Kinowe podsumowanie tygodnia: 02-08 stycznia 2017

„Szczęście świata” („Szczęście świata”) (POL, 2016), reż. Michał Rosa – jakiż to jest śliczny film (te budynki i uliczki z duszą, te wszystkie piękne bibeloty, szykowne stroje i dodatki, te czarowne zdjęcia Marcina Koszałki, magia detali i małych rytuałów, ta przedwojenna galanteria), nawet jeśli w dużej mierze o niczym (na przykładzie życia mieszkańców śląskiej kamienicy, w tym stanowiącej centrum tamtejszego wszechświata powabnej Żydówki, Michał Rosa prezentuje nam przekrój społeczny międzywojennej Polski. a choć widmo nadchodzącej wojny wisi nad filmem wyraźnie i niesie on głębsze przesłanie, to jednak głównie karmi nas wielkim pięknem i cudowną, niewiarygodną wręcz sielanką). Jedno na pewno trzeba „Szczęściu świata” oddać. Pozwala poczuć, ile straciliśmy. Być może nie wypada pochylać się nad architekturą czy designem w obliczu śmierci tylu ludzi, ale mogę sobie tylko wyobrazić skalę nostalgii osób, które po wojnie trafiły do bloków z meblościanką, w sam środek postępującej bylejakości (która raczej nie przeminie za naszego życia). Ps. Główna bohaterka ma zwyczaj kąpać się w soli bocheńskiej (z dodatkiem suszonej pokrzywy i jałowca). Nie chcąc być gorsza, po dniu z piekła rodem wykąpałam się w wielickiej. I wiecie co? To działa. ;D #małeradości #takieprezentytojarozumiem. 6,5/10

Szczęście świata

„Assassin’s Creed” („Assassin’s Creed”) (USA/UK/FRA/HKG, 2016), reż. Justin Kurzel – ludzie, którzy nieopatrznie poszli na film w różowej bluzie z kapturem i zyskali ksywę My Little Assassin;) Dość szybko naszła mnie refleksja, że gdybyśmy mieli pić łyk piwa po każdym głupim tekście, jaki pada w tym filmie (zwłaszcza w pierwszej połowie. im dalej w las, tym lepiej), to za mało alkoholu ze sobą wzięliśmy (generalnie piwo okazało się dobrym pomysłem i w rozsądnych ilościach polecam). Na szczęście w pewnym momencie dialogi praktycznie się kończą, a sceny akcji, sekwencje walk i efekty specjalne (w przeważającej mierze praktyczne), zdjęcia oraz – last but not least – muzyka to czysta poezja. O czym jest ten film? O odwiecznej wojnie Templariuszy z Asasynami, o poszukiwaniu potężnego artefaktu – Rajskiego Jabłka, o pamięci genetycznej i wirtualnej rzeczywistości, które pozwalają głównemu bohaterowi cofnąć się do 1492 roku – czasów swojego przodka. Fabuła „Assassin’s Creed” bazuje na grze komputerowej pod tym samym tytułem, aczkolwiek jest to adaptacja bardzo luźna. Osoby, które grały w grę, zachwycone nie były (obie linie fabularne – współczesna i parahistoryczna to w przeważającej mierze radosna, choć wspierana przez Ubisoft, twórczość scenarzystów, niestety współczesności jest tu dużo więcej niż późnośredniowiecznej Hiszpanii, a zdaniem jednego z kolegów leap of faith jest za mało widowiskowy. żeby nie było, z tym ostatnim zarzutem totalnie się nie zgadzam. i to nie tylko dlatego że kaskader wykonuje tu prawdziwe skoki!). Z punktu widzenia osoby, która tylko o grze słyszała i w temacie orientuje się pobieżnie, ale przypadkiem kocha parkour, walki wręcz, kaskaderów i praktyczne efekty, braci Kurzel, Arkapawa i Fassbendera, co pozwala jej wyprzeć z pamięci czerstwe dialogi, jest jednak fajnie (trochę casus „Warcrafta”, który też bardziej podobał się osobom, które lubią gry, ale w tę konkretną nie grały. choć jeśli już przy paraekranizacjach gier jesteśmy, to film Kurzela budzi skojarzenia raczej z „Księciem Persji: Piaskami czasu” niż z „Warcraftem”). Na ten moment film się dopiero zwrócił. Premiera chińska jest jednak przewidziana dopiero na 10 lutego, tak że mam szczerą nadzieję, że tutaj też zadziała casus „Warcrafta” i że dzięki Chińczykom powstanie sequel. Czekam. BTW, nie wiem, czy wiecie, bo ja się dowiedziałam dopiero w zeszłym roku, ale prawo pozwala na pokazanie w Chinach tylko 34 zagranicznych produkcji rocznie. Właśnie dlatego „Warcraft: Początek” powstał w koprodukcji (między innymi) z Chinami, a jednym z producentów „Assassin’s Creed” jest Hong Kong. :D Disclaimer: Wiem, że moje zdanie na temat tego filmu, odbiega od zdania większości krytyków i części widzów, ale przemyślałam je i go nie zmienię. Nie zgadzajmy się, ale się szanujmy. Peace! 7,5/10 (Po pierwszym seansie było 6,5, ale w IMAX-ie zmieniłam zdanie:]

filmy-szczescie-swiata-assassins-creed

1 komentarz

Filed under Film

10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

c

Trudno uwierzyć, że za nami już 10. edycja Festiwalu Pięć Smaków. Inna sprawa, że ja wzięłam udział w tej imprezie dopiero po raz szósty, po raz trzeci (aczkolwiek nie z rzędu) na poważnie (karnet) i chyba po raz pierwszy w pełni świadomie. Dopiero dziś dokładnie wiem, co warto i co mogłoby mnie zainteresować. Za każdym razem, gdy sobie uświadamiam, ile fajnych filmów z programu Pięciu Smaków bezrefleksyjnie przegapiłam (da się podejrzeć archiwalne programy. czasem to sobie robię, gdy potrzebuję się dobić;), boli mnie serce. To pierwszy edycja, po której nie będzie. No chyba że liczyć tęsknotę za festiwalem.

