Tag Archives: festiwal filmowy

34. WFF: Podsumowanie

W duchu nadal besztam się za to, ile wydałam w tym roku na bilety (w sumie ponad 700 zeta wyszło, miałabym za to z okładem nowe palto na zimę). To się nie może powtórzyć. Na akredytację raczej nie liczę (nie jestem medium;) więc albo w przyszłym roku doczekam się karnetów (naprawdę przy zaporowej cenie nie powinien być to problem dla żadnego festiwalu), albo będę musiała zrewidować swój pomysł na życie. Czyli mówiąc wprost, poważnie sobie od tego całego kina urwać.

Natomiast wbrew temu, nad czym ubolewałam w festiwalowych planach i polecankach, towarzyskiej tragedii jednak nie było (jakimś cudem zmaterializowali mi się mniej lub bardziej znajomi.:), mimo pewnych problemów technicznych i organizacyjnych atmosfera na festiwalu była dobra, pozytywnie będę też wspominać większość obejrzanych filmów (zaliczyłam między innymi jedno z najlepszych otwarć WFF-u. już pierwszego dnia trafiłam na mój ulubiony film tej edycji, i w ogóle wszystko mi się tego wieczoru podobało). W zaistniałych okolicznościach postanowiłam się więc wysilić trochę bardziej niż w zeszłym roku, kiedy to relacjonowałam festiwal na Instagramie, i w miarę na bieżąco raportowałam na temat 34. edycji na fanpage’u bloga.

Dzień 1 | Dzień 2 | Dzień 3 | Dzień 4 | Dzień 5 | Dzień 6 | Dzień 7 | Dzień 8 | Dzień 9 | Dzień 10

Nie spodziewam się oczywiście, że będzie Wam się chciało w to klikać;) więc poniżej zamieszczam całą, poszerzoną (przede wszystkim przeredagowałam pierwsze 3 dni) relację z imprezy i krótkie podsumowanie.:D A dla tych, co nie lubią się przekopywać i wczytywać, poniżej mój TOP 15 najlepszych festiwalowych filmów.

***

TOP 15 moich ulubionych festiwalowych filmów:

01. „Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov
02. „Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand
03. „Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik
04. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel
05. „Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas [doc]
06. „Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier
07. „Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe
08. „Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova
09. „Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo
10. „Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva
11. „Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat
12. „Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk
13. „Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt
14. „Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin
15. „Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut


Po specjalne wyróżnienia trzeba się pofatygować na Insta:)

***

RELACJA:

No tak dobrego otwarcia festiwalu to chyba jeszcze nie miałam. Ciekawe, czy to kwestia tego, że nauczyłam się wreszcie wybierać filmy, czy zwykły łut szczęścia, który szybko się wyczerpie. Się okaże.:)

34. Warsaw Film FestivalDzień 1:

„Królowa strachu” („La reina del miedo”) (2018), reż. Valeria Bertuccelli, Fabiana Tiscornia – 7/10

Kino ekstremalnie gadane (mocno teatralne. właściwie teatr jednej aktorki – Valerii Bertuccelli, która jest tu sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”. napisała, wyreżyserowała i zagrała). Ze znerwicowaną, trochę zarozumiałą, ale jednocześnie hiperwrażliwą bohaterką, która próbuje sobie poradzić ze swoją karierą, lękami (film bardzo fajnie nakręca spiralę strachu. środkami filmowymi i postawą bohaterek) i międzyludzkimi relacjami. Prawie na pewno Robertina będzie Was irytować, ale jest też szansa, że tak jak ja docenicie dynamikę tej postaci i (nie bez powodu nagrodzone na festiwalu Sundance) brawurowo neurotyczne aktorstwo Bertuccelli. Dobry film. Polecam!

*

„RocKabul” („RocKabul”) (2018), reż. Travis Beard – 7/10 [doc]

Uwielbiam dokumenty muzyczne prezentowane na WFF-ie. Między innymi za to, że pokazują świat, którego nie da się zobaczyć w telewizji. Film ukazuje losy Qasema, Pedrama, Qaisa, Lemara i Yusefa z grupy District Unknown – prawdopodobnie pierwszego afgańskiego metal bandu, a w każdym razie pierwszego na serio (Travis Beard dokumentował ich postępy przez 8 lat) – na tle Afganistanu takim, jakim był (w mniejszym stopniu takim, jakim jest obecnie, bo po wyjeździe zagranicznego wojska trudno się rozeznać w sytuacji) i takim, jakim mógłby być, gdyby nie fundamentaliści. Wielbiciele muzyki i metalu też znajdą tu coś dla siebie (w najgorszym razie czysty, niezmanierowany entuzjazm:), ale jest to obraz przede wszystkim dla fanów wolności. W tym kontekście warto było wziąć udział w sesji Q&A z Yusefem, który zostawił nas z fantastycznym, dającym do myślenia przesłaniem.

*

„Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov – 9/10 <3

Kino łagodnie awanturnicze, czyli najpogodniejszy i najbardziej bezproblemowy chłopak świata oraz kazachska Audrey Hepburn w nierównej walce o lepsze życie. Z niełaskawym losem i bezwzględnym, skorumpowanym światem. Obojętnym na wszystko. A choć Jerżanow wyraźnie nie wierzy w tanią litość, potrafi nam tę gorzką pigułę osłodzić. Trudno orzec, co zachwyca tu bardziej. Cudowny kazachski koloryt, urocze nawiązania książkowe, malarskie i filmowe, rozbrajające wymiany zdań (to obraz genialny do ostatniego – dla mnie już kultowego – dialogu głównych bohaterów włącznie i jeszcze dalej), mój ulubiony rodzaj absurdu (kocham!) czy wyjątkowi, nieugięci bohaterowie. Z pamiętnej „Zarazy” ostało się na szczęście tylko parę masek, a wieś Karatas odnalazła się w zupełnie innym filmie:) Polecam całym sercem!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 2:

„Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas – 8/10 [doc]

22 tysiące kilometrów kwadratowych dzikiej, nieskrępowanej, kipiącej życiem przyrody (niewiele już jest takich miejsc na Ziemi) pośród piasków pustyni Kalahari i wyprawa naukowa do dziewiczych (niezbadanych wcześniej) źródeł rzeki zasilającej deltę Okawango. Ekspedycja przez ponad 3 miesiące przemieszczała się z Angoli, przez Namibię do Botswany. Oglądając film, można się poczuć jak członek wyprawy. Zdjęcia absolutnie zachwycające (chciałabym mieć tę produkcję na Blu-Rayu). Naprawdę warto to zobaczyć w największych kinowych salach, w tym sali nr 1 Multikina. Aż szkoda, że nie w IMAX-ie.

*

„Eter” („Eter”) (2018), reż. Krzysztof Zanussi – 3/10

Nie zgadzam się, że wszystko jest po coś i ma swój sens. Ten film na przykład ma go niewiele. A im bliżej końca, tym mniej. Jak ktoś potrzebuje i lubi poprzekopywać się łopatą przez duchowość, to polecam. Pozostałym nie. Przez cały seans nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pan Zanussi jest jak ten filmowy lekarz, dokonujący eksperymentów na ludziach po to, żeby przekonać ich do własnych racji. Niestety tą racją już od dawna nie jest racja filmowa, a jedynie przekonania religijne. Które przecież można by zaprezentować na tyle subtelniejszych sposobów. Film nie broni się nawet jako rozbiorowe kino historyczne o bezdusznym naukowcu dewiancie. A i aktorstwo nie miało szans się obronić w tych oparach szaleństwa.

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – ?

W tym miejscu nie mogę nic napisać, bo moja projekcja została odwołana z powodu awarii projektora.:(

*

„Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand – 9/10

„Big short” po kanadyjsku. Rozbrajający! Zwłaszcza filozofia pieniądza i bezbłędne dialogi. Głównym bohaterem filmu jest doktor filozofii, któremu inteligencja zniszczyła życie (tak zawodowe, jak i towarzyskie:), jednak pewnego dnia los oddaje mu w naturze gotówkowej.  Niekoniecznie czystej, ale jako że frajerstwo musi mieć granice, Pierre-Paul wcale nie zamierza z forsy zrezygnować. Zamiast tego zaczyna szukać i znajduje najmniej oczywistych sojuszników. Patrząc na protagonistę, od razu pomyślałam o moim ukochanym Virgilu Starkwellu z „Bierz forsę i w nogi”. Fabularnie obaj neurotycy kroczą nieco inną drogą, różnią ich też osiągi życiowego szczęścia, ale „Bierz forsę i w nogi” (jeden z moich ulubionych filmów. mogę go oglądać do znudzenia, które nigdy nie nastąpi) jest prawdopodobnie kluczem do mojego ekstremalnie pozytywnego odbioru tej komedii. Cieszy też, że dla odmiany wszystko odbywa się w tej historii w słusznej sprawie i dla naświetlenia społecznego problemu, a nie tylko w imię cwaniactwa rodem z „Wilka z Wall Street”. Kochana Kanada! I tradycyjnie przenikliwy Arcand (tak, ten od „Inwazji barbarzyńców”). Polecam gorąco!

