Tag Archives: kino azjatyckie

Kinowe podsumowanie tygodnia: 16-22 stycznia 2017

„Po prostu przyjaźń” („Po prostu przyjaźń”) (POL, 2016), reż. Filip Zylber – za SJP (może ktoś powinien podesłać słownik pani Karolinie Szablewskiej. tak na przyszłość): „Przyjaźń” = „bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdej okoliczności”. No, to bardzo mi przykro, ale jedyne przyjaźnie, na jakie możecie liczyć w tym filmie, to papierowe, ocierające się o paragraf (układ Szymon – Antek przechodzi wszelkie pojęcie), naciągane i nieistniejące. Prawie dałam się przekonać, że innych nie ma. Oczywiście na tym „zalety” tej produkcji się nie kończą. Jest jeszcze koszmarnie nudna i z każdą minutą (a ostrzegam, że jest to obraz długaśny niczym rolka toaletowego papieru) coraz bardziej ciąży ku wyjątkowo marnej telenoweli. Gdyby nie urok Grzegorza Damięckiego i magia Tatr (ukochane widoki), czas poświęcony na zapoznanie się z tym gniotem byłby całkowicie stracony, a tak jest tylko stracony. Nie polecam! 2,5/10

„Powidoki” („Powidoki”) (POL, 2016), reż. Andrzej Wajda – czy tylko ja szłabym do żołnierza wyklętego z chlebem, a nie z ryzą papieru?:/ Wiecie, najgorsze, że to znowu idzie. W telewizji uskutecznia się iście peerelowską propagandę, z podstawy programowej usuwa się Wałęsę czy teorię ewolucji, do spisu lektur wciska się (miłego władzy) Rymkiewicza zamiast Miłosza, a za granicą planuje się promować Ziemkiewicza zamiast artystów. Jak skończą z historią i literaturą, dobiorą się i do reszty sztuki, nie miejcie złudzeń. W końcu już od dawna polscy ministrowie kultury wolą budować termy i potworne kościoły niż dofinansowywać kulturę. Tylko patrzeć, a nie będzie czego zbierać. „Powidoki”, czyli opowieść o ostatnich latach życia wybitnego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego, który co prawda poległ w starciu z komunistyczną machiną, ale zrobił to na własnych warunkach – dziełem sztuki nie są (przy Strzemińskim i Kobro nie leżały), nie są też jakimś wybitnie dobrym filmem (choć dużo lepszym od rosyjskiego „Chagall – Malewicz” Mitty). To bardziej wykład z historii sztuki i lekcja historii niż wielkie kino (widać i słychać, że twórcy mieli problemy ze scenariuszem. kuleje też drugoplanowe aktorstwo), które z pewnością nie prezentowałoby się tak przyzwoicie, gdyby nie wszystkie wykorzystane w nim eksponaty (obrazy obrazami, ale ten design, meble!) i – przede wszystkim – Bogusław Linda (fantastyczna rola. być może życiówka). Film ten powstał jednak w dobrym momencie. I raczej nieprzypadkowo. Zakończyć karierę czymś tak bardzo na czasie i złowieszczym, to chyba dla artysty marzenie. 7/10

„Wielki Mur” („The Great Wall”) (CHN/USA, 2016), reż. Yimou Zhang – mix chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „GoT”, „Jurassic Park” i „World War Z”. Reżyserem tego miszmaszu jest Yimou Zhang. Tylko czy Yimou Zhang o tym wie? Więcej na temat filmu tutaj. 4/10

„Split” („Split”) (USA, 2016), reż. M. Night Shyamalan – 50 twarzy Greya. No dobra, 24, z czego 8 wyraźnych, w tym 5 odpicowanych. Chyba na stare lata Shyamalana pokocham. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„La La Land” („La La Land”) (USA, 2016), reż. Damien Chazelle – o dziwo (jak wiadomo, nie cierpię musicali), najlepsza jest z tego muzyka. :D Więcej na temat filmu tutaj. 9,5/10 [Po pierwszym seansie było 8, ale jednak kocham:]

filmy-po-prostu-przyjazn-powidoki-wielki-mur-split-la-la-land

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Wielki Mur” (2016)

Tytuł oryginalny: „The Great Wall”
Reżyseria: Yimou Zhang
Zdjęcia: Stuart Dryburgh, Xiaoding Zhao
Muzyka: Ramin Djawadi
Moja ocena: 4/10

