Category Archives: Film

O filmach.

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 7/10 (7,5)

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 02.07.2018

Myślałby kto, że jak człowiek choruje, to się chociaż filmów naogląda, ale rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Mecz kątem oka to ja mogę nawet z gorączką, ale żeby oglądać filmy, potrzebuję jednak być jako tako przytomna.

Poniedziałek 25.06

„Dziedzictwo. Hereditary” („Hereditary”) (2018), reż. Ari Aster – 6/10 (6,5)

W drodze do kina najpierw utknęłam w drzwiach obrotowych (po prostu nagle stanęły i odmówiły dalszego wykrywania obecności człowieka. zdarza się), następnie (i to już było dziwne) winda w Złotych Tarasach nie chciała mnie zawieść na górę do Multikina (z windy wysiadła pani z wózkiem więc wcześniej wszystko działało. potem w środku byłam już tylko ja, a bezpośrednio na zewnątrz nikogo. w tym momencie drzwi zaczęły się zamykać i otwierać jak szalone. uspokoiły się dopiero wtedy, gdy wysiadłam. po czym winda spokojnie odjechała), a na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. To powinno było mnie ostrzec i odprawić do jakiegoś cywilizowanego kina, ale nie. No więc dostałam za swoje – nastrojowy horror, który powinno się kontemplować w jako takiej ciszy i skupieniu, musiałam oglądać w towarzystwie gościa, który nie krępował się rozmawiać przez telefon oraz głośno gadających i biegających po sali nastolatek. To był koszmar. Z którym żaden horror nie miał prawa wygrać. I nie wygrał.

Nie spoilując wprost, mogę powiedzieć, że „Hereditary” to połączenie pewnego kultowego „polskiego” horroru z jednym z horrorów Netflixa i klasyczną grecką tragedią. Przy czym film Astera nie ma w sobie ani finezji tego pierwszego obrazu, ani nie dostarcza tylu emocji co ten drugi. Świetnie sprawdza się wyłącznie jako produkcja o fatum (naprawdę, Sofokles byłby dumny!) oraz jako dość szczególny dramat rodzinny – pogrążony w żałobie, wyciągający z szafy masę trupów, obiecujący duchy i dostarczający rzeczy, których widz nie oczekiwał. Film ma fajny klimat (umiejętnie budowany z pomocą ekspresyjnego aktorstwa, upiornej muzyki i bardzo dobrych mrocznych zdjęć Pawła Pogorzelskiego), jest bardzo dobrze wykonany (nie tylko jak na debiut. ale jak na debiut to ekstra), ma swoje momenty i potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że tak boleśnie rozczarowuje pomysłem na zakończenie. Tak samo zresztą jak początkiem. Na subtelność i niedopowiedzenia nie macie co tu liczyć.

Sobota 30.06

„Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” („How to Lose Friends & Alienate People”) (2008), reż. Robert B. Weide – 5/10 (5,5)

Nie sprawdza się to jako komedia (choć ze 3 razy śmiech zręcznie wymusza. przede wszystkim skalą absurdu), nie sprawdza się też jako satyra na show-biznes (zbyt grubą kreską nabazgrał to reżyser, zbyt pretensjonalnie i tanio). Trochę lepiej film wypada jako obraz o kuluarach pracy brukowców i lifestylowych czasopism, a to pewnie dlatego, że bazuje na doświadczeniach byłego stażysty Vanity Fair – Toby’ego Younga – autora książki, której film jest ekranizacją i pierwowzoru filmowego Sidneya. Oczywiście ta część „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” też została podkoloryzowana, ale niektóre sceny odtwarzają prawdziwe zdarzenia (patrz np. scena upadku w hallu). Z drugiej strony jest to całkiem sensowna produkcja o związkach (zwłaszcza o bliskości, wspólnych zainteresowaniach i celach oraz byciu razem na co dzień), a odpowiednio hiperaktywny Simon Pegg, rewelacyjna Kirsten Dunst, rozkoszny Jeff Bridges, seksowna Megan Fox i czadowa Gillian Anderson potrafią ten niewybitny obraz solidnie osłodzić.