W kwestii formalnej: Poniżej znajdują się nie takie znowu krótkie krótkie recenzje wszystkich filmów, które obejrzałam w tym roku. Wydaje mi się, że możecie czytać śmiało. Nic się u mnie nie zmieniło, no spoilers intended. Dodam tylko, że w związku z faktem, iż nie lubię bałaganu, dla świętego spokoju wszystkie personalia zapisywałam w szyku zachodnim – od imienia do nazwiska.

img_2490

„Droga do Mandalay” („Zai jian wa cheng”) (MYA, 2016), reż. Midi Z – przyznam, że nie widziałam żadnego z wcześniejszych filmów Midiego Z (o ile dobrze liczę, było ich dotąd 5, w tym 2 dokumenty, a to jest czwarta fabuła) i tak po prawdzie nie wiem, czy żałuję. Jestem w miarę otwarta na kino niezależne, ale dotychczasowy styl reżysera (ekstremalnie minimalistyczne slow cinema nie przykładające wagi do oprawy, z jedną profesjonalną aktorką w obsadzie i pełne długich, statycznych ujęć kręconych i montowanych przez samego Midiego) zawsze mnie przerażał. „Droga do Mandalay” to pierwszy film birmańskiego twórcy zrobiony po ludzku dla ludzi;) – za pieniądze, z udziałem profesjonalistów. Tym samym w ekipie znalazło się miejsce dla montażysty Zhangke Jia – Matthieu Laclau, kompozytora Hsiao-sien Hou – Gionga Lima, doskonałego operatora Toma Fana, który nie wiadomo z którego nieba spadł (jego filmografia sugeruje, że to operatorski debiut), ale zdjęcia robi magiczne i drugiego – obok muzy reżysera Ke-Xi Wu – „prawdziwego aktora” – Kai Ko, który z powodzeniem wyszedł tu poza swoje dotychczasowe gwiazdorsko-celebryckie emploi (mówiąc wprost: to jest naprawdę dobra kreacja). Ponoć fabuła jest oparta na wydarzeniach z 1992 roku i doświadczeniach brata i siostry reżysera. No mam nadzieję, że nie dosłownie;D Główną bohaterką filmu jest 23-letnia dziewczyna, która w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i pozostawionej w kraju rodziny nielegalnie imigruje w celach zarobkowych z Mjanmy (nie wiem, jak Wy, ale ja się chyba do tej nowej nazwy Birmy nie przyzwyczaję. jeszcze, żeby Mjanmar, a tak to nawet nie ma jak tej kinematografii nazwać. bo jak? kino mjanmańskie? absurd!) do Tajlandii. Po drodze Lianqing poznaje chłopaka o imieniu Guo, który, oględnie mówiąc, niczego jej w życiu nie ułatwi. Pod względem formalnym „Droga do Mandalay” jest kinem łatwo przyswajalnym, a jednocześnie wciąż niezależnym i dalekim od mainstreamu, co moim zdaniem czyni ten obraz idealnym wyborem na pierwszy kontakt z twórczością reżysera. Na pewno powinna to obejrzeć każda młoda dziewczyna. A i chłopcom by nie zaszkodziło. 7/10

„Ostatni mistrz” („Shi fu”) (CHN, 2015), reż. Haofeng Xu – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w wersji kung fu. Tfu, tfu, w wersji wushu, z naciskiem na styl Wing Chun (skojarzenia z Ip Manem nieuniknione również na poziomie fabularnym). Nie no żartuję, ale tyle różnego żelastwa to dawno w kinie walki nie widziałam i jest w jego wykorzystaniu jakaś perwersja. ;D Która w człowieku nieprzyzwyczajonym może budzić niepokój, ale bardziej jednak zachwyt. Różnorodność pojawiającej się na ekranie broni białej (większości nie umiem nawet nazwać) i choreografie scen walk (gołymi rękami biją się tu rzadko, raczej się w ten sposób karcą. cokolwiek zaś robią, robią z zachowaniem wszelkich prawideł sztuki i w pełni realistycznie) to największe atuty tej produkcji. Ale biorąc pod uwagę, że reżyser sam jest adeptem wushu od 14 roku życia, w dodatku taki z niego perfekcjonista, że mimo ukończenia szkoły filmowej w 1997 roku zadebiutował dopiero w roku 2011, bo wcześniej ambitnie robił research, pisał książki, douczał się i szlifował warsztat (w efekcie sam dla siebie pisze, sam układa choreografie, sam montuje swoje filmy) czyż mogło być inaczej? Głównym bohaterem „Ostatniego mistrza” jest Shi Chen – mistrz stylu Wing Chun, który w imię obietnicy złożonej swojemu mistrzowi musi otworzyć szkołę w słynnym Tiencin (jednym z głównych chińskich ośrodków sztuk walki). Problem polega na tym, że w Tiencin jest już 19 szkół walki, które nie życzą sobie konkurencji, a mieszkańcy tych okolic nie tolerują obcych. Żeby wypełnić misję Chen musi się uciec do podstępu. Wtajemniczeni wiedzą, że Haofeng Xu jest autorem scenariusza do „Wielkiego mistrza” Kar-Wai Wonga. Od razu mówię, że „Ostatni mistrz” to zupełnie inna bajka. Nie dość, że momentalnie przechodząca od poważnego kina akcji do absurdalnej komedii (nierzadko w tę i zaraz z powrotem, i to niekoniecznie prostą drogą), to jeszcze czasem trudno stwierdzić, czy to jeszcze żart, czy taka koncepcja, a może jednak jakaś różnica kulturowa.;) Jeśli nie wyczuwacie w moim tonie wyrzutu, to dlatego że go tam nie ma. Dobrze zrobione filmy walki biorę z pocałowaniem ręki, a takie, które nie grają wedle ustalonych zasad, z jeszcze większym entuzjazmem. 7,5/10

