Tag Archives: kino belgijskie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 23-29 stycznia 2017

„Ostatni będą pierwszymi” („Les premiers les derniers”) (BEL/FRA, 2016), reż. Bouli Lanners – tytuł filmu nie jest przypadkowy. „Ostatni będą pierwszymi” to – oprócz gangsterskiego kina drogi – rodzaj symbolicznej przypowieści. Co prawda nie czerpiącej z Biblii garściami, ale dość czytelnej i uświetnionej obecnością Jezusa (taki zeszłoroczny trend filmowy na zstąpienia z Nieba). Jezus nie jest co prawda głównym bohaterem (na pierwszym planie mamy dwie prostoduszne zagubione owieczki i dwa twarde, acz sprawiedliwe wilki), ale ostatecznie i tak kradnie spektakl. Jako że mowa o filmie belgijskim (w teorii jest to belgijsko-francuska koprodukcja, ale od początku widać i słychać, że to kino belgijskie czystej krwi), możecie sobie wyobrazić, w jakim stylu.:) Skoro już przy stylu jesteśmy, bardzo ładne są w tym filmie zdjęcia. Trochę przehadeerowane, ale niepokojąco mroczne i dobrze skomponowane. Za tło muzyczne robią oczywiście wariacje na temat country (pod wieloma względami, nie tylko muzycznym, Belgia jest już bardziej country-and-westernowa niż Stany). Lilium, Cheap Killers, Limousine (rzucam nazwami zespołów na wypadek, gdyby ktoś szukał). Dodatkową atrakcją filmu jest śpiewający Max von Sydow. To także jedna z nielicznych produkcji, w których listę płac (napisy) otwiera zwierzę, w tym przypadku pies Gibus. Szacun. 6/10

„W pionie” („Rester vertical”) (FRA, 2016), reż. Alain Guiraudie – nowy film Alaina Guiraudie to obraz o bardzo wielu rzeczach (zbyt wielu). O problemach francuskiej wsi, ojcostwie (w tym samotnym), godności ludzkiej, piętnie wykluczenia, katuszach procesu twórczego (chyba lepiej skończę z tym pisaniem, zanim mi zaszkodzi). Byłby to całkiem nudny film, gdyby nie był taki porypany i nie sprzedawał swoich ważkich przesłań z absurdalnym humorem na pograniczu snu i jawy. „W pionie” to rodzaj wspomaganego samobójstwa (inside joke). Wizję reżyser miał ciekawą, ale tak poprowadził scenariusz, że prawie nikt nie wyszedł z tego cało (choć aktorzy zrobili, co mogli). Naprawdę trudno się powstrzymać od utożsamienia Guiraudiego z głównym bohaterem. Widać, że chciał stworzyć coś wielkiego, ale to, co napisał, prezentuje się raczej jak coś wymęczonego na zamówienie. Cenię szczerość, jeśli coś miałoby mnie obrzydzić, to prędzej poród, na pewno nie genitalia, chwilami miałam jednak wrażenie, że Guiraudie próbował złapać za ogon zbyt wiele tabu jednocześnie. No dobra. Koniec narzekań. Film mógłby być lepszy, ale jest przynajmniej przyjemnie dziwny i zabawny (choć podejrzewam, że nikt nie bawił się przy nim tak jak montażysta), a w pamięci zostaje coś więcej niż malownicze pejzaże i ładne zdjęcia. 6/10

„Dlaczego on?” („Why Him?”) (USA, 2016), reż. John Hamburg – dlaczego on? Dlaczego ten film? Czemu na niego poszłam? Czemu nie sprawdziłam, że reżyserem jest autor „Nadchodzi Polly” (filmu, którego szczerze nienawidzę. nie licząc fretki, po całości)? Nie jestem jakąś szczególną fanką filmu „Poznaj mojego tatę”, ale przy produkcji Hamburga jawi się on jako arcydzieło gatunku. „Dlaczego on?” to kolejna głupawa, niesmaczna pseudokomedia, w której dźwignią dowcipu są przekleństwa (więcej fucków niż dialogów) i fizjologia. Dość powiedzieć, że najlepsze sceny (jedyne jakoś tam śmieszne) rozgrywają się w toalecie. Od poziomu totalnego klozetu ratuje przedsięwzięcie jedynie talent mimiczny Briana Cranstona. Bez jego wkładu film byłby całkowicie niejadalny. 2/10

