Tag Archives: ekranizacja komiksu

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 8/10

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książkę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę (albo zerknijcie na obrazek poniżej), to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George T. Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

2 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 30.04.2018

Poniedziałek 23.04

„Wyspa psów” („Isle of Dogs”) (2018), reż. Wes Anderson – 8/10

Spieszcie się uczyć japońskiego, bo inaczej nie zrozumiecie połowy dialogów (ja ogarniam niewiele więcej ponad zwroty grzecznościowe). A choć nieznajomość języka nie przeszkadza jakoś szczególnie w odbiorze filmu, bardzo nie lubię być językowo dyskryminowana i za to minus do oceny końcowej. „Wyspa psów” to okrutnie zabawna poklatkowa antyutopijna przygodówka o psach, poważny manifest światopoglądowy i świetny film o mechanizmach propagandy (politycznej i medialnej), który treściowo natychmiast kojarzy się z koreańską „Okją” (ciekawe, czy to trend rozwojowy). Sama animacja i ton to z jednej strony czysty Wes Anderson, z drugiej – trochę bajka burtonowska. Być może nijak nie dla dzieci. Cackać się w każdym razie nie cacka (nawet jeśli Wes jest mocno łaskawy w temacie trupów).

Środa 25.04

„Raz się żyje” („Gringo”) (2018), reż. Nash Edgerton – 5/10

Po kilkunastu minutach Kasia nie wytrzymała: – Czemu Ci aktorzy zgodzili się zagrać w czymś takim? Cóż, Joel Edgerton na przykład dlatego, że reżyser jest jego bratem. :) Nie jest zresztą wcale stratny na tym, bo nawet jeśli trudno piać nad intrygą (przewidywalna), scenariuszem (niewymyślny, choć próbuje kluczyć i mnożyć atrakcje z zapałem godnym lepszej produkcji) i sposobem jego prowadzenia (chaos reigns), humor jest raczej niewybredny (w dużej mierze slapstickowy), a postaci nakreślono zbyt grubą kreską (zwłaszcza graną przez Theron Elaine i śmiesznego bossa meksykańskiego kartelu), to akurat Richard Rusk jest wspaniałą korporacyjną łajzą i fajną rolą do aktorskiej filmografii.

*

„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”) (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo – 7/10

Drogi Marvelu, to smutne, ale Wasza strategia stała się zupełnie jasna przed upływem 10 minut. Chętnie Was oświecę, gdzie popełniliście błąd. I co mi po tym, że Źli są w końcu wystarczająco mocni (Thanos miażdży!), puzzle cudownie się składają i jest się z czego pośmiać, skoro zabawa zdążyła się skończyć, nim się zaczęła? BTW, mam parę świetnych pomysłów (jeden wręcz genialny i z gwarancją krociowych zysków), jak mogliście (i nadal możecie) zarobić na nas jeszcze więcej zielonych. Zainteresowani?:) Żeby nie było, wcale się nie foszę. Trudno się foszyć na coś, co jest tak wybornie skonstruowane. Szkoda jedynie, że Marvel nie raczył mnie potrzymać w jakichkolwiek emocjach. No i smuteczek, bo choć łatwo przewidzieć, co się wydarzy w następnej części, z filmu wyszłam, czując, że tak czy inaczej, coś się kończy. Ciężko będzie się z tym pogodzić. Oj, ciężko.

Czwartek 26.04

„Dziewczyna we mgle” („La ragazza nella nebbia”) (2017), reż. Donato Carrisi – 4/10

Właściwie to nie potrafię przewidzieć, jak odbierzecie ten obraz. Na moim seansie pół widowni oglądało to jak wieczorny seans w TV Puls (z zainteresowaniem. pozdrawiam zwłaszcza zapatrzony 2 rząd), drugie pół przez połowę filmu patrzyło na zegarek. Ja niestety usiadłam po tej znudzonej stronie. Mój podstawowy problem z tym filmem polega na tym, że jest to obraz szalenie nieefektywny. Te bite 2 godziny ukręcone są z niczego i na siłę. Główny wątek (uprowadzenie nastolatki) reżysera (który jest jednocześnie autorem książki i scenarzystą) wcale nie obchodzi. Liczy się tylko konstrukcja intrygi. Przemyślana? Owszem. Skomplikowana? To zależy od widza. Wszystkie rozwiązania są pod nosem. Pytanie, czy zechcecie je dostrzec (ja niestety jestem urodzonym słuchaczem, bardzo wyczulonym na detal. to mi często rujnuje zabawę.:). I drugie pytanie, czy będzie Wam zależało. Bo całkiem możliwe, że nie. Tu naprawdę nie ma się kim przejąć. Nie licząc tytułowej bohaterki, ani źli, ani dobrzy nie wywołują żadnych emocji (nawet uzasadnionej złości), a cały środek filmu to wielka nuda. Czy w takich okolicznościach ma znaczenie kto i dlaczego? Dla mnie nie ma.

