Tag Archives: ekranizacja gry

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 30 maja – 05 czerwca 2016

„Angry Birds Film” („The Angry Birds Movie”) (USA/FIN, 2016), reż. Clay Kaytis, Fergal Reilly – początek filmu – skupiający się na Krzaczastym/Czerwonym i jego „anger issues” (jakże miałabym nie polubić bratniej duszy? no jak?:) – jest obiecujący. Dość szybko jednak okazuje się, że twórcy nie bardzo mieli pomysł na fabułę (starcza go na jakiś kwadrans) i że lepiej by się to wszystko sprawdziło jako krótki metraż (jest tu potencjał na bardzo dobrego shorta). Oczywiście wypada wziąć pod uwagę fakt, że film jest ekranizacją gry smartfonowej (w którą nigdy nie grałam więc się nie znam) i całkiem możliwe, że nie dało się tej historii opowiedzieć ciekawiej, a przez to zrobić całego filmu lepiej. Animacja jest ładna i bardzo, bardzo kolorowa. Pozytywem jest na pewno fakt iż polski dystrybutor nie zdecydował się na przerobienie całej ścieżki dźwiękowej na język polski. „Sound of da Police” czy „Behind Blue Eyes” lepiej brzmią i lepiej pasują do treści, gdy lecą w oryginale (dzieciom przecież i tak wszystko jedno; wystarczy, że bohaterowie robią głupie miny, walą się po łbach lub przytrafia im się coś złego, a maluchy są zadowolone;P). Szkoda natomiast, że twórcy przyoszczędzili na gagach dla dorosłych. Mogłyby nieco powetować brak treści. Z rzeczy, które chyba nie były do końca zaplanowane, ale jakoś tak wyszły: z filmu wynika, że imigranci to plaga, która zazwyczaj przybywa w niecnych zamiarach, a otwartość to czysta naiwność. Nie wiem, czy o to właśnie chodziło.5,5/10

„Alicja po drugiej stronie lustra” („Alice Through the Looking Glass”) (USA, 2016), reż. James Bobin – no dobra, ja z tych, na których „Alicja” Burtona zrobiła pozytywne wrażenie. „Alicja” Jamesa Bobina to już inna para kaloszy. Przede wszystkim to takie dziecko niczyje. Wygląda trochę jak Burton, ale nie czuć w niej Burtona, Lewisa Carrolla nigdy tu właściwie nie było, a dzieckiem Bobina może być pod warunkiem, że stylem tego reżysera jest brak stylu (co może być prawdą, ale nie planuję sięgać po jego „Muppety”, żeby to sprawdzić). Fabuły (która z książką nie ma absolutnie nic wspólnego) nie ma tu za wiele, raczej skaczemy od akcji do akcji. Kolejne skoki nie są szczególnie pasjonujące. Właściwie każdy kolejny budzi coraz mniejsze zainteresowanie. Jakkolwiek nie zgadzam się z ocenami na poziomie 1/10 (bez przesady; film ma mnóstwo wad i na pewno nie jest dobry, ale nie jest tragiczny), ten fragment recki Davida Ehrlicha z Indiewire jest cudowny: „adventure grows less and less interesting with every turn. By the end, all that lessness is too much for the muchness to match it. Less is usually more, but when it comes to this franchise, none would be ideal”.=D Chciałabym móc powiedzieć, że chociaż wizja się tu broni, ale też nie do końca. Owszem, kostiumy, rekwizyty i charakteryzacje są przepiękne i miło się na nie patrzy (to być może jedyny naprawdę dobry powód, żeby po ten film sięgnąć), jednak efekty cyfrowe są tak przegięte, że gołym okiem widać, jak bardzo są sztuczne. To nie jest wyłącznie przypadek tego filmu, lecz jakaś nowa chora tendencja. Jeśli Hollywood się nie opamięta, lada chwila cofniemy się z poziomem CGI do lat 90., kiedy wszystko było możliwe, lecz wyglądało bardzo nienaturalne. Skoro już się cofamy w rozwoju, to może od razu skoczmy do czasów, gdy królowały efekty praktyczne. Postuluję! Z pozytywów: Aktorzy wypadają w tym całym miszmaszu całkiem nieźle. Zwłaszcza Johnny Depp, który ostatnio częściej mnie odpychał niż zachwycał, a tutaj naprawdę robi dobrą robotę. Wasikowska, Bonham Carter i Sacha Baron Cohen też in plus. Warto wspomnieć, że to ostatni film, w którym zagrał cudowny głos zmarłego w tym roku Alana Rickmana. Szkoda, że Absolem nie miał tu większej roli do odegrania. 5,5/10

„Zanim się obudzę” („Before I Wake”) (USA, 2016), reż. Mike Flanagan – mam sporo „ale” pod adresem tego filmu:

– po pierwsze to NIE JEST horror! Jest tu parę okazyjnych jump scare’ów (chociaż na moim seansie najlepszego i tak zrobił ktoś na widowni, zgniatając w dobrym momencie pojemnik po nachosach), ale poza tym obraz ten niczym nie straszy. Bawi, śmieszy, może nawet kogoś wzruszyć, ale bać się tu nie ma czego. Na straszenie brak patentu i amunicji (CGI jest tak nieudane, że efekty specjalne ze „Zmierzchów” wydają się przy tym szczytem wyrafinowania i luksusu).
– fabuła na pewno znajdzie swoich amatorów, ale mnie się wydała pociesznie głupia. Chociaż gdyby nakręcił to Marvel (a z wielu względów mógłby:), efekt końcowy mógłby być ciekawy.:)
– główny Strach to kuriozum (nie tylko pod względem plastycznym). I byłby tak samo absurdalny w każdym możliwym filmowym gatunku.
– trochę irytował mnie brak wzorca w poczynaniach Stracha (z początku wydaje się, że jest jakiś schemat, ale chyba jednak nie ma).
– film regularnie zalicza edukacyjno-moralizatorskie zwiechy (prowadzący grupę terapeutyczną byłby świetnym lekiem na bezsenność).
– obraz ten nakręciła motyla mafia, która robi tu karygodny czarny PR ćmom. Czego jak czego, ale tego twórcom wybaczyć nie mogę!

A jednak to taki dobry zły film jest:D

– przede wszystkim kuriozalny główny Strach-którego-imienia-wymawiać-nie wypada ma potencjał na zostanie postacią kultową. Kocham, kocham, kocham.=D
– o ile mi wiadomo, reżyser nie był zachwycony faktem, iż wytwórnia postanowiła sprzedać jego film jako horror (sam określa go mianem dramatu nadprzyrodzonego lub baśni). Tak że o wprowadzenie widzów w błąd trudno obwiniać twórców.
– jest tu co najmniej jeden przyzwoity zwrot akcji, a fabuła właściwie składa się w logiczną całość (no powiedzmy).
– albo zdążyłam się oswoić z Jacobem Trembleyem, albo dobrze tu wypadł. Nie wkurzał mnie tak jak w „Pokoju”. Bosworth to ładne, pięknookie drewno, które z reguły kładzie role wymagające okazania emocji, ale do grania osób odrętwiałych się nadaje.

Jeśli liczycie na horror, to nie ten pokój (inside joke; gdybym mogła, uściskałabym mistrza ciętej riposty, który siedział gdzieś po mojej prawicy), ale – cytując Kasię Kulikowską – to fajny „film o zajadaniu stresu”:) Nie zachęcam, ale polecam! 5/10

filmy-angry-birds-film-alicja-po-drugiej-stronie-lustra-before-i-wake

Dodaj komentarz

Filed under Film