„Manchester by the Sea” („Manchester by the Sea”) (USA, 2016), reż. Kenneth Lonergan – idąc na seans, wiedziałam, że: a) jest to film o człowieku, który po śmierci brata wraca do rodzinnej miejscowości, by zająć się synem zmarłego. b) film jest rewelacyjnie zagrany, a Oscar dla Afflecka jest już praktycznie przyklepany, c) reżyserowi udało się uniknąć typowego dla takich opowieści tonu, d) należy ze sobą zabrać pudło chusteczek, bo wszyscy na tym ryczą. Ostatecznie okazało się, że: a) „Manchester by the Sea” jest kroniką nieszczęść całej rodziny głównego bohatera (a jest tych nieszczęść dużo. ciut za dużo. i to jest właśnie jedno z moich nielicznych zastrzeżeń wobec tego filmu), b) aktorzy faktycznie dali z siebie wszystko, a Casey zasłużył na nagrody, chociaż tak prywatnie największe wrażenie zrobiła na mnie Michelle Williams (z gracją przebiła się przez moje osłony, no i wycisnęła tę drobną rólkę do ostatniej kropli), c) mimo ciężkiej tematyki film ciężki nie jest. nie jest to klasyczny wyciskacz łez. wręcz przeciwnie – Lonergan postawił przede wszystkim na dystans i humor (czarny, zgryźliwy, sytuacyjny. może nie tak dobitny jak w „Ostatniej rodzinie”, ale podobny), d) w pewnym momencie (głównie dzięki Michelle Williams) rzeczywiście się wzruszyłam, ale obeszło się bez powodzi (niestety nie mogę Wam zagwarantować, że chusteczki Wam się nie przydadzą. byłam na filmie w towarzystwie i każde z nas zareagowało inaczej). Moim jedynym poważnym zarzutem względem tego obrazu jest sposób wykorzystania muzyki. Hiciory Händla (którego szczerze kocham, ale umieszczanie jego dzieł w filmach to często szantaż emocjonalny) nie pasują do tej produkcji (przejmujące monumentalne tony w obrazie, który teoretycznie próbuje być kameralny, dają poczucie sporego dysonansu) i drażnią. Do czasu nakręcenia „Manchesteru by the Sea” Kenneth Lonergan był twórcą niekomercyjnym (reżyserem intrygującej „Margaret” i cudownego „Możesz na mnie liczyć”). W zeszłym roku opłaciło mu się stanąć na rozstaju, ale mam nadzieję, że dalej już nie pójdzie. Szkoda by było takiego utalentowanego gościa dla Hollywoodu. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – recenzję popełniłam w zeszłym tygodniu i nie planuję pisać drugiej, ale jak widać, przez tydzień zmieniła się ocena. :) Czemu? Ano temu, że po powrocie z seansu nie mogłam przestać myśleć o tym widowisku. Szybko zaczęłam się też łapać na wyciu filmowych piosenek (oczywiście ulubioną stało się „Another Day Of Sun”. utwór, który najbardziej mi się nie podobał w trailerze:). Bo na reklamach przed drugim seansem przebierałam nogami, nie mogąc się doczekać, a gdy już się zaczęło, moje stopy pląsały, a wargi układały się do śpiewu. Bo za drugim razem film rozbawił mnie nawet bardziej (zwłaszcza Ryan. zwłaszcza w scenie przy basenie:), a nawet wzruszył. Bo świat tak nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądał, ale kto nam zabroni marzyć? Kto nam zabrania widzieć tylko to, co piękne? I pamiętajcie, idealny scenariusz nie istnieje, a gdyby nawet istniał, nie ma gwarancji, że byłby lepszy od aktualnego. Warto mieć też na uwadze to, że kiedy w labiryncie zamykają się drzwi, zwykle gdzieś otwierają się jakieś inne. Gdyby taki Chazelle zrobił karierę muzyczną, tak jak planował, nie zostałby genialnym reżyserem. I pewnie też byłoby dobrze, i nie wiedzielibyśmy, co straciliśmy więc nie zabolałaby nas ta strata, a jednak tak bardzo się cieszę, że wyszło tak, jak wyszło. 9,5/10 [P]