Piątek 27.04

„Śmierć Stalina” („The Death of Stalin”) (2017), reż. Armando Iannucci – 8/10

Nie znając dotychczasowej twórczości reżysera, mimo świetnej obsady, trochę bałam się głupawej włoskiej farsy, a tu „Wściekłe psy”. I komedia, w której żart sączy się inteligentnie. „Śmierć Stalina” to porażające (bezpardonowe, ale też w dziesiątkę trafne) studium mechanizmów władzy (jak na Iannucciego przystało historycznie wierne i bardzo dokładne), opowiedziane jednak z (wybrednym!) humorem i dużą dozą niezbędnego dystansu (i w tym momencie do mnie dotarło, że Poppe w „Utoyi” żadnych granic tak naprawdę nie przekroczył. zrobiłby to dopiero kręcąc komedię. brzmi niewyobrażalnie? bardziej niewyobrażalnie niż śmianie się ze stalinowskich czystek?). Najwyraźniej zbyt dużą dla Rosjan, którzy film zbanowali (co może być najlepszą rekomendacją). O ile fabularnie obraz czerpie z francuskiego komiksu, o tyle narracja jest już charakterystyczna dla szkockiego reżysera. Bardziej wyrafinowana, dowcipniejsza, bazująca na brawurowych performansach idealnie dobranych aktorów (Buscemi jako Chruszczow, Tambor jako Malenkow, Isaacs jako Żukow!<3). Rozkosz. Prywatnie składam pokłon również za to, że aktorzy nie pozorują tu rosyjskiego akcentu. Jedyna słuszna decyzja.

*

Początkowo planowałam „popołudnie rozpaczy” (nowe „Życzenie śmierci” i „Dorwać Gunthera”), ale doszłam jednak do wniosku, że trzeba się szanować. Poza tym, jeśli może się nie udać, zawsze lepiej postawić na eksplorację. Zawinęłam więc na 9. LGBT Film Festival.

„Powietrze” („Luft”) (2017), reż. Anatol Schuster – 6/10 (5,5)

Film nie tyle branżowy, co naiwny i nieco amatorski. Przypomina to trochę niemieckie kino młodzieżowe z Alicją Bachledą-Curuś, tyle że – niespodzianka – z rosyjską duszą. Główną bohaterką jest taki anioł (o rozmarzonym obliczu Kristen Stewart), który wzdycha do nie tak bardzo szalonej, jak by chciała, pięknej buntowniczki. W tle mamy rodzinną traumę, protest przeciwko zabijaniu zwierząt, prokobiecy dydaktyzm, wciśniętą na siłę uchodźczą traumę, a nawet twórczość muzyczną (bardzo fajny freestyle z akompaniamentem akordeonu), ale od początku do końca to miłość jest tu najważniejsza. Ocena bardziej za dobre chęci, zaangażowanie, prawdziwy rosyjski i dobre beaty niż za wartość filmową. Ale przecież pasja się liczy.

*

„Ukryci w sitowiu” („A Moment in the Reeds”) (2017), reż. Mikko Makela – 4/10

Fińsko-syryjski zaangażowany romans męsko-męski, czyli w temacie uchodźców widziałam już chyba wszystko.;) Trochę „Piękny kraj”, tyle że oddany sprawie (trudno orzec, czy ten poziom łopatologii naprawdę może uchodźcom pomóc), w ogóle nieheblowany (czysta „surówka”) i mocno branżowy (uginający się od generycznych klisz. sama branża wzdychała i śmiała się, gdy okoliczności zbyt łatwo zgrywały się pod seks. a zgrywały się jak na zawołanie). Sam seks (poza tym, że wydarza się z jasnego nieba) oczywiście spoko, jednak preferuję dużo lepszą (filmową) grę wstępną.

Niedziela 29.04

„Zapętleni” („In the Loop”) (2009), reż. Armando Iannucci – 7/10

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w sercu moim, moja Ty „Śmierci Stalina” (jak to się stało, że dotąd nie wpadliśmy z Iannuccim na siebie?!) więc po prostu musiałam czym prędzej zameldować się w kręgu (polski tytuł tradycyjnie mocno rozminął się z rzeczywistością i intencją). I choć (nawet najbardziej wyrafinowane) przekleństwa to zupełnie nie mój humor, zdecydowanie nie żałuję. „Zapętleni” to jeden z najlepszych filmów o kulisach polityki ever. Tak to z pewnością wygląda (coś czuję, że Iannucci wkręcił się nie tylko do amerykańskiego Departamentu Stanu. i to nie raz). Właśnie tak powstają nieprzewidywalne polityczne konsekwencje. Na które przeciętny obywatel przeważnie nie ma wpływu. Przez wzgląd na wagę słów polecam obejrzeć film w oryginale.

