Tag Archives: ekranizacja

Kinowe podsumowanie tygodnia: 30 maja – 05 czerwca 2016

„Angry Birds Film” („The Angry Birds Movie”) (USA/FIN, 2016), reż. Clay Kaytis, Fergal Reilly – początek filmu – skupiający się na Krzaczastym/Czerwonym i jego „anger issues” (jakże miałabym nie polubić bratniej duszy? no jak?:) – jest obiecujący. Dość szybko jednak okazuje się, że twórcy nie bardzo mieli pomysł na fabułę (starcza go na jakiś kwadrans) i że lepiej by się to wszystko sprawdziło jako krótki metraż (jest tu potencjał na bardzo dobrego shorta). Oczywiście wypada wziąć pod uwagę fakt, że film jest ekranizacją gry smartfonowej (w którą nigdy nie grałam więc się nie znam) i całkiem możliwe, że nie dało się tej historii opowiedzieć ciekawiej, a przez to zrobić całego filmu lepiej. Animacja jest ładna i bardzo, bardzo kolorowa. Pozytywem jest na pewno fakt iż polski dystrybutor nie zdecydował się na przerobienie całej ścieżki dźwiękowej na język polski. „Sound of da Police” czy „Behind Blue Eyes” lepiej brzmią i lepiej pasują do treści, gdy lecą w oryginale (dzieciom przecież i tak wszystko jedno; wystarczy, że bohaterowie robią głupie miny, walą się po łbach lub przytrafia im się coś złego, a maluchy są zadowolone;P). Szkoda natomiast, że twórcy przyoszczędzili na gagach dla dorosłych. Mogłyby nieco powetować brak treści. Z rzeczy, które chyba nie były do końca zaplanowane, ale jakoś tak wyszły: z filmu wynika, że imigranci to plaga, która zazwyczaj przybywa w niecnych zamiarach, a otwartość to czysta naiwność. Nie wiem, czy o to właśnie chodziło.5,5/10

„Alicja po drugiej stronie lustra” („Alice Through the Looking Glass”) (USA, 2016), reż. James Bobin – no dobra, ja z tych, na których „Alicja” Burtona zrobiła pozytywne wrażenie. „Alicja” Jamesa Bobina to już inna para kaloszy. Przede wszystkim to takie dziecko niczyje. Wygląda trochę jak Burton, ale nie czuć w niej Burtona, Lewisa Carrolla nigdy tu właściwie nie było, a dzieckiem Bobina może być pod warunkiem, że stylem tego reżysera jest brak stylu (co może być prawdą, ale nie planuję sięgać po jego „Muppety”, żeby to sprawdzić). Fabuły (która z książką nie ma absolutnie nic wspólnego) nie ma tu za wiele, raczej skaczemy od akcji do akcji. Kolejne skoki nie są szczególnie pasjonujące. Właściwie każdy kolejny budzi coraz mniejsze zainteresowanie. Jakkolwiek nie zgadzam się z ocenami na poziomie 1/10 (bez przesady; film ma mnóstwo wad i na pewno nie jest dobry, ale nie jest tragiczny), ten fragment recki Davida Ehrlicha z Indiewire jest cudowny: „adventure grows less and less interesting with every turn. By the end, all that lessness is too much for the muchness to match it. Less is usually more, but when it comes to this franchise, none would be ideal”.=D Chciałabym móc powiedzieć, że chociaż wizja się tu broni, ale też nie do końca. Owszem, kostiumy, rekwizyty i charakteryzacje są przepiękne i miło się na nie patrzy (to być może jedyny naprawdę dobry powód, żeby po ten film sięgnąć), jednak efekty cyfrowe są tak przegięte, że gołym okiem widać, jak bardzo są sztuczne. To nie jest wyłącznie przypadek tego filmu, lecz jakaś nowa chora tendencja. Jeśli Hollywood się nie opamięta, lada chwila cofniemy się z poziomem CGI do lat 90., kiedy wszystko było możliwe, lecz wyglądało bardzo nienaturalne. Skoro już się cofamy w rozwoju, to może od razu skoczmy do czasów, gdy królowały efekty praktyczne. Postuluję! Z pozytywów: Aktorzy wypadają w tym całym miszmaszu całkiem nieźle. Zwłaszcza Johnny Depp, który ostatnio częściej mnie odpychał niż zachwycał, a tutaj naprawdę robi dobrą robotę. Wasikowska, Bonham Carter i Sacha Baron Cohen też in plus. Warto wspomnieć, że to ostatni film, w którym zagrał cudowny głos zmarłego w tym roku Alana Rickmana. Szkoda, że Absolem nie miał tu większej roli do odegrania. 5,5/10

„Zanim się obudzę” („Before I Wake”) (USA, 2016), reż. Mike Flanagan – mam sporo „ale” pod adresem tego filmu:

– po pierwsze to NIE JEST horror! Jest tu parę okazyjnych jump scare’ów (chociaż na moim seansie najlepszego i tak zrobił ktoś na widowni, zgniatając w dobrym momencie pojemnik po nachosach), ale poza tym obraz ten niczym nie straszy. Bawi, śmieszy, może nawet kogoś wzruszyć, ale bać się tu nie ma czego. Na straszenie brak patentu i amunicji (CGI jest tak nieudane, że efekty specjalne ze „Zmierzchów” wydają się przy tym szczytem wyrafinowania i luksusu).
– fabuła na pewno znajdzie swoich amatorów, ale mnie się wydała pociesznie głupia. Chociaż gdyby nakręcił to Marvel (a z wielu względów mógłby:), efekt końcowy mógłby być ciekawy.:)
– główny Strach to kuriozum (nie tylko pod względem plastycznym). I byłby tak samo absurdalny w każdym możliwym filmowym gatunku.
– trochę irytował mnie brak wzorca w poczynaniach Stracha (z początku wydaje się, że jest jakiś schemat, ale chyba jednak nie ma).
– film regularnie zalicza edukacyjno-moralizatorskie zwiechy (prowadzący grupę terapeutyczną byłby świetnym lekiem na bezsenność).
– obraz ten nakręciła motyla mafia, która robi tu karygodny czarny PR ćmom. Czego jak czego, ale tego twórcom wybaczyć nie mogę!

A jednak to taki dobry zły film jest:D

– przede wszystkim kuriozalny główny Strach-którego-imienia-wymawiać-nie wypada ma potencjał na zostanie postacią kultową. Kocham, kocham, kocham.=D
– o ile mi wiadomo, reżyser nie był zachwycony faktem, iż wytwórnia postanowiła sprzedać jego film jako horror (sam określa go mianem dramatu nadprzyrodzonego lub baśni). Tak że o wprowadzenie widzów w błąd trudno obwiniać twórców.
– jest tu co najmniej jeden przyzwoity zwrot akcji, a fabuła właściwie składa się w logiczną całość (no powiedzmy).
– albo zdążyłam się oswoić z Jacobem Trembleyem, albo dobrze tu wypadł. Nie wkurzał mnie tak jak w „Pokoju”. Bosworth to ładne, pięknookie drewno, które z reguły kładzie role wymagające okazania emocji, ale do grania osób odrętwiałych się nadaje.

Jeśli liczycie na horror, to nie ten pokój (inside joke; gdybym mogła, uściskałabym mistrza ciętej riposty, który siedział gdzieś po mojej prawicy), ale – cytując Kasię Kulikowską – to fajny „film o zajadaniu stresu”:) Nie zachęcam, ale polecam! 5/10

filmy-angry-birds-film-alicja-po-drugiej-stronie-lustra-before-i-wake

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „X-Men: Apocalypse” (2016)

Tytuł oryginalny: „X-Men: Apocalypse
Reżyseria: Bryan Singer
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Muzyka: John Ottman
Moja ocena: 6/10

A jednak jest jedna rzecz, której wielki Michael Fassbender nie potrafi (w tym miejscu składam oficjalną reklamację; to miał być film, w którym bogowie powstaną, a nie upadną). Ni czorta nie umie gadać po polsku. I nie da się niestety usprawiedliwić tej nieudolności scenariuszem (na upartego można by z Erika zrobić repatrianta, tyle że okoliczni mieszkańcy go w ten sposób nie traktują; zachowują się raczej jak głusi i ślepi, którym nagle spadły klapki z oczu). Jakby tego było mało, po polsku nie mówią również postaci drugoplanowe i statyści (zła wymowa, zły akcent, zła intonacja, pauzy w niewłaściwych miejscach, sztuczne konstrukcje językowe, w tym nadużywanie zwrotów po imieniu; naprawdę taniej było zatrudnić nie-Polaków? serio? przy budżecie rzędu 234 milionów $ zabrakło kasy na konsultanta?). Tak że nie dość, że to najbardziej przewidywalny, ckliwy i przerysowany segment w całej produkcji, to jeszcze brzmi jak skończona taniocha.

Jakość prószkowskiego (serio, serio;) wątku kładzie się takim cieniem na ogólnym wrażeniu, że nic nie było w stanie mi tego wynagrodzić, ale jako że cały świat nie kręci się wokół Polski, Jezus też, wbrew pozorom, Polakiem nie był i w ogóle, spróbujmy się jednak zastanowić nad resztą tego burdelu.

Fabuła „Apocalypse” jest prosta, a wręcz schematyczna. Jako że po „Przeszłości, która nadejdzie” większość mutanckiej braci osiadła i się uspokoiła, trzeba było im wszystkim znaleźć nowego przeciwnika. Tym razem nie padło na rozgoryczonego życiem renegata (no w każdym razie nie bezpośrednio), nie zdecydowano się też na świeży kosmiczny import, crossover czy inny przewrót. Jako że wedle mitologii Marvela pod egipską ziemią od dawien dawna spał sobie pierwszy mutant, postanowiono go wygrzebać, puścić wolno i poczekać, aż rozpęta piekło.