*

„Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier – 8/10

Yoel Rozenkier. Cóż za aktorski debiut! Dobry film, a patrząc na to, jak mnie rozjechał emocjonalnie, wręcz bardzo. „Zanurzenie” to historia trzech braci, którzy zjechali się do rodzinnego kibucu na pogrzeb surowego ojca. Ojciec, którego na ekranie nie widać ani przez chwilę, jest tu kluczem do wszystkiego, a zwłaszcza do psychiki bohaterów. Film Yony Rozenkiera to z jednej strony rzecz o konsekwencjach takiego, a nie innego wychowania, a z drugiej rzecz o radzeniu sobie ze stanem permanentnej wojny. W Izraelu każdy walczył, walczy lub będzie walczył. I każdy już zawsze będzie pod ostrzałem. Są tacy, którzy potrafią sobie wojnę oswoić i tacy, którym się to nigdy nie uda. W roli rodzeństwa prawdziwi bracia. To czuć. Polecam!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 3:

„Anioł” („Un Ange”) (2018), reż. Koen Mortier – 6/10

Jeśli wszyscy kolarze się szprycują i nie da się z tym nic zrobić, to może czas pogrzebać tę dyscyplinę aktywności (no chyba że lubicie patrzeć na narkomanów godzinami jeżdżących w kółko)? Bo trudno to przecież nazwać sportem. To nie jest biografia Franka Vandenbroucke. To wariacja na temat ostatnich dni życia kolarza, w której reżyser poszedł w dość nieprawdopodobną, baśniową narrację (bardziej w to, w co chcielibyśmy wierzyć niż w to, co się wydarzyło). Dużo lepiej wyszło mu zadawanie pytań (o sens sportu czy definicję prostytucji) i pokazywanie stanów emocjonalnych. In plus na pewno fajne przenikanie się jawy ze snem i ładne zdjęcia.

*

„Dwa bilety do domu” („Dva bileta domoy”) (2018), reż. Dmitriy Meskhiev – 5/10

O tęsknocie za rodzicielską miłością w wyjątkowo mainstreamowy sposób (to nie komplement). Nadto mega agresywny. Wiem, że pisałam, iż lubię agresję, ale w dramatach to nie może być agresja dla samej agresji. Musi mieć dobrą podbudowę i nieść wiarygodny ładunek. Tak jak w „Istocie świata”. Tutaj mamy zwykły film o ciskaniu się i wyciskanie wzruszeń. Z historii dziewczyny, która nagle dowiedziała się, że ma ojca, tyle że ciężkiego kryminalistę. Poza tym nie wierzę, że tak wyglądają rosyjskie sierocińce. Propaganda:)

*

„Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova – 7/10 (7,5)

Historia chłopaka, który próbując zapomnieć o patologii, w której dorastał, nieporadnie próbuje stać się członkiem rodziny swoich marzeń. „Istota świata” to przede wszystkim film o konsekwencjach dorastania w patologicznej rodzinie, ale też (dofinansowywana przez rząd) propaganda, która stwierdza, że hodowlanym lisom bardziej szkodzą ekolodzy niż hodowcy (chciałoby się, żeby rzeczywistość wyglądała tylko tak jak w tym filmie. bardzo by się chciało). Przez pół seansu miałam wyrzuty sumienia, że mi się to podoba. Bo obraz ten ma wszystko, by móc się podobać. W tym uzasadnioną agresję, wspaniałą bezsilność, dobre aktorstwo, zdjęcia i dużo słodkich zwierząt. Polecam mimo wszystko!

*

„Kobieta pracująca” („Isha Ovedet”) (2018), reż. Michal Aviad – 5/10 (5,5)

To mogło być naprawdę dobre kino. Bo wiele kobiet autentycznie mierzy się z seksizmem i napastowaniem w pracy i nie zawsze potrafią sobie z tym poradzić. Niestety reżyserka w swoim dziwnym, niczym nieuzasadnionym samozadowoleniu, które tak wyraźnie widać w finale, postanowiła rozmyć odpowiedzialność. No obawiam się, że tak postawiona sprawa nikomu nie pomoże. To mój główny, stanowczo rzutujący na odbiór tej produkcji, zarzut.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 4:

„Ruben Brandt, kolekcjoner” („Ruben Brandt, a gyüjtö”) (2018) (Sub), reż. Milorad Krstić – 7/10

Na film namówił mnie kolega. Miałam go co prawda we wstępnych planach, ale w grafiku się nie zmieścił. Co było złą decyzją, ale na szczęście łatwą do naprawienia.

„Ruben Brandt, kolekcjoner” to nakreślona piękną kubistyczną kreską animacja i dynamiczny heist movie obracający się wokół dzieł światowego malarstwa. Reżyser, który jest też malarzem i artystą multimedialnym, przyłożył tu rękę do większości aspektów technicznych. Efekt końcowy jest bardzo miły dla oka, w tle lecą świetne aranżacje muzyczne znanych hitów. Fabuła (o dręczonym artystycznymi koszmarami psychiatrze) nie jest tu najważniejsza, ale wartka i nawet można się pośmiać. Jeśli uda Wam się gdzieś natknąć na ten film, to polecam.

*

„Bliscy wrogowie” („Frères ennemis”) (2018), reż. David Oelhoffen – 6/10

Francuskie niskobudżetowe (film kosztował 4,5 mln. €. to, umówmy się, jak na kino akcji jest naprawdę niski budżet) kino o handlarzach narkotyków. Mimo takich, a nie innych środków finansowych w filmie nie brakuje gwiazd (Matthias Schoenaerts, Reda Kateb, Adel Bencherif), ale niestety widać, że reżyser nie bardzo czuje gangsterkę. To poprawne kino, umiarkowanie przewidywalne, zilustrowane dobrą, specjalnie napisaną do filmu muzyką zespołu Superpoze (elektroniczną, trochę stylizowaną na lata 70.) i świetnie utrzymujące napięcie dzięki nieprzewidywalności strzałów, ale niezbyt porywające.

*

„Diabeł morski” („Kraben rāhu”) (2018), reż. Phuttiphong Aroonpheng – 5/10 (5,5)

Tytuł odnosi się do zagrożonych wyginięciem mant olbrzmich (zwanych też diabłami morskimi), a film miał traktować o równie zagrożonych wyginięciem Rohindżach. Koniec końców okazało się, że jest to kino tak nowohoryzontowe, praktycznie pozbawione słów, statyczne i snujące się, że omal ja nie wyginęłam. Z seansu zwiało 9 osób (pierwsza po 22 minutach, ostentacyjnie trzaskając drzwiami), parę innych wyraźnie chciało, jednak nie mogło się wydostać ze słynnej sali nr 7 (da się wyjść tylko przez środek. jak ktoś nie chce robić zamieszania, to musi siedzieć do końca:). Dla mnie pierwsza połowa była osobliwie angażująca (jest tu trochę ciekawych ujęć i ładne zdjęcia), w drugiej walczyłam już tylko ze snem. Jeśli o takie kino chodzi, zdecydowanie wolę rękę Apichatponga Weerasethakula. Mam też spory żal o to, że to wcale nie jest film o Rohindżach. To całkowicie uniwersalna rzecz o wchodzeniu w cudze buty. Jak cenię uniwersalność, tak tym razem poczułam się złapana na haczyk.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 5:

„Food truck” („L’Enkas”) (2018), reż. Sarah Marx – 5/10 (5,5)

To takie przyzwoicie zagrane (dobra Sandrine Bonnaire w roli osoby pogrążonej w depresji), poprawne, bardzo sztampowe kino, które nie budzi żadnych emocji. Tyle dobrego, że specjalnie nie nudzi. Filmów o młodych gniewnych (główny bohater wychodzi z poprawczaka i zamiast zająć się chorą matką, z marszu pakuje się w kłopoty), nawarstwieniu się złych decyzji i problemach rodzinnych są dziesiątki. Czasem jeszcze mnie wzruszają, ale tylko wtedy, gdy obraz czymś zaskakuje lub oferuje dużo silnych uczuć. Tu tego nie ma. Jest tylko bardzo ciekawy sposób leczenia depresji:)

***

„Barbarzyńcy” („Les Fauves”) (2018), reż. Vincent Mariette – 6/10 (5,5)

Oceną się proszę nie sugerować, bo jest pewien rodzaj złych filmów, które kolekcjonuję i którym zawyżam. :D

Ach, takie złe produkcje to ja lubię! Nie jakiś tam „Eter”. Akcja filmu rozgrywa się w miejscowości turystycznej, w której podobno grasuje dziki kot (motyw trochę jak z naszym wężem). Legendarny lampart szybko staje się odpowiedzią na wszystkie wątpliwości. Zabija okoliczne zwierzęta, porywa dzieci i wrednych mężów, a nastolatkom kradnie bieliznę. Wszyscy go słyszeli, komuś wydaje się, że go widział. Legenda rośnie w siłę. Niekoniecznie przypadkiem.