O tym, że to nie będzie dobre, wiedzieliśmy wszyscy już na etapie trailera: Matt Damon na Wielkim Murze? What The Hell?!;D. Od początku było też jasne, że będzie schizofrenicznie (w pierwszym chińskim zwiastunie Damon nie pojawia wcale!) i że z dużym prawdopodobieństwem cały ten miszmasz nie spodoba się ani Chińczykom, ani Amerykanom, ani nawet Europejczykom (my mamy większe wymagania, ale i dystans większy. to pierwsze radzę zostawić w domu). Jednak chyba nikt z nas nie przewidział, jak wielką katastrofą okaże się ten projekt. Tyle dobrego, że przezabawną. Ja pękłam już przy „Wielki Mur stoi od wieków” (pierwsza linijka openingu) i tak turlałam się wesoło aż do końcowych napisów.

Gdyby mierzyć film liczbą facepalmów, to „Wielki Mur” miałby 10/10… minut materiału. O równie głupi i zły scenariusz (IMO wszyscy odpowiedzialni zań panowie zasłużyli na walk of shame. niestety z powodu ograniczeń technicznych musi wystarczyć niniejsza ściana, czy też mur wstydu: story by Max Brooks, Edward Zwick i Marshall Herskovitz. screenplay by Carlo Bernard, Doug Miro i Tony Gilroy. wstydźcie się!), i żałosne wykonanie (150 mln. $ budżetu i patrząc po jakości CGI, chyba wszystko na gażę Matta poszło) naprawdę trudno. Zwłaszcza znając nazwisko reżysera (tym którzy nie wiedzieli, a za nic by się nie domyślili, podpowiadam, że reżyserem tego obrazu jest słynny Yimou Zhang. pytanie brzmi: czy Yimou Zhang o tym wie?).

Głównym bohaterem filmu o chińskim murze obronnym jest William Garin – Europejczyk, najemnik, ciężki przypadek zbieractwa (pozostający w totalnej kontrze do aktualnie obowiązujących trendów. jego podejście stanowi druzgocący dowód na to, że minimalizm może ułatwić Ci życie, ale Ci go nie uratuje:) #przydasię), który w towarzystwie kilku kompanów, z których warto wspomnieć tylko czarującego zrzędę o imieniu Towar (no dobra, Tovar, ale i tak będziecie o nim myśleć przez „w”), wyrusza do Chin w poszukiwaniu prochu, a zamiast tego znajduje Wielki Mur, tęczowy Bezimienny Zakon (rzut oka na chińską armię i szybko staje się jasne, że nie tylko widz, ale i żaden chiński cesarz nigdy takiej nie widział) i bandę krwiożerczych Tao Tie (wygląda to [LEKKI SPOILER!] jak krzyżówka smokozaura z bioraptorem czy innym ksenomorfem podszyta Mike’iem Wazowskim i – nie wiedzieć czemu – bywa tu też pisane i wymawiane „Tao Tei”). Reakcja obrońców Muru na widok paru obcokrajowców przypomina reakcję Polaków na wieść o uchodźcach – demonstracyjnie niewspółmierną. Trzeba jednak Zakonowi oddać, że od początku do końca przesadza z rozmachem we wszystkim, konsekwentnie (żurawie, lampiony, balony, dachówki<3).

„Wielki Mur” to skrzyżowanie chińskiego kina kostiumowego z „Jasonem Bournem”, „Grą o Tron”, „Jurassic Park” (nie mogę się zdecydować, „Park” czy „World”) i „World War Z”, co samo w sobie jest już złe. A pikanterii dodaje jeszcze fakt, że wygląda to i brzmi jak „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” (co ciekawe, fatalny film Leonettiego również słynie ze świetnej ścieżki dźwiękowej i też do dziś nie wiadomo, na co poszedł budżet). W zasadzie jest tak kiepsko, że gdyby to nie była produkcja chińska, z Andym Lauem, Pedro Pascalem, Mattem Damonem i muzyką Ramina Djawadi (jedyny dobry aspekt filmu, zwłaszcza bębny), to kwalifikowałaby się do oceny co najmniej o połowę niższej. To takie rasowe kino klasy C.