filmy-ostatni-beda-pierwszymi-w-pionie-dlaczego-on-manchester-by-the-sea-la-la-land

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 08-14 lutego 2016

„Gęsia skórka” („Goosebumps”) (USA/AUS, 2015), reż. Rob Letterman – mój problem z tym filmem polega na tym, że jestem niemal pewna, że 10-letnia, wychowana na „Baśniach braci Grimm” ja, by go polubiła (czego nie mogę powiedzieć o irytującej, pseudobaśniowej ścieżce dźwiękowej; nigdy nie byłam głucha i na pewno bym takiej kaszany nie zaakceptowała). Niestety, 4-klasistką już nie jestem i lubię, gdy bajki, które oglądam, mają warstwy, w tym co najmniej jedną dla dorosłych. Tego „Gęsia skórka” nie dostarcza. Tyle dobrego, że trochę straszy. Co prawda głównie potworami wyskakującymi zza rogów i atakując dźwiękiem (dziecinne zabiegi, to prawda, no ale to film dla dzieci więc trudno się przyczepić), lecz to, jak wiemy, zwłaszcza w kinie (Dolby Surround i te sprawy), zawsze do pewnego stopnia działa i wystarcza. Jeśli posiadacie podrośnięte dzieci i nie jesteście przewrażliwieni na ich punkcie (czytaj: nie chronicie ich już zaciekle przed wszystkim, co mogłoby je przestraszyć i nie izolujecie ich od każdego możliwego przejawu przemocy), to spokojnie możecie je na to zabrać i raczej Was ta decyzja nie wykończy. Film Roba Lettermana to taki lekko mroczny i bardziej infantylny „Harry Potter” (spośród produkcji, które gościły w kinach niedawno, do głowy przychodzi mi jeszcze „Krampus”). Wydaje mi się, że każdy, kto uchował w sobie choć odrobinę dziecka, spokojnie da radę to obejrzeć, i to bez żalu. 5,5/10

„The Boy” („The Boy”) (USA/CHN/CAN, 2016), reż. William Brent Bell – zdarzają się filmy, które okazują się lepsze od swoich kinowych zwiastunów. To nie ten adres, przykro mi. Co prawda twórcy zrobili, co mogli, by dostarczyć publiczności jakiś twist, ale większość tej produkcji prezentuje się dokładnie tak jak w trailerze. Tyle że gorzej. Tak, to naprawdę film o kobiecie, która przyjeżdża do UK, żeby niańczyć lalkę i owszem, ta lalka naprawdę wygląda jak zaginiony kuzyn Chucky’ego i Annabelle, ale fakt ten nie budzi w głównej bohaterce niepokoju. Akcja rozwija się równie szybko co wiktoriańskie gody, a jeśli coś tu straszy, to przede wszystkim kiepski scenariusz. A szkoda, bo gdyby „Chłopiec” był trochę lepszy, świetnie by się nadał na walentynkową randkę. :* 3/10 :*

„Spotlight” („Spotlight”) (USA/CAN, 2015), reż. Thomas McCarthy – „Jeśli potrzeba wioski, żeby wychować dziecko, to potrzeba też wioski, by je molestować”. Taka prawda. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

Spotlight

Alternatywny plakat „Spotlight”. Tak zły, że aż intrygujący (już więcej liter zmieścić się nie dało, ale tak ułożone przypominają stronę tytułową gazety:).

