Kronika filmowa: 04.06.2018

To był bardzo „budżetowy” tydzień (mimo długiego weekendu obejrzałam tylko 4 filmy, nie wyrabiając żadnego limitu i odwiedzając kino raptem 2 razy. OTOH byłam na super weselu i poprawinach, a w weekend wypasałam się w ogrodzie więc nie żałuję), a mimo to zrobiłam mało notatek (nagły atak silnej alergii tłumaczy mnie tylko trochę) i ciężko było mi się zabrać do tej Kroniki. Oj, lato, lato!:)

Poniedziałek 28.05

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” („Solo: A Star Wars Story”) (2018), reż. Ron Howard – 7/10

I had a really good feeling about this. I się sprawdziło. Przede wszystkim w osobie Aldena Ehrenreicha (chłopaka, którego bardzo lubię i który zdążył mnie zachwycić rolą w „Ave, Cezar!”). Jego Han, niepozbawiony Solowskiej pewności siebie i Fordowskiej łobuzerskości, jest psotny, wyluzowany i ma ten vibe, o który chodziło. Bez kopiowania, bez pretensji. To coś o wiele cenniejszego niż właściwy wygląd. Jeśli miałam w przypadku tego filmu jakieś kadrowe wątpliwości, to dotyczyły one Rona Howarda, ale szybko sobie przypomniałam, że nakręcił przecież „Willowa” (kultowe kino wielkiej przygody) i mi przeszło. „Han Solo” to rasowe kino awanturnicze. Pełne przepychu, spektakularnych efektów, dobrze osadzone i ładnie zgrane z poprzednimi filmami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” (wszystkie klocki zgrabnie wskakują na swoje miejsce, a jeden najwyraźniej złapał drugi oddech), choć nie skupia się wyłącznie na ogrywaniu sentymentów, tylko snuje własną przygodę. Może bez wielkich kreacji aktorskich, ale ze świetnie zgraną ekipą: oprócz Ehrenreicha z charyzmatycznym Donaldem Gloverem, bardzo Harrelsonowskim Woodym, diabolicznym Paulem Bettany i wciąż jeszcze Targaryenowską Emilią Clarke (dobrze, że mi to nie przeszkadza). Choć mnie się oczywiście jak zwykle najbardziej podobali Ci, którym było najtrudniej się zaprezentować i których gry aktorskiej nie sposób ocenić. Bo to właśnie Chewbacca Joonasa Suotamo i L3-37 Phoebe Waller-Bridge zostaną w sercu najdłużej.

Wtorek 29.05

„Ella i John” („The Leisure Seeker”) (2017), reż. Paolo Virzì – 6/10

Kolejny po „Zwariować ze szczęścia” film drogi Virzì’ego (pierwszy anglojęzyczny). Również oparty na mocnych kreacjach aktorskich (świetne role Helen Mirren i Donalda Sutherlanda) i opowiadający o próbie ucieczki przed nieuchronnym. Przeczytałam gdzieś, że wadą tego filmu jest przewidywalność. Naprawdę da się przewidzieć los starych schorowanych osób, które wyruszają w swoją ostatnią wspólną podróż? Normalnie szok i niedowierzanie! :D „Ella i John” to film o godzeniu się z losem, starością i chorobą. O pożegnaniu dwojga ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat byli sobie najbliżsi na świecie. Chorej na raka Elli, która trzyma się na nogach już tylko siłą niezmordowanej woli i jej chorego na Alzheimera męża, który bez niej dawno zatraciłby resztki tożsamości. Pożegnaniu podczas ostatniej wyprawy ukochanych kamperem. Do miejsc z przeszłości i dawnych marzeń. Brzmi to smutno? Bo jest smutne. Ale tylko w życiu jako takim. Na pewno nie u Virzì’ego! „Ella i John” to film ciepły i radosny, nie opłakujący życia, tylko je celebrujący. Prawdopodobnie uronicie parę łez, ale raczej nie powinniście załapać żadnej traumy. Ba! Niektórym ta opowieść wręcz pomoże. Mojej szefowej obraz ten natychmiast skojarzył się z jej ulubionym „Nad złotym stawem” Rydella. Tak że polecam Helen i Donalda fanom tego klasyka.

Środa 30.05

„Bakemono no ko” („Bakemono no ko”) (2015) (Sub), reż. Mamoru Hosoda – 7/10

Bestia i chłopiec. I wcale nie jest oczywiste, kto tu jest bestią. Co w sumie, bardzo się wpisuje w twórczość Mamoru Hosody – reżysera, który lubi się poruszać na styku światów ludzi i zwierząt. Głównym bohaterem filmu jest zły na cały świat mały chłopiec, który właśnie stracił matkę i który nie ma pojęcia, gdzie jest jego ojciec. Ren nie szuka opieki. Chce się nauczyć jak być samowystarczalnym i silnym. Gdy na jego drodze staje waleczny legendarny potwór, chłopiec decyduje się zostać jego uczniem. „Bakemono no ko” to film, który przede wszystkim pokazuje, ile jeszcze Chińczycy muszą się nauczyć, żeby dorównać do poziomu anime japońskiego. Myśli biegną do „Dużej ryby i begonii” automatycznie, bo oba filmy są opowieściami o przenikaniu się światów i czerpią z mitologii. Z tym że produkcja japońska robi to jednak wyraźnie lepiej. Bez chaosu, powoli, konsekwentnie, nie uciekając w tani romantyzm i nie próbując na siłę wycisnąć łez. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Hosoda nie rozgrywa tej historii na smutno. To nie słodkie, rozklejające widzów „Wilcze dzieci”. To oręż do ręki i uśmiech na drogę. Rubasznie szeroki.