No to iść na to, czy nie? Zróbmy prosty test: Byliście na „Assassin’s Creed”? I co? Głupi był scenariusz? Tak? No to ten film dla Was nie istnieje. Pytanie pomocnicze dla tych, którzy odpowiedzieli „Nie”: To na ile macie ocenione „Mortal Kombat 2”? Bo ja na 4/10.;] Ej, no ale skoro takie to śmieszne, to czy nie można na to pójść chociaż dla beki? No jak dla beki, to pewnie.

The Great Wall

1 komentarz

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

c

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem w miarę otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie imigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 28 marca – 03 kwietnia 2016

Tak w ogóle to ten tydzień kinowy zaczęłam od powtórki „Deadpoola”. Za drugim już mnie tak nie śmieszył (choć pewne sceny wciąż rozbrajają), ale to fenomenalny feel-good movie jest więc mam przeczucie, że jeszcze nie raz go obejrzę.:D

„Dama w vanie” („The Lady in the Van”) (UK, 2015), reż. Nicholas Hytner – wbrew pozorom istnieje odmiana brytyjskiego humoru, którą czuję i lubię (ta wytwornie złośliwa i szlachetnie ironiczna; mniej więcej w tym stylu)! Aczkolwiek to nie jedyny czynnik, który sprawił, że, o dziwo, naprawdę podobała mi się produkcja o starszych ludziach. Nie, żebym miała coś przeciwko seniorom, ale filmy o nich kręcą mnie zwykle w takim samym stopniu co filmy o dzieciach. Fakt, iż lubię staruszków po stokroć bardziej niż dzieci, niczego tu nie zmienia. Nie, to w mniejszym stopniu kwestia różnic światopoglądowych i mojej niedojrzałości, a w przeważającym wina scenarzystów i reżyserów. Nie lubię sposobu, w jaki się to starsze pokolenie zazwyczaj przedstawia. Jak gdyby wiek pozbawiał ich prawa do posiadania charakteru. Z główna bohaterką „Damy w vanie” nie ma tego problemu. Ba, nawet nieśmiały i nienaturalnie cierpliwy pisarz ma tu osobowość. To nie jest wyłącznie kwestia świetnych kreacji aktorskich Maggie Smith (boska jest!) i Alexa Jenningsa, lecz właściwych decyzji już na etapie rozpisywania tej historii. Miło, że da się opowiedzieć życiorys staruszki bez cackania się i grania na uczuciach, tak widzów, jak i bohaterów. Gdyby Mary nadal żyła (historia jest oparta na faktach z życia Mary Shepherd – starszej pani, która w 1974 roku zaparkowała swojego vana w Camden Town, stając się utrapieniem dla okolicznych mieszkańców, ale też elementem lokalnego kolorytu), mogłaby być zadowolona (nawet jeśli za życia rzadko była zadowolona z czegokolwiek;). 7/10

„Kung Fu Panda 3” („Kung Fu Panda 3”) (USA/CHN, 2016), reż. Jennifer Yuh Nelson, Alessandro Carlon – no i proszę, kolejna animacja, w przypadku której polski dubbing góruje nad amerykańskim. Taka scena z Po próbującym uniknąć spotkania z gąsiorami w oryginale w ogóle nie jest śmieszna, a w polskiej wersji językowej jest to przykład magii języka polskiego w najlepszym wydaniu. No i te staczające się pandy. :) Dużo pand. Zaczynam sądzić, że im więcej pand, tym lepiej, bo właśnie ta część „Kung Fu Pandy” przemówiła do mnie najbardziej. Oczywiście duża w tym zasługa Po i jego tatów (sic!), sztuk walki, mocy chi, sensownego przesłania i bajecznej animacji. Wszystkie części są świetnie zanimowane, ale tutaj baśniowość i dopracowanie detali osiągnęły szczyt. Poza tym efekt 3D (który nawet w filmach nakręconych w 3D potrafi pozostawić sporo do życzenia) da się tu dostrzec również w wersji 2D (zwłaszcza w openingu:). Specjalnie nadrobiłam pierwsze 2 odsłony, żeby na to pójść, ale muszę przyznać, że nie było to konieczne. Fabuła jest na tyle prosta i zrozumiała, że da się to obejrzeć bez znajomości poprzednich części. Z dzieckiem czy bez, warto (bez dziecka warto bardziej, ale to się chyba rozumie samo przez się:)! 7,5/10