Niestety, scenariusz, który z początku wydawał się opierać na dobrym pomyśle, z czasem robi się coraz bardziej absurdalny. Ja nawet nie chcę wiedzieć, co autor chciał naprawdę przekazać tym jeziorem osobliwości i niezgrabnymi zwrotami akcji. To nie jest dobry obraz o niczym. Ani o wakacjach, ani o nastolatkach i dojrzewaniu, ani o legendach, ani o pisaniu.

Jedno wiem po tym seansie na pewno: Depp i Paradis mają naprawdę śliczną córkę (podoba mi się coraz bardziej) oraz nie ma takiego wyjazdu, na którym wystarczyłyby 2 pary majtek.

*

„Break” („Break”) (2018), reż. Marc Fouchard – 4/10

Francuska wariacja na temat „StreetDance’u” i „Step Up’u”. Film mocno naciągany, z pretekstową, nie zawsze trzymającą się kupy fabułą, która służy wyłącznie pokazaniu tańca i ładnych, często roznegliżowanych ludzi. Ludzie faktycznie ładni wyjątkowo, natomiast z tańcem bywa różnie. Tego dobrego jest tu stanowczo za mało. Generalnie jestem przeciwna zatrudnianiu do głównych ról tanecznych nietańczących aktorów. Ouazani się starała, ale nie udźwignęła. Co innego francuski aktor i tancerz-samouk Kevin Mischel. Jego popis w barze – pierwsza klasa. Film tylko dla fanatyków gatunku.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 6:

„Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo – 7/10 (7,5)

Fajną kawę mają w tej Estonii.;)

„Zdecyduj się” to film o 30-letnim chłopaku, który z dnia na dzień musi podjąć decyzję, czy podejmie się samotnego wychowywania nowo narodzonej córki, o której istnieniu nie miał pojęcia. Nie trudno się domyślić, że nie będzie to łatwa decyzja. O tym, jak trudno być ojcem, tym bardziej w takim a nie innym systemie prawnym (to niesamowite, że w XXI wieku sprawy nadal nie są rozpatrywane indywidualnie). Ale przede wszystkim w ogóle. Jak trudne jest to zadanie, pod każdym względem. Bardzo dojrzałe kino jak na debiut, bardzo wiarygodne fabularnie, aktorsko i emocjonalnie. Zdecydowanie polecam!

Ps. To, że w filmie grają małe dzieci, nie znaczy, że można przyjść na seans z maleńkim dzieciaczkiem, który będzie sobie popłakiwał przez całą projekcję. Już drugi rok z rzędu spotykam się z taką sytuacją i uważam, że można mieć uczciwy żal do obsługi. No i oczywiście do rodziców.

*

„Mihkel” („Vaidas: Undir halastjörnu”) (2018), reż. Ari Alexander Ergis Magnússon – 5/10

O przemycie narkotyków. Bez gangsterskich popisów. Powiedziałabym, że główny problem tego filmu polega na tym, że historia zdążyła się przeterminować. Obraz ten nakręcił dokumentalista („Mihkel” to jego pierwsza fabuła), bazując na autentycznych wydarzeniach z 2004 roku i dbając o realizm do tego stopnia, że zabrakło tu miejsca na oryginalność czy jakikolwiek ładunek pasji. In plus na pewno piękne widoki. Zawsze miło popatrzeć na Islandię na wielkim ekranie. Ale dla tych nielicznych momentów oglądać tego nie ma sensu.

*

„Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut – 7/10

O tym, jak nie wychowywać dzieci (serio. nie ma takiej miłości rodzicielskiej, która dopuszczałaby coś takiego). W warstwie zasadniczej film o gwieździe (piosenkarce), która tuż przed wielkim comebackiem scenicznym nagle traci pamięć. Bałam się, że będzie wyte, ale muzycznie film stoi naprawdę na świetnym poziomie. Z mojej perspektywy może trochę szkoda, że w finale zabrakło takiego pierdolnięcia jak w „Magicznej dziewczynie”, ale to wciąż dobry typowy Vermut. Ultra kobiecy, a wręcz almodóvarowski.

*

„Satash” („Satash”) (2018), reż. Tulegen Baitukenov – 7/10

Strzelanina we wsi Karatas (tak, na oko tej samej co u Jerżanowa). :D Głównym bohaterem filmu jest policjant – Satash Daukenbajew. Młody, przystojny, o nieskazitelnym charakterze i odwadze pozwalającej na stanięcie w szranki nawet z uszkodzoną bronią (czyli technicznie rzecz biorąc, bez broni).

Dawno nie widziałam takich zdjęć i najazdów (swoją jakością mrożą krew w kinomaniackich żyłach), a aktorstwo też dość partyzanckie, ale poza tym jest to wyjątkowo uroczy, bardzo klasyczny western, a od momentu „Jestem lekarzem” – dodatkowo rozkoszna komedia. Dla otwartych, niekoniecznie zdrowych psychicznie, a już stanowczo nie dla chorobliwie racjonalnych umysłów. Polecam!

*

„Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin – 7/10 (6,5)

„Rzeka” to ostatnia część „trylogii Aslana”, którą rozpoczęły „Lekcje harmonii”, także prezentowane na WFF-ie (w 2013 roku). Akcja filmu rozgrywa się gdzieś głęboko w kazachskim stepie, w którym w całkowitej izolacji od świata żyje 7-osobowa rodzina. Surowy ojciec krótko trzyma pięciu synów. Ich pilnowanie scedowuje na najstarszego Aslana, który ma wyjątkowo miękkie serce. Pewnego dnia w domu chłopców pojawia się ich kuzyn z miasta. Obwieszony nowymi technologiami i wyglądający trochę jak bohater z filmów Wesa Andersona.

Nie sposób nie interpretować tego obrazu przez pryzmat Biblii (nawiązania nie są dokładne, ale ewidentne), ja jednak wolałam to oglądać jako film o surowym wychowaniu i zderzeniu tradycji z nowoczesnością. „Rzeka” to właściwie taki kazachski Lanthimos, a w drugiej połowie jest w tym nawet coś z „Ojca chrzestnego”. Oczywiście wszystko w wariancie super slow:) Z seansu zwiało tylko 6 osób, ale gołym okiem było widać Polskę walczącą ze snem. Choć raczej nie dlatego, że film jest nudny (no właśnie nie jest!), tylko dlatego, że projekcja była zbyt późno, a film jest pełen relaksacyjnych dźwięków (szum wiatru, szmer wody itp.). Ujęcia rzeki są zresztą najfajniejsze. Tak sugestywne, że wręcz czuć tę wartko płynącą wodę na skórze. Film nakręcono w obwodzie południowo-kazachstańskim, nad rzeką Ili. Inspiracjami wizualnymi były dla reżysera witraże cerkiewne i malarstwo Franza Marca, a jako fan Yasujirô Ozu Baigazin zawziął się, żeby nakręcić wszystko jednym obiektywem. Co mu się udało, choć robił zdjęcia po raz pierwszy. Talent!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 7:

„Moon Hotel Kabul” („Moon Hotel Kabul”) (2018), reż. Anca Damian – 6/10

Jedzenie za czyjąś duszę. Popieram całym sercem:)

Fabuła tego filmu ma sens (i wówczas ma go sporo), tylko jeśli Anca Damian chciała pokazać, że jeśli chodzi o traktowanie kobiet, tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy między muzułmańskim Kabulem, a europejską Rumunią. Mizoginia, głęboko zakorzeniony brak szacunku, uprzedmiotowienie, ograniczanie, wykorzystywanie to światowy standard. Ok, główny bohater to trochę chamska tępa dzida, ale taki miał być. Jeśli coś mi w tym filmie przeszkadzało, to to zboczenie z tematu w środku (jakby reżyserka chciała nakręcić 2 filmy i nie mogła się zdecydować który więc w promocji mamy oba: kino sensacyjne i kino drogi), ale wciąż nieźle się to oglądało. Z sali zwiało 6 osób. Nie do końca wiem, czemu, bo film ma niezły rytm (taki rumuński standard).

*

„Wizja” („Vision”) (2018), reż. Naomi Kawase – 5/10

Macie wizje? Dzwońcie pod 997! ;D

Przybiliśmy na ten seans uzbrojeni w kawę, napoje energetyczne, cukierki z czekoladą, żurawinki. Wszystko po to, żeby nie zasnąć (znajomi ostrzegali, że tylko do tego się ta produkcja nadaje). I pod tym względem odnieśliśmy sukces. Spać się nam nie chciało. Mam jednak wrażenie, że poniekąd przyszliśmy jednak totalnie nieprzygotowani. Wszystko wskazuje na to (a film najbardziej), że wypadało przynieść ze sobą jakieś zioło;) Filmowa Wizja to właśnie legendarne zioło (o którym ktoś tam słyszał, ale nikt właściwie nie widział), mające wielką moc, między innymi odpędzania cierpienia. W jego poszukiwaniu wiecznie napalona Juliette Binoche (nie wiem, czemu ostatnio przyjmuje te absurdalne role. to na pewno jakiś syndrom) udaje się do leśnej chatki gdzieś w Japonii, coby zawracać głowę pewnemu skołowanemu Japończykowi.