Niedziela 03.06

„Bella i Sebastian 2” („Belle et Sébastien, l’aventure continue”) (2015) (Dub), reż. Christian Duguay – 6/10

Pytam Tatę, czy idziemy przykręcić wieszak, a on na to: „Tak, ale dopiero po piesku”. No skoro tak postawił sprawę. ;) Nie powiem, że da się przyzwyczaić do dubbingu w filmach aktorskich. Nie da się. Ale góry i zwierzęta potrafią trochę odwrócić uwagę. Akcja 2 części przygód Sebastiana i Belli rozgrywa się w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny. Nie zdradzając za wiele, powiem, że dla Sebastiana dramat się tak łatwo nie kończy. Na szczęście (lub nieszczęście opiekunów) chłopiec zdążył stać się jeszcze bardziej uparty i wystarczająco twardy, by dramatom nie odpuścić. A Bella dzielnie tu nad nim czuwa. Nie potrafię odpowiedzieć, czemu ta część filmu podobała mi się najbardziej. Tym bardziej że, choć dziejowo akuratna i niewykluczona, chwilami bywa nieprawdopodobna. Może dlatego że jest najbardziej przygodowa. Może ze względu na dynamikę Sebastian – Pierre. A może po prostu miałam nastrój na tę eskapadę. Ponownie w niewyobrażalnie pięknych okolicznościach przyrody. Wiadomo, że góry robią mi tak jak Tacie pieski. No dobra, fajne pieski też mi robią. ;) A Garfield jest super!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 28.05.2018

Osiągnęłam ostatnio taki poziom zaabsorbowania tym blogiem, że aż musiałam sobie zrobić odpoczynek od oglądania i konieczności pisania. Stąd ta ziejąca luka między poniedziałkiem a piątkiem.:)

Poniedziałek 14.05

„Prawdziwa historia” („D’après une histoire vraie”) (2017), reż. Roman Polański – 3/10

Trochę głupio zarzucać wydawcom, że dla kasy opublikują każdą, choćby wyjątkowo słabą książkę bestsellerowego autora, gdy samemu kręci się analogiczny film. Przeszło mi nawet przez myśl, że może Roman Polański wcale nie stracił tego członkostwa w Akademii z powodów kryminalno-obyczajowych, tylko dlatego że Akademia widziała „Prawdziwą historię”. W gruncie rzeczy ani prawdziwą, ani historię. Ot, filmiszcze, które da się (a wręcz nie da się nie) rozgryźć w parę minut i które nie sprawdza się nawet jako obraz o zgubnych skutkach przemęczenia i mechanizmach samoobrony. Fabuła jest tu schematyczna, aktorstwo przerysowane, za całą charakteryzację starcza brak grzebienia, okoliczności składają się w sposób wyjątkowo nieprawdopodobny, choć nawet to nie jest w stanie przełamać dojmującej nudy, a na dodatek chwilami film jest bardziej obrzydliwy od „Taxi 5” i „Strażników cnoty”. O ile nie wymagam uzasadnienia dla golizny w kinie, tak przerost fizjologii nad treścią zniesmacza mnie mocno. Mniej więcej tak jak kręcenie takich jałowych filmów.

*

„Zimowi bracia” („Vinterbrødre”) (2017), reż. Hlynur Pálmason – 6/10 (6,5)

„Das ganze Leben ist ein Krieg; jeder Tag ist eine Schlacht”. I kolejny dokument o górnikach. A nie, to jednak kino islandzkie (technicznie rzecz biorąc w połowie duńskie, ale jak dla mnie od progu głośno krzyczy „Ísland!”).:D Aczkolwiek wiecie, widząc tak wielki nacisk na obraz i dźwięk, łatwo się pomylić. Tym bardziej że realia pracy w kopalni zostały oddane bardzo wiernie, a dialogów w tym wszystkim jak na lekarstwo. „Zimowi bracia” to kino szlachetnie niepodobne do niczego (widać w tym sztukę, dokumentalne zacięcie i kino skandynawskie, ale trudno upchnąć ten obraz w konkretną szufladkę), zdecydowanie artystyczne (gdzie artyzm lekko i bezpretensjonalnie przechodzi od poetyckości do naturalizmu, a nawet brutalizmu), dyskretnie próbujące dokopać się do prawdy o człowieku, międzyludzkich relacjach i życiu. W trakcie seansu drastycznie wzrosło moje poczucie zagrożenia. I wcale nie potrzeba było do tego terrorystów. Wystarczyła przekonująca rola Elliotta Todda Crosseta Hove’a, by wyobraźnia zaczęła pracować na takich obrotach, że teraz trudno będzie ją zatrzymać.

Piątek 18.05

„Duża ryba i begonia” („Dayu haitang”) (2016) (Sub), reż. Xuan Liang, Chun Zhang – 7/10 (6,5)

Od kiedy delfin to ryba? Coś się tym Chińczykom pomerdało, i to koncertowo.:D Nie wiem, na ile ta głupota wynika z bazowania na chińskich legendach i traktatach („Soushen Ji”, „Shan Hai Jing” „Zhuangzi” etc.). Miejmy nadzieję, że się nie utrwali. Twórcy nie ukrywają, że nakręcili ten obraz przede wszystkim dla młodzieży, ale jak to zwykle bywa w przypadku azjatyckich animacji, film spokojnie nadaje się również dla dorosłych (w kinach leci z napisami, a nie z dubbingiem!). Oczywiście pod warunkiem, że nie macie alergii na bajki o miłości. „Duża ryba i begonia” traktuje bowiem o wielu rzeczach, w tym o siłach przyrody, sensie istnienia, wdzięczności i poświęceniu, ale nie ma co ukrywać, że przede wszystkim jest romansem. Ostrzegłam. Fabularnie film jest taką trochę chińską „Małą syrenką”, wizualnie ciąży zaś w stronę produkcji studia Ghibli. Co prawda brak mu kunsztu dzieł Ghibli i japońskiej powściągliwości (twórcy za bardzo mnożą wątki, za szybko gonią, niepotrzebnie ciągle podbijają dramatyzm i za mocno grają na uczuciach), ale to dopiero – w zasadzie niskobudżetowy (4 razy tańszy od „Spirited Away”) – debiut. Który wygląda wystarczająco ładnie. Uwaga! W napisach końcowych jest ukryty dość istotny mid-credit!

*

„Free Fire” („Free Fire”) (2016), reż. Ben Wheatley – 7/10

Zabawy z bronią. Bo nikt przecież nie uwierzy, że handlarze i terroryści tak bardzo nie potrafią trafić do celu (wymiana ognia trwa prawie godzinę i jest to chyba jakiś rekord). Gdyby o trafianie do celu chodziło, film byłby jednak bardzo krótki. Z wielką stratą dla widzów. Inspiracją do nakręcenia „Free Fire” był raport FBI z pewnej amerykańskiej strzelaniny, którą Wheatley postanowił przełożyć na warunki brytyjskie (czyli na brytyjską gangsterkę i brytyjski czarny humor. prywatnie dziękuję zwłaszcza za dowcip alpejski) i poetykę gier wideo (dokładniej rzecz biorąc Counter Strike’a, choć wywołane do tablicy przez duraqa z Filmwebu „Wormsy”, wydają się tu nawet lepszym tropem). Można „Free Fire” obejrzeć jak dopieszczony slow action movie (z wysokiej klasy aktorstwem i masą praktycznych efektów), można też spojrzeć na sytuację jak na „typowy poniedziałek w firmie”. Może bardziej hardkorowy od przeciętnego, ale poniekąd przerabialiśmy to kiedyś wszyscy.