„Ardeny” („D’Ardennen”) (BEL, 2015), reż. Robin Pront – no i czemu Ci Belgowie kręcą same mroczne, patologiczne i depresyjne filmy? Kwestia atlantyckiej pogody czy temperamentu? :D Faktem jest, że w kategorii kina socjopatycznego niepokoju – emocjonalnie oszczędnego, nieprzyjemnie makabrycznego, obarczonego wróżbą katastrofy, zwyczajowo utrzymanego w zimnej palecie i pulsującego w rytm cudownie bezdusznej techniawy – nie mają sobie równych. Z góry ostrzegam, że to bardziej kino autorskie niż mainstream (reżyserowi tak bardzo nie zależało na komercyjnym sukcesie, że nakręcił cały film w antwerpskim dialekcie, co sprawia, że nawet w Belgii „Ardeny” są puszczane z napisami) i w ogóle nie jest to typowe kino gangsterskie. To co stawiają Belgowie na świątecznym stole? Szybko! Pierwsze, co Wam przyszło do głowy. :D Oczywiście wątpię, czy filmowa rodzina jest tu reprezentatywna, ale i tak detal ten sprawił mi sporo radości, a przy okazji naszła mnie ochota:). 7/10

„Planeta singli” („Planeta singli”) (POL, 2016), reż. Mitja Okorn – miałam na to nie iść. Trailery były fatalne – zapowiadały kolejny polski gniot romantyczny pomyślany na okoliczność walentynek. A jednak okazało się, że to ten przypadek, w którym film daje radę wybronić się od złej sławy, którą wypracował mu nieudany marketing. Dystansem, humorem, a przede wszystkim dobrym aktorstwem. „Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz”. Mitja Okorn już po raz drugi robi to pierwsze wrażenie o wiele lepsze, niż można było oczekiwać. „Listy do M.” za drugim podejściem straciły co prawda większość atutów, ale nie były takie złe, a mam wrażenie, że w razie ewentualnej powtórki „Planeta singli” wypadnie lepiej. Reasumując: można obejrzeć. Dla Maćka Stuhra, Piotra Głowackiego, loży szyderców i wszystkich sukienek Ani (tak pół żartem, pół serio: pani Chan mi się przypomniała:) może nawet warto. 6/10

filmy-goosebumps-the-boy-spotlight-ardeny-planeta-singli

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Zupełnie Nowy Testament” (2015)

Tytuł oryginalny: „Le tout nouveau testament
Reżyseria: Jaco Van Dormael
Zdjęcia: Christophe Beaucarne
Muzyka: An Pierlé
Moja ocena: 6,5/10

Bóg istnieje i mieszka w Belgii. Ma żonę i 10-letnią córkę. Kiedyś miał także syna, ale ten zbuntował się i uciekł. Do ulubionych zajęć Boga należy oglądanie sportu (zwłaszcza hokeja), picie piwa, pomiatanie rodziną i płatanie ludziom figlów (przy pomocy komputera dzień w dzień gra nimi w Simsy). Jego flagowym projektem jest wymyślanie praw wkurzenia, takich jak to, że „ilość snu potrzebna, żeby się wyspać, to zawsze 10 minut dłużej”, czy to, że „kanapka zawsze upada dżemem do ziemi, a jeśli nie upada, to znaczy, że została posmarowana z niewłaściwej strony”. Taka złośliwa bestia. No ale skoro Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, to niby jaki miałby być? ;) Żeby było jeszcze ciekawiej, „Zupełnie Nowy Testament” właściwie wcale nie jest opowieścią o Bogu. Główną bohaterką filmu jest jego córka – Ea, a fabuła skupia się przede wszystkim na uwikłanych w boski plan ludziach.