„Wizja” to druga produkcja spośród filmów tej edycji, która z marszu trafiła na moją listę „Incredibly Bad & Extremely Funny Films”. Śmiałam się od pierwszej sceny, w której po długim upadku drzewa pan obok zrobił głośne skupione „Hmm…”. A odkąd zaczęły się teksty coelhowskie, takie jak „Szczęście każdy z nas ma w sercu” czy „Miłość jest jak fale”, bawiłam się już jak dziecko.

Nope, nikogo nie podsiadłam. Miejsce było zarezerwowane dla mnie. Grunt, to mieć zaradnych znajomych:)

***

Mniej piwa nocą, a więcej pisania i bylibyśmy na bieżąco, ale cóż:D

34. Warsaw Film FestivalDzień 8:

„Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat – 7/10 (7,5)

Kolejny film autora „Honorowego obywatela”. Tak samo jowialny i dynamiczny, ze swadą opowiadający bardzo zabawną i trochę kryminalną historię żyjącego na granicy bankructwa znanego niezależnego malarza i jego operatywnego marszanda. Fabuła nie zachwyciła mnie tak jak ta w „Obywatelu”, ale intryga jest przyzwoita, a w pierwszej połowie mamy do czynienia z rewelacyjną złośliwą komedią. Polewającą ze sztuki i jej wartości, sprzedawców i odbiorców kultury, a także po trochu ze wszystkich bohaterów. Zgryźliwy filmowy Renzo Nervi (świetny Luis Brandoni) to cudowny komentator aktualnej rzeczywistości. Polecam!

*

„Ziemia” („Land”) (2018), reż. Babak Jalali – 7/10

„In a dream I saw a city invincible”. Jak widać Babak nadal marzy, ale to jedyny wspólny mianownik między „Ziemią” a „Radiowymi marzeniami”. Samo kino całkiem inne, co może być wadą i zaletą. Dla mnie jednak zaletą:) Tym razem Irańczyk postanowił opowiedzieć o realiach codziennego życia amerykańskich Indian. Akcja filmu rozgrywa się w rezerwacie Indian Prairie Wolf w Nowym Meksyku. Głównymi bohaterami są bracia Denetclaw, mniej lub bardziej nie radzący sobie z funkcjonowaniem w urządzonym przez Białych świecie, który nie oferuje im żadnych prawdziwych perspektyw, a najczęściej nawet szacunku. „Ziemia” to film o lekkim westernowym zacięciu, aczkolwiek takim docu-slow. To nie „Wind River”. To głównie marazm w oparach znieczulających trunków. Doskonale oddający ponurą rzeczywistość dowolnego indiańskiego rezerwatu. Dobre kino!

*

„Ederlezi Rising” („Ederlezi Rising”) (2018), reż. Lazar Bodroža – 2/10

Poszedł człowiek na kino sci-fi, a dostał generyczną Różową Landrynkę w kosmosie. o_O Jak to się mogło w ogóle znaleźć w festiwalowym programie? Żeby nie było, lubię seks w kinie (znaczy się na ekranie:) i jestem ostatnią osobą, której by przeszkadzało zatrudnienie do poważnego filmu aktorki porno (to akurat nie wina Stoyi, że film jest taki marny), ale jeśli pierwsza połowa filmu służy wyłącznie pokazywaniu mechanicznego seksu (przy okazji którego mamy do czynienia z najdziwniejszym wykorzystaniem Kota Schrödingera w dziejach:), tło science-fiction jest ostro zerżnięte od kogo się tylko dało, a każdy jeden dialog można by było wylosować z maszyny losującej teksty z polskich telenowel lub odgadnąć na podstawie poprzedniej kwestii, to ja przepraszam, ale filmem tego nie nazwę. Do tego całość jest seksistowska aż po kres wszechświata. Nie, dziękuję.

*

„Mapplethorpe” („Mapplethorpe”) (2018), reż. Ondi Timoner – 5/10 (5,5)

Robert Mapplethorpe był wybitnym fotografem, artystą najwyższej próby, dlatego mocno się na ten obraz napaliłam. Niestety wyszłam z seansu z dojmującym przekonaniem, że nie poznałam Mapplethorpe’a ani ciut. Dość niepokojące było już to, że producenci filmu nie byli pewni wymowy nazwiska swojego bohatera. To, co zobaczyliśmy na ekranie, to nie autentyczny real-deal, tylko przesadnie wyreżyserowana projekcja fanowskich wyobrażeń. Twórcy dobrze dobrali aktora (główną rolę gra Matt Smith), ale nie wykorzystali go jak należy. Bronią się w tym wszystkim tylko cudne zdjęcia Roberta.

*

„High Life” („High Life”) (2018), reż. Claire Denis – 4/10

Początek filmu jest mega obiecujący. Oto wydaje się, że Robert Pattinson dryfuje w kosmosie wyłącznie w towarzystwie małego dziecka. Którego niekoniecznie jest rodzicem. Wygląda to trochę na eksperyment naukowy. Przez chwilę miałam nawet nadzieję na wariację na temat „Moon”, czy innego arthouse’owego sci-fi. Niestety szybko się okazało, że to raczej dość żenujący miks „Ederlezi Rising” i „Wizji” (Binoche – nadal kosmicznie napalona – niemalże powtarza tu rolę z filmu Kawase) oraz kuriozalne kino antynaukowe (grawitacja? procedury badawcze? zapomnijcie!). Film jest dobry technicznie, a Pattinson znów wymiata, ale szczerze, szkoda go na tę produkcję. Z seansu zwiało co najmniej 19 osób. Obstawiam, że więcej, bo z góry wszystkich nie widzieliśmy.;D

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 9:

„Klub Kanibali” („O Clube dos Canibais”) (2018), reż. Guto Parente – 6/10 (6,5)

Brazylijski horror społeczny. Dla opisania aktualnej sytuacji w kraju Parente sięgnął po najbardziej toporną metaforę z możliwych (no w sumie mógłby to jeszcze być film o wampirach:), ale utrafił centralnie w punkt więc ciężko się przyczepić. Głównymi bohaterami filmu są Gilda i Otavio – małżeństwo prominentów o dość oryginalnych upodobaniach kulinarnych, dzielonych zresztą z innymi szychami z okolicy. Jak łatwo i jak długo coś takiego może się bohaterom upiec? Film nie porywa tak, jak by mógł, ale bawi wystarczająco, skłaniając przy tym do refleksji. Na temat natury ludzkiej, hierarchii społecznej, bezpieczeństwa. Jednych zniechęci do jedzenia mięsa, inni nabiorą ochoty na stek (true story;). Większość z nas poczuje też zapewne radość z mieszkania w swoim kraju, w którym – co by nie mówił – da się normalnie wyjść samemu na spacer i przeważnie bezpiecznie wrócić do domu.

*

„Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk – 7/10

Ukraiński realizm magiczny.

I to jest nareszcie film z polskim wkładem, z którego można być dumnym. Zdjęcia Michała Englerta przecudne. „Kiedy padają drzewa” to kino prawdziwej namiętności. Dzikiej, pierwotnej, rozsadzającej żyły. Tak przyjemnie innej od tego, co widzieliśmy w wystudiowanych kosmicznych soft pornosach. Tę namiętność widać zresztą nie tylko w miłosnych zbliżeniach, ale w stylu życia młodych bohaterów. Jakby jutra nie było. Jakby dało się zamieszkać w jaskini na plaży, żywiąc się figami. Debiut Marysi Nikitiuk to również kino bardzo kobiece. Pokazujące (na szczęście wcale nie na smutno), jak bardzo kobiety mają dziejowo przerąbane, ale też, że jest pole dla zmian w tym temacie. Wystarczy mieć charakter i nie bać się marzyć. Spieszę donieść, że w filmie występuje wyjątkowo fajne dziecko, czyli grana przez Sofię Halaimovą rezolutna Vitka. Nie sposób się w niej nie zakochać. Zwłaszcza w jej refleksjach na temat Boga:) Polecam!