Sobota 19.05

„Salut 7” („Salyut-7”) (2017), reż. Klim Shipenko – 6/10

Rosyjska superprodukcja o załodze Sojuza T-13, która w czerwcu 1985 roku musiała się zmierzyć z praktycznie niewykonalnym zadaniem ponownego uruchomienia uszkodzonej stacji kosmicznej Salut 7. Brzmi ciekawie? Nic dziwnego, bo to świetna, autentyczna historia. Niestety Rosjanie postanowili uczynić ją świetniejszą. Film Klima Szypienko oparty jest na faktach, które twórcy jednak celowo wybielają i modyfikują. Myślałby kto, że stacja Salut 7 ot tak wysiadła. Albo że jej zestrzelenie naprawdę wyhamowałoby radziecki program kosmiczny na 10 lat. Bzdury! A choć ogólny przebieg rozmów między kontrolą misji i załogą został w filmie mniej więcej odzwierciedlony, to już przebieg wydarzeń w rzeczywistości był w wielu miejscach całkiem inny – przede wszystkim o wiele mniej dramatyczny (zainteresowanych odsyłam do „real story”). Może dlatego „Salut 7” posługuje się wymyślonymi nazwiskami bohaterów. W załodze Sojuza T-13 byli przecież Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, a nie jakiś Fiodorow i Alechin, a misję nadzorował Walerij Riumin, a nie Szudin. W zaistniałych okolicznościach chyba jednak należy uznać tę produkcję za fikcję. Co smutne, fikcję mocno propagandową. „Salut 7” porównywany jest często do „Grawitacji” i trzeba przyznać, że nie są to porównania przesadzone. Film jest tak samo hollywoodzki, tak samo przegięty i chwilami równie głupi, a jednocześnie, mimo iż kosztował tylko 400 milionów rubli (ok. 6,5 mln $), zwłaszcza w scenach kosmicznych wygląda równie dobrze co dzieło Alfonso Cuaróna za 100 milionów zielonych. Jeśli w kinie kosmicznym szukacie przede wszystkim przygód i warstwy wizualnej, nie będziecie rozczarowani.

*

„Czas pionierów” („Vremya pervykh”) (2017), reż. Dmitriy Kiselev – 7/10 (6,5)

Kolejna rosyjska superprodukcja kosmiczna (z budżetem porównywalnym do „Saluta 7”, czyli w skali Hollywoodu „niski budżet”). Tym razem o misji kosmicznej statku Woschod 2, która odbyła się w dniach 18-19 marca 1965 i miała doprowadzić do pierwszego spaceru człowieka w otwartym kosmosie. I tu już twórcy nie bawili się w żadne przekręty, tylko opowiedzieli o prawdziwych kosmonautach – Pawle Bielajewie i Aleksieju Leonowie, być może trochę ubarwiając konkretne sceny, ale jednak trzymając się faktów (zarys „real story” tutaj). Przytomnym pomysłem było z pewnością zatrudnienie Leonowa jako konsultanta. Początkowo „Czas pionierów” reżyserował Jurij Bykow, ale po nakręceniu 2/3 części naziemnej producenci wymienili go na Dmitrija Kisielewa. Oficjalnie dlatego, że miał lepszą wizję. I być może poniekąd była to nawet prawda. Kisielew miał na pewno jasną wizję scen kosmicznych. Najlepszych w filmie. Nie gorszych niż w „Salucie 7”, a jednocześnie łączących efekty komputerowe z praktycznymi. Gdyby nie propaganda (w obu filmach nie tyle historyczna, co próbująca zagitować współczesnego widza), byłby to naprawdę dobry film. Aczkolwiek i tak dobrze się to ogląda.

Niedziela 20.05

„Bella i Sebastian” („Belle et Sébastien”) (2013) (Dub), reż. Nicolas Vanier – 6/10 (5,5)

Jak ja nie cierpię dubbingu! Gdyby nie góry, pewnie natychmiast bym ten film wyłączyła. Ponoć kiedyś dzieci zaczytywały się tą książką. Szkoda, że wyszła z mody, bo uczyła szacunku i miłości do zwierząt, którego dziś, często nawet dzieciom, niestety brakuje. „Bella i Sebastian” to prosta, wzruszająca opowieść o psie i jego chłopcu. Gdzieś tam w tle zostały przemycone treści poważniejsze, czyli oddolne działania Résistance w czasie II wojny, ale ogólnie wszystko kręci się tu wokół małego Sébastiena, Francuskich Alp i alpejskiej przyrody (z grającym Belle przesłodkim pirenejskim psem pasterskim Garfieldem na czele).

*

„Transporter: Nowa moc” („The Transporter Refueled”) (2015), reż. Camille Delamarre – 4/10

Reboot oryginalnej serii. Również traktujący o traffickingu, choć z innej perspektywy i – co oczywiste – ze zmianą na stanowisku Franka Martina. To jest podobno ta rola, dla której Skrien wymiksował się z „Gry o Tron”. I choć od Stathama lepszy nie jest, głównym problemem tego filmu jest słaby scenariusz, a nie jego występ. W tym miejscu muszę się przyznać, że z oryginalnych „Transporterów” lubię wyłącznie Jasona. Scenariusze i aktorstwo wołają tam o pomstę. „Transporter 2” był dla mnie źródłem tak głębokiego cierpienia, że po 3-kę nawet nie sięgnęłam. „Nowa moc” – wcale nie taka cukierkowa, z fajną dynamiką ojciec-syn, dobrymi scenami walki i co najmniej jedną niewyobrażalną medyczną głupotą – plasuje się dokładnie między 1-ką, a „długo, długo, nic”.