Większość recenzji reklamuje dzieło Van Dormaela jako prześmieszną komedię. Jak dla mnie to raczej feel-good movie – z pewną dozą uroczych gagów, ale też z nutą melancholii. Do tego przyjemnie nietypowe kino familijne, a nawet kino feministyczne (poniekąd faktycznie ma w sobie coś z filmu „Jacky w królestwie kobiet”, choć podejmuje temat z większą klasą). A choć w warstwie okołoreligijnej film raczej kontestuje i zmusza do refleksji niż urąga komukolwiek i czemukolwiek, warto by go było pewnie opatrzyć etykietką „Nie dla zelotów!”.

film-le-tout-nouveau-testament

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2014 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2013-2014 (2013 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Mandarynki” Zazy Urushadze, „Geograf przepił globusAleksandra Wieledinskiego czy „Wielkie złe wilkiAharona Keshalesa i Navota Papushado, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2013, za to zostały w nim ujęte filmy (głównie festiwalowe, ale jest i obraz obejrzany na pokazie przedpremierowym), które (w 2014 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

25. „Szukając Vivian Maier” („Finding Vivian Maier”) (USA, 2013), reż. John Maloof, Charlie Siskel – jak nie przepadam za filmami dokumentalnymi, tak ten wciągnął mnie bez reszty. Nie wiem, czy to dlatego że całość przypomina strukturą kryminał, czy też John Maloof (człowiek, który odkrył twórczość Maier) po prostu zaraził mnie swoim entuzjazmem, ale film ten sprawił, że postać genialnej fotografki zainteresowała mnie nawet bardziej niż jej obłędne zdjęcia. Jak dla mnie bez dwóch zdań dokument roku.

24. „Wilk z Wall Street” („The Wolf of Wall Street”) (USA, 2013), reż. Martin Scorsese – co tu dużo mówić, impreza roku (i to tak odlotowa, że 3 godziny mijają jak z bicza strzelił), a DiCaprio wystarczająco rewelacyjny, by znów Oscara nie dostać.;) Gdybym musiała opisać „Wilka” jednym słowem, postawiłabym na „orgazm”. Próbowałam ocenić tę produkcję obiektywnie, ale jeszcze dziś na samą myśl o niej zaczynam mruczeć i rytm wybijać. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film

30. WFF – Dzień 1, 2, 3, 4 i 5

11 października – dzień cudów. Polska wygrała w nożną z Niemcami, a Warszawski Festiwal Filmowy nareszcie przestał wpuszczać na seanse spóźnialskich (zapis o tym, że osoby spóźnione nie będą wpuszczane na projekcje, jest w regulaminie i na biletach od lat, ale dotąd nie mogliśmy się doprosić, żeby ktoś go wyegzekwował). Kto wie, może nawet było tych cudów więcej, ale ze względu na 11 weekendowych projekcji i bytność na Narodowym nie miałam czasu obadać tematu. Pierwszą chwilę, by coś wreszcie skrobnąć, wydysponowałam dopiero po półmetku.

1. „Parking” („Parkoló”) (HUN, 2014), reż. Bence Miklauzič – obraz, który miałby szansę zwyciężyć w konkursie na najlepszy festiwalowy opis (polecam lekturę). Całkiem fajna produkcja – wdzięczna i z momentami, nawet jej z tego powodu ocenę zawyżyłam, ale zwariowana czarna komedia to to nie jest. Już raczej komediodramat typu skandynawskiego, z węgierskim Jasonem Stathamem na leadzie i z wyraźnym niedoborem kota-oprawcy. 6,5/10

2. „Agnieszka” („Agnieszka”) (GER, 2014), reż. Tomasz E. Rudzik – akcja filmu rozgrywa się w Monachium (zaprawdę pierwszy raz w życiu popłakałam się na widok torów kolejowych) więc z miejsca się przyznaję, że bardziej oddawałam się tęsknocie za miastem niż kontemplowaniem fabuły. Warsztatowo przyzwoicie (zwłaszcza jak na film z konkursu 1-2), historia trochę płytka, ale rozwija się płynnie, całość Gorczycą stoi. 6,5/10 na zachętę.

3. „W pół drogi” („Halfweg”) (BEL, 2014), reż. Geoffrey Enthoven – właściwie nie ma o czym pisać. Lekka komedyjka o intruzie. Do szybkiego zapomnienia. Gdyby nie to, że parę razy szczerze parsknęłam (aczkolwiek dodajmy też, że w połowie seansu zaczęłam przysypiać), ocena byłaby niższa. 5,5/10 Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film