Głównym powodem, dla którego jedynym filmem fabularnym o X-Menach, który szczerze szanuję (choć 2 z pozostałych mimo wszystko lubię), jest „Pierwsza klasa”, był, jest i obawiam się, że nadal będzie Bryan Singer – człowiek, który niekoniecznie ogarnia reżyserowanie, często podejmuje głupie decyzje fabularne, z pewnością nie umie pisać scenariuszy i w żadnym razie nie jest pasjonatem (prawdziwy pasjonat dopina swoje projekty na ostatni guzik, dba o detale i nie pozwala sobie na takie wtopy jak ta pseudoprószkowska; tego typu niechlujstwo to domena wyrobników). Nie znaczy to oczywiście, że facet nie miewa dobrych pomysłów (tutaj też jest kilka), ale zwykle nie umie ich sklecić w spójną, a przede wszystkim równą całość, nie panuje nad widowiskiem, jego twórczość wyraźnie ciąży w kierunku kina klasy B, jego koncepcje regularnie zmierzają ku niekontrolowanej apokalipsie (ani chybi krewny En Sabah Nura) i ma tendencję do zaprzepaszczania całego zastanego potencjału. W „Przeszłości, która nadejdzie” totalnie unicestwił wizję Matthew Vaughna, a w „Apocalypse” ostatecznie zdekonstruował głównych bohaterów i zmarnował potencjał odziedziczonych po Vaughnie aktorów. Jedyną osobą, która jakimś cudem dała radę się wybronić, jest Professor X, czyli James McAvoy. Michael Fassbender musiał mocno walczyć o uratowanie postaci Magneto (serce mi pękało, gdy patrzyłam na to zmaganie; szkoda aktorów tej klasy na takie żałosne partie), a Jennifer Lawrence ostatecznie przestała być Mystique i robi tu za Katniss Everdeen. W kwestii odświeżonej obsady mam uczucia mieszane, aczkolwiek jestem pozytywnie zaskoczona występem Sophie Turner w roli Jean Grey. Nie ma dziewczyna doświadczenia, ale ma klasę i powściągliwość, które pasują do mojego wyobrażenia o postaci. Chętnie bym zobaczyła, jak rozwija swoje możliwości (tylko wolałabym, żeby tą ewolucją pokierował inny dyrygent).

Bałagan z reguły ma to do siebie, że choć trudno cokolwiek znaleźć, a najtrudniej to, czego się szuka, to zwykle są w nim poutykane jakieś perełki. Perłą w koronie „Apocalypse” jest po raz kolejny Evan Peters jako Quicksilver. Główna (3-minutowa) sekwencja z jego udziałem była ponoć kręcona przez 3,5 miesiąca, ale opłaciło się. Jest spektakularna i idealna, a Pietro znów ratuje całe widowisko. Świetny jest też moim zdaniem opening (lepsi bogowie Egiptu od tegorocznych „Bogów Egiptu” Foxa), duże wrażenie robi czołówka (przypominająca moją ukochaną kalibrację ekranu IMAX; z perspektywy mojego fotela w IMAX Sadyba była to zaiste druga kalibracja, i to nawet lepsza), mimo iż tak jak w przypadku ostatnich kilku filmów o Avengersach odbywa się to kosztem fabuły, bardzo ładnie tu wypadają prezentacje mocy i wymiany „ognia” (CGI może nie zapiera dechu w piersiach, ale stoi na przyzwoitym poziomie), no i jest jeszcze nieźle pomyślany soundtrack. O ile muzyka oryginalna ma swoje wzloty i upadki (chwilami zachwyca, to znów robi się przesadnie heroiczna i patetyczna), o tyle utwory inkorporowane do ścieżki – takie jak „Four Horseman” Metalliki czy „Sweet Dreams” Eurythmics, a przed wszystkim Allegretto z 7. symfonii Beethovena (którym możemy się delektować, czekając na Epilog), brzmią tu rewelacyjnie.

Koniec końców niekoniecznie tę imprezę polecam (a jeśli już, to koniecznie w sali IMAX, bo ten ekran i nieziemska jakość potrafią bardzo zmienić optykę), ale skłamałabym, twierdząc, że nic mi się w tym filmie nie podobało albo że się umęczyłam. To się w sumie ogląda dość lekko, nawet jeśli ogólne rozczarowanie koncepcją i wykonaniem narasta. Bryan, proszę, nie rób tego (więcej)! :P

X-Men: Apocalypse

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” (2016)

Tytuł oryginalny: „Captain America: Civil War
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Zdjęcia: Trent Opaloch
Muzyka: Henry Jackman
Moja ocena: 7,5/10

[Dla optymalnego odbioru i lepszego efektu zaleca się kontemplowanie tego obrazu w formacie IMAX 3D. Nope, IMAX mi za tę reklamę nie płaci. Przynajmniej nie na tym padole;) Tylko nie zapomnijcie dosiedzieć do końca napisów, bo tradycyjnie mamy tu 2 post-credity!]