Przede mną tydzień bez kina (z małą przerwą na weryfikację oceny „Player One”), ale to nie znaczy, że bez filmów. Stay tuned.;)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 24-30 października 2016

„Ja, Daniel Blake” („I, Daniel Blake”) (UK/FRA/BEL, 2016), reż. Ken Loach – głównym bohaterem filmu (zdobywcy tegorocznej Złotej Palmy w Cannes) jest Daniel Blake – brytyjski stolarz, który po świeżo przebytym zawale serca musi udowodnić państwu, że jest niezdolny do podjęcia pracy. Wydaje się, że to bardzo proste, zwłaszcza w świetle istnienia precyzyjnych lekarskich orzeczeń, a jednak na filmowych Wyspach nikomu łatwo nie jest. Zwłaszcza tym, którzy stoją pod ścianą. Tak, to nie jest film wyłącznie o Danielu. Takich przypartych jest tu więcej. Chciałoby się zarzucić Loachowi, że przerysował, ale ja tu naprawdę nie widzę żadnej sytuacji i sceny (włącznie ze „streetartową”), która nie mogłaby zaistnieć i nie zaistniała już w rzeczywistości. U nas też nie jedna osoba bez ręki czy nogi musiała udowadniać, że należy jej się renta, instytucje świadczące usługi publiczne poprzenosiły się z komunikatami do Internetu (kogo obchodzą starsi i ubodzy, którzy nie mają do niego dostępu), a żeby dotrzeć do ludzi, trzeba się uciekać do happeningów (i tak, jeśli dzieje się coś, co można nagrać smartfonem, ludzie często przystają). Loach z Lavertym (scenarzysta) nie wzięli filmowych zmagań z głowy, tylko z real life’u. Owszem, zmiksowali to wszystko w jedną całość i siłą rzeczy skupili się na negatywach (nie wiem, ile musiałby trwać tego typu film, żeby mógł uwzględnić wyjątki od reguły; nie wiem też, czy to nie jest raczej pole do popisu dla dokumentu; fabuły kręci się raczej po to, by unaocznić istnienie problemu). To napisawszy, dodam, że największym atutem tego filmu wcale nie jest autentyzm (autentyzm był też u Dardenne’ów w „Dwa dni, jedna noc”, gdzie trochę zabrakło siły nośnej), lecz czarny, absurdalny humor, który towarzyszy potyczkom Blake’a (rolę Daniela z powodzeniem odgrywa brytyjski artysta stand-upowy Dave Johns) i ikra, z jaką twórcy opowiadają tę historię. Nie wystarczy mieć ideę, trzeba też zadbać o to, żeby przekaz dotarł. Ten na bank dotrze. 8/10

„Prosta historia o morderstwie” („Prosta historia o morderstwie”) (POL, 2016), reż. Arkadiusz Jakubik – to drugi film wyreżyserowany przez Arkadiusza Jakubika. Nie mówię, że powinien pozostać przy aktorstwie, ale być może nigdy nic z tego nie będzie. Oczywiście nie przesądzam, bo biorąc pod uwagę wszystkie mankamenty tego obrazu, nawet nieźle się go ogląda. Trochę dzięki klimatowi, trochę dzięki aktorom. Film zaczyna się od morderstwa. To jest ten moment, w którym trzeba mieć pewność, że wykładając karty na stół, ma się jakiegoś asa w rękawie. Jakubik bardzo starał się kluczyć, ale moim zdaniem nie miał. Nie mam nic przeciwko przenikającym się planom czasowym i retrospekcjom, ale to, co dostajemy w tych drugich, to istne „Barwy szczęścia” (trochę nadużywam imienia tego serialu ostatnio, ale uważam, że ten tytuł ma pod sobą wszystkie tytuły telenowel świata i spokojnie może być synonimem gatunku). Jakby tego było mało, w ten przeplatający się warkocz toczącego się śledztwa i poprzedzających je problemów rodzinnych głównego bohatera, reżyser wplata dziwne psychodeliczne ujęcia wysokich traw, bluszczu porastającego dom i tym podobnych (trudno oddać specyfikę tego zabiegu słowami; trzeba to usłyszeć i zobaczyć; jeśli to miał być Lynch, to oj, nie wyszło). Efekt końcowy przewyższa poziomem typowy odcinek standardowego polskiego serialu kryminalnego, ale nie aż tak bardzo. 5/10