*

„Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik – 9/10

Film otwiera scena brawurowego strajku astronautów. I w tym momencie człowiek już wie, że nie uda mu się zachować powagi, cokolwiek się wydarzy. A dzieje się naprawdę sporo i to na dużej intensywności, zwłaszcza gdy na stole pojawia się rakija. Przy czym czasem dzieją się też rzeczy absolutnie niewyobrażalne (a jak się okazuje „true story”:), które zapamiętacie do końca życia. Głównymi bohaterami filmu są Cemal, Kenan i Suzi. Dwóch braci i siostra, którzy ostatni raz widzieli się lata temu, a teraz na wezwanie ojca muszą razem ruszyć do rodzinnego domu, co wcale nie jest dla nich proste. Obraz Karaçelika to wybuchowa mieszanka kina drogi, prześmiesznego humoru sytuacyjnego i ciepło-gorzkiego kina rodzinnego z super nakreślonymi bohaterami, których nie sposób nie pokochać. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto to wprowadzi do kin, bo jesteście tego warci. To jeden z moich 3 ulubionych filmów tej edycji WFF-u więc polecam gorąco!

*

„Noc przez dwanaście lat” („La noche de 12 años”) (2018), reż. Álvaro Brechner – 7/10 (6,5)

„Pamiętajcie, że ludzkość zawsze zostaje w ostatniej chwili uratowana przez pluton egzekucyjny”.<3 Mam nadzieję, że zachęciłam.;D

Nie, to nie jest komedia (choć lubi rozładowywać napięcie humorem), to historia najgorszych chwil w dziejach urugwajskiej dyktatury i 12 lat znęcania się nad więźniami politycznymi. W filmie obserwujemy drobiazgowy zapis tego, co działo się z uwięzionymi antyrządowymi rewolucjonistami Tupamaros rok po roku począwszy od 07.09.1972. Historia przerażająca, ale i niesamowita. Przy czym dość dobrze zbalansowana. Nawet w końcówce nie osuwa się całkiem w patos, co najwyżej czasami się o niego ocierając, nie wyciska łez, nie szantażuje. Czaruje za to „Bolerem” Ravela i jazzującym wykonaniem „Sound of Silence” wyśpiewanym przez Sílvię Pérez Cruz. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć film Brechnera, to w sumie warto.

*

„Delegacja” („Delegacioni”) (2018), reż. Bujar Alimani – 3/10

Są takie werdykty jury, po których długo rozmyślam, czy ktoś mnie przypadkiem nie wkręca. Tutaj uczucie to towarzyszyło mi przez cały seans. Ja rozumiem, że kiedy nad filmem obraduje teoretycznie kompetentne gremium, pojawia się odruch doszukiwania się w nim pozytywów. I fajnie, gdy film jakieś zalety posiada. Gorzej, gdy wychwalane są rzeczy, których w danym obrazie nie ma. „Delegacja” to kino drogi o więźniu politycznym, który ma być dostarczony do stolicy jako dowód na to, że Albania kroczy drogą demokracji i zasługuje na uznanie świata. I to w tym filmie jest. Więzień, który próbuje się dowiedzieć, po co i gdzie go wiozą, lakoniczny wysłannik partii, krewki nadzorca i całkiem zbędny w tej opowieści kierowca toczą się powoli do Tirany. Kurtyna. Żadnych głębokich refleksji na temat autorytarnych rządów, pogłębionych portretów psychologicznych, błyskotliwych dialogów, humoru czy nieoczekiwanego zakończenia tu nie ma. Filmów politycznych niosących jakiś głębszy przekaz, ładunek emocji czy opowiedzianych ze swadą powstało za to trochę. Ten się nie zalicza. Nie wystarczy jeden dobry dialog (o szkole) czy śmieszna harmonijka (śmieszna w pejoratywnym sensie).

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 10:

„Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt – 7/10

Zwycięzca tegorocznego Tygodnia Krytyki w Cannes to film o (aktualnie) największej gwieździe portugalskiego futbolu Diamantino Matamourosie. Tego wybitnie empatycznego chłopca, który wszędzie nosi ze sobą czarnego kotka, a po boisku biega w towarzystwie wyimaginowanych kudłatych piesków poznajemy podczas finału rosyjskiego Mundialu. Mecz ten uruchamia wiele wspomnień, ale też prowokuje piłkarza do refleksji na temat jego przyszłości w świecie. W świecie, o którym nie ma bladego pojęcia, bo – delikatnie mówiąc – myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną. Jak się pewnie domyśliliście, „Diamantino” to rodzaj satyrycznej wariacji na temat życia Cristiano Ronaldo. Choć najlepszym aktorem w tym filmie zdecydowanie jest – na oko zdrowo naćpany – kot, to przejmująco parodiujący CR7 Carloto Cotta niewiele mu ustępuje (chwilami Krystyna jak z obrazka!). Sama opowieść jest przegięta do takiego stopnia, że fanatycy się obrażą, a ludzie poważni nie zdzierżą i wyjdą, ale znajdą się też tacy, którzy z radości zawyją. Warto się pośmiać!

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – 4/10

Niestety wiele hałasu o nic. Jestem daleka od stwierdzenia, że może ten projektor w pierwszą sobotę zepsuł się po to, by mnie przed tym filmem uratować, aczkolwiek przeszło mi to przez myśl.:D Żeby nie było, to nie jest najgorszy film tego festiwalu, ani nawet jakieś wybitnie złe kino. To po prostu koszmarna amatorszczyzna. Takie indie z początków gatunku, gdy wystarczyło wziąć kamerę i ponagrywać ze znajomymi trochę surowych rozmów o życiu. Ja się nawet nie czepiam o problemy, które Jake i Amanda (młodzi spłukani zakochani próbujący rozpocząć wspólne życie w Los Angeles) sami tworzą w swej wielkiej niefrasobliwości (dość dziwnej jak na ludzi ze szczątkowym stanem konta), bo to się niejako wpisuje w ich pierwszoświatowe podejście do dorosłego życia. Ale są to postaci tak papierowe i tak bez życia zagrane, że nie sposób tego filmu kupić.

*

„Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva – 7/10 (7,5)

Trzeba przyznać, że w tym roku WFF zachwycił naprawdę świetnym debiutanckim kinem społecznym. W „Zdecyduj się” Liiny Trishkiny-Vanhatalo Erik spróbował odnaleźć w sobie miękkość, a w tym filmie główna bohaterka pokazała pełnię kobiecej siły. Tytułowa Irina to ta zaradniejsza siostra, matka małego chłopca i żona słabego chłopa. Główna i często jedyna żywicielka domu. Postawiona w sytuacji bez wyjścia decyduje się zostać biologiczną matką cudzego dziecka. Co tylko w teorii wydaje się rozwiązaniem wszystkich jej problemów. Obraz Nadieżdy Kosewej to film o braniu się za bary z życiem i mierzeniu się z podjętą już decyzją. Aktywnie i na własnych warunkach. Nie bez emocji, ale bez ckliwego cierpiętnictwa. Warto to zobaczyć już choćby dla niesamowitej Martiny Apostołowej, której kreację doceniło też festiwalowe jury. Naprawdę dobre kino. Polecam!

*

„Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe – 8/10 (7,5)

Kolejny film, który stoi rewelacyjną rolą kobiecą. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bez Andrei Riseborough nic by nie było. To ona wspaniale wygrywa tu skrajne emocje i to ona co i rusz sprowadza widzów na manowce. „Nancy” to obraz o nie takiej już młodej, ale dość mocno niedojrzałej mitomance, poświęcającej mnóstwo czasu na kreowanie różnych swoich wizerunków, zwłaszcza w Sieci. Pewnego dnia, przez czysty zbieg okoliczności, dziewczyna zaczyna podejrzewać, że jej problemy emocjonalne mają podłoże w wydarzeniach z dzieciństwa i zaczyna obsesyjnie dążyć do wyjaśnienia sprawy. A wyjaśnienia są potrzebne, bo wbrew pozorom nic tu nie jest oczywiste. „Nancy” to kino, które pod względem fabularnym mogłoby leżeć gdzieś obok tvn-owskich „Oszukanych” (czytaj: dość telewizyjnie nisko). A jednak dobra reżyseria i wybitna kreacja aktorska tworzą z tej produkcji o wiele wyższy poziom widowiska. Bardzo polecam!