O co chodzi z tymi imionami matek? Serio, to jakiś happening ponad podziałami?=D

Prawdę mówiąc, sądziłam, że podobieństwo między „Świtem sprawiedliwości” a „Wojną bohaterów” okaże się mniejsze (yep, nie czytałam komiksu; wiedząc, że powstanie film, tym bardziej nie chciałam sobie psuć zabawy; poza tym oczekiwałam, że bracia Russo zdrowo w tym wszystkim zamieszają). Wydawało mi się też, że w przypadku nowego „Kapitana” konflikt okaże się lepiej umotywowany (w przeciwieństwie do DC, które dotychczas działało dość chaotycznie i dopiero teraz podjęło próbę stworzenia swojego filmowego uniwersum, Marvel od lat sumiennie i konsekwentnie buduje swoje MCU, pilnując, żeby wszystko ładnie się zazębiało i zawsze z czegoś wynikało więc oczekiwałam, że wszystko tu będzie miało więcej sensu). Koniec końców okazało się jednak, że to właściwie ten sam film – z bardzo podobną osią fabularną oraz identycznym rozkładem sił i racji, a różnice są bardziej ilościowe niż jakościowe (u Marvela jest po prostu wszystkiego więcej: więcej wątków, więcej superbohaterów, większa pompa; no może jedynie rozpierdol mniejszy; bogiem demolki pozostaje Zack Snyder).

Fabuła „Wojny bohaterów” koncentruje się na, w sumie poważnym, problemie collateral damage. Piszę „w sumie poważnym”, bo generalnie jest to dość istotna kwestia. Nie wiem tylko, czy naprawdę da się o tym poważnie podyskutować, gdy w grę wchodzi alternatywna marvelowska rzeczywistość ustawicznie borykająca się z międzygalaktycznymi inwazjami i megatonami niestabilnej nadprzyrodzoności (tam, gdzie się leją meteoryty, część dinozaurów siłą rzeczy musi wyginąć, i wcale nie jest powiedziane, że okiełznanie dobrych meteorytów poskutkuje tym, że te złe się uspokoją; doświadczenie podpowiada, że prędzej zaczną się bić między sobą). Oto przychodzi dzień, gdy marvelowski rząd Stanów Zjednoczonych dochodzi do wniosku, że dotychczasowa strategia walki z nieszczęściami tego wszechświata była niewłaściwa. Postanawia więc jednak zacząć negocjować z terrorystami i kosmitami (good luck with that:), a Avengersami zarządzać jak rakietami dalekiego zasięgu odpalanymi w razie potrzeby za zgodą, a wręcz z inicjatywy ani trochę nieskorumpowanej i w żadnym razie nie obarczonej ciężarem prywatnych interesów organizacji jaką jest ONZ. Jako iż z historii poczynań Tony’ego Starka możemy się nauczyć, że Stark niczego nie uczy się z historii, rządowe ultimatum momentalnie trafia na podatny grunt. O ile motywacje części filmowych bohaterów wydają się absurdalne, o tyle sam konflikt superbohaterski jest tu w pełni uzasadniony. Ktoś w końcu musi mieć głowę na karku i być gotowym powiedzieć „NIE!”, gdy inni ktosie nie grzeszą wyobraźnią i poczytalnością.

Moja ocena tego filmu nie zdradza rozczarowania (w końcu dałam 7,5/10 i zaokrągliłam do 8-ki, a na ocenie „bardzo dobrej” moja skala ocen się kończy; 9-ek i 10-ek używam jedynie do stopniowania słowa „kocham”), ale to nieprawda, że wszystko jest z tą produkcją w porządku. Punktem odniesienia niech będą tu 2 inne Marvele: „Avengers: Czas Ultrona”, którym to filmem byłam poważnie rozczarowana, a mimo to ze względu na bohaterów zaokrągliłam mu ocenę do 7-ki i „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” – jak dla mnie najlepszy Marvel i jedna z najlepszych „ekranizacji komiksu”, jakie dotąd wypuszczono, czysty ideał, 10/10. „Kapitanowi Ameryce: Wojnie bohaterów”, mimo iż porusza wiele wątków, sprawnie myli tropy i stanowi źródło godziwej niezobowiązującej superbohaterskiej rozrywki, do ideału daleko. I wiem nawet, w czym problem. Primo: To wcale nie jest 3 część „Kapitana Ameryki”, tylko kolejna odsłona „Avengersów” (gdyby nie motyw Bucky’ego, główny zrąb tytułu nie miałby żadnego uzasadnienia), i to odsłona podążająca tropem niekoniecznie udanego „Czasu Ultrona”, który nie dbał o fabułę, stawiając na kumulację superherosów i starcia między nimi. Secundo: Motywacje tak zwanych by-the-lawsów i ich decyzje są tak wydumane i przesadzone, że trudno je zrozumieć i usprawiedliwić. Stark oczywiście po raz kolejny zachowuje się jak próżny, rozpieszczony i coraz mniej lotny dupek, co owocuje kolejną porcją efektownej, ale bezsensownej nawalanki i rozwałki. Zemo też na pewno nie kwalifikuje się do miana supervillaina. Bądź tym, kim byłeś, rób to, co robiłeś, a potem miej pretensje, że ktoś Ci zdmuchnął chatkę. Tertio: Jak dla mnie za dużo w tej opowieści tych Avengersów, za którymi nie przepadam (miło chociaż, że wylądowali w tym samym obozie). I jeszcze ten koszmarny nowy Spider-Man. Który fan „Gwiezdnych wojen” (i mówię to ja, która właściwie fanką nie jestem) określiłby AT-AT’a mianem „that walking thing”?! A to tylko kropla w morzu wad Pajęczaka. Tom Holland nie imponuje warsztatem aktorskim więc cała rola zbudowana jest na mocno przegiętej nadpobudliwości i lamerskich one-linerach. Na szczęście tę castingowo-scenariuszową porażkę wetuje Chadwick Boseman w roli Czarnej Pantery. Instynktownie unikający wszelkich struktur, ale potrafiący je wykorzystywać, bardzo koci, bardzo męski, bardzo bystry i pod każdym względem zajebisty. Live long and prosper, koteczku! :D

