Tag Archives: kino amerykańskie

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 7/10 (7,5)

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 02.07.2018

Myślałby kto, że jak człowiek choruje, to się chociaż filmów naogląda, ale rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Mecz kątem oka to ja mogę nawet z gorączką, ale żeby oglądać filmy, potrzebuję jednak być jako tako przytomna.

Poniedziałek 25.06

„Dziedzictwo. Hereditary” („Hereditary”) (2018), reż. Ari Aster – 6/10 (6,5)

W drodze do kina najpierw utknęłam w drzwiach obrotowych (po prostu nagle stanęły i odmówiły dalszego wykrywania obecności człowieka. zdarza się), następnie (i to już było dziwne) winda w Złotych Tarasach nie chciała mnie zawieść na górę do Multikina (z windy wysiadła pani z wózkiem więc wcześniej wszystko działało. potem w środku byłam już tylko ja, a bezpośrednio na zewnątrz nikogo. w tym momencie drzwi zaczęły się zamykać i otwierać jak szalone. uspokoiły się dopiero wtedy, gdy wysiadłam. po czym winda spokojnie odjechała), a na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. To powinno było mnie ostrzec i odprawić do jakiegoś cywilizowanego kina, ale nie. No więc dostałam za swoje – nastrojowy horror, który powinno się kontemplować w jako takiej ciszy i skupieniu, musiałam oglądać w towarzystwie gościa, który nie krępował się rozmawiać przez telefon oraz głośno gadających i biegających po sali nastolatek. To był koszmar. Z którym żaden horror nie miał prawa wygrać. I nie wygrał.

Nie spoilując wprost, mogę powiedzieć, że „Hereditary” to połączenie pewnego kultowego „polskiego” horroru z jednym z horrorów Netflixa i klasyczną grecką tragedią. Przy czym film Astera nie ma w sobie ani finezji tego pierwszego obrazu, ani nie dostarcza tylu emocji co ten drugi. Świetnie sprawdza się wyłącznie jako produkcja o fatum (naprawdę, Sofokles byłby dumny!) oraz jako dość szczególny dramat rodzinny – pogrążony w żałobie, wyciągający z szafy masę trupów, obiecujący duchy i dostarczający rzeczy, których widz nie oczekiwał. Film ma fajny klimat (umiejętnie budowany z pomocą ekspresyjnego aktorstwa, upiornej muzyki i bardzo dobrych mrocznych zdjęć Pawła Pogorzelskiego), jest bardzo dobrze wykonany (nie tylko jak na debiut. ale jak na debiut to ekstra), ma swoje momenty i potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że tak boleśnie rozczarowuje pomysłem na zakończenie. Tak samo zresztą jak początkiem. Na subtelność i niedopowiedzenia nie macie co tu liczyć.

Sobota 30.06

„Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” („How to Lose Friends & Alienate People”) (2008), reż. Robert B. Weide – 5/10 (5,5)

Nie sprawdza się to jako komedia (choć ze 3 razy śmiech zręcznie wymusza. przede wszystkim skalą absurdu), nie sprawdza się też jako satyra na show-biznes (zbyt grubą kreską nabazgrał to reżyser, zbyt pretensjonalnie i tanio). Trochę lepiej film wypada jako obraz o kuluarach pracy brukowców i lifestylowych czasopism, a to pewnie dlatego, że bazuje na doświadczeniach byłego stażysty Vanity Fair – Toby’ego Younga – autora książki, której film jest ekranizacją i pierwowzoru filmowego Sidneya. Oczywiście ta część „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” też została podkoloryzowana, ale niektóre sceny odtwarzają prawdziwe zdarzenia (patrz np. scena upadku w hallu). Z drugiej strony jest to całkiem sensowna produkcja o związkach (zwłaszcza o bliskości, wspólnych zainteresowaniach i celach oraz byciu razem na co dzień), a odpowiednio hiperaktywny Simon Pegg, rewelacyjna Kirsten Dunst, rozkoszny Jeff Bridges, seksowna Megan Fox i czadowa Gillian Anderson potrafią ten niewybitny obraz solidnie osłodzić.