„Jack Reacher: Nigdy nie wracaj” („Jack Reacher: Never Go Back”) (USA/CHN, 2016), reż. Edward Zwick – łamiąca wiadomość: Tom się w końcu zestrzał! o_O Nie no, nie martwcie się, nadal skacze po dachach itp. Jednak wygląda tak, że człowiek zaczyna się o niego martwić, a i ruchy już nie te. Wiem od przyjaciółki, że istnieje książka o takim samym tytule co filmowy (18 tom cyklu o Jacku Reacherze). Film poza zarysem fabuły nie ma z nią zbyt wiele wspólnego. To raczej dobrze dla książki, bo produkcja Zwicka jest napisana katastrofalnie. Tak bardzo, że aż zapamiętałam nazwisko męczenniczki, która była zmuszona to tłumaczyć. Agata Deka. Wiadomo, że żadna praca nie hańbi, ale współczuję mimo wszystko. Nic się tu nie klei, nic nie grzeszy cieniem logiki, a dialogi są tak suche i karykaturalne, że ma się wrażenie, iż pisał je Steven Segal (i wcale nie jestem pewna, czy go w tym momencie nie obrażam). Co jest oczywiście ogromną filmową wadą z tych nie do pokrycia, ale też w myśl zasady, iż złe filmy są w stanie się obronić tylko wtedy, gdy są konsekwentnie złe, potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Przyznaję bez bicia, że od momentu, w którym zaakceptowałam fakt, iż film ten nie będzie nawet w ułamku tak przyzwoity jak „Jack Reacher: Jednym strzałem”, bardzo niegodziwie się na tym ubawiłam. Może nie wystarczająco dobrze, by wybaczyć mankamenty i przełknąć okropną końcówkę, ale dość, by zawyżyć ocenę. Żeby nie było, że nic mi się tu nie podobało, powiem: Patrick Heusinger. Taka budżetowa wersja Eda Skreina, ale skoro już nic innego, to przynajmniej miło popatrzeć. 4/10

„Doktor Strange” („Doctor Strange”) (USA, 2016), reż. Scott Derrickson – ach, jaki zły był trailer tego filmu! Tak zły, że idąc na seans, spodziewałyśmy się kina klasy B i bajeczki dla 10-latków (cytując koleżankę Kulikowską: „Nie możesz być chirurgiem, zostań magikiem!”). Ach, jaki wielki był nasz sceptycyzm! Tak wielki, że pocieszałam się, że obejrzę to „za darmo”, a krytyków, którzy widzieli to parę dni wcześniej i piali z zachwytu, podejrzewałam o regularny trolling. Ach, jak bardzo się ucieszyłyśmy, gdy okazało się, że to jednak nie ściema. „Doktor Strange” Derricksona (może to jest myśl; może „marvele” powinni kręcić tacy ludzie jak Wingard czy Wan) to wypisz wymaluj „Matrix”, tylko na odwrót i „Incepcja” taka, że Nolan może się schować (dla takich koncepcji wymyślono efekty specjalne i właśnie tak należy je stosować), a w oku tego magicznego cyklonu króluje uroczy neurotyk, perfekcjonista i racjonalista, którego zdrowy sceptycyzm, w pełni dorównujący naszemu, potrafi rozbawić do łez, a jednocześnie utrzymać całe widowisko w ryzach. Strange Cumberbatcha to istny Tony Stark 2.0. Jeśli lubicie tego drugiego, będziecie zachwyceni. Jeśli go nie znosicie, będziecie zachwyceni podwójnie. :P Pole do popisu ma Benedict tym większe, że niezbyt dobrze rozpisano partię jego adwersarza – Kaeciliusa (szkoda Madsa; ale przynajmniej super tu wygląda i miał okazję robić własne stunty). Tę, być może jedyną, wadę tej produkcji pokrywają jednak smaczki, w tym postać bibliotekarza Wonga:) Disclaimer no. 1: Lojalnie uprzedzam, że jeden z bohaterów ma na imię Mordo. Jak Wam się trafią na sali pijane jednostki, będziecie mieć „wesoło”. Disclaimer no. 2: Oczywiście są 2 post-credity, tak że nie bądźcie frajerami i nie wychodźcie. 8/10

„Historia Marii” („Marie Heurtin”) (FRA, 2014), reż. Jean-Pierre Améris – powiem szczerze, że nawet dziś edukacja osób głuchoniewidomych wydaje mi się przedsięwzięciem niezwykle karkołomnym, a przecież dużo łatwiejszym niż 120 lat temu. Marie Heurtin – głuchoniewidoma dziewczynka z Vertou i siostra Marguerite należąca do francuskiego zgromadzenia Córek Mądrości istniały naprawdę. Spotkały się w 1895 roku (w filmie jakieś parę lat później). Nie był to pierwszy przypadek podjęcia próby edukacji osoby upośledzonej wzrokowo i słuchowo (prawdę mówiąc pod koniec XIX wieku temat był już od nastu lat na tapecie, w paru krajach istniały szkoły zajmujące się takimi osobami), trudno powiedzieć, że był to przypadek szczególny. Dość ciekawa i autorska była za to metoda nauczania wypracowana przez siostrę Marguerite. Film Jean-Pierre’a Amérisa nie jest nowatorski i nie ustrzega się schematyczności, ale też nie popada w telewizyjność i przeckliwioną hollywoodzkość (nawet jeśli chwilami balansuje na granicy). Ciekawą, w Polsce raczej nieznaną historię (najbardziej fascynuje oczywiście ludzki pęd ku słowu i potrzeba ekspresji), sprzedaje przy pomocy dobrych kreacji aktorskich (na szczególne wyróżnienie zasługuje głuchoniema Ariana Rivoire, dla której był to pierwszy kontakt z kamerami filmowymi) i ładnej oprawy (zdjęć Virginie Saint-Martin i muzyki Sonii Wieder-Atherton). Ostrzegam: wzrusza. 5,5/10

filmy-ja-daniel-blake-prosta-historia-o-morderstwie-jack-reacher-2-doktor-strange-historia-marii