Captain America: Civil War

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” (2016)

Tytuł oryginalny: „Batman v Superman: Dawn of Justice
Reżyseria: Zack Snyder
Zdjęcia: Larry Fong
Muzyka: Hans Zimmer i Junkie XL (aka Tom Holkenborg)
Moja ocena: 7,5/10

„Superman nie odpowiada przed nikim, nawet przed Bogiem”. Ekstra! Team Superman! Nie, żeby była to decyzja łatwa. Affleck chyba nigdy nie wyglądał tak zajebiście jak obecnie (mam poważne wątpliwości, czy Henry zdoła się tak ładnie zestarzeć; chociaż teoretycznie oczy są najważniejsze, a te ma Cavill, jak wiadomo, obłędne). Poza tym fajny z niego Batman. Zacietrzewiony, zawzięty, zblazowany, zraniony, z krwi i kości. Good job! Jedynym, co mnie szczerze martwi, jest jego fascynacja prewencyjną eksterminacją (a przecież to Luthor miał tu być naczelnym lunatykiem). Było już paru takich mądrych. Nigdy się to dobrze nie skończyło. Nah! Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale jednak Team Superman, Team Superman, Team Superman!;D

No dobrze, ale o co chodzi z tym Batmanem i Supermanem? To ten film, w którym Batman naparza Kal-Ela, prawda? Dlaczego?! I mean, WHY ON EARTH?!? Powodów jest potencjalnie kilka (gdyby zebrać je do kupy, może nawet uzbierałby się jeden, który ma ręce i nogi). Ja jednak obstawiam, że to kwestia braku dziewczyny (no przecież nie może chodzić o collateral damage; w końcu nie, żeby przez Batmana nikt nigdy nie zginął). Superman nie ma tego kłopotu i proszę, oaza spokoju. Wyrozumiały, cierpliwy, często gęsto uśmiechnięty od ucha do ucha. W tym czasie Batman „is lost in bitterness”. Ktoś musiał ponieść tego konsekwencje. W sumie to i tak powinno nas dziwić raczej to, że ta próba sił nie zdarzyła się w żadnym filmie wcześniej. W końcu jak daleko jest z Nowego Jorku do New Jersey? Ilu supersamców alfa może urzędować w tym samym okręgu?

Nowy „Batman” ma swoje wady. Motywacje bohaterów są mocno naciągane (taaak, bo zazwyczaj nie są;), konflikt jest tak głęboki, że da się go zakończyć w 2 minuty przy pomocy bezpiecznego słowa (to chyba największy feler, ale wybaczam, bo to autentycznie śmieszne), a choć całość jest o wiele lepsza i bardziej spójna od „Człowieka ze stali” i naprostowuje część wad tegoż, koniec końców i tak ma się wrażenie, że chodziło przede wszystkim o doprowadzenie do nieziemskiej rozpierduchy (jak dla mnie nie ma w tym niczego złego, ale wiem, że niektórym to nie wystarcza). Mimo to nie rozumiem tej całej chłodnej recepcji. Ok, też mam już dosyć powracania za każdym razem do sceny śmierci rodziców Bruce’a i nie jestem fanką hollywoodzkiego patosu (którego tu nie brakuje, zwłaszcza w końcówce), ale poza tym film jest w porządku i w niczym nie ustępuje poprzednim batmovies (no może w czymś tam jednak owszem, biorąc pod uwagę rozrzut moich ocen, ale to są bardziej kwestie podobania się niż zasadnicze różnice w jakości). Nie licząc zbyt szybko rozegranego finału, akcja rozwija się w zrównoważonym tempie, Snyder nie obraca wszystkiego w żart (praktycznie nie ma tu one-linerów; choć ponoć da się usłyszeć kilka w żenującym polskim dubbingu) i dba o to, żeby nie zabrakło mroku i poczucia beznadziei, Batman jest dobry (i ma fajny kostium, bazujący na projekcie Franka Millera), Superman najlepszy z dotychczasowych (jego kostium jest nawet lepszy; tak, wciąż się nie mogę nacieszyć tym, że bielizna jest, o ile w ogóle jest, wreszcie na swoim miejscu), villain odpowiednio neurotyczny (nie próbujcie mi wciskać kitu, że Joker, Pingwin czy Zagadka byli subtelniejsi; wszyscy, powtarzam, WSZYSCY, byli zdrowo pieprznięci i w kosmos przerysowani; Lex Eisenberga wpisuje się w tę tradycję), efekty bardzo dobre, dobrze dopasowana muzyka, nie brak też iście marvelowskich nawiązań do całego uniwersum (to miło, że DC postanowiło w końcu ogarnąć swoją kuwetę; tylko nie napalajcie się za bardzo na Wonder Woman; this is a man’s world; od początku do końca). W czym więc problem i why so serious?

