Tag Archives: kino austriackie

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę (albo zerknijcie na obrazek poniżej), to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George T. Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 22-28 lutego 2016

„Zwierzogród” („Zootopia”) (USA, 2016), reż. Byron Howard, Rich Moore, Jared Bush – o upartym króliku, cynicznym lisie, zderzeniu z wielkim miastem, sile uprzedzeń, zaufaniu i przyjaźni. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

„Na granicy” („Na granicy”) (POL, 2016), reż. Wojciech Kasperski – głębokie Bieszczady, zima, śnieżyca, ponuro, ciemno, zamknięte szklaki, marny kontakt ze światem i szwankującym generator, a w tych pięknych okolicznościach przyrody grupa pograniczników, dwóch nastolatków i szemrany typ. Jeśli doliczyć złowróżbną muzykę i mroczne zdjęcia, klimat jest i to pierwsza klasa. Obsada trochę niewykorzystana, ale solidna (Dorociński, Grabowski, Chyra), realizacja niezła. Szkoda tylko, że fabuły nie starcza. No i dialogi mogłyby być lepsze (trudno zbudować coś wartościowego na samych „kurwach”). Niech pan reżyser/scenarzysta popracuje nad koncepcją i się zamelduje z kolejnym filmem. Czekam. 6/10

„Widzę, widzę” („Ich seh, Ich seh”) (AUT, 2014), reż. Severin Fiala, Veronika Franz – znajdźcie mi drugi naród, który byłby równie dumny ze swojego popaprania (w każdym filmie się tym chwalą) co Austriacy. Zaprawdę patrząc po historii, literaturze i kinematografii, strach się z tymi ludźmi znać, a co dopiero przyjaźnić;) Ustalmy fakty. Ten film JEST horrorem (nie ma znaczenia, że na niego nie wygląda i że nie przeraża). Jeśli jednak odpalając go, nastawicie się na horror, to szczerze wątpię, czy kupicie ten eksperyment. Bezpieczniej jest nastroić się na dramat psychologiczny. Całość jest bez wątpienia nowohoryzontowo arthouse’owa i zajeżdża Hanekem (nawet jeśli nie jest kopią). Jeśli odrzuca Was sama myśl o torture porn, odradzam, a w każdym razie lojalnie ostrzegam. 6,5/10

„Brooklyn” („Brooklyn”) (IRL/UK/CAN, 2015), reż. John Crowley – można podejść do oglądania tego filmu jak do meczu piłkarskiego. Why not? ;D Obok mnie siedział Team Éire, a ja, o dziwo, kibicowałam Włochom. Mniejsza o to, że w prawdziwym życiu ‚kto z kim’ nie ma znaczenia (w każdym razie tak długo, jak długo rzeczywistość nie jest poezją, lecz prozą). Krótka piłka: to jest tak bardzo oscarowy film (landrynkowa historia młodej Irlandki, która wyemigrowawszy za chlebem za ocean, próbuje sobie poradzić z różnego rodzaju porywami serca), że aż dziw, że nie oberwał deszczem statuetek. Choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię potraktować go poważnie (to rasowa guilty pleasure jest, a nie poważna fabuła; zresztą co tu dużo mówić, autor książki, której film jest ekranizacją – Colm Tóibín – wcale nie ukrywa, że inspirował się twórczością Jane Austen). Tę, jak by nie patrzył, wysoką ocenę przyznaję za detale: soczyste zdjęcia, piękne stroje, fantastyczne bibeloty, ładnie odmalowaną epokę, Brooklyn lat 50., pola Long Island, bardzo dobrą rolę Emory’ego Cohena, włoską słodycz i irlandzki akcent. Kom-rom klasa! 6,5/10

„Fusi” („Fúsi”) (ISL/DEN, 2015), reż. Dagur Kari – do końca życia będę sobie wyrzucać, że jako dziecko nie wpadłam na to, żeby zamiast Kena kupić sobie Action Mana. Zmarnowana młodość. :( Uroczy, zabawny (z zastrzeżeniem, że chodzi o humor skandynawski) i w sumie bardzo pozytywny film o poniżeniu i depresji (mówiłam, że humor skandynawski! ég elska þig, Ísland!:D). Jak również o tym, że życie zaczyna się poza strefą naszego komfortu i że wszystkiemu da się przeciwstawić godnością osobistą. „Pij mleko, będziesz wielki!”. Dosłownie i w przenośni. 6,5/10

***

Nie chciałabym robić z tego zwyczaju. Niestety nie mam ani siły, ani czasu powrócić do wszystkich filmów, które obejrzałam pół roku temu i przedtem. Jednocześnie do głowy by mi nie przyszło, żeby jeszcze raz pomknąć do kina na ten czy tamten film tylko po to, by móc o nim napisać w podsumowaniu tygodnia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Mimo to w drodze absolutnego wyjątku dwa słowa na temat „Pokoju”.

„Pokój” („Room”) (IRL/CAN, 2015), reż. Lenny Abrahamson – to nie jest zły film, ale infantylną wnerwiającą narracją z offu (ton głosu dziecka, truizmy, które wtedy padają) i patetyczną muzyką (oba zabiegi bardzo hollywoodzkie) reżyser skutecznie odwrócił uwagę od tego, co w tej produkcji dobre. Dobre jest na pewno to, że (o ile nie czytaliśmy książki lub filmowego opisu) z początku nie wiemy, czemu Joy mieszka w Pokoju (przez chwilę pomyślałam nawet „Proszę, kobiety walczą, żeby się wyrwać z domu, a ta tu dobrowolnie się zamknęła z dzieciakiem”). Dobre jest to wszystko z czysto socjologicznego punktu widzenia, gdy się poobserwuje zachowanie Jacka i Joy w Pokoju i poza nim. Dobra jest w końcu rola Brie Larson, chociaż nie wiem, czy aby na pewno oscarowa (mierząc ją tą samą miarą co kreację Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, można dojść do wniosku, że może jednak tak; żeby coś dostać od Akademii, ewidentnie trzeba się upodlić, a ten warunek konieczny Larson spełniła). Fakt, iż film od początku krzyczy wielkimi literami „TO MÓJ PIERWSZY FILM DLA SZEROKIEJ PUBLICZNOŚCI!” oraz „NIE SPAĆ! WZRUSZAĆ SIĘ!” psuje jednak odbiór. Wolałam Abrahamsona, który nie podlizywał się odbiorcom. 6/10

filmy-zootopia-na-granicy-ich-seh-ich-seh-brooklyn-fusi

Dodaj komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film