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 15-21 sierpnia 2016

„Legion samobójców” („Suicide Squad”) (USA, 2016), reż. David Ayer – nie mogłam pobiec do kina w dniu premiery, bo się wakacjowałam więc zanim dotarłam na seans, chcąc nie chcąc, sporo się już na temat tego filmu nasłuchałam. Głównie narzekań. Rzeczy, które się potwierdziły: a) jak na tyle czekania, kasy i starannego nakręcania popytu, efekt końcowy jest faktycznie rozczarowujący. Ledwo się to trzyma kupy (o ile się trzyma, bo mam poważne wątpliwości), b) Jared Leto w roli Jokera jest absolutnie okropny (najgorszy! wcale nie Cara Delevingne, która nie olśniewa, ale też specjalnie nie drażni). Nie jest Jokerem, a to, czym jest, prosi się o masakrycznie skuteczną śmierć, c) Margot Robbie wymiata. Daje perfekcyjny popis, jej Harley Quinn robi ten film. To przez nią nie mogłam dać mniej niż 6 i dla niej warto, także raz jeszcze, d) Will Smith rzeczywiście daje radę. Margot jest bezkonkurencyjna, ale Deadshot i grany przez Kinnamana Flag są całkiem fajni. Szkoda, że Diablo taki niewykorzystany – bez sensu wtłoczony w ramy telenoweli:/, e) w trakcie projekcji score’u nie zauważyłam (czyli pewnie nie jest zbyt oryginalny), ale soundtrack rzeczywiście jest super zgrany z treścią (trochę casus „Strażników Galaktyki”). Rzecz, która się nie potwierdziła: Na pewno nie jest to skończone gówno. Ot, naszpikowany efektami, bardzo schematyczny produkcyjniak, na tyle przyzwoicie wykonany (nie mylić z pomyślanym, bo przemyślane to to nie jest, ale efekty, kostiumy, charakteryzacje, montaż scen walki, zdjęcia itd. robią raczej pozytywne wrażenie), że nawet bez Margot wyrobiłby się na jakieś 4. Największą bolączką tego filmu jest fakt, iż bohaterowie są o wiele bardziej interesujący od fabuły (ta jest szczątkowa, pretekstowa i co gorsza sama się nakręca), a niestety scenarzyści nie poświęcili im należytej uwagi (no może poza Harley Quinn; w niej są wyraźnie zakochani). Fakt ten dziwi tym bardziej, że twórcy żalili się, że na zrobienie tego wszystkiego jak należy zabrakło im pieniędzy (ech, świecie, w którym 175 milionów $ to za mało). Dlaczego więc nie wykorzystali lepiej aktorów? W tym momencie natychmiast przyszedł mi na myśl wietnamski mistrz olimpijski w strzelaniu z pistoletu pneumatycznego Hoàng Xuân Vinh, który nie mając na naboje, trenował do igrzysk na sucho. On jednak ma prawdziwy talent więc zdobył złoto i srebro, a autorzy tej produkcji poprzestali na strzelaniu ślepakami. 6/10

„Śmietanka towarzyska” („Café Society”) (USA, 2016), reż. Woody Allen – wstyd się przyznać, ale zobaczywszy w repertuarze polski tytuł, nie skojarzyłam nawet, że to nowy Allen. Gdybym skojarzyła, może bym nie poszła (z taśmowym Allenem mam jak z Rogenem i spółką; raz na jakiś czas ludzie Ci tworzą coś fajnego więc uparcie oglądam to, co produkują; najczęściej trafiam kulą w płot, ale i tak chodzę na kolejne filmy, żeby nie przegapić ewentualnego cudu), aczkolwiek nie jestem pewna, bo na średniaki też chadzam. Wybrałam się na ten film, bo idealnie mi się mieścił między Margot Robbie a wielkim rekinem. Czy żałuję? Nie. Co prawda „Śmietanka towarzyska” to tylko nowoallenowskie retro o niczym (trochę o Hollywood i Nowym Jorku lat 30. XX wieku, trochę o showbiznesie, choć bardziej liczy się tu klimat niż historia, trochę o miłości, trochę o życiu), ale dużo przyjemniejsze niż „Nieracjonalny mężczyzna” czy coenowskie „Ave, Cezar!”. Z zastrzeżeniem, że ja akurat uwielbiam Eisenberga i Stewart. Jeśli ktoś nie lubi, to powinien się chwilę zastanowić, zanim na to pójdzie, bo to na tej dwójce  jest tu wszystko zbudowane i stoi ich interakcją.5,5/10