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 24-30 października 2016

„Ja, Daniel Blake” („I, Daniel Blake”) (UK/FRA/BEL, 2016), reż. Ken Loach – głównym bohaterem filmu (zdobywcy tegorocznej Złotej Palmy w Cannes) jest Daniel Blake – brytyjski stolarz, który po świeżo przebytym zawale serca musi udowodnić państwu, że jest niezdolny do podjęcia pracy. Wydaje się, że to bardzo proste, zwłaszcza w świetle istnienia precyzyjnych lekarskich orzeczeń, a jednak na filmowych Wyspach nikomu łatwo nie jest. Zwłaszcza tym, którzy stoją pod ścianą. Tak, to nie jest film wyłącznie o Danielu. Takich przypartych jest tu więcej. Chciałoby się zarzucić Loachowi, że przerysował, ale ja tu naprawdę nie widzę żadnej sytuacji i sceny (włącznie ze „streetartową”), która nie mogłaby zaistnieć i nie zaistniała już w rzeczywistości. U nas też nie jedna osoba bez ręki czy nogi musiała udowadniać, że należy jej się renta, instytucje świadczące usługi publiczne poprzenosiły się z komunikatami do Internetu (kogo obchodzą starsi i ubodzy, którzy nie mają do niego dostępu), a żeby dotrzeć do ludzi, trzeba się uciekać do happeningów (i tak, jeśli dzieje się coś, co można nagrać smartfonem, ludzie często przystają). Loach z Lavertym (scenarzysta) nie wzięli filmowych zmagań z głowy, tylko z real life’u. Owszem, zmiksowali to wszystko w jedną całość i siłą rzeczy skupili się na negatywach (nie wiem, ile musiałby trwać tego typu film, żeby mógł uwzględnić wyjątki od reguły; nie wiem też, czy to nie jest raczej pole do popisu dla dokumentu; fabuły kręci się raczej po to, by unaocznić istnienie problemu). To napisawszy, dodam, że największym atutem tego filmu wcale nie jest autentyzm (autentyzm był też u Dardenne’ów w „Dwa dni, jedna noc”, gdzie trochę zabrakło siły nośnej), lecz czarny, absurdalny humor, który towarzyszy potyczkom Blake’a (rolę Daniela z powodzeniem odgrywa brytyjski artysta stand-upowy Dave Johns) i ikra, z jaką twórcy opowiadają tę historię. Nie wystarczy mieć ideę, trzeba też zadbać o to, żeby przekaz dotarł. Ten na bank dotrze. 8/10

„Prosta historia o morderstwie” („Prosta historia o morderstwie”) (POL, 2016), reż. Arkadiusz Jakubik – to drugi film wyreżyserowany przez Arkadiusza Jakubika. Nie mówię, że powinien pozostać przy aktorstwie, ale być może nigdy nic z tego nie będzie. Oczywiście nie przesądzam, bo biorąc pod uwagę wszystkie mankamenty tego obrazu, nawet nieźle się go ogląda. Trochę dzięki klimatowi, trochę dzięki aktorom. Film zaczyna się od morderstwa. To jest ten moment, w którym trzeba mieć pewność, że wykładając karty na stół, ma się jakiegoś asa w rękawie. Jakubik bardzo starał się kluczyć, ale moim zdaniem nie miał. Nie mam nic przeciwko przenikającym się planom czasowym i retrospekcjom, ale to, co dostajemy w tych drugich, to istne „Barwy szczęścia” (trochę nadużywam imienia tego serialu ostatnio, ale uważam, że ten tytuł ma pod sobą wszystkie tytuły telenowel świata i spokojnie może być synonimem gatunku). Jakby tego było mało, w ten przeplatający się warkocz toczącego się śledztwa i poprzedzających je problemów rodzinnych głównego bohatera, reżyser wplata dziwne psychodeliczne ujęcia wysokich traw, bluszczu porastającego dom i tym podobnych (trudno oddać specyfikę tego zabiegu słowami; trzeba to usłyszeć i zobaczyć; jeśli to miał być Lynch, to oj, nie wyszło). Efekt końcowy przewyższa poziomem typowy odcinek standardowego polskiego serialu kryminalnego, ale nie aż tak bardzo. 5/10

„Jack Reacher: Nigdy nie wracaj” („Jack Reacher: Never Go Back”) (USA/CHN, 2016), reż. Edward Zwick – łamiąca wiadomość: Tom się w końcu zestrzał! o_O Nie no, nie martwcie się, nadal skacze po dachach itp. Jednak wygląda tak, że człowiek zaczyna się o niego martwić, a i ruchy już nie te. Wiem od przyjaciółki, że istnieje książka o takim samym tytule co filmowy (18 tom cyklu o Jacku Reacherze). Film poza zarysem fabuły nie ma z nią zbyt wiele wspólnego. To raczej dobrze dla książki, bo produkcja Zwicka jest napisana katastrofalnie. Tak bardzo, że aż zapamiętałam nazwisko męczenniczki, która była zmuszona to tłumaczyć. Agata Deka. Wiadomo, że żadna praca nie hańbi, ale współczuję mimo wszystko. Nic się tu nie klei, nic nie grzeszy cieniem logiki, a dialogi są tak suche i karykaturalne, że ma się wrażenie, iż pisał je Steven Segal (i wcale nie jestem pewna, czy go w tym momencie nie obrażam). Co jest oczywiście ogromną filmową wadą z tych nie do pokrycia, ale też w myśl zasady, iż złe filmy są w stanie się obronić tylko wtedy, gdy są konsekwentnie złe, potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Przyznaję bez bicia, że od momentu, w którym zaakceptowałam fakt, iż film ten nie będzie nawet w ułamku tak przyzwoity jak „Jack Reacher: Jednym strzałem”, bardzo niegodziwie się na tym ubawiłam. Może nie wystarczająco dobrze, by wybaczyć mankamenty i przełknąć okropną końcówkę, ale dość, by zawyżyć ocenę. Żeby nie było, że nic mi się tu nie podobało, powiem: Patrick Heusinger. Taka budżetowa wersja Eda Skreina, ale skoro już nic innego, to przynajmniej miło popatrzeć. 4/10

„Doktor Strange” („Doctor Strange”) (USA, 2016), reż. Scott Derrickson – ach, jaki zły był trailer tego filmu! Tak zły, że idąc na seans, spodziewałyśmy się kina klasy B i bajeczki dla 10-latków (cytując koleżankę Kulikowską: „Nie możesz być chirurgiem, zostań magikiem!”). Ach, jaki wielki był nasz sceptycyzm! Tak wielki, że pocieszałam się, że obejrzę to „za darmo”, a krytyków, którzy widzieli to parę dni wcześniej i piali z zachwytu, podejrzewałam o regularny trolling. Ach, jak bardzo się ucieszyłyśmy, gdy okazało się, że to jednak nie ściema. „Doktor Strange” Derricksona (może to jest myśl; może „marvele” powinni kręcić tacy ludzie jak Wingard czy Wan) to wypisz wymaluj „Matrix”, tylko na odwrót i „Incepcja” taka, że Nolan może się schować (dla takich koncepcji wymyślono efekty specjalne i właśnie tak należy je stosować), a w oku tego magicznego cyklonu króluje uroczy neurotyk, perfekcjonista i racjonalista, którego zdrowy sceptycyzm, w pełni dorównujący naszemu, potrafi rozbawić do łez, a jednocześnie utrzymać całe widowisko w ryzach. Strange Cumberbatcha to istny Tony Stark 2.0. Jeśli lubicie tego drugiego, będziecie zachwyceni. Jeśli go nie znosicie, będziecie zachwyceni podwójnie. :P Pole do popisu ma Benedict tym większe, że niezbyt dobrze rozpisano partię jego adwersarza – Kaeciliusa (szkoda Madsa; ale przynajmniej super tu wygląda i miał okazję robić własne stunty). Tę, być może jedyną, wadę tej produkcji pokrywają jednak smaczki, w tym postać bibliotekarza Wonga:) Disclaimer no. 1: Lojalnie uprzedzam, że jeden z bohaterów ma na imię Mordo. Jak Wam się trafią na sali pijane jednostki, będziecie mieć „wesoło”. Disclaimer no. 2: Oczywiście są 2 post-credity, tak że nie bądźcie frajerami i nie wychodźcie. 8/10