*

„Tam, gdzie rosną poziomki” („Smultronstället”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 5/10 (5,5)

To musiał być jakiś wyjątkowo nostalgiczny rok w życiu reżysera, skoro nakręcił aż 2 filmy o poziomkach (smultronstället to „miejsce, w którym rosną poziomki”, ale też idiom oznaczający „ulubione miejsce, do którego chętnie się wraca”. u Bergmana dodatkowo symbol niewinności). I ta poziomkowa część oczywiście bardzo mi się podoba. Niestety wspominki Isaaka Borg już niekoniecznie. Może i ten film jest faustowski. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo też zasnęłam. Bardziej wygląda mi to jednak na zwykły sentymentalizm, który próbowano mi sprzedać pod płaszczykiem czegoś wielkiego. Albo to po prostu zbyt zwyczajne i przesadnie humanistyczne kino jak dla mnie. Żadnych prawd przede mną nie odkryło. Nie wywołało też refleksji własnych. No może poza tą, że w pewnym wieku to aż strach zasnąć.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 21.05.2018

Poniedziałek 14.05

„Gruzińskie miasto słońca” („City of the Sun”) (2017), reż. Rati Oneli – 7/10 [doc]

Bardzo ciekawy wizualnie (piękne kadry, ale też często nakręcone z oryginalnej perspektywy) i rewelacyjnie udźwiękowiony dokument o postkomunistycznym, (już prawie) postindustrialnym gruzińskim Machu Picchu, czyli biednym, na oko zapomnianym przez Boga i powoli odzyskiwanym przez naturę górniczym miasteczku Cziatura. Chyba wolałabym, żeby głównym bohaterem był harujący w kopalni aktor niż z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel muzyki, a na pewno życzyłabym sobie więcej niedożywionych biegaczek, więcej monumentalnej przyrody i rozpadającej się cywilizacji, i więcej tego pociągu z trailera. Ale i tak obraz Cziatury i jej mieszkańców zostaje w głowie. Zwłaszcza ludzie. Pozbawieni złudzeń, a jednak dalecy od szukania wymówek. Zawstydzające.

*

„Książę i dybuk” („Książę i dybuk”) (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski – 8/10 [doc]

Jak przetrwałem II wojnę światową. I możecie mi wierzyć, że jest to historia barwniejsza od przygód Franka Dolasa czy biografii Sixto Rodrígueza. Wyróżniony na weneckim festiwalu dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to fascynująca opowieść o Michale Waszyńskim – dość dziś zapomnianym przedwojennym reżyserze, którego filmy prawdopodobnie widzieliście (chociażby „Włóczęgi”) i którego najsłynniejszy i najambitniejszy obraz – „Dybuk” – w swoim czasie doczekał się recenzji samego Josepha Goebbelsa. „Książę i dybuk” to połączenie wnikliwego i pasjonującego dziennikarskiego śledztwa z prezentacją interesujących materiałów archiwalnych i fragmentów dzienników reżysera oraz zapisem rozmów przeprowadzonych z osobami, które miały z Waszyńskim kontakt (celowo nie używam sformułowania „znały go”, bo najwyraźniej nikt go tak naprawdę nie znał). Przy czym każda „gadająca głowa” wnosi do opowieści coś niesamowitego. Jak rzadko.

*

„Detektyw samuraj” („Top Knot Detective”) (2016), reż. Aaron McCann, Dominic Pearce – 7/10 (7,5) [doc]

Co te świry z Antypodów robią w ukryciu, to przechodzi najśmielsze pojęcie.:D Wychodząc z kina byłam świadkiem nabijania się z chłopaka, który nie wiedział i nie zorientował się, że obejrzał właśnie mockument. Fakty są jednak takie, że w dzisiejszych czasach naprawdę można się pomylić (tym bardziej na festiwalu filmów dokumentalnych). Bo autentycznie widzieliśmy już wszystko, wiemy, że Azjatów stać na wszystko, a film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a jest nakręcony w taki sposób, żeby wydawał się i wyglądał na real deal. Sam widz bardzo by zresztą chciał, żeby to była prawda. „Detektyw samuraj” to brawurowa parodia dokumentu wspominkowego o przebojowym fikcyjnym serialu „Ronin Suiri Tentai” (znanym też jako „Top Knot Detective”) utrzymana w stylu dzieł Waititi’ego, Sono, Wiseau i filmu „Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Czy muszę Was bardziej zachęcać?:D Jeśli film ten kiedykolwiek wpadnie w Wasze łapki, koniecznie obejrzyjcie go do końca, bo post-credit jest z tego wszystkiego najlepszy.

Wtorek 15.05

„Tully” („Tully”) (2018), reż. Jason Reitman – 8/10

Gdyby istniało ryzyko, że zapragnę się rozmnożyć, puszczałabym sobie ten film regularnie. Spokojnie wystarczyłby za zimny prysznic, mimo iż jego celem wcale nie jest zniechęcenie widzów do prokreacji. Jak dla mnie „Tully” wcale nie jest filmem o ciemnej stronie macierzyństwa. To całkiem normalny obraz macierzyństwa. Niepozbawiony cennych blasków, ale nie ukrywający, że posiadanie dzieci to przede wszystkim ciężka praca. Często przekraczająca granice wytrzymałości i kreśląca nowe ramy rzeczywistości i świadomości. Nowy film Jasona Reitmana wygrywa połączeniem szczerego autentyzmu (zbudowanego przede wszystkim na bardzo osobistym scenariuszu Diablo Cody, ale trochę też na fizycznej metamorfozie Theron, która bardzo realistycznie prezentuje się o ponad 20 kilo większa), subtelnej fantazji i pierwszorzędnego aktorstwa Charlize Theron i Mackenzie Davis (zwłaszcza tej pierwszej). A choć moim ulubionym filmem Reitmana pozostaje „Juno”, z radością stwierdzam, że jakościowo „Tully” wcale „Juno” nie ustępuje.