Niedziela 01.07

„Złodzieje rowerów” („Ladri di biciclette”) (1948), reż. Vittorio De Sica – 7/10

Włoski realizm niemagiczny i krótki film o bezradności (bezradności dziedzicznej, od której trudno się uwolnić), nakręcaniu się spirali biedy i spirali nieszczęść. Fabułę tej produkcji da się opowiedzieć w 3 zdaniach (a nawet poprzez tytuł) więc nie będę Wam tu wykładać treści. To trzeba obejrzeć i przeżyć. Na szczęście i niestety nie na własnej skórze, co prowokuje do łatwych i niesprawiedliwych ocen postępowania bohaterów. Oby koniec końców do dojrzalszych wniosków. Film został sfinansowany przez znajomych królika i zagrany przez amatorów, czego oczywiście nie widać. Klasyka.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 25.06.2018

Z kinem Mundial co prawda nie wygrał, ale już z filmami jako takimi – na całej linii. Co 2 lata obiecuję sobie, że więcej do takiej sytuacji nie dopuszczę i co 2 lata się potem z siebie śmieję.:D

Poniedziałek 18.06

„I że ci nie odpuszczę” („Overboard”) (2018), reż. Rob Greenberg – 2/10

Remake „Damy za burtą” Garry’ego Marshalla. Główna różnica fabularna polega na tym, że pamięć traci on, a nie ona, a ona jest matką 3 słodkich córek zamiast 4 urwisów. Główna różnica jakościowa… Cóż… Jest ich całe mnóstwo. Po pierwsze grający Leo Eugenio Derbez to chyba najbardziej obleśny gostek w historii romantycznego kina. Po drugie między nim a Anną Faris jest jeszcze mniej chemii niż w „Zimnej wojnie”. Do grających w oryginale Kurta Russella i Goldie Hawn aktorzy nie mają nawet startu, a perypetie ich bohaterów są nieciekawe i nieśmieszne. Cień sympatii budzą tylko dzieciaki, norweska załoga statku i szkocki steward.

Wtorek 19.06

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” („Loving Pablo”) (2017), reż. Fernando León de Aranoa – 6/10

Ekranizacja książki byłej kochanki Pablo Escobara – Virginii Vallejo. Słynny boss narkotykowy na pewno nie miałby nic przeciwko tej publikacji, bo idę o zakład, że właśnie tak chciał zostać przedstawiony. Jako budzący postrach dealer śmierci, a jednocześnie prawdziwy król życia (i pomyśleć, że dziś pultamy się o warunki, w jakich przetrzymują Breivika;). Od strony produkcyjnej film jest dość ciekawy, bo hiszpański, ale nakręcony łamaną angielszczyzną (ewidentny zabieg marketingowy. niezbędny więc mogę to Leónowi de Aranoi darować), bo niskobudżetowy, a wygląda nie gorzej niż produkcje amerykańskie (budżet „Loving Pablo” to zaledwie 4 mln. $. dla porównania zbliżony tematyką i konwencją amerykański „Barry Seal: Król przemytu” kosztował 50 mln. $. jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 1:0 dla kina europejskiego!). Fabularnie trochę sztampa, ale przyzwoicie zagrana (Bardemowie to idealni aktorzy do tych ról, zwłaszcza Javier), chwilami absurdalnie zabawna i podbita rewelacyjną muzyką Federico Jusida.

Czwartek 21.06

„Twój Simon” („Love, Simon”) (2018), reż. Greg Berlanti – 6/10 (5,5)

Ekranizacja książki „Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli. Dziwny jest to obraz. Jednocześnie bardzo prawdziwy (w temacie życiowych rozterek i niektórych niezręcznych dialogów) i mocno przerysowany (zwłaszcza na poziomie odzwierciedlenia highschoolowej rzeczywistości – jest zbyt modelowo i cukierkowo). Głównym bohaterem filmu jest Simon Spier – zwyczajny, raczej lubiany amerykański nastolatek, który z sobie tylko znanych względów za nic nie chce przyznać publicznie, że jest gejem, choć serce wyrywa mu się jak szalone, komplikując życie wszystkim wokół. „Twój Simon” to lekki, słodki, patologiczno-romantyczny film, który od razu skojarzy Wam się z „13 powodami” (podobne realia szkolne, a w roli Leah i Cala Katherine Langford i Miles Heizer, czyli Hannah i Alex z produkcji Netflixa). Jeśli lubicie takie kino i/lub jesteście dzieciakami, które mają problem z coming outem, to na pewno film Grega Berlanti’ego obejrzeć warto. Już choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak tego coming outu nie robić.