„Niesamowita Marguerite” („Marguerite”) (FRA/CZE/BEL, 2015), reż. Xavier Giannoli – tak więc dobrowolnie poszłam do kina na film, w którym główna bohaterka wyje (fałszuje niemiłosiernie; tak bardzo, że autentycznie żal Mozarta) operowe arie. Taka jestem dzielna. :D I choć uszy mi przy tym spuchły, a dusza niemalże uschła, nie pożałowałam tej decyzji (z wielu względów, na czele z Michelem Fau w roli Atosa Pezziniego). „Niesamowita Marguerite” to z jednej strony film dotykający starej prawdy o tym, że bogaty na prawo być ekscentryczny, a biedny ma prawo być biedny (zemsta biedaka siłą rzeczy musi być cierpliwa i perfidna), a z drugiej – dowód na to, że miłość do sztuki nie zna granic ani barier. Pierwowzorem głównej bohaterki filmu – baronowej Marguerite Dumont – była słynna „najgorsza śpiewaczka świata”, czyli Florence Foster Jenkins. Jej imię jest zaś ukłonem w stronę Margaret Dumont – amerykańskiej aktorki znanej jako „piąty z Braci Marx”, która nie tylko przypominała Jenikins wyglądem, ale ponoć tak samo jak ona nie rozumiała żartów, które sobie z niej strojono (tak przynajmniej twierdził Groucho Marx:). Marguerite wykreowana przez Xaviera Giannoli’ego i wspaniale sportretowana przez Catherine Frot to synonim klasy, kasy i wielkiej pasji. Osoba równie sympatyczna i naturalna co głucha i naiwna. Czyli tak sympatyczna, że nie sposób jej nie polubić, łatwo jej wybaczyć nawet tak oburzające stwierdzenia jak to, że „Pieniądze są nieważne. Ważne, żeby je mieć” i trudno jej nie kibicować, nawet jeśli konsekwencją tego kibicowania będzie zawodzenie. Giannoli to nie jedyny reżyser, który postanowił nakręcić film o fenomenie Florence Foster Jenkins, ale jestem niemal pewna, że Stephen Frears nie wyreżyseruje tej historii w sposób równie elegancki i oszczędny. 6,5/10

***

W bonusie polecanka filmu, który widziałam w kinie pod koniec ubiegłego roku, a który wszedł do polskich kin 1 kwietnia 2016.

„Głośniej od bomb” („Louder Than Bombs”) (NOR/FRA/DEN, 2015), reż. Joachim Trier – czasem zwyczajne życie jest najtrudniejsze. Czasem cisza jest najciekawsza. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

filmy-dama-w-vanie-kung-fu-panda-3-niesamowita-marguerite

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 07-13 marca 2016

„Nawet góry przeminą” („山河故人” | „Shan he gu ren”) (CHN/FRA/JAP, 2015), reż. Zhangke Jia – „There, where the air is free, we’ll be, what we want to be. Now if we make a stand, we’ll find our promised land”. Więcej na temat filmu tutaj. 8/10

„Londyn w ogniu” („London Has Fallen”) (UK/USA/BUL, 2016), reż. Babak Najafi – reżyser prequela Antoine Fuqua (umówmy się, że nie jest to twórca kina ambitnego, a „Olimp w ogniu” to już spokojnie o jakieś kino klasy B się ociera) odmówił nakręcenia „Londynu w ogniu”, bo nie podobał mu się scenariusz. Koniec recenzji, dziękuję za uwagę:D Ale tak serio, jeśli reżyser tej klasy odrzuca ofertę nakręcenia filmu akcji ze względu na scenariusz (mimo iż z pewnością miał za tę fuchę zgarnąć niemałe pieniądze), to co ma widz powiedzieć? Scenarzyści tej produkcji: Creighton Rothenberger, Katrin Benedikt, Christian Gudegast i Chad St. John, których wymieniam, bo warto zapamiętać nazwiska wybitnych partaczy, coby więcej po ich twórczość nie sięgać, ewidentnie nie mogli się zdecydować, czy ich terroryści mają być geniuszami, czy skończonymi kretynami, czy „ci dobrzy” mają być profesjonalistami, czy cyrkowymi klaunami. W efekcie jedni i drudzy robią wszystko, by zbyt wcześnie nie zabić prominentów, gdy któraś ekipa nie nadąża, ta druga na nią czeka, prezydent jest chroniony zawsze i za wszelką cenę, no chyba że ktoś umiera i trzeba go potrzymać za rękę (wówczas jest zdany na siebie), z terrorystami się nie negocjuje, ale chętnie się im przedstawia i wysłuchuje ich zwierzeń itp. itd. Zero napięcia, a na to konto beczka śmiechu (i tylko dlatego film dostał tak wysoką ocenę; nie przyznaję najniższych not filmom, na których było mi dane rechotać; niezależnie od faktu, czy humor był zamierzony, czy nie). Efekty specjalne są beznadziejne, ale nie będę się wyżywać, bo to, że CGI będzie gówniane, można było wywnioskować już na podstawie trailera. Widziały gały, co brały. Albo im się wydawało. :/ 3/10