Środa 16.05

„Rem Koolhaas – starchitekt” („REM: Rem Koolhaas Documentary”) (2016), reż. Tomas Koolhaas – 3/10 [doc]

Film tak fascynujący, że 8 osób zwiało z seansu (lubię liczyć uciekinierów i tylu to naprawdę nie pamiętam). A przecież początek był obiecujący. Dokument otwiera scena parkourowych ewolucji w przestrzeni jednego z budynków zaprojektowanych przez Rema Koolhaasa, a chwilę potem syn słynnego architekta pozwala nam spojrzeć z góry na deliryczny Nowy Jork w klimacie „Piątego elementu”. Bajka! Która niestety szybko się kończy. Wydaje mi się, że nie tylko ja szłam na ten film z nadzieją, iż w jakimś ułamku będzie to także rzecz o architekturze. Ale jest wyłącznie o Koolhaasie. Człowieku koszmarnie nieciekawym (nie tylko na tle swoich nietuzinkowych dzieł) i na oko cierpiącym na lekką manię wielkości, a ukazanym przez syna bez cienia pomysłu i dystansu. Wciąż nie wiem, co dobijało mnie bardziej: Rem rzucający frazesami i ogólnikami, czy czarne plansze z jego „złotymi myślami” z pogranicza haiku i Coelho. „Czasami trzeba się wyłączyć i na nowo uruchomić”. W przypadku tego filmu lepiej wyłączyć. Kropka.

*

„The Lodgers. Przeklęci” („The Lodgers”) (2017), reż. Brian O’Malley – 4/10

Bardziej pieprznięci niż przeklęci. A na pewno przerżnięci. Fabuła nie grzeszy sensem, a wykonanie wieje ogromną nudą. Od początku do końca interesowała mnie wyłącznie piętrowość ukazanego procederu i głębokość jego posunięcia. Ostatecznie docenić mogę co najwyżej piękne krajobrazy, ładne kostiumy i fajny finałowy twiścik. Słynny nawiedzony Loftus Hall niestety nie robi wrażenia. Ma się jedynie ochotę przemaszerować przez niego z białą rękawiczką.

*

„Święta góra” („Holy Mountain”) (2018), reż. Reinhold Messner – 6/10 (6,5) [doc]

Weszlibyście pod seraki na wklęsłej, super stromej górze, bo spędziliście w okolicy miesiąc i przez ten czas nie zeszła żadna lawina? Dziś odpowiedź jest o tyle łatwiejsza, że przy obecnym ociepleniu klimatu, tak laik, jak i wspinacz, zdają sobie sprawę, że to jednak samobójstwo. Kto miał wątpliwości 40 lat temu, ten mógł się nauczyć na błędzie Nowozelandczyków. „Święta góra” to dokument o Szerpach i ich świętym szczycie, drobiazgowa opowieść o pierwszych wejściach na Ama Dablam i pieśń o bohaterstwie jednego z najlepszych wspinaczy w dziejach – Reinholda Messnera. Gościa, który miał i ma równie wielkie ego co Deadpool, ale przeczytajcie ten wywiad i powiedzcie, że nie ma podstaw, by wysoko o sobie mniemać. W obliczu tak genialnych rekonstrukcji jak te w „Dotyku pustki” czy „The Wildest Dream”, „Święta góra” wypada mocno blado (nie bardzo się udały te lokalne wizje. dobija zwłaszcza fatalne aktorstwo), ale nadrabia to widokami i wartością informacyjną, bodaj po raz pierwszy tak skrupulatnie zebraną w jednym miejscu.

Czwartek 17.05

„Deadpool 2” („Deadpool 2”) (2018), reż. David Leitch – 7/10

Szczerze się ubawiłam, gdy przeczytałam recenzencką skargę, iż cały „Deadpool 2” kręci się wokół postaci Deadpoola, a wszyscy drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie tego filmu zostali potraktowani instrumentalnie. Serio?! Zarzutem przeciwko obrazowi o gościu, którego supermocą jest monstrualne ego ma być fakt, że zachowuje się jak ktoś, kto ma monstrualne ego? W dodatku pretensje tego typu pojawiają się przy okazji drugiej części filmu, kiedy to szanujący się krytyk powinien już wiedzieć, na co poszedł do kina? Jest wiele rzeczy, które można obrazowi Davida Leitcha zarzucić. Że to odgrzewany kotlet, że skok na kasę, że żart mniej wybredny, a fabuła nie interesowała twórców wcale, ale światła są skierowane dokładnie na tę postać, co trzeba. Ku mej uciesze żonglerka popkulturą też nadal bardzo sprawna. Uwielbiam metafilmy i to się raczej nie zmieni. Jeśli pierwszy „Deadpool” Was nie zachwycił, to seans drugiego raczej tego nie zmieni. Pozostałych zachęcam, żeby jednak do kina poszli. I niech dubstep będzie z Wami!

Piątek 18.05

„Gdy zapłakał byk” („When the Bull Cried”) (2017), reż. Bart Goossens, Karen Vazquez Guadarrama – 7/10 (6,5) [doc]

Czy ja przypadkiem obstawiłam wszystkie filmy górnicze w stawce?:) Ciągle słyszymy, że światowe zasoby złóż mineralnych są na wyczerpaniu, ale dopiero oglądając takie filmy jak „Gdy zapłakał byk” czy „Gruzińskie miasto słońca”, widzi się, że kończą się naprawdę. Film Karen Vázquez Guadarramy i Barta Goosensa to portret małej wioski w boliwijskich Andach i jej mieszkańców. Portret piękny, od pierwszych scen zachwycający boskimi zdjęciami Vázquez Guadarramy (przy czym obskurne wnętrza mieszkalne i korytarze kopalni prezentują się tu równie atrakcyjnie co mega fotogeniczne góry), portret szczery, nie uciekający od tematów trudnych, takich jak rytualny ubój zwierząt czy składanie ofiar… diabłu!, i portret przejmujący, zwłaszcza w scenach z udziałem osieroconych braci (rozmawiających o bykach czy nieśmiertelności).

*

„Rampage: Dzika furia” („Rampage”) (2018), reż. Brad Peyton – 6/10

New Line Cinema: Dealerzy filmowej rozrywki mojego dzieciństwa. I choć „Mortal Kombat” to to nie jest, i tak jest lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze zdziwko: Film jest całkiem na poważnie. Nie żadne tam „Krokodylado”! Nawet jeśli to właśnie Krokodylado, Wilkado i Gorylado robią tu za największe gwiazdy. Całość jest zrobiona w stylu „Godzilli”. Z przyzwoitymi efektami i bez niewyobrażalnych głupot. Czytaj: Wystarczy zawiesić prawdopodobieństwo i przyjąć za pewnik nieśmiertelność The Rocka. Ale czy ten gość nie jest nieśmiertelny we wszystkim, w czym gra?:) Ps. Takiego Negana to ja naprawdę mogłabym polubić!