Niedziela 01.07

„Złodzieje rowerów” („Ladri di biciclette”) (1948), reż. Vittorio De Sica – 7/10

Włoski realizm niemagiczny i krótki film o bezradności (bezradności dziedzicznej, od której trudno się uwolnić), nakręcaniu się spirali biedy i spirali nieszczęść. Fabułę tej produkcji da się opowiedzieć w 3 zdaniach (a nawet poprzez tytuł) więc nie będę Wam tu wykładać treści. To trzeba obejrzeć i przeżyć. Na szczęście i niestety nie na własnej skórze, co prowokuje do łatwych i niesprawiedliwych ocen postępowania bohaterów. Oby koniec końców do dojrzalszych wniosków. Film został sfinansowany przez znajomych królika i zagrany przez amatorów, czego oczywiście nie widać. Klasyka.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 25.06.2018

Z kinem Mundial co prawda nie wygrał, ale już z filmami jako takimi – na całej linii. Co 2 lata obiecuję sobie, że więcej do takiej sytuacji nie dopuszczę i co 2 lata się potem z siebie śmieję.:D

Poniedziałek 18.06

„I że ci nie odpuszczę” („Overboard”) (2018), reż. Rob Greenberg – 2/10

Remake „Damy za burtą” Garry’ego Marshalla. Główna różnica fabularna polega na tym, że pamięć traci on, a nie ona, a ona jest matką 3 słodkich córek zamiast 4 urwisów. Główna różnica jakościowa… Cóż… Jest ich całe mnóstwo. Po pierwsze grający Leo Eugenio Derbez to chyba najbardziej obleśny gostek w historii romantycznego kina. Po drugie między nim a Anną Faris jest jeszcze mniej chemii niż w „Zimnej wojnie”. Do grających w oryginale Kurta Russella i Goldie Hawn aktorzy nie mają nawet startu, a perypetie ich bohaterów są nieciekawe i nieśmieszne. Cień sympatii budzą tylko dzieciaki, norweska załoga statku i szkocki steward.

Wtorek 19.06

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” („Loving Pablo”) (2017), reż. Fernando León de Aranoa – 6/10

Ekranizacja książki byłej kochanki Pablo Escobara – Virginii Vallejo. Słynny boss narkotykowy na pewno nie miałby nic przeciwko tej publikacji, bo idę o zakład, że właśnie tak chciał zostać przedstawiony. Jako budzący postrach dealer śmierci, a jednocześnie prawdziwy król życia (i pomyśleć, że dziś pultamy się o warunki, w jakich przetrzymują Breivika;). Od strony produkcyjnej film jest dość ciekawy, bo hiszpański, ale nakręcony łamaną angielszczyzną (ewidentny zabieg marketingowy. niezbędny więc mogę to Leónowi de Aranoi darować), bo niskobudżetowy, a wygląda nie gorzej niż produkcje amerykańskie (budżet „Loving Pablo” to zaledwie 4 mln. $. dla porównania zbliżony tematyką i konwencją amerykański „Barry Seal: Król przemytu” kosztował 50 mln. $. jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 1:0 dla kina europejskiego!). Fabularnie trochę sztampa, ale przyzwoicie zagrana (Bardemowie to idealni aktorzy do tych ról, zwłaszcza Javier), chwilami absurdalnie zabawna i podbita rewelacyjną muzyką Federico Jusida.