„Carol” („Carol”) (UK/USA, 2015), reż. Todd Haynes – muszę powiedzieć, że film ten wpędził mnie w poważne kompleksy. Z jaką niesamowitą dbałością o detal kobiety się kiedyś ubierały! Pal sześć Carol – urodzoną damę, reprezentantkę określonej klasy, ale nawet Therese ma tu idealnie dobraną czapkę, palto, buty. Wszystkie te rzeczy wyglądają nie tylko na wysokogatunkowe (boli świadomość, że dziś o takiej jakości możemy tylko pomarzyć) i ponadczasowe, ale na starannie wyszukane. Kto dziś ma tyle czasu, cierpliwości i, powiedzmy sobie szczerze, pieniędzy, by tak dopasowywać rzeczy do siebie i decydować się tylko na te idealne/wymarzone? Na to konto mamy całą wolność i swobodę świata, o której filmowe bohaterki mogły tylko pomarzyć. Nie do końca wiem, jaka idea przyświecała Toddowi Haynesowi, gdy zabierał się za kręcenie tego obrazu. Jeśli zależało mu na sportretowaniu epoki i walorach estetycznych, to stanowczo dał radę. Kostiumy są szykowne, przedmioty użytkowe zachwycają misternością (zwłaszcza stare aparaty fotograficzne), muzyka ocieka elegancją, piękne zdjęcia (odbicia, rozmycia, zabawy źródłami światła, bokeh, zmiany filtrów, zestawienia zieleni z brązami i czerwieniami), choć inspirowane fotografiami (Saula Leitera, Vivian Maier, Ruth Orkin, Helen Levitt i Esther Bubley) popadają w malarstwo (Edwarda Hoppera chociażby; „Nighthawks” czy „Chop Suey” były tu naturalnymi skojarzeniami nawet dla takiego laika jak ja). Coś pięknego! Jeśli jednak chodziło o uchwycenie dramatu, to bardzo mi przykro, ale nie wyszło. Blanchett i Mara to bardzo dobre aktorki i dobrze tu wypadły, ale w ich filmowy romans uwierzyć trudno. Cate jest najbardziej wiarygodna i najlepsza, gdy jej bohaterka wypowiada się na temat dziecka. Rooney – gdy diagnozuje typ osobowości Therese. Miłości tu nie czuć, w ogóle nie iskrzy, a emocji jak na lekarstwo. Zgadzam się z Rafałem Lisowskim: „Brokeback Mountain it ain’t”. 6/10

„Zoolander 2” („Zoolander 2”) (USA, 2016), reż. Ben Stiller – it’s official: „Zoolander 2” jest potencjalnie groźny dla zdrowia. Rozpuszcza szare komórki i powoduje nieodwracalne zmiany w osobowości. Podejrzewam działanie silnych trucizn i przekazów podprogowych. Pierwsza dawka zostaje uwolniona już na etapie prologu z udziałem Justina Biebera. Trudno opisać to, co się dzieje potem. Ręka, noga, mózg na ścianie. Ani (skądinąd kiepski) trailer, ani opis dystrybutora nie przygotują Was na to, na co paczać będą Wasze oczy. #wstydliwewyznania Tak, śmiałam się. Naprawdę nie wiem, z czego. [Uwaga, śliskie schody! Pierwsza część nie bawiła mnie praktycznie wcale. Nie wykluczam jednak, że żeby naprawdę kupić tę formułę, trzeba być old i lamé, tak jak ja, Ben i Owen;] W drugiej połowie filmu pojawiła się nadzieja, że wraca mi zdrowy rozsądek (zaczęło mi się zdawać, że fabuła utyka i wytraca ogień), ale szybko została obalona przez radioaktywny finał:D Słuchajcie Mugatu, on prawdę Wam powie. Zgadzam się z nim praktycznie we wszystkim. Pewnie więc nigdy nie pojmę, skąd się wzięła ta ocena (jakiś blackout? porwanie przez Obcych? I don’t even). Całusy dla Owena Wilsona, uśmiechy dla Kiefera Sutherlanda, uszanowanko dla wszystkich ludzi dobrej woli i wielkiego dystansu, I love you, ALL! Przed seansem skonsultujcie się z lekarzem lub psychoterapeutą. Na mniej niż 10 widzów na sali z projekcji zwiały tylko 2 osoby. Łatwo przecenić swoją odporność. 6/10