Batman v Superman

1 komentarz

Filed under Film

W kinie: „Deadpool” (2016)

Tytuł oryginalny: „Deadpool
Reżyseria: Tim Miller
Zdjęcia: Ken Seng
Muzyka: Tom Holkenborg (aka Junkie XL)
Moja ocena: 8/10

Idąc na film z Ryanem Reynoldsem, staram się zawsze pamiętać o tym, że kiedyś grał Berga w serialu „Oni, ona i pizzeria” (fajna, zabawna rola, sympatyczny serial). Gdybym chciała się sugerować jego późniejszym dorobkiem („Teściowie”, „Blade: Trininty”, „X-Men Origins: Wolverine”), być może ominęłabym nowego Marvela szerokim łukiem (albo i nie, bo akurat adaptacje komiksów z zasady łykam niczym młody pelikan, nawet jeśli wiem, że będą kiepskie). Co prawda w ostatnich latach Reynolds trochę podszlifował warsztat („Złota dama”, „Głosy”), ale to wciąż aktor wysokiego ryzyka.

Na pewno dotarły do Was informacje o boxoffice’owym sukcesie „Deadpoola” (zdziwiłabym się, gdyby nie dotarły; w końcu od ponad tygodnia światowe media zachowują się tak, jak gdyby w kinowych repertuarach znajdował się tylko jeden tytuł). Jak się robi taki wynik? Ano najpierw trzeba zaryzykować i wreszcie sięgnąć po kategorię R (alleluja! przecież to nie dzieci są największymi maniakami ekranizacji komiksów, tylko my – dorośli), następnie – rozkręcić głośną, charakterystyczną, wielokanałową kampanię, by ostatecznie zarekwirować walentynki. Nie licząc Polski, w której królowała „Planeta singli”, w całej reszcie cywilizowanego świata tegorocznym kupidynem był właśnie Deadpool. Warto zauważyć, że ten równie niewątpliwy co nieprzewidziany (samo studio nie przewidziało, ale o tym za chwilę) sukces udało się osiągnąć z pominięciem rynku chińskiego (ze względu na dużą ilość seksu, przemocy, przekleństw i bóg wie czego Chiny zbanowały film, a studio zrezygnowało ze skoku na kasę i nie zgodziło się na wprowadzenie do kin ocenzurowanej wersji!).

Być może nie wszyscy (jeszcze) wiedzą, że „Deadpool” wcale nie jest, a w każdym razie nie został pomyślany jako flagowy produkt 20th Century Fox. Scenarzyści Rhett Reese i Paul Wernick, reżyser Tim Miller i odtwórca głównej roli Ryan Reynolds przez lata zabiegali o zielone światło dla tej produkcji, ale wytwórnia nie bardzo chciała podjąć ryzyko. Zmieniła zdanie dopiero wówczas, gdy do Sieci wyciekły świetnie przyjęte przez fanów nagrania testowe z filmu (są tacy, którzy twierdzą, że twórcy sami ten materiał wyciekli; jeśli to prawda, to chwała im za to). Na nasze szczęście Fox wciąż nie pokładał wielkiej wiary w tym przedsięwzięciu, dlatego wysupławszy 1/4 budżetu „Avengers: Czas Ultrona”, która to kwota z czasem jeszcze się skurczyła, dał Millerowi i ferajnie wolną rękę.

Fabuła „Deadpoola” nie jest skomplikowana, a zdekomplikowała się nawet bardziej, gdy zaczęły się budżetowe cięcia. Z tych film wyszedł nie tylko obronną ręką, ale i z dużym wdziękiem, otwarcie żartując z tego faktu na ekranie. Tak, jedną z zalet tego obrazu jest to, że bezpardonowo burzy czwartą, a nawet szesnastą ścianę:) Głównym bohaterem filmu jest Wade Wilson, którego poznajemy jako Deadpoola – w taksówce, w drodze na akcję (zapomnijcie o batmobilach, atomowych kombinezonach i pelerynach). W międzyczasie – gdzieś między kielonkiem a sklepaniem kolejnej ekipy zbirów – Deadpool zaczyna opowiadać widzom historię swojego życia, a nawet nieżycia. Programowo niepoprawny, absolutnie nieobliczalny i totalnie aspołeczny z marszu kradnie serca.

