeć ten film również po to, by móc spojrzeć na świat oczyma Tao i być może przejąć trochę jej życiowego doświadczenia, energii i siły.

Zarówno chiński („Shan he gu ren” / „山河故人”), jak i angielski („Mountains May Depart”), a za nim polski tytuł filmu odnosi się do chińskiej sentencji, która mówi, iż upływ czasu może spowodować, że góry przeminą (zwróćcie uwagę na filmowy motyw australijskich Dwunastu Apostołów), a rzeki zmienią bieg (stanowiąca część południowej granicy prowincji Shanxi Huang He, czyli Rzeka Żółta, w swej historii jak dotąd poważnie zmieniła bieg aż 26 razy), ale nasze uczucia i sposób radzenia sobie z tym, co w życiu nieuniknione, pozostaną takie same. Nawet jeśli druga część tego powiedzenia jest trochę życzeniowa, trudno się nie zgodzić z ideą. Wszystko z czasem straci na znaczeniu (pieniądze przede wszystkim), wszystko kiedyś przeminie. Pozostaną ewentualnie wspomnienia.

film-shan-he-gu-ren

1 komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował  $5 000 000), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film