zoolander-2-promo

Spróbowałabym zrobić „Blue Steel”, ale Derek za bardzo mnie onieśmielał. Przede wszystkim w rzeczywistości powinien być niższy. Ach, te triki męskich modeli! ;)

„Seria Niezgodna: Wierna” („The Divergent Series: Allegiant”) (USA, 2016), reż. Robert Schwentke – nie wiem, czy czytaliście trylogię Roth, ale generalnie wygląda to tak, że pierwszy tom (mimo iż ewidentnie stworzony przez nastoletnie serce i dla podlotków) jest naprawdę fajny (pod względem wykreowanego świata, kolejnych etapów frakcyjnych szkoleń, tarć między bohaterami) i wciąga. Każda kolejna część jest tylko gorsza (wizja przyszłości stworzona przez panią Veronicę niestety nie jest ani nowatorska, ani pogłębiona; poza tym im dalej w las, tym większa telenowela; główni bohaterowie, licytując się na wyrzuty sumienia, są tak męczący, że człowiek przerzuca uczucia na największego dupka). Ekranizacje pierwszych 2 odsłon dostosowały się do tej prawidłowości. Ta, co gorsza podzielona na 2 części, (który to zabieg zawsze kończy się katastrofą), nie wróżyła niczego dobrego. Może właśnie dlatego zaskoczyła. Nie będę Was tu przekonywać, że to jakiś wybitnie wybitny film jest. Nie jest. Jednak oceniając ekranizacje, staram się zawsze brać pod uwagę, jak się mają do pierwowzoru i na ile są ograniczone przez treść książki. W przypadku filmów sci-fi oceniam też wizualizacje i efekty. Jeśli o te wszystkie rzeczy chodzi, jest dobrze. Schwentke nie ustrzegł się hollywoodzkiej przesady, jest też parę pocałunków w niewłaściwych miejscach i momentach, ale przynajmniej udało się urwać od dramy. Za to wielkie dzięki. 6,5/10

filmy-mountains-may-depart-londyn-w-ogniu-carol-zoolander-2-seria-niezgodna-wierna

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Nawet góry przeminą” (2015)

Tytuł oryginalny: „山河故人” / „Shan he gu ren
Reżyseria: Zhangke Jia
Zdjęcia: Nelson Lik-wai Yu
Muzyka: Yoshihiro Hanno
Moja ocena: 8/10