Niedziela 20.05

„Zabójcze ciało” („Jennifer’s Body”) (2009), reż. Karyn Kusama – 5/10

Porównania do „Zmierzchu” chyba trochę na wyrost, choć jestem pewna, że zdaniem wielu „Zmierzch” by na takim poziomie krwiożerczości sporo zyskał. Trudno uwierzyć, że Diablo Cody mogła napisać taki nieoryginalny scenariusz. Obejrzałam fragmenty „Ginger Snaps” i naprawdę bardzo podobne te historie. Powiedzmy jednak, że o tym nie słyszałam. Oceniając sam seans, stwierdzam, że niepokojące to, krwawe i feministyczne, lecz niestety machinalne i nie potrafiące zbudować napięcia.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Bramy Światłości. Tom 2

Tytuł oryginalny: „Bramy Światłości. Tom 2”
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2018
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 6)
Ukończona: 31 marca 2018
Moja ocena: 6/10 (3/5)

Zapewne nie tylko ja założyłam, że będą jedynie 2 tomy „Bram Światłości”, i pewnie nie tylko ja żałuję teraz, że zainwestowałam w papier. Nie są to może szczególnie złe książki, ale stanowczo nie jest to poziom literatury, który chciałabym przechowywać na fizycznej półce czy do niego wracać. Tym bardziej do tego tomu. Nie wnoszącego prawie nic do opowieści (poza głębią Głębi), na siłę rozmnażającego strony i mocno przechodzonego. Również dosłownie, bo bohaterowie nadal głównie idą. A gdy nie idą, człowiek się modli, żeby znów zaczęli (albo jeszcze lepiej – zginęli. co się będziemy certolić). Bo gdy stoją, dzieją się takie rzeczy jak między 75 a 77 stroną – kiedy to Abaddon użala się nad sobą w kilkunastu niemal identycznych akapitach (ta sama treść, multum wyrazów bliskoznacznych). Cała ta książka to festiwal jojczenia i powtórzeń. Nie tylko w wykonaniu Daimona Freya, choć to on jest tu najsłabszym ogniwem (starość jest straszna!). Chciałabym móc powiedzieć, że jeśli już błąkać się po Zaświatach, to tylko z ciemną stroną Mocy, ale – o zgrozo! – też nie bardzo. Najlepiej byłoby móc się zabarykadować w Piekle i spędzić czas na podglądaniu prób wywiedzenia w pole Kongregacji Kary, Kaźni i Wiecznej Miłości i bardzo polskiego fetowania porażek. Naprawdę szkoda, że zamiast rozwinąć te mroczne wątki, Maja Lidia Kossakowska uparła się iść w tę kolorową, lecz nudną i nikomu niepotrzebną wyprawę.

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Kronika filmowa: 14.05.2018

Na oko Tydzień Kina Francuskiego.;)

Poniedziałek 07.05

„Strażnicy cnoty” („Blockers”) (2018), reż. Kay Cannon – 6/10 (5,5)

Bardzo podobają mi się w „Strażnikach cnoty” archetypy rodziców. Niby czysto schematyczne, a jednak potrafiące zaskoczyć (rewelacyjna jest tu zwłaszcza postać ojca Sam), i mimo oczywistych błędów, które popełniają już w zarodku, łatwe do polubienia (no może poza mamą Julie. jej konsekwentnie życzyłyśmy więzienia). Gdyby nie humor skatologiczno-rzygany (nie rozumiem, czemu Amerykanie mają na niego takie parcie) w dwóch okropnych sekwencjach, byłby to naprawdę przyzwoity film. To znaczy nie wiem na pewno, bo na naszym seansie tylko my co i rusz rechotałyśmy.;) W każdym razie uważam, że chwilami było z czego. Niezdecydowanym polecam zapoznanie się z trailerem, do którego wpakowano wszystkie lub prawie wszystkie najgorsze sceny. Jeśli to Was nie odrzuci, to film tym bardziej.

*

„Kochankowie jednego dnia” („L’amant d’un jour”) (2017), reż. Philippe Garrel – 5/10 (5,5)

Czy filmy Philippe’a Garrela są autobiograficzne? Bo zdaje się mieć fioła na punkcie zdrady i spory żal do kobiet. Gdzie jak gdzie, ale tutaj to ja naprawdę nie wiem, po co ta narracja z offu. O ile w noiryzującym „Tranzycie” Petzolda miało to swój sens, o tyle w „Kochankach jednej nocy” ma sens wyłącznie pod warunkiem, że jest to ukłon w stronę osób niewidomych (audiodeskrypcja). Jak inaczej wyjaśnić fakt, iż co i rusz dostajemy w twarz objaśnieniami tego, co doskonale widać na ekranie (każdy głupi voice-over został wyraziście zagrany)? W pewnym momencie robi się wręcz z tego zabawa w zgadywanie, co za chwilę powie narrator. 100% trafień więc zero frajdy. Szkoda, bo to nie jest głupi film, tylko niepotrzebnie pretensjonalny.

Wtorek 08.05

„Ghostland” („Ghostland”) (2018), reż. Pascal Laugier – 8/10

Po rewelacyjnym openingu (mocnym, dynamicznym. Laugier nie traci czasu na długie wprowadzanie postaci i budowanie nastroju, lecz szybko przechodzi do rzeczy) pojawia się chwilowe zwątpienie w tę produkcję. Głównym środkiem wyrazu stają się jump scare’y, a postępowanie postaci nie grzeszy logiką. Na szczęście to tylko zasłona dymna dla prawdy. Prawdy, która lubi się wymykać. Bo reżyser lubi się pobawić. I chętnie Was w tę zabawę wciągnie. Z góry ostrzegam, że to raczej thriller niż horror (przynajmniej wedle klasycznej definicji). Choć jeśli jesteście szczególnie wrażliwi na przemoc, możecie uznać, że gatunek został jednak przypisany właściwie.