Piątek 22.06

„W cieniu drzewa” („Undir trénu”) (2017), reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – 7/10

Dałam się nabrać (samej sobie. tak po prostu źle założyłam:), że będzie to czarna komedia (a okazało się, że czarny jest tu tylko humor reżysera:) W rzeczywistości film jest przede wszystkim dramatyczny i prowokacyjny (w tym celu nagina rzeczywistość do potrzeb przekazu, który chce ponieść. na pewno zdarzy Wam się pomyśleć: „to niemożliwe! to nie mogłoby się wydarzyć. tak bez żadnych procedur i żeby nikt nie zareagował”. racja! detale nie muszę się tu jednak zgadzać, by konsekwencje były realistyczne i realne). Gatunkowy również, owszem, ale z gatunków zasadniczo mroczniejszych. „W cieniu drzewa” to z jednej strony miks jednostkowych dramatów rodzinnych, z drugiej uniwersalne studium sąsiedzkich i w ogóle międzyludzkich konfliktów. Tak już jest, że z wiekiem inni ludzie i ich nawyki coraz bardziej zaczynają nam przeszkadzać (czasem przeszkadzają naprawdę, a czasem mamy tylko żal do innych o rzeczy, których sami nie mamy lub które nam się już nie przytrafiają). Można się wówczas przenieść na odludzie albo spróbować się z ludźmi dogadać. W przeciwnym razie możecie sobie tylko wyobrazić, jak może się skończyć eskalowanie konfliktów. A jeśli nie możecie, to koniecznie przejdźcie się do kina. Nie zaszkodzi. I w razie czego pamiętajcie: Policja nie zawsze pomoże, ale przeważnie nie gryzie. Dajmy jej chociaż szansę.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 18.06.2018

Wycieczka do Torunia, M jak Mundial z migreną (niestety prawdziwą) i tylko 4 filmy, czyli tydzień minimalistyczny. Pocieszam się tym, że dla Was i tak liczą się głównie premiery więc tylko ja jestem stratna.

Poniedziałek 11.06

„Thelma” („Thelma”) (2017), reż. Joachim Trier – 7/10 (7,5)

O tym, jak nie postępować z dziećmi. A już tym bardziej z dziećmi obdarzonymi niekontrolowaną mocą. Przy czym moc tę można tu odczytywać dosłownie (i wtedy film ma x-menowski posmak), a można też uznać za symbol budzącej się świadomej kobiecości. Wszak z tradycyjnie męskiego i tradycjonalistycznie religijnego punktu widzenia złowieszcza wydaje się już sama idea otwartego buntu przeciw porządkowi, który od zawsze narzucali przede wszystkim mężczyźni. „Thelma” to film o tym, jak wielkie i wielowymiarowe szkody może spowodować opresyjne, pozbawione miłości wychowanie. Przy czym wystarczy prześledzić życiorysy przestępców i innych psychopatów, żeby zyskać pewność, że ten rodzaj szkód najczęściej nie pozostaje krzywdą jednostkową, lecz prędzej czy później zwraca się światu, i to w paskudny sposób. Obraz Joachima Triera nie jest może stricte kinem grozy, ale na pewno budzi i nakręca niepokój. Wspaniale potęgowany przez piękne mroczne zdjęcia Jakoba Ihre i kolejny doskonały score Ole Fløttuma. Dla mnie największą zaletą tej produkcji (oprócz przekazu, z którym się zgadzam) jest jej niezwykła zmysłowość i wyrywająca się spod typowo skandynawskiej tafli emocjonalność. Duża w tym zasługa grającej Thelmę magnetycznej Eili Harboe.