*

„Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel – 8/10

Przed filmem śmiałam się, że to będzie tytuł o mnie (co prawda z innych względów. bo miał to być nasz ostatni wieczorny seans ostatniego dnia po bardzo krótkiej nocy, a znajomi ostrzegali, że tylko spać się na tym da) i miałam rację. Potwór kumpla nie wystraszył, ale wystraszyłam go, podskakując, ja:D Trochę przez huk, na który jestem bardzo wrażliwa, a trochę ilustrując tezę postawioną przez twórców. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” to kino dość niedocenione. Patrząc po recenzjach, częściej oglądane dosłownie – jako slowspinowa opowieść o potworze grasującym gdzieś w Andach i masowo odgryzającym głowy okolicznym niewiastom, niż z uwzględnieniem faktu, że jest to film głęboko psychologiczny. Prawdę mówiąc, jeden z najlepszych psychologicznych horrorów, jakie widziałam! A do tego pełen smakowitych składowych. Fajnego ponurego klimatu, konkretnego gore’u, rozbrajającego komendanta i jego techników, kadrów niczym z Ceylana i scen-perełek (takich jak łóżkowy taniec czy komendanckie litanie leków i lęków). Kocham i polecam najbardziej! Byleby z otwartą głową. Dla mnie to było idealne zakończenie festiwalu. Dzięki, M., za to żeś mnie na to zaciągnął:)

***

PODSUMOWANIE:

Parę zdań na temat zwycięzców: W Konkursie Międzynarodowym wygrała „Delegacja” Bujara Alimaniego. W Konkursie 1-2 – „Jej praca” Nikosa Labôta, a w Konkursie Wolny Duch – „Out” Denisa Parrota. Właściwie to bardzo się cieszę, że większość nagrodzonych filmów to produkcje, które odrzuciłam z marszu, tuż po zapoznaniu się z opisami, trailerami i zagranicznymi recenzjami. Cieszę się, bo dzięki temu nie muszę komentować tych werdyktów jury. A to już nie jest ten etap, w którym ja i szacowne gremium po prostu nie zgadzamy się w opiniach. To ten moment, w którym czasami naprawdę oczom nie wierzę. Przy czym sądzę, że sami jurorzy mają jednak dobre intencje i zależy im na tym, by wybrać obrazy traktujące o czymś ważnym. To tylko dziwnym trafem od 3 lat udaje im się wyróżnić filmy możliwie najbardziej nijakie. Zwłaszcza w Konkursie Międzynarodowym. Przeżyłam „Malarię”,  przełknęłam „Zabić arbuza”. Czemu żałuję, iż pojechałam w „Delegację”, możecie przeczytać wyżej. A przecież w stawce tego konkursu (choć chyba najsłabszego odkąd pamiętam) była wybitnie się wyróżniająca „Irina”! Ba! W konkursie 1-2 były nie gorsze perełki – „Zdecyduj się” i „Istota świata”. I co? I nie dostały nawet wyróżnienia. Wolny Duch już pal sześć, bo to kwestia gustu (aczkolwiek wygrała 64-minutowa montażowa zbitka coming-outów. bez komentarza).

Nagroda Publiczności przypadła fińskiej komedii o zespole grającym symphonic postapocalyptic reindeer-grinding christ-abusing extreme war pagan fennoscandian metal, czyli „Heavy Trip”. Mam nadzieję, że będzie polska premiera.:)

Pełna lista nagrodzonych jest dostępna tutaj, a wyniki plebiscytu publiczności tutaj.

35. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy odbędzie się w dniach 11-20 października 2019 r.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

34. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Z cyklu „Nowych znajomych poznam”, bo harmonogram rozpaczy stwierdza, że z moimi będę się widywać głównie na korytarzach. :/ Chociaż może powinnam się cieszyć, że w ogóle mam jakiś grafik. Po 16:00 wydawało się, że będzie inaczej.

Program tegorocznej edycji Warsaw Film Festivalu jest dość podchwytliwy. Na pierwszy rzut oka nie ekscytuje (mało wielkich nazwisk, choć tych znanych już się trochę znajdzie). Tak że naprawdę sądziłam, że pójdę na luzie na kilka seansów, a wyszło tak, że dziś rano, po ostrej selekcji miałam wytypowanych 40 filmów. Uwierzycie, że po 5 godzinach główkowania, jak tę liczbę ograniczyć (w sytuacji, gdy większość biletów kosztuje po 20 zeta w grę zaczynają wchodzić sumy przyprawiające o udar) udało mi się zejść do… 37 projekcji (po 5 godzinach!). Nie przeliczajcie tego na złotówki. To już nie jest hobby, to choroba psychiczna. A jako że w trakcie manewrów okazało się, że długaśny „Upadek amerykańskiego imperium” zachodzi czasowo na wszystko, z czym się zetknie i trzeba zmarnować kolejne 2 godziny na przerobienie grafiku, omal się nie nabawiłam drugiego bieguna.

Skończyło się tak, że harmonogram (w tym momencie nie wiedziałam już nawet, jak się nazywam i na co idę. modliłam się tylko, żeby nic się powtarzało i na siebie nie nachodziło) był gotowy dopiero o 18:00 więc na dobrą sprawę zamiast go drukować mogłam go eksperymentalnie opłacić online, co też uczyniłam. O dziwo, operacja się udała, nikt nie zginął. Bilety mam już w łapkach, na wszelki wypadek wypełniłam dodatkowy druczek na fakturę (najważniejsza sprawa. bez tego byłoby krucho:).

Poniżej załączam swój grafik. Tam będę. A pod grafikiem bardzo krótko dlaczego.

Piątek, 12 października

16:30 – 18:17 Królowa strachu (Kinoteka 2)
18:30 – 20:00 RocKabul (Kinoteka 7)
21:00 – 22:40 Łagodna obojętność świata (Kinoteka 3)

Sobota, 13 października

12:00 – 13:34 Z biegiem Okawango (Kinoteka 1)
14:00 – 15:57 Eter (Multikino 3)
16:30 – 17:57 My, kojoty (Kinoteka 2)
18:30 – 20:39 Upadek amerykańskiego imperium (Multikino 1)
21:30 – 23:01 Zanurzenie (Kinoteka 2)

Niedziela, 14 października

14:00 – 15:45 Anioł (Multikino 3)
16:00 – 17:40 Dwa bilety do domu (Multikino 2)
18:45 – 20:45 Istota świata (Multikino 4)
21:30 – 23:03 Kobieta pracująca (Multikino 3)

Poniedziałek, 15 października

16:00 – 17:17 Delegacja (Multikino 2)
18:30 – 20:21 Bliscy wrogowie (Kinoteka 7)
21:00 – 22:45 Diabeł morski (Kinoteka 7)

Wtorek, 16 października

18:30 – 19:54 Food truck (Kinoteka 3)
21:00 – 22:30 Barbarzyńcy (Multikino 1)

Środa, 17 października

11:15 – 12:57 Zdecyduj się (Multikino 4)
13:45 – 15:25 Mihkel (Multikino 4)
16:00 – 18:05 Kto ci zaśpiewa (Kinoteka 7)
18:30 – 20:01 Satash (Kinoteka 3)
21:00 – 22:48 Rzeka (Multikino 2)

Czwartek, 18 października

19:00 – 20:40 Moon Hotel Kabul (Multikino 3)
21:00 – 22:50 Wizja (Kinoteka 3)

Piątek, 19 października

11:00 – 12:41 Moje arcydzieło (Multikino 2)
14:00 – 15:51 Ziemia (Multikino 3)
16:00 – 17:26 Ederlezi Rising (Multikino 1)
18:30 – 20:05 Mapplethorpe (Multikino 1)
21:00 – 22:50 High Life (Multikino 1)

Sobota, 20 października

14:00 – 15:21 Klub Kanibali (Kinoteka 4)
16:00 – 17:27 Kiedy padają drzewa (Kinoteka 3)
19:00 – 20:54 Motyle (Kinoteka 2)
21:15 – 23:17 Noc przez dwanaście lat (Multikino 4)

Niedziela, 21 października

11:00 – 12:32 Diamantino (Kinoteka 4)
13:45 – 15:21 Break (Multikino 4)
16:30 – 18:06 Irina (Multikino 3)
18:30 – 19:57 Nancy (Kinoteka 7)
21:00 – Pokaz któregoś ze zwycięzców albo odmiany wrócę do domu:)

***

Anioł – bo spodobały mi się zdjęcia. Film jest wariacją na temat ostatnich dni życia znanego kolarza Franka Vandenbroucke.

Barbarzyńcy – bo spodobało mi się zdjęcie Lily-Rose Depp z karabinem.;) A tak serio, ciekawie się ta fabuła zapowiada.

Bliscy wrogowie – bo Matthias Schoenaerts. Są tacy aktorzy.:)

Break – bo miałam iść na „Jesteśmy gorączką”, ale odrzuciła mnie surowizna, a to jest regularny „Step Up” (dawno nie było, prawda?). Planuję zaliczyć 37-38 filmów w 10 dni więc chyba jestem tego warta!:D

Delegacja – bo z kinem „bałkańskim” to naprawdę różnie bywa, ale czasem warto dać mu szansę. Mogłam w tym czasie iść na „Trzecią żonę”, ale coś mi zgrzytnęło w trailerze. W tym przypadku jest łatwiej, bo trailera nie ma.:)

Diabeł morski – bo w tym momencie od tematu Rohindżów i tak się uciec nie uda. A tak serio, obejrzyjcie zwiastun, świetnie to wygląda.

Diamantino – bo Kasia with love mi to zaordynowała, kusząc, że to obraz zainspirowany postacią Cristiano Ronaldo i że „cokolwiek o nim przeczytasz, nie jesteś gotowa na to, co zobaczysz”. Ta to umie zachęcić.:) Film zdobył Grand Prix Tygodnia Krytyki i Palm Dog Grand Jury Prize za „pluszowe szczeniaki”.:D

Dwa bilety do domu – bo to kino rosyjskie, a to najlepsza kinematografia świata. Filmy rosyjskie wyłuskuję z repertuaru w pierwszej kolejności. Poza tym lubię ten poziom agresji.;)

Ederlezi Rising – bo sci-fi łykam jak młody pelikan.