„Historia Marii” („Marie Heurtin”) (FRA, 2014), reż. Jean-Pierre Améris – powiem szczerze, że nawet dziś edukacja osób głuchoniewidomych wydaje mi się przedsięwzięciem niezwykle karkołomnym, a przecież dużo łatwiejszym niż 120 lat temu. Marie Heurtin – głuchoniewidoma dziewczynka z Vertou i siostra Marguerite należąca do francuskiego zgromadzenia Córek Mądrości istniały naprawdę. Spotkały się w 1895 roku (w filmie jakieś parę lat później). Nie był to pierwszy przypadek podjęcia próby edukacji osoby upośledzonej wzrokowo i słuchowo (prawdę mówiąc pod koniec XIX wieku temat był już od nastu lat na tapecie, w paru krajach istniały szkoły zajmujące się takimi osobami), trudno powiedzieć, że był to przypadek szczególny. Dość ciekawa i autorska była za to metoda nauczania wypracowana przez siostrę Marguerite. Film Jean-Pierre’a Amérisa nie jest nowatorski i nie ustrzega się schematyczności, ale też nie popada w telewizyjność i przeckliwioną hollywoodzkość (nawet jeśli chwilami balansuje na granicy). Ciekawą, w Polsce raczej nieznaną historię (najbardziej fascynuje oczywiście ludzki pęd ku słowu i potrzeba ekspresji), sprzedaje przy pomocy dobrych kreacji aktorskich (na szczególne wyróżnienie zasługuje głuchoniema Ariana Rivoire, dla której był to pierwszy kontakt z kamerami filmowymi) i ładnej oprawy (zdjęć Virginie Saint-Martin i muzyki Sonii Wieder-Atherton). Ostrzegam: wzrusza. 5,5/10

filmy-ja-daniel-blake-prosta-historia-o-morderstwie-jack-reacher-2-doktor-strange-historia-marii

Dodaj komentarz

Filed under Film

32. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Swój tegoroczny grafik festiwalowy opracowałam grubo ponad tydzień temu, ale wolałam się nim nie chwalić, dopóki nie będę miała biletów w ręku. Już mam więc lecimy.

Jako iż w tym roku wyjątkowo nie dam rady obejrzeć wszystkich swoich must-see (akurat te najbardziej wyczekiwane filmy będą grane tylko raz albo złośliwie kolidują ze sobą), pozwólcie że najpierw napiszę, na co się wybieram i dlaczego, a potem Wam kilka rzeczy polecę (również takich, na które bardzo chciałabym pójść, a dotrzeć nie dam rady).

Dotychczas swoje plany festiwalowe sygnalizowałam zawsze opublikowaniem grafiku więc może od tego zacznę:

07.10 (pt.) Dzieciak | Multikino Złote Tarasy | M2, 16:00 – 17:38
07.10 (pt.) Plac zabaw | Multikino ZT | M4, 18:45 – 20:07
07.10 (pt.) Za górami, za wzgórzami | Kinoteka | K3, 21:00 – 22:30
08.10 (so.) Dziennik maszynisty | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:30
08.10 (so.) We krwi | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:44
08.10 (so.) Toril | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:45
08.10 (so.) Zabliźnione serca | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:45
08.10 (so.) Honorowy obywatel | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:57
09.10 (nd.) Zaraza we wsi Karatas | Kinoteka | K4, 11:00 – 12:20
09.10 (nd.) 5 października + Dziennik weselnego fotografa | Kinoteka | K3, 13:30 – 15:02
09.10 (nd.) Księżyc w dwunastym domu | Kinoteka | K2, 16:30 – 18:19
09.10 (nd.) Matka | Kinoteka | K2, 19:00 – 20:40
09.10 (nd.) Potwór z Martfű | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:28
10.10 (pn.) Gukoroku – Ślady grzechu | Multikino ZT | M4, 16:15 – 18:15
10.10 (pn.) Między nami | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:33
10.10 (pn.) Księżycowe kundle | Multikino ZT | M2, 21:00 – 22:30
11.10 (wt.) Ciemność | Multikino ZT | M3, 19:00 – 20:32
11.10 (wt.) Nauczycielka | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:40
12.10 (śr.) Kraina małych ludzi | Multikino ZT | M4, 16:15 – 17:38
12.10 (śr.) Prawdziwe zbrodnie | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:10
12.10 (śr.) Serce z kamienia | Multikino ZT | M3, 21:30 – 23:40
13.10 (cz.) Zwariować ze szczęścia | Multikino ZT | M1, 18:30 – 20:26
13.10 (cz.) W środku wulkanu | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:26
14.10 (pt.) To nie są najlepsze dni mojego życia | K2, 16:30 – 17:51
14.10 (pt.) Dobry dzień, żeby umrzeć | Kinoteka | K1, 18:30 – 19:57
14.10 (pt.) To tylko koniec świata | Multikino ZT | M1, 21:00 – 22:37
15.10 (so.) Album | Kinoteka | K2, 14:00 – 15:44
15.10 (so.) Zderzenie | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:37
15.10 (so.) Bez Boga | Kinoteka | K3, 18:30 – 20:09
15.10 (so.) Psy | Kinoteka | K7, 21:00 – 22:44
16.10 (nd.) Nazywam się Cukinia | Multikino ZT | M3, 14:00 – 15:06
16.10 (nd.) Polująca z orłami | Kinoteka | K3, 16:00 – 17:27
16.10 (nd.) Błogosławione korzyści | Multikino ZT | M2, 18:30 – 20:05
16.10 (nd.) Odyseja | Multikino ZT | M1, 21:00 – 23:02

img_2331

A teraz pokrótce dlaczego tak:

„Dzieciak” („Le fils de Jean”) (FRA/CAN, 2016), reż. Philippe Lioret – nie był to dla mnie film pierwszego wyboru, ale w miarę możliwości starałam się wcisnąć w grafik tyle filmów z Konkursu Międzynarodowego, ile się dało. „Dzieciak” to film o młodym Francuzie, który dowiaduje się, że miał w Kanadzie ojca. Lioret to reżyser wielokrotnie nagradzany, jego film „Welcome” zdobył na WFF-ie w 2009 roku Nagrodę Publiczności, lubię kino rodzinne, dzięki Dolanowi kino kanadyjskie dobrze mi się kojarzy, a po cichu liczę też na bajeczne widoki więc ryzyk fizyk. Więcej na temat filmu tutaj.