Wtorek 15.05

„Czuwaj” („Czuwaj”) (2017), reż. Robert Gliński – 5/10

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, no może w siódmym lesie, ale w żadnym istniejącym kraju był sobie obóz harcerski. Dla młodzieży patriotycznej, dla młodzieży trudnej i dla młodzieży, której się w dupie poprzewracało. Dorosłych było w tym świecie jak na lekarstwo. Gdy tylko mogli, wiali gdzie pieprz rośnie. Gdy zwiać się nie dało, zalewali robaka i profilaktycznie opędzali się od dzieci „elektrycznym” drutem. To nie jest nawet tak, że film Roberta Glińskiego jest źle zrobiony. Ja myślę, że formalnie jest to lepsze niż przykładowo „Obce ciało” Zanussiego. Szkoda tylko, że fabularnie jest to raczej „Obcy” (przy czym chwilami można się pośmiać tak jak z tego pierwszego). Czysta fikcja. Teoretycznie Robert Gliński chciał oczywiście dobrze. Zależało mu, żeby pokazać, jak łatwo się nakręcić w oparciu o poszlaki i powszechnie panujące stereotypy i jak krótka jest droga do ślepego odwetu. Do którego wszyscy mamy skłonność i którego większość z nas by żałowała. Jedną z nielicznych zalet tej produkcji jest właśnie fakt, że reżyser nie dzieli bohaterów na dobrych i złych. Wszyscy mają coś za uszami, wszyscy są podejrzani. Szkoda tylko, że ta refleksja nie pojawia się tu w prawdziwym świecie, na naszym polskim podwórku, tylko w ramach totalnie nieprawdopodobnego nierasowego dystopijnego fantasy w stylu „Więźnia labiryntu”. Co do obozów harcerskich, to wiem, że kiedyś była to naprawdę fajna sprawa. Dziś jawią się jako obozy przetrwania. A to zerwana lina zjazdowa, a to molestowanie przez księdza, a to dzieciaki giną w nawałnicy, bo nikt nie sprawdził prognozy pogody. Czekać tylko, aż się mordować zaczną. Nie mówię, żeby nie posyłać, ale warto dokładnie sprawdzić, gdzie i z kim się dzieci puszcza i monitorować, co się tam z nimi dzieje.

Środa 16.05

„Jurassic World: Upadłe królestwo” („Jurassic World: Fallen Kingdom”) (2018), reż. J.A. Bayona – 7/10 (6,5)

To koniec. Wyspa dinozaurów gotuje się do wulkanicznego wybuchu. Dinozaury znów czeka zagłada. No chyba że ktoś się ulituje. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w taką litość, należałoby sobie zadać ważkie pytanie: Czy ratowanie dinozaurów to aby na pewno dobry pomysł? No cóż, jeśli liczyliście na to, że film ten będzie kopalnią dobrych pomysłów, to się przeliczycie (chociaż ja bardzo kibicowałam temu finałowemu. od lat kibicuję:). Uwaga!: Jeśli wolicie, gdy dinozaury prowadzą egzystencjonalne dysputy, a ludzie giną w ciszy, to nie jest produkcja dla Was. Nie nadaje się też dla dzieci (no chyba że zależy Wam na tym, żeby nie mogły spać w nocy. dinozaury są tu wyjątkowo żarte więc jest szansa), uczulonych na prehistoryczne gady i uczulonych na czystą rozrywkę (zakichają się i zdechną z nudów). Cały ten film to wyłącznie: dinozaury, dużo dinozaurów (w tym Welociraptorka empatii, Stygimoloch chaosu i Tyranozaur pogardy. za występ tego ostatniego zawyżam ocenę końcową!<3), katastrofy naturalne (ma Bayona to zacięcie!), różnorakie efektowne efekty (na pełnej kur…ce wodnej;), trochę grozy i horroru, niecna rozwałka, rozkoszny Pratt (wciąż zabawny i do schrupania), bystre sympatyczne dziecko i sympatyczny nerd. Nic tu nie ma poza rozrywką (mniej więcej taką, jaką widać w trailerze więc zróbcie to dla siebie i przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun. żaden spoiler nie jest wart Waszego cierpienia). Ja akurat mam za sobą bardzo egzotyczny sens, bo oglądany w towarzystwie agresywnych dinozaurów – wydzierających się, rozrzucających wokół siebie jedzenie i żłopiących wódę na dwie ręce. Indominus Polonus. Tym samym znacie już moje stanowisko w sprawie: ratowanie dinozaurów jest bez sensu. Nawet jeśli za te „prawdziwe”, co się przewalają po ekranie, zawsze trzymam kciuki (wszak byłby to jakiś sposób na Polonusy:).