Eter – bo odpuściłam „Obce ciało” na WFFie i do dziś żałuję. To jeden z najcenniejszych eksponatów w mojej kolekcji kina niewiarygodnie złego i wyjątkowo zabawnego. Szkoda, że nie widziałam tego w dobrym towarzystwie. Za karę w tym roku też nie obejrzę Zanussiego z ekipą. :( Było blisko, ale Amerykańskie imperium zepsuło wszystko. ;(

Food truck – bo ponoć wymiata kreacjami aktorskimi. W przeciwnym razie musiałabym pójść na Brillante.;) Lepiej zaryzykować z czymś, czego większość ludzi nigdy nie zobaczy.

High Life – bo Robert Pattinson. I bo sci-fi. W nieznacznym stopniu bo Claire Denis. Film zbiera świetne recenzje. Na pewno nie będę czekać, aż wejdzie do kin. Mój Ci on!

Irina – bo jest szansa na ból istnienia i silne emocje, a ja lubię emocje.:)

Istota świata – bo to kino rosyjskie i najlepszy film festiwalu filmów rosyjskich w Soczi. Jednak gdyby nie to, i tak przekonałby mnie pomysł i zwiastun.

Kiedy padają drzewa – bo w najgorszym razie popatrzę sobie na piękne zdjęcia Michała Englerta. Aczkolwiek patrząc po trailerze, zapowiada się na lepsze. Film otrzymał w Cannes nagrodę ScripTeast za scenariusz.

Klub kanibali – bo liczę na cień kontrowersji. I na to, że się trochę podenerwuję.

Kobieta pracująca – bo to kino izraelskie i niestety na czasie. Film został nagrodzony w Hajfie i Berlinie.

Królowa strachu – bo nagroda aktorska (dla Valerii Bertuccelli) na festiwalu Sundance.

Kto ci zaśpiewa – bo to film Carlosa Vermuta, autora „Magicznej dziewczyny”. I pomysł fajny.

Łagodna obojętność świata – legendarni „Właściciele” (zwycięzca Konkursu Wolny Duch w 2014 roku) mnie ominęli, a co do „Zarazy we wsi Karatas” uczucia miałam mieszane, ale Kasia Wolanin i Krzysztof Osica mają fioła na punkcie kina kazachskiego i zawsze mi je polecają.:D

Mapplethorpe – bo to fabuła o wybitnym fotografie – Robercie Mapplethorpie, a to mnie kręci.

Mihkel – bo co to za WFF bez kina skandynawskiego, a film obiecuje pewną dynamikę.

Moon Hotel Kabul – bo to film Ancy Damian, reżyserki „Drogi na drugą stronę”, „Bardzo niespokojnego lata” i „Czarodziejskiej góry”. Bardzo ją lubię.

Moje arcydzieło – bo to film Gastóna Duprata, twórcy udanego „Honorowego obywatela”.

Motyle – bo lubię kino drogi i jestem niemal pewna, że na tym tureckim filmie nie usnę.;) Film zdobył m.in. Grand Jury Prize w Sundance.

My, kojoty – bo lubię filmy o związkach (kocham science fiction), a przy okazji skojarzyło mi się z „Between Us” Rafaela Palacio Illingwortha, a to był bardzo dobry wybór 2 lata temu.

Nancy – bo Andrea Riseborough, bo fajny pomysł i nagroda za scenariusz na festiwalu w Sundance.

Noc przez dwanaście lat – bo na Tygodniu Kina Hiszpańskiego bilety wcale nie są tańsze. A ponoć obejrzeć warto.

RocKabul – bo chodzenie na WFF-ie na filmy o muzyce alternatywnej z różnych egzotycznych zakątków świata to już tradycja. Poza tym film zdobył nagrodę Metal Hammer Magazine.

Rzeka – bo czasem trzeba się zdrzemnąć.;) Reżyser filmu – Emir Baigazin – otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera w sekcji Orizzonti festiwalu weneckiego.

Satash – bo ulegam kazachskofilskim wpływom. Ale też jeśli to będzie prawdziwy western, to będzie warto.

Upadek amerykańskiego imperium – bo to film Denysa Arcanda, twórcy „Inwazji barbarzyńców”.

Wizja – bo to film Naomi Kawase, a obrazy znanych azjatyckich reżyserów to mus.

Z biegiem Okawango – bo na pytanie Kasi Wolanin, czemu ten dokument jest grany w niedzielę po południu w największej sali Multikina, obsługa festiwalu odpisała, że „to porywający wizualnie film i dopiero w wielkiej sali Multikina można będzie się nim w pełni napawać”. Uwierzyłam. Pójdę się napawać w największej sali Kinoteki.:)

Zanurzenie – bo kocham kino izraelskie i spodobał mi się pomysł oraz trailer. Film zdobył już nagrody w Jerozolimie i Locarno.

Zdecyduj się – bo kino estońskie jest spoko, a film jest estońskim kandydatem do Oscara. Bardzo dojrzale się to prezentuje jak na debiut.

Ziemia – bo to film reżysera „Radio Dreams” – Babaka Jalali’ego, a ja jestem masochistką. Ale tak serio, dobrze się ta opowieść o Indianach zapowiada.

Wybrałabym się jeszcze na parę lajtowych filmów azjatyckich, takich jak „Koleżanka” czy „Diabelski młyn”. I na kilka społecznie skomplikowanych też. Chociażby jednak na tę „Trzecią żonę”. Poszłabym na „Euforię”, „Jesteśmy gorączką”, „Sir”, a nawet „Alfa, prawo do zabijania”. Ale doba nie jest z gumy, a portfela też już nie mam.;)

Całkiem serio to może być jeden z najlepszych programów Warszawskiego ever. Do zobaczenia na festiwalu!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej powiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Makro Cash and Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna? Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film

33. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

W tym roku na „artystyczne” zdjęcie biletów trzeba będzie poczekać do końca festiwalu, bo dopiero wtedy będę miała komplet biletów w ręku. Oczywiście grafik mam już ułożony, ale nie będę go upubliczniać, bo nie mam pewności, czy dostanę wejściówki na wszystko, czego pragnę.:) Seansów zaplanowałam 38 i wymienię je tu w kolejności alfabetycznej. A na koniec dorzucę parę uwag na temat pozostałych filmów w stawce, zwłaszcza tych, na które chciałabym pójść, a raczej nie dam rady i tych, na które wypadałoby pójść, a niekoniecznie mam ochotę.

Tymczasem szkoda czasu, lecimy:

„AlphaGo” („AlphaGo”) (USA, 2017), reż. Greg Kohs – technologiczny dokument sportowy koncentrujący się na pojedynku człowieka – Koreańczyka Sedola Lee, mistrza starożytnej chińskiej gry Go i sztucznej inteligencji AlphaGo stworzonej specjalnie po to, by go pokonać. Interesujące! A fakt, iż obraz Grega Kohsa aktualnie ma na IMDb ocenę 9,6/10, dobrze wróży. Więcej na temat filmu tutaj.

„Ava” („Ava”) (FRA, 2017), reż. Léa Mysius – wakacyjny coming-of-age movie (lubię!) o nastolatce, której grozi utrata wzroku. Podobno nietypowy i brawurowy więc liczę na coś w stylu „Les combattants” Thomasa Cailleya. Film miał premierę w sekcji Semaine de la Critique podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, gdzie zdobył nagrodę SACD Award dla debiutującego twórcy i Palm Dog dla psa Lupo za najlepszy psi performans. Więcej na temat filmu tutaj.

„Balkan Noir” („En Balkan Noir”) (SWE/MNE, 2017), reż. Dražen Kuljanin – nagrodzony za kameralny, ekstremalnie niskobudżetowy film o miłości laureat Konkursu 1-2 z 2014 roku – Dražen Kuljanin – powraca na Warszawski Festiwal Filmowy (tym razem w ramach Konkursu Międzynarodowego) chyba wciąż z kameralną, ale lepiej dofinansowaną opowieścią o zemście matki. Lubię pana reżysera więc i tak bym poszła, ale gdybym go nie znała, przesądziłyby piękne zdjęcia. Więcej na temat filmu tutaj.

Balkan Noir

„Bandyta, który pachniał whiskey” („A Viszkis”) (HUN, 2017), reż. Nimród Antal – po kilkunastoletnim, niekoniecznie udanym, romansie z Hollywood, reżyser kultowych „Kontrolerów” (Nagroda Publiczności na 20. WFF-ie) – Nimród Antal – powrócił na Węgry, by nakręcić film o „Robin Hoodzie bloku wschodniego”. Już za sam powrót należy mu się szansa, a przeczucia co do tego filmu mam tym lepsze, że od 2016 roku kino węgierskie po prostu wymiata. Więcej na temat filmu tutaj.