„Plac zabaw” („Plac zabaw”) (POL, 2016), reż. Bartosz M. Kowalski – jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich produkcji w tym roku. Nawet nie doczytuję szczegółów, bo się napaliłam i nie chcę sobie filmu zespoilować. W 2014 roku Bartosz M. Kowalski i Stanisław Warwas dostali za ten scenariusz Nagrodę Główną Script Pro, a sam Kowalski właśnie zdobył Nagrodę za debiut reżyserski na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Więcej na temat filmu tutaj.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 26 września – 02 października 2016

Już po opublikowaniu tego tekstu zdałam sobie sprawę, że przed „Sekretnym życiem zwierzaków domowych” leciał 4-minutowy short „Mower Minions” w reżyserii Bruno Chauffarda i Glenna McCoya. Jest to filmik tak genialny, że aż o nim zapomniałam, co chyba starcza za recenzję. W maksymalnym skrócie jest to skrzyżowanie reklamy blenderów z reklamą kosiarek pomyślanej jako infantylny slapstick przeznaczony dla największych (i – wnioskując po reakcjach publiczności – chyba głównie dla najmłodszych) fanatyków Minionków. Li tylko! 4/10, bo właściwie nie mnie to oceniać.

„Sekretne życie zwierzaków domowych” („The Secret Life of Pets”) (USA/JPN, 2016), reż. Yarrow Cheney, Chris Renaud – promocja tego filmu rozpoczęła się jakiś rok przed jego wypuszczeniem (wcześnie!). Pierwszy trailer sugerował, że będziemy mieli do czynienia ze wspaniałą komedią o przywarach i zwyczajach zwierząt domowych. Zapowiadało się tak dobrze, że pojawiły się przewidywania, że to może być jeden z filmów roku. Wszyscy nie mogli się doczekać. Na przełomie czerwca i lipca tego roku „Sekretne” weszło do anglosaskich kin i zebrało dość chłodne oceny i recenzje. Szybko dowiedzieliśmy się dlaczego. Drugi zwiastun zapowiadał już co innego. Zamiast tej cudownej, wyczekiwanej behawioralnej komedii widzowie mieli dostać kolejną wielką włóczęgę, potyczkę psów z rakarzami i inne mocno zgrane schematy. W dodatku to, czym nęcono, okazało się niezbyt śmieszne. Momentalnie stało się jasne, że filmu roku nie będzie, a wręcz pojawiły się wątpliwości, czy jest sens się w ogóle fatygować do kina. Szczęśliwie prawda na temat tej produkcji jest idealną wypadkową obu trailerów. Szału i przełomu nie ma, ale film jest wystarczająco sympatyczny (a chwilami również zabawny), żeby dało się go bez żalu obejrzeć. Fakt, iż jest przeznaczony raczej dla małych niż dużych dzieci, nie odbiera radości z seansu. Tę osłabił już sztampowy scenariusz, sama realizacja filmu jest przyzwoita (swoją drogą, czołówka musi fajnie wyglądać w 3D). A choć główni bohaterowie – Max i Duke – są na tyle typowi i bezbarwni, że za parę dni o nich zapomnę, to jest tu od groma fajnych drugich planów, które zachowam w pamięci. Tuptuś, Bridget, Chloe, Dziadek. Dla tej ekipy warto. 6/10

„Siedmiu wspaniałych” („The Magnificent Seven”) (USA, 2016), reż. Antoine Fuqua – Komancz gra indianina o ksywce Denali, Tinglit gra Komancza. Seems legit. :D Oczywiście nie, żeby mi to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Wielki zaciesz. Jeśli jest w tym filmie coś, co autentycznie nas drażniło, to prosta, bogobojna farmerka z dekoltem do pasa. Ale biorąc pod uwagę skład osobowy bandy rewolwerowców-samobójców, może nie ma co się czepiać i po prostu przyjąć, że to nie tyle remake klasycznego westernu, co pełne fantasy. Nie będę się tu odnosić do kwestii „po co to w ogóle nakręcono?”. Przyjmijmy, że „bo tak”. Bo Fuqua miał pieniądze i taki kaprys. Większość osób, które narzekają na ten film, z góry dobrze wiedziała, że to nie jest produkcja dla nich albo narzeka z dość niskich pobudek (rasistom filmu nie polecam; tak samo zresztą jak nie-rasistom, którzy oczekują pełnego realizmu i historycznej prawdy; ta bajka, wcale nie kryjąc, że jest bajką, rządzi się swoimi prawami). Nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” to film prosty jak mentalność kowboja. Nie znajdziecie tu głębokiego przesłania ani wysublimowania. Tylko męską przyjaźń, testosteron, odrobinę humoru i soczyste strzelaniny. Szczególny nacisk położono na te ostatnie. Zarówno popisy indywidualne jak i wielki finał są starannie dopracowane i spektakularne. Największą zaletą filmu jest świetny dobór aktorów. Od ostatniego sprawiedliwego Denzela Washingtona przez naszego ukochanego luzaka Pratta, fantastycznego Vincenta D’Onofrio i Byung-huna Lee, którego występ da się podsumować krótkim „Billy rocks!” po urocze epizody Manuela Garcii-Rulfo i Martina Sensmeiera (<3). Ethana Hawke’a pominęłam, bo go nie lubię, aczkolwiek to jest taka rola, która pozwala go nie lubić więc też miło. Ciekawostka: W filmie mamy przyjemność obcować z udaną ostatnią ścieżką dźwiękową skomponowaną przez tragicznie zmarłego Jamesa Hornera. 6,5/10