Niedziela 20.05

„Kwiat pustyni” („Desert Flower”) (2009), reż. Sherry Hormann – 5/10

Ach, gdyby nie to podbijanie dramatyzmu! Zwłaszcza wnerwiającą ckliwą muzyką. Etiopka grająca Somalijkę to pewnie trochę jak Japonka grająca Chinkę czy Rosjanka Polkę, ale Liya Kebede jest tak uwierzalna w roli somalijskiej supermodelki Waris Dirie, że trudno się przyczepić. W roli aktorki jest już co prawda dużo mniej uwierzalna, ale nie zawsze można mieć wszystko. Poza tym w ramach rekompensaty i wyrównywania równowagi w przyrodzie reżyserka ofiaruje nam jak zwykle cudowną Sally Hawkins. O okaleczaniu kobiet, głównie w Afryce, ale też w krajach, do których wyemigrowały ludy praktykujące obrzezanie małych dziewczynek (problem dotyczy kilkudziesięciu krajów. to absurd, że do czegoś takiego dochodzi też w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. wolność wolnością, ale powinna być nad tym jakaś medyczna kontrola w państwach cywilizowanych. jak się komuś nie podoba, niech wraca w podskokach do siebie) mówi się od lat. Głośniej od 2000 roku, gdy wyszła drukiem autobiografia Dirie. W międzyczasie temat regularnie powracał w mediach. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza poza Afryką coś w tej sprawie zostanie zrobione. A jednak do tej pory nic się nie zmieniło (ONZ poinformowało w tym roku, że problem dotyczy przynajmniej 200 milionów kobiet, a do 2030 roku będzie ich co najmniej o 68 milionów więcej. plus minus, bo przecież część ofiar umrze podczas zabiegu lub w ramach powikłań po nim, a część przy porodzie). Właśnie dlatego warto o tym pisać i kręcić. I może nawet w taki łopatologiczny, grający na emocjach, mocno telewizyjny sposób. Wszak w ten sposób trafia się pod strzechy.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 04.06.2018

To był bardzo „budżetowy” tydzień (mimo długiego weekendu obejrzałam tylko 4 filmy, nie wyrabiając żadnego limitu i odwiedzając kino raptem 2 razy. OTOH byłam na super weselu i poprawinach, a w weekend wypasałam się w ogrodzie więc nie żałuję), a mimo to zrobiłam mało notatek (nagły atak silnej alergii tłumaczy mnie tylko trochę) i ciężko było mi się zabrać do tej Kroniki. Oj, lato, lato!:)

Poniedziałek 28.05

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” („Solo: A Star Wars Story”) (2018), reż. Ron Howard – 7/10