„183 metry strachu” („The Shallows”) (USA, 2016), reż. Jaume Collet-Serra – niezły fantasy horror (chwilami nawet trzyma w napięciu), aczkolwiek jestem niemal pewna, że twórcy usiłowali nakręcić dramat więc nie mogę tego nagrodzić. Nie jestem specem od rekinów (choć może powinnam zostać, bo to jedna z tych rzeczy, których się instynktownie panicznie boję), ale nawet ja wiem, że żaden rekin nie poluje w taki sposób, a w każdym razie nie do tego stopnia. Nie twierdzę przy tym, że rekiny nie są inteligentne, ale to, co wyprawia filmowy żarłacz biały (nawet jeśli jest to żarłaczka), przekracza wszelkie granice. Z pozytywów: Na pewno Blake Lively. Piękna kobieta (w każdym ustawicznie podkreślanym przez kamerę detalu), ale też niezła aktorka, dzięki czemu robi tu za coś więcej niż zgrabną karmę. Ładne są też ujęcia nad i podwodne, i w ogóle zdjęcia. Niestety pozytywne wrażenia wizualne psują efekty rodem z „Sharknado”. Zadziwiająco kiepskie przy takim budżecie (17 razy większym niż w przypadku „Sharknado” i – dla porównania – 2 razy wyższym od budżetu „Szczęk”). 5,5/10

„Zjednoczone stany miłości” („Zjednoczone stany miłości”) (POL/SWE, 2016), reż. Tomasz Wasilewski – a raczej „Zjednoczone stany szaleństwa”. Nie wiem, co jest z tym Wasilewskim nie tak, bo warsztat teoretycznie ma (ukończył 2 filmówki; ma dyplomy z reżyserii i organizacji produkcji) i filmy potrafi kręcić, ale jak postawi tezę, to opad wszystkiego (od rąk począwszy) gwarantowany. Tym razem mu wyszło, że wszystkie kobiety to wariatki. I nawet nie, że chore z miłości, ale że świruski na całego. Mamy tu więc ładnie odmalowane realia epoki (jest rok 1990; pół roku wcześniej w Polsce upadł komunizm), duży realizm (np. nagość, która nie epatuje widza, ale też ani trochę się nie wstydzi), perfekcyjne scenki rodzajowe, bardzo dobrych aktorów i udane role, dobre zdjęcia, może nie do końca przemyślany montaż, bo sporo tu fabularnego chaosu (który jakimś cudem nie przeszkadza), ale jednak (tak jak w przypadku „Płynących wieżowców”) całość ogląda się nieźle (czuć ogromny potencjał reżyserski; Wasilewski potrafi operować materią), a z drugiej strony przekaz, który jest dla mnie absolutnie nieakceptowalny. W dodatku niepotrzebnie pachnie tu Szumowską. I to nie tą najlepszą. IMO lepiej szukać własnej drogi. Nie wiem, do ilu razy będzie to sztuka, ale w Tomka wierzę i poczekam. 5,5/10

„Neon Demon” („The Neon Demon”) (DEN/FRA/USA, 2016), reż. Nicolas Winding Refn – „Kopciuszek” spotyka „Balladynę”, a NWR Lyncha i Cronenberga. Można Windinga Refna nie lubić (jest bardzo pewny siebie i niereformowalny, co ja akurat uważam za zalety), ale jest to twórca zaliczający się do coraz mniej licznego grona reżyserów-artystów. Film (choćby telefonem) może dziś nakręcić każdy, a sztukę już niekoniecznie. Ewentualne zarzuty o przerost formy nad treścią Refn odrzuca w samym filmie: „Beauty is not everything. It’s the only thing”. Że niby liczy się wnętrze? Na pewno nie na pierwszy rzut oka. To piękno nas pociąga, osobowość może nas co najwyżej zatrzymać. To teraz skłamcie, że do kina przyciągnęło Was coś innego niż refnowskie umiłowanie estetyki i że oprawa audiowizualna tej produkcji (muzyka Cliffa Martineza, zdjęcia Natashy Braier, kompozycja, zestawienie kolorów; uwydatnione ludzkie piękno) nie zrobiła na Was wrażenia. W dobie popularności filmów o modelkach (nie czaję, skąd ta moda), ten jeden jest przyjemnie inny. Dziwny, mroczny, nieoczywiście ironiczny. Jego przesłanie nie jest może oryginalne, ale za to bardzo fajnie (przede wszystkim bardzo metodycznie) wyłożone, Bambi Fanning może nie powala aktorsko, ale aurę ma fantastyczną, a o ładniejsze obrzydlistwa byłoby naprawdę trudno. No i to cudownie przegięte (wcale nie przeciągnięte) zakończenie. 8/10