„Plan Maggie” („Maggie’s Plan”) (USA, 2016), reż. Rebecca Miller – prawdę mówiąc, jeden z planów Maggie (yep, jest ich więcej niż w tytule) jest tak genialny, że aż się dziwię, że nikt wcześniej na to nie wpadł. Świat byłby o wiele łatwiejszym do ogarnięcia miejscem, gdyby zawsze można było się rozmyślić i przywrócić pewne sfery życia do wybranego punktu przywracania systemu. Ale tak po prawdzie to chyba nie jest film o planowaniu, a o tym, jak dziwnie się układa życie, jak uparcie powielamy te same schematy i jak pokręcone oblicza może mieć przeznaczenie. Poza tym to fajny portret rodziny nuklearnej, w której, a mówię to ja, najlepiej wypadają dzieci. Dorośli są dość karykaturalni i mniej lub bardziej męczący (Greta chyba najmniej, Hawke jest tu zwyczajowo rozmemłany, a wychwalana Moore – dziwna; spoko, mnie dziwność akurat nie przeszkadza; jeśli coś mnie w Georgette raziło, to ten pseudoduński akcent, który brzmi trochę jak francusko-szwedzki; albo duńsko-niemiecki; trudno orzec), tak że żałuję, że Rebecca Miller zamiast o Maggie nie nakręciła filmu o Ragnarze Lodbroku i jego królestwie pikli. Potencjał komediowy tej postaci zdążyła co prawda wyczerpać, ale zmarnowała jej ogromny potencjał dramatyczny. To sceny z Fimmelem (zwłaszcza stragan i ostatnie ujęcie) wbiły się zadrą w moje serce i to wątek Guya z tego wszystkiego zapamiętam. Wbrew temu, co czytałam, „Plan Maggie” JEST „kolejnym filmem z Gretą Gerwig”, tyle że koszmarnie ubraną (być może nadinterpretuję, wychodząc z założenia, że to kwestia wychowywania się tytułowej bohaterki wśród Kwakrów, którzy, jak wiadomo, nie przywiązują wagi do stroju) i dla odmiany udającą perfekcjonistkę. Tak że jeśli lubicie ten szczególny rodzaj kina gadanego i nieporadnego, „Plan Maggie” nie powinien Was rozczarować. 6,5/10

filmy-the-secret-life-of-pets-siedmiu-wspanialych-plan-maggie

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 19-25 września 2016

Nie będę się tłumaczyć z samych ocen. Przypomnę tylko, że nie oceniam filmów po wartości dziejowej, lecz po podobaniu się. Najniższą ocenę ma tu nie ten obraz, który jest najgorzej zrobiony, lecz ten, który najbardziej mnie rozczarował.

„Królestwo” („Les saisons”) (FRA/GER, 2015), reż. Jacques Perrin, Jacques Cluzaud – chyba mi ten cały Herzog (nie ten najnowszy) do głowy uderzył, że się na to połaszczyłam. Naprawdę nie wiem, dla kogo jest ten film (i chyba nie tylko ja, bo na sali siedziałam samiuteńka jak palec). Dla mnie jako osoby dorosłej jest zbyt chaotyczny i infantylny. Mogłyby na to pójść dzieci, coby popatrzeć sobie na zwierzątka, ale problem w tym, że choć trailer zwiastuje sielankę, w której nikomu nic złego się nie dzieje, to w rzeczywistości jest to jeden wielki film o polowaniu. I nieważne, że twórcy nie epatują flakami. I tak szczerze wątpię, by któraś mama zdecydowała się zabrać malucha na film o ciągłym zabijaniu. Sam fakt, że prawie nic tu nie widać, nie jest bynajmniej zaletą. Jeżeli znaczna część interakcji jest wyreżyserowana (jest tajemnicą poliszynela, że nie wszystkie pokazywane zwierzęta, to zwierzęta dzikie; część z nich to okazy oswojone i wytresowane, co widać gołym okiem; a jak nie widać, to można sobie przeczytać wykaz treserów na końcowych napisach; zresztą jeśli zwierzę jest dzikie, a twórcy manipulują obrazem tak, żeby widzom się zdawało, że wydarzyło się coś, co się de facto nie wydarzyło, to to też jest inscenizacja, a nie prawda), to tak naprawdę nie jest to dokument, bo brak w nim realizmu. Z prawdziwymi dokumentami „Królestwo” ma tyle wspólnego, że też ma ładne zdjęcia (bardzo ładne, technicznie doskonałe; aczkolwiek ciut ułomne, bo magii w nich mało, a drony i inne bajery same w sobie jakoś mi nie robią), a w polskiej wersji językowej – Krystynę Czubównę. Się jednak nie napalajcie, bo narracji jest tu tyle, co kot napłakał, a gdy już jest, nic nie wnosi – wzniosła jest, ogólnikowa i nudna więc właściwie lepiej by było, gdyby w ogóle z niej zrezygnowano. Sam film jest nakręcony po prostu źle. Interakcje między zwierzętami i ludźmi są zainscenizowane, te między zwierzętami a zwierzętami czasem też (a nawet gdy nie, to i tak często wyglądają sztucznie), i to wcale nie na potrzeby jakiejś konkretnej fabuły, której tu zwyczajnie nie ma. Nie trzeba być wybitnym matematykiem, żeby wiedzieć, że nie da się zmieścić całej wielowiekowej ewolucji lasu i człowieka w 90 minutach. Warto było na czymś się skupić, wytypować jakichś bohaterów, opowiedzieć widzom jakąś historię, możliwie w jakiś nietypowy sposób. Ale nie. Lepiej kazać narratorce zasygnalizować od czasu do czasu upływ czasu, a pomiędzy jej komunikaty wcisnąć pseudonaturalne ujęcia zwierzęcej pląsaniny. Jakby tego było mało, ni z tego ni z owego całe widowisko urywa się na oko w całkiem przypadkowym momencie. Kosmiczne rozczarowanie. A choć nic mnie ten błąd nie kosztował, i tak wyszłam z kina wkurzona. Na przyszłość albo dokument, albo fabuła, albo udana hybryda tychże. Za wielkie nic mogę dać 3 z plusem (coś się tym biednym zwierzętom należy). 3,5/10