I had a really good feeling about this. I się sprawdziło. Przede wszystkim w osobie Aldena Ehrenreicha (chłopaka, którego bardzo lubię i który zdążył mnie zachwycić rolą w „Ave, Cezar!”). Jego Han, niepozbawiony Solowskiej pewności siebie i Fordowskiej łobuzerskości, jest psotny, wyluzowany i ma ten vibe, o który chodziło. Bez kopiowania, bez pretensji. To coś o wiele cenniejszego niż właściwy wygląd. Jeśli miałam w przypadku tego filmu jakieś kadrowe wątpliwości, to dotyczyły one Rona Howarda, ale szybko sobie przypomniałam, że nakręcił przecież „Willowa” (kultowe kino wielkiej przygody) i mi przeszło. „Han Solo” to rasowe kino awanturnicze. Pełne przepychu, spektakularnych efektów, dobrze osadzone i ładnie zgrane z poprzednimi filmami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” (wszystkie klocki zgrabnie wskakują na swoje miejsce, a jeden najwyraźniej złapał drugi oddech), choć nie skupia się wyłącznie na ogrywaniu sentymentów, tylko snuje własną przygodę. Może bez wielkich kreacji aktorskich, ale ze świetnie zgraną ekipą: oprócz Ehrenreicha z charyzmatycznym Donaldem Gloverem, bardzo Harrelsonowskim Woodym, diabolicznym Paulem Bettany i wciąż jeszcze Targaryenowską Emilią Clarke (dobrze, że mi to nie przeszkadza). Choć mnie się oczywiście jak zwykle najbardziej podobali Ci, którym było najtrudniej się zaprezentować i których gry aktorskiej nie sposób ocenić. Bo to właśnie Chewbacca Joonasa Suotamo i L3-37 Phoebe Waller-Bridge zostaną w sercu najdłużej.

Wtorek 29.05

„Ella i John” („The Leisure Seeker”) (2017), reż. Paolo Virzì – 6/10

Kolejny po „Zwariować ze szczęścia” film drogi Virzì’ego (pierwszy anglojęzyczny). Również oparty na mocnych kreacjach aktorskich (świetne role Helen Mirren i Donalda Sutherlanda) i opowiadający o próbie ucieczki przed nieuchronnym. Przeczytałam gdzieś, że wadą tego filmu jest przewidywalność. Naprawdę da się przewidzieć los starych schorowanych osób, które wyruszają w swoją ostatnią wspólną podróż? Normalnie szok i niedowierzanie! :D „Ella i John” to film o godzeniu się z losem, starością i chorobą. O pożegnaniu dwojga ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat byli sobie najbliżsi na świecie. Chorej na raka Elli, która trzyma się na nogach już tylko siłą niezmordowanej woli i jej chorego na Alzheimera męża, który bez niej dawno zatraciłby resztki tożsamości. Pożegnaniu podczas ostatniej wyprawy ukochanych kamperem. Do miejsc z przeszłości i dawnych marzeń. Brzmi to smutno? Bo jest smutne. Ale tylko w życiu jako takim. Na pewno nie u Virzì’ego! „Ella i John” to film ciepły i radosny, nie opłakujący życia, tylko je celebrujący. Prawdopodobnie uronicie parę łez, ale raczej nie powinniście załapać żadnej traumy. Ba! Niektórym ta opowieść wręcz pomoże. Mojej szefowej obraz ten natychmiast skojarzył się z jej ulubionym „Nad złotym stawem” Rydella. Tak że polecam Helen i Donalda fanom tego klasyka.

Środa 30.05

„Bakemono no ko” („Bakemono no ko”) (2015) (Sub), reż. Mamoru Hosoda – 7/10

Bestia i chłopiec. I wcale nie jest oczywiste, kto tu jest bestią. Co w sumie, bardzo się wpisuje w twórczość Mamoru Hosody – reżysera, który lubi się poruszać na styku światów ludzi i zwierząt. Głównym bohaterem filmu jest zły na cały świat mały chłopiec, który właśnie stracił matkę i który nie ma pojęcia, gdzie jest jego ojciec. Ren nie szuka opieki. Chce się nauczyć jak być samowystarczalnym i silnym. Gdy na jego drodze staje waleczny legendarny potwór, chłopiec decyduje się zostać jego uczniem. „Bakemono no ko” to film, który przede wszystkim pokazuje, ile jeszcze Chińczycy muszą się nauczyć, żeby dorównać do poziomu anime japońskiego. Myśli biegną do „Dużej ryby i begonii” automatycznie, bo oba filmy są opowieściami o przenikaniu się światów i czerpią z mitologii. Z tym że produkcja japońska robi to jednak wyraźnie lepiej. Bez chaosu, powoli, konsekwentnie, nie uciekając w tani romantyzm i nie próbując na siłę wycisnąć łez. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Hosoda nie rozgrywa tej historii na smutno. To nie słodkie, rozklejające widzów „Wilcze dzieci”. To oręż do ręki i uśmiech na drogę. Rubasznie szeroki.