Czwartek 10.05

„Taxi 5” („Taxi 5”) (2018), reż. Franck Gastambide – 2/10

Rzygając śmiechem. Po pierwszych 15 minutach żenującej parodii oryginalnych „Taksówek” (bawiącej się motywami charakterystycznymi dla serii z subtelnością Pasibrzucha) myślałam, że gorzej być nie może. Ale oczywiście po raz kolejny nie doceniłam Francuzów. Nie mówię, że nie da się na tym obleśnym gniocie zaśmiać, ale to raczej śmiech przez ciężką rozpacz. Poza gościnnym udziałem Marsylii, Alaina, Giberta i Peugeota 406 z oryginalnym cyklem nie ma to absolutnie nic wspólnego, a (nieoczywiste) plusy tej produkcji kończą się na permanentnym wytrzeszczu i mocnych fryzurach włoskich mafiozów oraz vindieselowskiej aparycji Francka Gastambide. Ale to może zamiast iść do kina po prostu sobie gościa wygooglujcie?

Sobota 12.05

„Twarze, plaże” („Visages, villages”) (2017), reż. Agnès Varda, JR – 8/10 (8,5) [doc]

Lubię czasem obejrzeć jakiś film dokumentalny, który dotyka moich zainteresowań, zaskakuje i/lub zachwyca formą, ale zupełnie się na dokumentach nie znam więc miewam problemy z wyselekcjonowaniem czegoś dobrego. W takich momentach przydają się zorientowani koledzy. Tacy jak Maciek, dzięki któremu po raz pierwszy (i raczej nie ostatni) wylądowałam na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. W pierwszej kolejności na filmie, który bardzo chciałam zobaczyć (festiwal potrwa do końca tygodnia więc jeśli szukacie inspiracji, to odsyłam do świetnych polecanek). „Twarze, plaże” to jedna z najgłośniejszych (i najważniejszych) produkcji dokumentalnych zeszłego roku. Film stanowi zapis projektu, w ramach którego słynna fotografka i reżyserka Agnès Varda oraz francuski Banksy – JR – jeździli po prowincjonalnej Francji w poszukiwaniu ciekawych historii, ciekawych ludzi do wielkoformatowego uwiecznienia i fajnego materiału na pełny metraż. Efektem ich poczynań jest rozbrajająca sztuka podróżnicza. Piękna, nieskażona manierą, nierzadko wzruszająca, a chwilami rozczulająco śmieszna. Polecam!

Niedziela 13.05

Siódma pieczęć” („Det sjunde inseglet”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 8/10 (7,5)

Najprostszy możliwy pomysł na opowieść o ludzkiej egzystencji. Czasem najprostsze pomysły są najlepsze. Osobie, która wierzy, że sensem życia jest jedzenie, spanie i oglądanie filmów, ciężko jest wczuć się w kino tak głęboko filozoficzne, zwłaszcza w przeładowane symbolami kino religijne, toteż serdecznie dziękuję za postać Jönsa, cyniczny czarny humor, duży dystans i piękną Śmierć. Jako że nie mam żadnych pytań, podążyłabym drogą usypaną z poziomek. Gardząc średniowieczną mentalnością, ale nie gardząc bergmanowską wizją średniowiecznej Europy. Wspaniała jest!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę (albo zerknijcie na obrazek poniżej), to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George T. Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

2 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 30.04.2018

Poniedziałek 23.04

„Wyspa psów” („Isle of Dogs”) (2018), reż. Wes Anderson – 8/10

Spieszcie się uczyć japońskiego, bo inaczej nie zrozumiecie połowy dialogów (ja ogarniam niewiele więcej ponad zwroty grzecznościowe). A choć nieznajomość języka nie przeszkadza jakoś szczególnie w odbiorze filmu, bardzo nie lubię być językowo dyskryminowana i za to minus do oceny końcowej. „Wyspa psów” to okrutnie zabawna poklatkowa antyutopijna przygodówka o psach, poważny manifest światopoglądowy i świetny film o mechanizmach propagandy (politycznej i medialnej), który treściowo natychmiast kojarzy się z koreańską „Okją” (ciekawe, czy to trend rozwojowy). Sama animacja i ton to z jednej strony czysty Wes Anderson, z drugiej – trochę bajka burtonowska. Być może nijak nie dla dzieci. Cackać się w każdym razie nie cacka (nawet jeśli Wes jest mocno łaskawy w temacie trupów).

Środa 25.04

„Raz się żyje” („Gringo”) (2018), reż. Nash Edgerton – 5/10

Po kilkunastu minutach Kasia nie wytrzymała: – Czemu Ci aktorzy zgodzili się zagrać w czymś takim? Cóż, Joel Edgerton na przykład dlatego, że reżyser jest jego bratem. :) Nie jest zresztą wcale stratny na tym, bo nawet jeśli trudno piać nad intrygą (przewidywalna), scenariuszem (niewymyślny, choć próbuje kluczyć i mnożyć atrakcje z zapałem godnym lepszej produkcji) i sposobem jego prowadzenia (chaos reigns), humor jest raczej niewybredny (w dużej mierze slapstickowy), a postaci nakreślono zbyt grubą kreską (zwłaszcza graną przez Theron Elaine i śmiesznego bossa meksykańskiego kartelu), to akurat Richard Rusk jest wspaniałą korporacyjną łajzą i fajną rolą do aktorskiej filmografii.

*

„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”) (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo – 7/10

Drogi Marvelu, to smutne, ale Wasza strategia stała się zupełnie jasna przed upływem 10 minut. Chętnie Was oświecę, gdzie popełniliście błąd. I co mi po tym, że Źli są w końcu wystarczająco mocni (Thanos miażdży!), puzzle cudownie się składają i jest się z czego pośmiać, skoro zabawa zdążyła się skończyć, nim się zaczęła? BTW, mam parę świetnych pomysłów (jeden wręcz genialny i z gwarancją krociowych zysków), jak mogliście (i nadal możecie) zarobić na nas jeszcze więcej zielonych. Zainteresowani?:) Żeby nie było, wcale się nie foszę. Trudno się foszyć na coś, co jest tak wybornie skonstruowane. Szkoda jedynie, że Marvel nie raczył mnie potrzymać w jakichkolwiek emocjach. No i smuteczek, bo choć łatwo przewidzieć, co się wydarzy w następnej części, z filmu wyszłam, czując, że tak czy inaczej, coś się kończy. Ciężko będzie się z tym pogodzić. Oj, ciężko.