„Sausage Party” („Sausage Party”) (USA, 2016), reż. Greg Tiernan, Conrad Vernon – Rogen i ferajna tym razem postanowili skomentować naszą rzeczywistość przy pomocy produktów żywnościowych (prędzej czy później wszyscy skończymy, pijąc światło słoneczne i jedząc ziemię). Zafundowali nam więc bezpardonową, totalnie wulgarną (nie wierzę, że to piszę, ale trochę z tym przesadzili; fajnie mieć pracę, w której grubo Ci płacą za rzucanie mięsem; lubię przeklinać, ale uważam, że wulgaryzmy powinny coś znaczyć; kurwy zamiast przecinków jakoś mnie nie bawią; nigdy nie bawiły) i pornograficzną (to mi akurat wcale nie przeszkadza; ot, takie ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby na to zabrać dzieci poniżej lat 12) animację o parówkach i bułkach walczących o prawo do życia. W całej konstrukcji poutykano dużo sensownych (choć niekoniecznie unikalnych) przemyśleń filozoficzno-religijnych i polityczno-społecznych (chyba najsympatyczniej wypada tu odbicie konfliktu izraelsko-palestyńskiego) i trochę przyjemnej makabry (jest brutalnie:), ale mimo to film niczego nie urywa (no prawie;). Fabuły nie starcza na 1,5 godziny, a to, co fajne (Sorbitol Maltitol Xylitol Mannitol Calcium Carbonate Soy Lecithin Vegetable Glycerin and Talc chociażby), nie jest tu rozłożone równomiernie. Trailer robił dużo lepsze wrażenie, i – co ciekawe – nie zapowiadał aż takiej chamówy bez hamulców.5,5/10

„Komuna” („Kollektivet”) (DEN/SWE/NED, 2016), reż. Thomas Vinterberg – słyszałam głosy, że tak naprawdę nie jest to film o życiu w komunie, lecz o trójkącie miłosnym, przez co cały obraz równa do telenowel. To nieprawda. To znaczy faktycznie o samej idei tworzenia tego typu wspólnot za wiele tu nie ma (biorąc pod uwagę fakt, iż Vinterberg wychowywał się w jednej z kopenhaskich komun, można się było spodziewać dogłębniejszego insightu). Jest co nieco o funkcjonowaniu komun, ale nacisk położony jest na relacje, interakcje i emocje (w sumie, to dobrze, bo ani tematyka, ani jej ujęcie nie jest niczym nowym; wszyscy pamiętamy „Tillsammans” Moodyssona). A choć rzeczywiście jest to film o miłości i rodzinie, o opery mydlane się nijak nie ociera. Całość jest przyjemnie oszczędna i niewylewna, fantastyczna Trine Dyrholm wygrywa rolę Anny na niuansach. Nikt tu nie szarżuje, akcja toczy się dobitnie, lecz leniwie, a cały obraz daje nam wgląd w zupełnie inną mentalność i rzeczywistość. Dobry materiał do przemysleń na temat granic własnego wszechświata i ceny, jaką trzeba czasem zapłacić za zmianę. 6,5/10

filmy-sucide-squad-cafe-society-183-metry-strachu-zjednoczone-stany-milosci-neon-demon-sausage-party-komuna

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „X-Men: Apocalypse” (2016)

Tytuł oryginalny: „X-Men: Apocalypse
Reżyseria: Bryan Singer
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Muzyka: John Ottman
Moja ocena: 6/10

A jednak jest jedna rzecz, której wielki Michael Fassbender nie potrafi (w tym miejscu składam oficjalną reklamację; to miał być film, w którym bogowie powstaną, a nie upadną). Ni czorta nie umie gadać po polsku. I nie da się niestety usprawiedliwić tej nieudolności scenariuszem (na upartego można by z Erika zrobić repatrianta, tyle że okoliczni mieszkańcy go w ten sposób nie traktują; zachowują się raczej jak głusi i ślepi, którym nagle spadły klapki z oczu). Jakby tego było mało, po polsku nie mówią również postaci drugoplanowe i statyści (zła wymowa, zły akcent, zła intonacja, pauzy w niewłaściwych miejscach, sztuczne konstrukcje językowe, w tym nadużywanie zwrotów po imieniu; naprawdę taniej było zatrudnić nie-Polaków? serio? przy budżecie rzędu 234 milionów $ zabrakło kasy na konsultanta?). Tak że nie dość, że to najbardziej przewidywalny, ckliwy i przerysowany segment w całej produkcji, to jeszcze brzmi jak skończona taniocha.

Jakość prószkowskiego (serio, serio;) wątku kładzie się takim cieniem na ogólnym wrażeniu, że nic nie było w stanie mi tego wynagrodzić, ale jako że cały świat nie kręci się wokół Polski, Jezus też, wbrew pozorom, Polakiem nie był i w ogóle, spróbujmy się jednak zastanowić nad resztą tego burdelu.