„Sługi boże” („Sługi boże”) (POL, 2016), reż. Mariusz Gawryś – no to konkurs na najbardziej absurdalną scenę miłosną mamy w tym roku rozstrzygnięty. Jeśli w tym osławionym tegorocznym horrorze o kanibalach nie ma jakiegoś porno hardkoru, nic już raczej tego nie przebije. Z „Aniołami i demonami”, tak w postaci filmowej, jak i w książkowej, nigdy nieprzyjemności nie miałam, ale wydaje mi się, że to nie jest dobre porównanie. Nie ta skala, nie ten rozmach. „Sługi boże” to raczej wyjątkowo nieudolna wariacja na temat rodzimego „Ziarna prawdy”. Z zastrzeżeniem, iż Topie (który wcale źle nie zagrał) brak wdzięku Więckiewicza, a fabuła całkiem postradała tu zmysły. Idea jest generalnie taka, że z wieży kościoła spadają ludzie, a policja próbuje ustalić, czyja to wina. Brzmi niewinnie, ot, zwykły kryminał. Do czasu, aż śledczy wreszcie coś ustalą. Trudno orzec, co to jest od tego momentu. Cały ten obraz to jeden niewyobrażalny chaos (nic tu się ze sobą nie łączy; bohaterów wyciąga się z kapelusza; tak samo kolejne wątki, których się nie domyka; w to, co widzimy na ekranie, musimy wierzyć, bo to widzimy, ale ta wiara nie ma żadnych innych podstaw) i absurd (nie tylko pamiętna scena miłosna, ale przede wszystkim totalnie nieuwierzalna intryga i cały ten filmowy kościół). I mogłabym to do pewnego stopnia wybaczyć, gdyby film był wystarczająco zły, by mógł być śmieszny. Ale niestety nie jest. A przynajmniej na trzeźwo. 4/10

„Blair Witch” („Blair Witch”) (USA, 2016), reż. Adam Wingard – nie mam nic przeciwko found footage. Wręcz przeciwnie, mam swoich faworytów w tej niszy. Warunki są 2: musi się coś dziać i muszę w to choć trochę uwierzyć. W przypadku wiedźmy z Blair jest to naprawdę trudne. By móc zawiesić niewiarę i wciągnąć się w tę historię, trzeba by chyba wziąć namiot, laptopa i pojechać z tym filmem na noc w głęboką knieję. Naprawdę łatwiej uwierzyć w najazd kosmitów. Odpowiedź na pytanie, czy „Blair Witch” to kontynuacja czy remake, brzmi: właściwie jedno i drugie. Głównym bohaterem filmu jest młodszy brat Heather z „The Blair Witch Project”, który po 10 latach od zniknięcia siostry wyrusza wraz z przyjaciółmi na poszukiwanie jej lub śladów po niej. Pod tym względem jest to zdecydowanie sequel. Jednocześnie jednak Wingard nie proponuje tu nic nowego. Raczej (niemalże scena po scenie) odtwarza oryginał, lekko go przy tym poprawiając. I chyba się nawet domyślam dlaczego. IMO Adam się po prostu na tym filmie wychował (17 lat temu miał 17 lat; może nawet był to jeden z tych obrazów, które go zainspirowały do zostania reżyserem), i pewnie tak jak mnie, brakowało mu w nim tego czy owego więc postanowił upgrade’ować formułę (więcej się tu dzieje, więcej widać, jest sporo jump scare’ów). Koniec końców zamiast autonomicznego dzieła powstał niejako tribute. Oczywiście nie był to najlepszy pomysł, bo już pierwowzór wiał nudą i kiepskim aktorstwem (pamiętajmy, że udawanie, że się nie gra, to też aktorstwo), i tu siłą rzeczy zostało to powielone. Wingardowi ten eksperyment też raczej na dobre nie wyszedł. W końcu miał już ustaloną pozycję zdolnego oryginała, a po tej wpadce pojawiają się wątpliwości. Czemu się pokusiłam o 4 z plusem? Bo w gruncie rzeczy nie jest to dużo gorsze od pierwszej części, która też mnie jakoś nie zachwyciła (w zeszłym roku nadrobiłam wreszcie „Paranormal Activity” i nieźle się wystraszyłam; w filmach o leśnej wiedźmie właściwie bać się nie ma czego), materiał jest równie dobrze zmontowany, a poza tym lubię jump scare’y.:) 4,5/10

„Bridget Jones 3” („Bridget Jones’s Baby”) (UK/USA/IRL/FRA, 2016), reż. Sharon Maguire – najlepszą rekomendacją dla tego filmu niech będzie fakt, iż osoba, która nie lubi dzieci i ich nie pragnie, była na tym już 2 razy, dała 8-kę i zapowiedziała, że zdania nie zmieni. Mnie akurat jeden seans wystarczy. Ale też niedawno zarzucono mi, że nie jestem wystarczająco antydziecięca więc to może dlatego.;) 3 odsłona przygód Bridget Jones niestety nie jest powrotem do geniuszu korzeni i oryginalnej idei. Oczywiście 10 lat wcześniej Bridget też walczyła o możliwość wbicia się w białą suknię i welon, ale miała wówczas o wiele mniej entuzjastyczny stosunek do dzieci, wieczne kłopoty z facetami, samokontrolą czy zawodowe. 43-letnia Bridget to kobieta z dobrym zawodem, dojrzalsza, ogarnięta, lepiej ubrana, szczuplutka (dobrze, że chociaż głos jej się nie zmienił). Całkiem inna od młodszej siebie i z zupełnie z innymi problemami (a właściwie bez większych problemów), co sprawia, że to już inny rodzaj widowiska i niemalże inna bajka. Tyle dobrego, że Darcy wciąż jest Darcym.:) Czemu więc szarpnęłam się na pozytywną ocenę? Przede wszystkim warto pamiętać, że między dziennikiem a dzieckiem była jeszcze lekko żenująca pogoń za rozumem. 3 część jest jednak lepsza. Mniej wydumana, składająca się w logiczną całość, i nawet jest się z czego pośmiać (nie jest to humor wyszukany i raczej jednorazowy – no może poza jednym cudownym incydentem, który ma miejsce w trakcie porodu – ale działa). Poza tym ja zawsze doceniam filmy, które wywołują we mnie refleksje. Tym razem dotarło do mnie, że za mało się w życiu tarzałam w błocie, a do szczęścia brakuje mi przystojniaka, który nosiłby za mną wielkie pudło;) 5,5/10