Akcja filmu „Nawet góry przeminą”, a właściwie pierwszej z 3 jego części, rozpoczyna się w 1999 roku w Fenyang w prowincji Shanxi (jest to rodzinne miasto reżysera). Wtedy to poznajemy główną bohaterkę Tao (w tej, skądinąd świetnej, roli żona i muza Zhangke Jia – Tao Zhao) i jej dwóch adoratorów: pracującego w kopalni spokojnego Liangzi i impulsywnego dorobkiewicza – Jinshenga (wspaniale zagrana przez Yi Zhanga jednostka wybitna, której telenowelowo-brawurowe akcje wzburzają, a jednocześnie wywołują salwy śmiechu). Tym, co od razu rzuca się w oczy, jest w miarę nietypowy (chociaż jak tak dalej pójdzie, bardzo szybko nam on spowszednieje) format obrazu – 1.33:1 vel 4:3 (ja akurat bardzo lubię takie niemalże instagramowe kompozycje więc nie mam wątpliwości, że poniekąd wpłynęło to na mój bardzo pozytywny odbiór zdjęć Nelsona Lik-waia Yu; to i fantastyczna zabawa nasyceniem oczywiście). Początkowo sądziłam, że to zacieśnienie kadru miało, tak jak u Dolana, zwrócić uwagę na bohaterów i ich emocje, uczynić tę filmową opowieść bardziej osobistą (niezależnie od przyjętej przez siebie formuły Zhangke Jia stara się zawsze pokazać przemiany historyczno-ekonomiczno-społeczne w Chinach; tu od początku wiadomo i właśnie widać, że będą one tylko interesującym tłem), jednak gdy w następnej – rozgrywającej się w roku 2014 – części (która zaczyna się po 45 minutach; wtedy też pojawiają się napisy początkowe) pole widzenia się poszerzyło (do formatu 1.85:1), zrozumiałam, że choć mojego pierwotnego założenia nie sposób wykluczyć, może jednak chodzić o coś innego, w tym na przykład o zasygnalizowanie przybywania lat i poszerzania się perspektywy. I to nie tylko tej, która przychodzi z wiekiem i która ma wpływ na postępowanie i postrzeganie świata przez bohaterów, ale przede wszystkim perspektywy widzów. Idę o zakład, że na etapie roku 1999 (a 2014 w sumie też) większość z nas miała sporo refleksji, uwag i rad dla głównej bohaterki.:) Te mentorskie zapędy mijają – z biegiem czasu, w miarę upływu taśmy filmowej, w toku życia. W 2025 roku obraz wypełnia już cały ekran (format 2.39:1). Globalizacja postępuje, świat staje się większy, a my (bohaterowie i widzowie) widzimy więcej, jesteśmy mądrzejsi. Sam reżyser podkreśla, że chciał też pokazać, jak zmieniała się technika kręcenia filmów (w tym sprzęt, który wykorzystywał) na przestrzeni lat. W 1999 roku wszedł w posiadanie swojej pierwszej kamery DV i kręcił wtedy w formacie 1.33:1, a zależało mu na jak najwierniejszym odtworzeniu realiów. Właśnie dlatego akcja filmu rozpoczyna się w 1999 roku. Bo z tego okresu pochodzą najwcześniejsze materiały archiwalne, którymi Jia dysponuje i na których mógł się oprzeć, rekonstruując epokę.

Jedną z największych zalet chińskiego (i w ogóle azjatyckiego) kina, jest jego oszczędność emocjonalna, wręcz wycofanie, które sprawia, że gdy już pojawią się jakieś emocje, bardziej się je szanuje i docenia. A nawet wówczas nie grozi nam (nierzadkie w kinie zachodnim) przehisteryzowanie, które potrafi obrzydzić każdy melodramat. Nieodmiennie fascynuje mnie także azjatycka łatwość osiągania stanu zen, która tak pięknie się tu manifestuje. Poza tymi lokalnymi akcentami i kolorytem kolejnych etapów chińskiej transformacji filmowa historia (ta życiowo-uczuciowo-rodzinna) jest bardzo uniwersalna. Łatwo zacząć się zastanawiać w jej kontekście nad własną młodością i życiowymi wyborami, a nawet (niezależnie od tego, czy się w nie wierzy, czy nie) nad przeznaczeniem. Globalizacja i technologizacja życia, kryzys wartości rodzinnych i problemy z odnalezieniem się na emigracji też nie stanowią wyłącznie chińskiej domeny. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość. Każdy z nas odnajduje się w niej trochę inaczej. Warto obejrzeć ten film również po to, by móc spojrzeć na świat oczyma Tao i być może przejąć trochę jej życiowego doświadczenia, energii i siły.

Zarówno chiński („Shan he gu ren” / „山河故人”), jak i angielski („Mountains May Depart”), a za nim polski tytuł filmu odnosi się do chińskiej sentencji, która mówi, iż upływ czasu może spowodować, że góry przeminą (zwróćcie uwagę na filmowy motyw australijskich Dwunastu Apostołów), a rzeki zmienią bieg (stanowiąca część południowej granicy prowincji Shanxi Huang He, czyli Rzeka Żółta, w swej historii jak dotąd poważnie zmieniła bieg aż 26 razy), ale nasze uczucia i sposób radzenia sobie z tym, co w życiu nieuniknione, pozostaną takie same. Nawet jeśli druga część tego powiedzenia jest trochę życzeniowa, trudno się nie zgodzić z ideą. Wszystko z czasem straci na znaczeniu (pieniądze przede wszystkim), wszystko kiedyś przeminie. Pozostaną ewentualnie wspomnienia.

film-shan-he-gu-ren

1 komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował  $5 000 000), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film