„Błękit” („Blue”) (AUS, 2017), reż. Karina Holden – chciałabym wierzyć, że fakt, iż doniesienia o fatalnej kondycji mórz i oceanów, coraz częściej przebijają się do opinii publicznej, zyskując rozgłos dzięki social mediom, coś zmieni. Poważnie wierzę, że koniec świata wcale nie musi przyjść z kolejną wielką wojną. Wystarczy, że dalej będziemy niszczyć świat w takim tempie, a ekologów zwalczać, wyzywając ich od ekoterrorystów. Film Kariny Holden w spektakularny sposób (zobaczcie trailer!) dokumentuje ostatnie piękne chwile tej planety i dużo więcej sytuacji z gruntu smutnych. Więcej na temat filmu tutaj.

„Charleston” („Charleston”) (ROU/FRA, 2017), reż. Andrei Cretulescu – z trailera wynikałoby, że kino drogi, podobno komedia czarna. Biorąc pod uwagę fakt, iż jest to film o mężu i kochanku, którzy próbują razem przeżyć żałobę po śmierci tej samej kobiety, raczej na pewno komediodramat. Jestem gotowa na tę jazdę.:) Więcej na temat filmu tutaj.

Czytaj dalej

4 Komentarze

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie emigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

32. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Swój tegoroczny grafik festiwalowy opracowałam grubo ponad tydzień temu, ale wolałam się nim nie chwalić, dopóki nie będę miała biletów w ręku. Już mam więc lecimy.

Jako iż w tym roku wyjątkowo nie dam rady obejrzeć wszystkich swoich must-see (akurat te najbardziej wyczekiwane filmy będą grane tylko raz albo złośliwie kolidują ze sobą), pozwólcie że najpierw napiszę, na co się wybieram i dlaczego, a potem Wam kilka rzeczy polecę (również takich, na które bardzo chciałabym pójść, a dotrzeć nie dam rady).

Dotychczas swoje plany festiwalowe sygnalizowałam zawsze opublikowaniem grafiku więc może od tego zacznę:

07.10 (pt.) Dzieciak | Multikino Złote Tarasy | M2, 16:00 – 17:38
07.10 (pt.) Plac zabaw | Multikino ZT | M4, 18:45 – 20:07
07.10 (pt.) Za górami, za wzgórzami | Kinoteka | K3, 21:00 – 22:30
08.10 (so.) Dziennik maszynisty | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:30
08.10 (so.) We krwi | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:44
08.10 (so.) Toril | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:45
08.10 (so.) Zabliźnione serca | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:45
08.10 (so.) Honorowy obywatel | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:57
09.10 (nd.) Zaraza we wsi Karatas | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:20
09.10 (nd.) 5 października + Dziennik weselnego fotografa | Kinoteka | K3, 13:30 – 15:02
09.10 (nd.) Księżyc w dwunastym domu | Kinoteka | K2, 16:30 – 18:19
09.10 (nd.) Matka | Kinoteka | K2, 19:00 – 20:40
09.10 (nd.) Potwór z Martfű | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:28
10.10 (pn.) Gukoroku – Ślady grzechu | Multikino ZT | M4, 16:15 – 18:15
10.10 (pn.) Między nami | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:33
10.10 (pn.) Księżycowe kundle | Multikino ZT | M2, 21:00 – 22:30
11.10 (wt.) Ciemność | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:32
11.10 (wt.) Nauczycielka | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:40
12.10 (śr.) Kraina małych ludzi | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:38
12.10 (śr.) Prawdziwe zbrodnie | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:10
12.10 (śr.) Serce z kamienia | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:40
13.10 (cz.) Zwariować ze szczęścia | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:26
13.10 (cz.) W środku wulkanu | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:26
14.10 (pt.) To nie są najlepsze dni mojego życia | K2, 16:30 – 17:51
14.10 (pt.) Dobry dzień, żeby umrzeć | Kinoteka | K1, 18:30 – 19:57
14.10 (pt.) To tylko koniec świata | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:37
15.10 (so.) Album | Kinoteka | K2, 14:00 – 15:44
15.10 (so.) Zderzenie | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:37
15.10 (so.) Bez Boga | Kinoteka | K3, 18:30 – 20:09
15.10 (so.) Psy | Kinoteka | K7, 21:00 – 22:44
16.10 (nd.) Nazywam się Cukinia | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:06
16.10 (nd.) Polująca z orłami | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:27
16.10 (nd.) Błogosławione korzyści | Multikino ZT | M2, 18:30 – 20:05
16.10 (nd.) Odyseja | Multikino ZT | M1, 21:00 – 23:02

img_2331

A teraz pokrótce dlaczego tak:

„Dzieciak” („Le fils de Jean”) (FRA/CAN, 2016), reż. Philippe Lioret – nie był to dla mnie film pierwszego wyboru, ale w miarę możliwości starałam się wcisnąć w grafik tyle filmów z Konkursu Międzynarodowego, ile się dało. „Dzieciak” to film o młodym Francuzie, który dowiaduje się, że miał w Kanadzie ojca. Lioret to reżyser wielokrotnie nagradzany, jego film „Welcome” zdobył na WFF-ie w 2009 roku Nagrodę Publiczności, lubię kino rodzinne, dzięki Dolanowi kino kanadyjskie dobrze mi się kojarzy, a po cichu liczę też na bajeczne widoki więc ryzyk fizyk. Więcej na temat filmu tutaj.

„Plac zabaw” („Plac zabaw”) (POL, 2016), reż. Bartosz M. Kowalski – jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich produkcji w tym roku. Nawet nie doczytuję szczegółów, bo się napaliłam i nie chcę sobie filmu zespoilować. W 2014 roku Bartosz M. Kowalski i Stanisław Warwas dostali za ten scenariusz Nagrodę Główną Script Pro, a sam Kowalski właśnie zdobył Nagrodę za debiut reżyserski na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Więcej na temat filmu tutaj.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

2. edycja Black Bear Filmfest

Teoretycznie prawdopodobieństwo, że trafi się festiwal, na którym człowiek chciałby obejrzeć WSZYSTKO, jest minimalne. Praktycznie zawsze znajdą się filmy, co do których nie ma wątpliwości, że umarłoby się na nich z nudów, albo obrazy reżyserów, których się nie trawi, względnie historie, które człowieka nic a nic nie obchodzą. Prawie zawsze. Bo akurat w moim przypadku jednak objawiła się impreza filmowa, z której mogłabym w ogóle nie wychodzić – jedyny i niepowtarzalny Black Bear Filmfest, czyli organizowany przez PAPERBOAT FILMS festiwal szeroko pojętego kina gatunkowego. O ile w zeszłym roku podchodziłam do Czarnego Misia z pewną dozą nieśmiałości (wiadomo – nieznane), o tyle w tym, znając już profil tej imprezy – postanowiłam wykorzystać okazję do maksimum (co było o tyle łatwe, że w obiegu pojawiły się karnety). Kosztem 2 meczów Bayernu, niedospania, niedojedzenia, manipulacji pracowym grafikiem i paru ostrych sprintów z 26 pełnych metraży zaliczyłam prawie wszystko. I właściwie nie trafiła się ani jedna produkcja, której obejrzenia bym żałowała.

1. „Lothar” („Lothar”) (SUI, 2013), reż. Luca Zuberbühler – [lęk przed samym sobą/fantastyka/koncept] – zgodnie z „tradycją” (niby trochę za wcześnie na mówienie o tradycji, ale konsekwencja jest i obstawiam, że nadal będzie) festiwal otworzył film krótkometrażowy. W tym roku padło na etiudę studencką Luki Zuberbühlera. Szczegółów fabuły zdradzać nie będę. Powiem tylko, że jest to uroczy przykład tego, jak może się skończyć próba reklamacji gwarancyjnej. I to nie tylko dla reklamującego, ale dla całej ludzkości. Ogólnie rzecz biorąc, „Lothar” to coś w stylu „Poważny człowiek” meets „Interstellar” (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zdjęcia „pożyczone od NASA” ;D). Jak na film studencki wykonanie pierwsza klasa. 7/10

2. „Jacky w królestwie kobiet” („Jacky au royaume des filles”) (FRA, 2014), reż. Riad Sattouf – [lęk przed innymi/fantastyka/komedia] – połączenie „Seksmisji” z „Kopciuszkiem”, choć koniec końców jednak zupełnie inna bajka. Sporo przaśnego humoru, mocno popuszczone wodze fantazji, dużo rozczulającej zabawy językiem („koniury” mnie zniszczyły, a to tylko czubek tej filmowej góry), lekki mindfuck i zdecydowana jazda bez trzymanki, a przy okazji satyra na systemy religijne (na co zwracam uwagę przede wszystkim dlatego, że film otwierający 1 edycję BBFF, czyli „W imię syna” Vincenta Lannoo, miał podobne zacięcie; przypadek to, czy też tradycja?:) 6,5/10. Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under Film