Fabuła „Apocalypse” jest prosta, a wręcz schematyczna. Jako że po „Przeszłości, która nadejdzie” większość mutanckiej braci osiadła i się uspokoiła, trzeba było im wszystkim znaleźć nowego przeciwnika. Tym razem nie padło na rozgoryczonego życiem renegata (no w każdym razie nie bezpośrednio), nie zdecydowano się też na świeży kosmiczny import, crossover czy inny przewrót. Jako że wedle mitologii Marvela pod egipską ziemią od dawien dawna spał sobie pierwszy mutant, postanowiono go wygrzebać, puścić wolno i poczekać, aż rozpęta piekło.

Głównym powodem, dla którego jedynym filmem fabularnym o X-Menach, który szczerze szanuję (choć 2 z pozostałych mimo wszystko lubię), jest „Pierwsza klasa”, był, jest i obawiam się, że nadal będzie Bryan Singer – człowiek, który niekoniecznie ogarnia reżyserowanie, często podejmuje głupie decyzje fabularne, z pewnością nie umie pisać scenariuszy i w żadnym razie nie jest pasjonatem (prawdziwy pasjonat dopina swoje projekty na ostatni guzik, dba o detale i nie pozwala sobie na takie wtopy jak ta pseudoprószkowska; tego typu niechlujstwo to domena wyrobników). Nie znaczy to oczywiście, że facet nie miewa dobrych pomysłów (tutaj też jest kilka), ale zwykle nie umie ich sklecić w spójną, a przede wszystkim równą całość, nie panuje nad widowiskiem, jego twórczość wyraźnie ciąży w kierunku kina klasy B, jego koncepcje regularnie zmierzają ku niekontrolowanej apokalipsie (ani chybi krewny En Sabah Nura) i ma tendencję do zaprzepaszczania całego zastanego potencjału. W „Przeszłości, która nadejdzie” totalnie unicestwił wizję Matthew Vaughna, a w „Apocalypse” ostatecznie zdekonstruował głównych bohaterów i zmarnował potencjał odziedziczonych po Vaughnie aktorów. Jedyną osobą, która jakimś cudem dała radę się wybronić, jest Professor X, czyli James McAvoy. Michael Fassbender musiał mocno walczyć o uratowanie postaci Magneto (serce mi pękało, gdy patrzyłam na to zmaganie; szkoda aktorów tej klasy na takie żałosne partie), a Jennifer Lawrence ostatecznie przestała być Mystique i robi tu za Katniss Everdeen. W kwestii odświeżonej obsady mam uczucia mieszane, aczkolwiek jestem pozytywnie zaskoczona występem Sophie Turner w roli Jean Grey. Nie ma dziewczyna doświadczenia, ale ma klasę i powściągliwość, które pasują do mojego wyobrażenia o postaci. Chętnie bym zobaczyła, jak rozwija swoje możliwości (tylko wolałabym, żeby tą ewolucją pokierował inny dyrygent).

Bałagan z reguły ma to do siebie, że choć trudno cokolwiek znaleźć, a najtrudniej to, czego się szuka, to zwykle są w nim poutykane jakieś perełki. Perłą w koronie „Apocalypse” jest po raz kolejny Evan Peters jako Quicksilver. Główna (3-minutowa) sekwencja z jego udziałem była ponoć kręcona przez 3,5 miesiąca, ale opłaciło się. Jest spektakularna i idealna, a Pietro znów ratuje całe widowisko. Świetny jest też moim zdaniem opening (lepsi bogowie Egiptu od tegorocznych „Bogów Egiptu” Foxa), duże wrażenie robi czołówka (przypominająca moją ukochaną kalibrację ekranu IMAX; z perspektywy mojego fotela w IMAX Sadyba była to zaiste druga kalibracja, i to nawet lepsza), mimo iż tak jak w przypadku ostatnich kilku filmów o Avengersach odbywa się to kosztem fabuły, bardzo ładnie tu wypadają prezentacje mocy i wymiany „ognia” (CGI może nie zapiera dechu w piersiach, ale stoi na przyzwoitym poziomie), no i jest jeszcze nieźle pomyślany soundtrack. O ile muzyka oryginalna ma swoje wzloty i upadki (chwilami zachwyca, to znów robi się przesadnie heroiczna i patetyczna), o tyle utwory inkorporowane do ścieżki – takie jak „Four Horseman” Metalliki czy „Sweet Dreams” Eurythmics, a przed wszystkim Allegretto z 7. symfonii Beethovena (którym możemy się delektować, czekając na Epilog), brzmią tu rewelacyjnie.

Koniec końców niekoniecznie tę imprezę polecam (a jeśli już, to koniecznie w sali IMAX, bo ten ekran i nieziemska jakość potrafią bardzo zmienić optykę), ale skłamałabym, twierdząc, że nic mi się w tym filmie nie podobało albo że się umęczyłam. To się w sumie ogląda dość lekko, nawet jeśli ogólne rozczarowanie koncepcją i wykonaniem narasta. Bryan, proszę, nie rób tego (więcej)! :P

X-Men: Apocalypse

1 komentarz

Filed under Film