„Mając 17 lat” („Quand on a 17 ans”) (FRA, 2016), reż. André Téchiné – taka refleksja: Jak to jest, że gdy się wbije w mundury Amerykanów, Duńczyków itp., to oni zawsze dzięki tym mundurom zyskują, a francuscy żołnierze prawie zawsze wyglądają niepoważnie? Co jest nie tak z tymi mundurami?;) „Mając 17 lat” to film o dwóch nastoletnich chłopcach, którzy – na pierwszy, a nawet drugi rzut oka, bez powodu – ciągle szukają ze sobą zwady. Przy czym tłuką się nie tylko ze sobą, ale też z masą typowo nastoletnich problemów, mnóstwem silnych emocji i uporczywych myśli. Film jest długi i dość chaotyczny. Chcąc go obronić, muszę się chyba uchwycić tezy, że nastolatki to w gruncie rzeczy jeden wielki niepokój i zamęt, ich codzienność to same wielkie dramaty i że film po prostu dobrze to odzwierciedla. O tyle łatwiej jest się trzymać tej myśli, że emocje (ich ładunek i to, jak są zagrane) są tu naprawdę w porządku. Struktura „Mając 17 lat” składa się z 3 trymestrów. Sam ten fakt sprawił mi dużo radości (tak, wiem, że we Francji właśnie tak jest zorganizowany rok szkolny). Wszak 3 trymestry to 9 miesięcy. Jeśli ciekawi Was, co też się Téchiné’owi koniec końców urodziło, musicie obejrzeć film. Ja powiem tylko tyle, że rozmach miał spory. Tak na 2, może nawet 3 filmy. :D A choć wyraźnie próbował chwycić za ogon zbyt wiele srok (za dużo tu zbyt pobieżnie potraktowanych wątków i dylematów), i może trochę przeszarżował ze skalą dramatyzmu, IMO do „Barw szczęścia” czy „Płynących wieżowców” trochę jeszcze temu obrazowi brakuje. Jako dodatkowy smaczek podrzucam link do karkołomnej filmwebowej teorii głoszącej, że to film o zagrożeniach wynikających z multikulti. Wpadłszy na to przypadkiem, omal nie popuściłam z radości. :D UWAGA! Nie czytajcie tego przed seansem, bo to jeden wielki spoiler. Za to „po” – koniecznie. Dla takich chorych interpretacji warto przesiedzieć przed ekranem 2 godziny.;D 6/10

filmy-les-saisons-slugi-boze-blair-witch-bridget-jones-3-quand-on-a-17-ans

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kinowe podsumowanie tygodnia: 12-18 września 2016

„Kamienne pięści” („Hands of Stone”) (USA/PAN, 2016), reż. Jonathan Jakubowicz – ballada o głodnym chłopcu z Panamy. Głodnym dosłownie i we wszystkich możliwych przenośniach. Niektórym kontekst panamski wyda się zbędny, ale dla mnie tło historyczno-społeczne jest tu bardzo ważne. To ono pozwalać zrozumieć ten głód, tę dumę, tę potrzebę ciągłego potwierdzania swojej wartości. Roberto Durán – jeden z nielicznych bokserów, którzy walczyli dla siebie, a nie dla innych i mieli dość jaj, by powiedzieć „no más”. Wielki szacun. Jako biografia film jest mocno nielinearny i ponoć nieco wygładzony, ale ogół faktów się zgadza. Na pewno podoba mi się, że nie jest to kolejny typowy film bokserski. Pisałam już przy okazji „Creeda”, że powstaje takich filmów coraz więcej i właściwie trudno powiedzieć, na co komu tyle tego. „Kamienne pięści” do tego stopnia nie są tego typu kinem, że prawdziwego boksu jest tu mało, a ten, który jest, zamknięto w bardzo specyficznych i równie specyficznie zmontowanych kadrach. Film od początku do końca eksponuje człowieka, a nie ringowe potyczki więc i kamera zamiast podążać w ringu za pięściami woli zaglądać ludziom głęboko w oczy. Bardzo odważne posunięcie. Podoba mi się też, że wreszcie dostaliśmy fightera, którego wcale nie musimy lubić. Którego pod pewnymi względami lubić się wręcz nie da, zwłaszcza gdy odpali wszystkie pokłady maczyzmu. Którego człowiek nie lubi czasem do tego stopnia, że koniec końców lubi go najbardziej (nawet bardziej niż przeuroczego usherowskiego Sugar Raya Leonarda:). Ja z tych, którzy uważają, że ten film niesie przede wszystkim wspaniała kreacja Edgara Ramíreza, w drugiej kolejności dobry występ Ushera Raymonda, a Robert De Niro jest tu tylko miłym dodatkiem, ale poziom aktorski jest naprawdę wysoki więc nie ma znaczenia, na kogo się skusicie. A tych, których pociągają inne walory, na pewno kupi prześliczna Ana de Armas. 6,5/10

„Morgan” („Morgan”) (USA, 2016), reż. Luke Scott – wbrew pozorom nie poszłyśmy na ten film dlatego, że to debiut fabularny syna Ridleya. Po prostu lubimy sci-fi, nawet gdy są to odgrzewane kotlety (czystym przypadkiem bardzo to bladerunnerowskie, tyle że pozbawione prawdziwych tajemnic; trochę też pachnie to „Ex Machiną”; w skrócie i za wiele nie zdradzając: pewna korporacja zaciekle eksperymentuje tu z genetyką, próbując zmiksować sztuczną inteligencję z ludzkim DNA i zobaczyć, co jej z tego wyjdzie). Największą, i być może jedyną znaczącą wadą „Morgan” jest to, że od pierwszej do ostatniej sceny wszystko tu wiadomo. Kto, co, dlaczego, jak, w którym momencie, włącznie z tym, jak dokładnie się to skończy. Niczego nie udało się ukryć. Może Scott był z góry na to skazany, będąc Scottem. Może zbyt wiele kart odkrył zbyt szybko, przez co blef nie miał gdzie się ukryć. A może to kwestia tego, że od lat wszyscy kręcą to samo tak samo i po prostu znamy już te numery. Może to zresztą i lepiej, że przebieg akcji jest taki oczywisty, bo gdyby był tu jeszcze jakiś suspens, to pewnie zeszłabym na zawał (yep, to nie jest film dla dzieci; krew brzyga, walają się wewnętrzne organy). Największą zaletą tego filmu jest to, że przewidywalność zdarzeń wcale nie przeszkadza w jego oglądaniu. Sama akcja dobrze wygląda i bardzo gładko wchodzi, a mając świadomość, czemu się przyglądamy, możemy bez trudu wczuć się w prawdziwych naukowców (których jest tu akurat deficyt) i pogdybać, co by to było, gdyby człowiek nie znał strachu, a potrafił oszacować każde ryzyko. 6/10

filmy-hands-of-stone-morgan

Dodaj komentarz

Filed under Film