Niedziela 03.06

„Bella i Sebastian 2” („Belle et Sébastien, l’aventure continue”) (2015) (Dub), reż. Christian Duguay – 6/10

Pytam Tatę, czy idziemy przykręcić wieszak, a on na to: „Tak, ale dopiero po piesku”. No skoro tak postawił sprawę. ;) Nie powiem, że da się przyzwyczaić do dubbingu w filmach aktorskich. Nie da się. Ale góry i zwierzęta potrafią trochę odwrócić uwagę. Akcja 2 części przygód Sebastiana i Belli rozgrywa się w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny. Nie zdradzając za wiele, powiem, że dla Sebastiana dramat się tak łatwo nie kończy. Na szczęście (lub nieszczęście opiekunów) chłopiec zdążył stać się jeszcze bardziej uparty i wystarczająco twardy, by dramatom nie odpuścić. A Bella dzielnie tu nad nim czuwa. Nie potrafię odpowiedzieć, czemu ta część filmu podobała mi się najbardziej. Tym bardziej że, choć dziejowo akuratna i niewykluczona, chwilami bywa nieprawdopodobna. Może dlatego że jest najbardziej przygodowa. Może ze względu na dynamikę Sebastian – Pierre. A może po prostu miałam nastrój na tę eskapadę. Ponownie w niewyobrażalnie pięknych okolicznościach przyrody. Wiadomo, że góry robią mi tak jak Tacie pieski. No dobra, fajne pieski też mi robią. ;) A Garfield jest super!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 14.05.2018

Na oko Tydzień Kina Francuskiego.;)

Poniedziałek 07.05

„Strażnicy cnoty” („Blockers”) (2018), reż. Kay Cannon – 6/10 (5,5)

Bardzo podobają mi się w „Strażnikach cnoty” archetypy rodziców. Niby czysto schematyczne, a jednak potrafiące zaskoczyć (rewelacyjna jest tu zwłaszcza postać ojca Sam), i mimo oczywistych błędów, które popełniają już w zarodku, łatwe do polubienia (no może poza mamą Julie. jej konsekwentnie życzyłyśmy więzienia). Gdyby nie humor skatologiczno-rzygany (nie rozumiem, czemu Amerykanie mają na niego takie parcie) w dwóch okropnych sekwencjach, byłby to naprawdę przyzwoity film. To znaczy nie wiem na pewno, bo na naszym seansie tylko my co i rusz rechotałyśmy.;) W każdym razie uważam, że chwilami było z czego. Niezdecydowanym polecam zapoznanie się z trailerem, do którego wpakowano wszystkie lub prawie wszystkie najgorsze sceny. Jeśli to Was nie odrzuci, to film tym bardziej.

*

„Kochankowie jednego dnia” („L’amant d’un jour”) (2017), reż. Philippe Garrel – 5/10 (5,5)

Czy filmy Philippe’a Garrela są autobiograficzne? Bo zdaje się mieć fioła na punkcie zdrady i spory żal do kobiet. Gdzie jak gdzie, ale tutaj to ja naprawdę nie wiem, po co ta narracja z offu. O ile w noiryzującym „Tranzycie” Petzolda miało to swój sens, o tyle w „Kochankach jednej nocy” ma sens wyłącznie pod warunkiem, że jest to ukłon w stronę osób niewidomych (audiodeskrypcja). Jak inaczej wyjaśnić fakt, iż co i rusz dostajemy w twarz objaśnieniami tego, co doskonale widać na ekranie (każdy głupi voice-over został wyraziście zagrany)? W pewnym momencie robi się wręcz z tego zabawa w zgadywanie, co za chwilę powie narrator. 100% trafień więc zero frajdy. Szkoda, bo to nie jest głupi film, tylko niepotrzebnie pretensjonalny.