Największą (być może jedyną poważną) wadą filmu Tima Millera jest wadliwa konstrukcja superbohatera, czyli coś, o co twórców tego obrazu obwinić nie sposób. Liefield, Nicieza, it’s all on you! Jeśli jesteś cool, to, jak wyglądasz, nie decyduje o Twoim życiu, a jeśli decyduje, to nie jesteś cool. Jeśli uznamy Deadpoola za najbardziej wyluzowanego herosa w historii superbohaterstwa, to jego psychologia zawala się w tym miejscu z hukiem. Trudno zrozumieć, czemu w kwestii swojej powierzchowności zachowuje się jak idiota (tym trudniej, że okazało się, iż Reynolds wyglądałby dobrze nawet z poparzeniami 3 stopnia o_O). Szczęśliwie Deadpool Ryana R. nie traci swego czaru, nawet, gdy zachowuje się głupio i obciachowo, a wszelkie przejawy infantylności przemawiają wyłącznie na jego korzyść. Yep, o dziwo, (obok zażyłości z publiką i polewki ze wszystkiego, z czego da się polać) największym atutem „Deadpoola” jest właśnie Ryan Reynolds, który od pierwszej sceny sprawia wrażenie kogoś, kto urodził się do tej roli. Żeby nie powiedzieć, że to ta rola urodziła się dla niego.

Deadpool

2 Komentarze

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 08-14 lutego 2016

„Gęsia skórka” („Goosebumps”) (USA/AUS, 2015), reż. Rob Letterman – mój problem z tym filmem polega na tym, że jestem niemal pewna, że 10-letnia, wychowana na „Baśniach braci Grimm” ja, by go polubiła (czego nie mogę powiedzieć o irytującej, pseudobaśniowej ścieżce dźwiękowej; nigdy nie byłam głucha i na pewno bym takiej kaszany nie zaakceptowała). Niestety, 4-klasistką już nie jestem i lubię, gdy bajki, które oglądam, mają warstwy, w tym co najmniej jedną dla dorosłych. Tego „Gęsia skórka” nie dostarcza. Tyle dobrego, że trochę straszy. Co prawda głównie potworami wyskakującymi zza rogów i atakując dźwiękiem (dziecinne zabiegi, to prawda, no ale to film dla dzieci więc trudno się przyczepić), lecz to, jak wiemy, zwłaszcza w kinie (Dolby Surround i te sprawy), zawsze do pewnego stopnia działa i wystarcza. Jeśli posiadacie podrośnięte dzieci i nie jesteście przewrażliwieni na ich punkcie (czytaj: nie chronicie ich już zaciekle przed wszystkim, co mogłoby je przestraszyć i nie izolujecie ich od każdego możliwego przejawu przemocy), to spokojnie możecie je na to zabrać i raczej Was ta decyzja nie wykończy. Film Roba Lettermana to taki lekko mroczny i bardziej infantylny „Harry Potter” (spośród produkcji, które gościły w kinach niedawno, do głowy przychodzi mi jeszcze „Krampus”). Wydaje mi się, że każdy, kto uchował w sobie choć odrobinę dziecka, spokojnie da radę to obejrzeć, i to bez żalu. 5,5/10

„The Boy” („The Boy”) (USA/CHN/CAN, 2016), reż. William Brent Bell – zdarzają się filmy, które okazują się lepsze od swoich kinowych zwiastunów. To nie ten adres, przykro mi. Co prawda twórcy zrobili, co mogli, by dostarczyć publiczności jakiś twist, ale większość tej produkcji prezentuje się dokładnie tak jak w trailerze. Tyle że gorzej. Tak, to naprawdę film o kobiecie, która przyjeżdża do UK, żeby niańczyć lalkę i owszem, ta lalka naprawdę wygląda jak zaginiony kuzyn Chucky’ego i Annabelle, ale fakt ten nie budzi w głównej bohaterce niepokoju. Akcja rozwija się równie szybko co wiktoriańskie gody, a jeśli coś tu straszy, to przede wszystkim kiepski scenariusz. A szkoda, bo gdyby „Chłopiec” był trochę lepszy, świetnie by się nadał na walentynkową randkę. :* 3/10 :*

„Spotlight” („Spotlight”) (USA/CAN, 2015), reż. Thomas McCarthy – „Jeśli potrzeba wioski, żeby wychować dziecko, to potrzeba też wioski, by je molestować”. Taka prawda. Więcej na temat filmu tutaj. 7,5/10

Spotlight

Alternatywny plakat „Spotlight”. Tak zły, że aż intrygujący (już więcej liter zmieścić się nie dało, ale tak ułożone przypominają stronę tytułową gazety:).