Czwartek 26.04

„Dziewczyna we mgle” („La ragazza nella nebbia”) (2017), reż. Donato Carrisi – 4/10

Właściwie to nie potrafię przewidzieć, jak odbierzecie ten obraz. Na moim seansie pół widowni oglądało to jak wieczorny seans w TV Puls (z zainteresowaniem. pozdrawiam zwłaszcza zapatrzony 2 rząd), drugie pół przez połowę filmu patrzyło na zegarek. Ja niestety usiadłam po tej znudzonej stronie. Mój podstawowy problem z tym filmem polega na tym, że jest to obraz szalenie nieefektywny. Te bite 2 godziny ukręcone są z niczego i na siłę. Główny wątek (uprowadzenie nastolatki) reżysera (który jest jednocześnie autorem książki i scenarzystą) wcale nie obchodzi. Liczy się tylko konstrukcja intrygi. Przemyślana? Owszem. Skomplikowana? To zależy od widza. Wszystkie rozwiązania są pod nosem. Pytanie, czy zechcecie je dostrzec (ja niestety jestem urodzonym słuchaczem, bardzo wyczulonym na detal. to mi często rujnuje zabawę.:). I drugie pytanie, czy będzie Wam zależało. Bo całkiem możliwe, że nie. Tu naprawdę nie ma się kim przejąć. Nie licząc tytułowej bohaterki, ani źli, ani dobrzy nie wywołują żadnych emocji (nawet uzasadnionej złości), a cały środek filmu to wielka nuda. Czy w takich okolicznościach ma znaczenie kto i dlaczego? Dla mnie nie ma.

Piątek 27.04

„Śmierć Stalina” („The Death of Stalin”) (2017), reż. Armando Iannucci – 8/10

Nie znając dotychczasowej twórczości reżysera, mimo świetnej obsady, trochę bałam się głupawej włoskiej farsy, a tu „Wściekłe psy”. I komedia, w której żart sączy się inteligentnie. „Śmierć Stalina” to porażające (bezpardonowe, ale też w dziesiątkę trafne) studium mechanizmów władzy (jak na Iannucciego przystało historycznie wierne i bardzo dokładne), opowiedziane jednak z (wybrednym!) humorem i dużą dozą niezbędnego dystansu (i w tym momencie do mnie dotarło, że Poppe w „Utoyi” żadnych granic tak naprawdę nie przekroczył. zrobiłby to dopiero kręcąc komedię. brzmi niewyobrażalnie? bardziej niewyobrażalnie niż śmianie się ze stalinowskich czystek?). Najwyraźniej zbyt dużą dla Rosjan, którzy film zbanowali (co może być najlepszą rekomendacją). O ile fabularnie obraz czerpie z francuskiego komiksu, o tyle narracja jest już charakterystyczna dla szkockiego reżysera. Bardziej wyrafinowana, dowcipniejsza, bazująca na brawurowych performansach idealnie dobranych aktorów (Buscemi jako Chruszczow, Tambor jako Malenkow, Isaacs jako Żukow!<3). Rozkosz. Prywatnie składam pokłon również za to, że aktorzy nie pozorują tu rosyjskiego akcentu. Jedyna słuszna decyzja.

*

Początkowo planowałam „popołudnie rozpaczy” (nowe „Życzenie śmierci” i „Dorwać Gunthera”), ale doszłam jednak do wniosku, że trzeba się szanować. Poza tym, jeśli może się nie udać, zawsze lepiej postawić na eksplorację. Zawinęłam więc na 9. LGBT Film Festival.

„Powietrze” („Luft”) (2017), reż. Anatol Schuster – 6/10 (5,5)

Film nie tyle branżowy, co naiwny i nieco amatorski. Przypomina to trochę niemieckie kino młodzieżowe z Alicją Bachledą-Curuś, tyle że – niespodzianka – z rosyjską duszą. Główną bohaterką jest taki anioł (o rozmarzonym obliczu Kristen Stewart), który wzdycha do nie tak bardzo szalonej, jak by chciała, pięknej buntowniczki. W tle mamy rodzinną traumę, protest przeciwko zabijaniu zwierząt, prokobiecy dydaktyzm, wciśniętą na siłę uchodźczą traumę, a nawet twórczość muzyczną (bardzo fajny freestyle z akompaniamentem akordeonu), ale od początku do końca to miłość jest tu najważniejsza. Ocena bardziej za dobre chęci, zaangażowanie, prawdziwy rosyjski i dobre beaty niż za wartość filmową. Ale przecież pasja się liczy.

*

„Ukryci w sitowiu” („A Moment in the Reeds”) (2017), reż. Mikko Makela – 4/10

Fińsko-syryjski zaangażowany romans męsko-męski, czyli w temacie uchodźców widziałam już chyba wszystko.;) Trochę „Piękny kraj”, tyle że oddany sprawie (trudno orzec, czy ten poziom łopatologii naprawdę może uchodźcom pomóc), w ogóle nieheblowany (czysta „surówka”) i mocno branżowy (uginający się od generycznych klisz. sama branża wzdychała i śmiała się, gdy okoliczności zbyt łatwo zgrywały się pod seks. a zgrywały się jak na zawołanie). Sam seks (poza tym, że wydarza się z jasnego nieba) oczywiście spoko, jednak preferuję dużo lepszą (filmową) grę wstępną.

Niedziela 29.04

„Zapętleni” („In the Loop”) (2009), reż. Armando Iannucci – 7/10

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w sercu moim, moja Ty „Śmierci Stalina” (jak to się stało, że dotąd nie wpadliśmy z Iannuccim na siebie?!) więc po prostu musiałam czym prędzej zameldować się w kręgu (polski tytuł tradycyjnie mocno rozminął się z rzeczywistością i intencją). I choć (nawet najbardziej wyrafinowane) przekleństwa to zupełnie nie mój humor, zdecydowanie nie żałuję. „Zapętleni” to jeden z najlepszych filmów o kulisach polityki ever. Tak to z pewnością wygląda (coś czuję, że Iannucci wkręcił się nie tylko do amerykańskiego Departamentu Stanu. i to nie raz). Właśnie tak powstają nieprzewidywalne polityczne konsekwencje. Na które przeciętny obywatel przeważnie nie ma wpływu. Przez wzgląd na wagę słów polecam obejrzeć film w oryginale.

Przede mną tydzień bez kina (z małą przerwą na weryfikację oceny „Player One”), ale to nie znaczy, że bez filmów. Stay tuned.;)

Dodaj komentarz

Filed under Film