Wtorek 08.05

„Ghostland” („Ghostland”) (2018), reż. Pascal Laugier – 8/10

Po rewelacyjnym openingu (mocnym, dynamicznym. Laugier nie traci czasu na długie wprowadzanie postaci i budowanie nastroju, lecz szybko przechodzi do rzeczy) pojawia się chwilowe zwątpienie w tę produkcję. Głównym środkiem wyrazu stają się jump scare’y, a postępowanie postaci nie grzeszy logiką. Na szczęście to tylko zasłona dymna dla prawdy. Prawdy, która lubi się wymykać. Bo reżyser lubi się pobawić. I chętnie Was w tę zabawę wciągnie. Z góry ostrzegam, że to raczej thriller niż horror (przynajmniej wedle klasycznej definicji). Choć jeśli jesteście szczególnie wrażliwi na przemoc, możecie uznać, że gatunek został jednak przypisany właściwie.

Czwartek 10.05

„Taxi 5” („Taxi 5”) (2018), reż. Franck Gastambide – 2/10

Rzygając śmiechem. Po pierwszych 15 minutach żenującej parodii oryginalnych „Taksówek” (bawiącej się motywami charakterystycznymi dla serii z subtelnością Pasibrzucha) myślałam, że gorzej być nie może. Ale oczywiście po raz kolejny nie doceniłam Francuzów. Nie mówię, że nie da się na tym obleśnym gniocie zaśmiać, ale to raczej śmiech przez ciężką rozpacz. Poza gościnnym udziałem Marsylii, Alaina, Giberta i Peugeota 406 z oryginalnym cyklem nie ma to absolutnie nic wspólnego, a (nieoczywiste) plusy tej produkcji kończą się na permanentnym wytrzeszczu i mocnych fryzurach włoskich mafiozów oraz vindieselowskiej aparycji Francka Gastambide. Ale to może zamiast iść do kina po prostu sobie gościa wygooglujcie?

Sobota 12.05

„Twarze, plaże” („Visages, villages”) (2017), reż. Agnès Varda, JR – 8/10 (8,5) [doc]

Lubię czasem obejrzeć jakiś film dokumentalny, który dotyka moich zainteresowań, zaskakuje i/lub zachwyca formą, ale zupełnie się na dokumentach nie znam więc miewam problemy z wyselekcjonowaniem czegoś dobrego. W takich momentach przydają się zorientowani koledzy. Tacy jak Maciek, dzięki któremu po raz pierwszy (i raczej nie ostatni) wylądowałam na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. W pierwszej kolejności na filmie, który bardzo chciałam zobaczyć (festiwal potrwa do końca tygodnia więc jeśli szukacie inspiracji, to odsyłam do świetnych polecanek). „Twarze, plaże” to jedna z najgłośniejszych (i najważniejszych) produkcji dokumentalnych zeszłego roku. Film stanowi zapis projektu, w ramach którego słynna fotografka i reżyserka Agnès Varda oraz francuski Banksy – JR – jeździli po prowincjonalnej Francji w poszukiwaniu ciekawych historii, ciekawych ludzi do wielkoformatowego uwiecznienia i fajnego materiału na pełny metraż. Efektem ich poczynań jest rozbrajająca sztuka podróżnicza. Piękna, nieskażona manierą, nierzadko wzruszająca, a chwilami rozczulająco śmieszna. Polecam!

Niedziela 13.05

Siódma pieczęć” („Det sjunde inseglet”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 8/10 (7,5)

Najprostszy możliwy pomysł na opowieść o ludzkiej egzystencji. Czasem najprostsze pomysły są najlepsze. Osobie, która wierzy, że sensem życia jest jedzenie, spanie i oglądanie filmów, ciężko jest wczuć się w kino tak głęboko filozoficzne, zwłaszcza w przeładowane symbolami kino religijne, toteż serdecznie dziękuję za postać Jönsa, cyniczny czarny humor, duży dystans i piękną Śmierć. Jako że nie mam żadnych pytań, podążyłabym drogą usypaną z poziomek. Gardząc średniowieczną mentalnością, ale nie gardząc bergmanowską wizją średniowiecznej Europy. Wspaniała jest!

Dodaj komentarz

Filed under Film