„Ardeny” („D’Ardennen”) (BEL, 2015), reż. Robin Pront – no i czemu Ci Belgowie kręcą same mroczne, patologiczne i depresyjne filmy? Kwestia atlantyckiej pogody czy temperamentu? :D Faktem jest, że w kategorii kina socjopatycznego niepokoju – emocjonalnie oszczędnego, nieprzyjemnie makabrycznego, obarczonego wróżbą katastrofy, zwyczajowo utrzymanego w zimnej palecie i pulsującego w rytm cudownie bezdusznej techniawy – nie mają sobie równych. Z góry ostrzegam, że to bardziej kino autorskie niż mainstream (reżyserowi tak bardzo nie zależało na komercyjnym sukcesie, że nakręcił cały film w antwerpskim dialekcie, co sprawia, że nawet w Belgii „Ardeny” są puszczane z napisami) i w ogóle nie jest to typowe kino gangsterskie. To co stawiają Belgowie na świątecznym stole? Szybko! Pierwsze, co Wam przyszło do głowy. :D Oczywiście wątpię, czy filmowa rodzina jest tu reprezentatywna, ale i tak detal ten sprawił mi sporo radości, a przy okazji naszła mnie ochota:). 7/10

„Planeta singli” („Planeta singli”) (POL, 2016), reż. Mitja Okorn – miałam na to nie iść. Trailery były fatalne – zapowiadały kolejny polski gniot romantyczny pomyślany na okoliczność walentynek. A jednak okazało się, że to ten przypadek, w którym film daje radę wybronić się od złej sławy, którą wypracował mu nieudany marketing. Dystansem, humorem, a przede wszystkim dobrym aktorstwem. „Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz”. Mitja Okorn już po raz drugi robi to pierwsze wrażenie o wiele lepsze, niż można było oczekiwać. „Listy do M.” za drugim podejściem straciły co prawda większość atutów, ale nie były takie złe, a mam wrażenie, że w razie ewentualnej powtórki „Planeta singli” wypadnie lepiej. Reasumując: można obejrzeć. Dla Maćka Stuhra, Piotra Głowackiego, loży szyderców i wszystkich sukienek Ani (tak pół żartem, pół serio: pani Chan mi się przypomniała:) może nawet warto. 6/10

filmy-goosebumps-the-boy-spotlight-ardeny-planeta-singli

Dodaj komentarz

Filed under Film

Najlepsze filmy 2015 roku: TOP 25

Zestawienie zawiera filmy z lat 2014-2015 (2014 = zapóźniona polska dystrybucja regularna, na DVD bądź festiwalowa). Ze względu na przyjęte kryteria na liście nie zmieściły się takie fantastyczne filmy jak „Whiplash” Damiena Chazelle’a (siłą rzeczy pominięty również w kategoriach „Zdjęcia” i „Muzyka”), „Co robimy w ukryciu” Jemaine’a Clementa i Taiki Waititiego, „Plemię” Mirosława Słaboszpickiego, „Biały Bóg” Kornéla Mundruczó czy „Miłość od pierwszego ugryzienia” Thomasa Cailleya, które po raz pierwszy widziałam w kinie w roku 2014, za to zostały w nim ujęte filmy (festiwalowe), które (w 2015 roku) nie miały jeszcze lub też w ogóle nie będą miały kinowej premiery w Polsce.

American Sniper

25. „Snajper” („American Sniper”) (USA, 2014), reż. Clint Eastwood – 2015 nie był rokiem kina wojennego, ale zawsze można liczyć na zapóźnioną dystrybucję (swoją drogą, nie powiem, ile mnie kosztowało grzeczne doczekanie do polskiej premiery; zaczynam mieć tego opóźniania rodzimych premier serdecznie dosyć; wiem, że sporo osób się wkurzyło i nie zaczekało; tak się w tym kraju traci widza, a więc i pieniądze), dzięki czemu zyskałam film wojenny roku. Bardzo amerykański, ale stawiający raczej na swojskość niż na patos, znakomicie zrealizowany (największe wrażenie robią chyba zdjęcia i montaż scen z frontu), świetnie oddający ducha książki i z bardzo wiarygodnym Bradleyem Cooperem w roli Chrisa Kyle’a (tak, ja z tych, którzy uważają, że „Everybody makes fun of a redneck, until the zombie apocalypse”, którzy bez wahania włożyliby koszulkę z napisem „TEAM Kyle”, i którym wciąż bardzo smutno i żal). Dzięki książce Chrisa i temu filmowi w minionym roku dotarłam wreszcie na strzelnicę, co okazało się jedną z moich przygód roku, tak że nie mogło zabraknąć dla obrazu Eastwooda miejsca na tej liście.

The Visit

24. „Wizyta” („The Visit”) (USA, 2015), reż. M. Night Shyamalan – wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że 16 lat po premierze „Szóstego zmysłu” M. Night Shyamalan, który pod względem filmowym zdążył się przez te wszystkie lata bardzo zagubić, wreszcie się odnajdzie, w dodatku w horrorze found footage, imitującym, a jednocześnie polewającym z „Paranormal Activity” i „The Ringów”. Najwyraźniej czasem wystarczy obciąć reżyserowi budżet (film kosztował  $5 000 000), a znajdzie się i pomysł, i dobry twist, i pożądany dystans. Uwielbiam horrory, które bawiąc, potrafią jednak wystraszyć. I to nie efektami i atakowaniem dźwiękiem, ale fabułą i klimatem. Dlatego bez wahania ogłaszam „Wizytę” moim horrorem roku. Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film