Czwartek 21.06

„Twój Simon” („Love, Simon”) (2018), reż. Greg Berlanti – 6/10 (5,5)

Ekranizacja książki „Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli. Dziwny jest to obraz. Jednocześnie bardzo prawdziwy (w temacie życiowych rozterek i niektórych niezręcznych dialogów) i mocno przerysowany (zwłaszcza na poziomie odzwierciedlenia highschoolowej rzeczywistości – jest zbyt modelowo i cukierkowo). Głównym bohaterem filmu jest Simon Spier – zwyczajny, raczej lubiany amerykański nastolatek, który z sobie tylko znanych względów za nic nie chce przyznać publicznie, że jest gejem, choć serce wyrywa mu się jak szalone, komplikując życie wszystkim wokół. „Twój Simon” to lekki, słodki, patologiczno-romantyczny film, który od razu skojarzy Wam się z „13 powodami” (podobne realia szkolne, a w roli Leah i Cala Katherine Langford i Miles Heizer, czyli Hannah i Alex z produkcji Netflixa). Jeśli lubicie takie kino i/lub jesteście dzieciakami, które mają problem z coming outem, to na pewno film Grega Berlanti’ego obejrzeć warto. Już choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak tego coming outu nie robić.

Piątek 22.06

„W cieniu drzewa” („Undir trénu”) (2017), reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – 7/10

Dałam się nabrać (samej sobie. tak po prostu źle założyłam:), że będzie to czarna komedia (a okazało się, że czarny jest tu tylko humor reżysera:) W rzeczywistości film jest przede wszystkim dramatyczny i prowokacyjny (w tym celu nagina rzeczywistość do potrzeb przekazu, który chce ponieść. na pewno zdarzy Wam się pomyśleć: „to niemożliwe! to nie mogłoby się wydarzyć. tak bez żadnych procedur i żeby nikt nie zareagował”. racja! detale nie muszę się tu jednak zgadzać, by konsekwencje były realistyczne i realne). Gatunkowy również, owszem, ale z gatunków zasadniczo mroczniejszych. „W cieniu drzewa” to z jednej strony miks jednostkowych dramatów rodzinnych, z drugiej uniwersalne studium sąsiedzkich i w ogóle międzyludzkich konfliktów. Tak już jest, że z wiekiem inni ludzie i ich nawyki coraz bardziej zaczynają nam przeszkadzać (czasem przeszkadzają naprawdę, a czasem mamy tylko żal do innych o rzeczy, których sami nie mamy lub które nam się już nie przytrafiają). Można się wówczas przenieść na odludzie albo spróbować się z ludźmi dogadać. W przeciwnym razie możecie sobie tylko wyobrazić, jak może się skończyć eskalowanie konfliktów. A jeśli nie możecie, to koniecznie przejdźcie się do kina. Nie zaszkodzi. I w razie czego pamiętajcie: Policja nie zawsze pomoże, ale przeważnie nie gryzie. Dajmy jej chociaż szansę.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 18.06.2018

Wycieczka do Torunia, M jak Mundial z migreną (niestety prawdziwą) i tylko 4 filmy, czyli tydzień minimalistyczny. Pocieszam się tym, że dla Was i tak liczą się głównie premiery więc tylko ja jestem stratna.

Poniedziałek 11.06

„Thelma” („Thelma”) (2017), reż. Joachim Trier – 7/10 (7,5)

O tym, jak nie postępować z dziećmi. A już tym bardziej z dziećmi obdarzonymi niekontrolowaną mocą. Przy czym moc tę można tu odczytywać dosłownie (i wtedy film ma x-menowski posmak), a można też uznać za symbol budzącej się świadomej kobiecości. Wszak z tradycyjnie męskiego i tradycjonalistycznie religijnego punktu widzenia złowieszcza wydaje się już sama idea otwartego buntu przeciw porządkowi, który od zawsze narzucali przede wszystkim mężczyźni. „Thelma” to film o tym, jak wielkie i wielowymiarowe szkody może spowodować opresyjne, pozbawione miłości wychowanie. Przy czym wystarczy prześledzić życiorysy przestępców i innych psychopatów, żeby zyskać pewność, że ten rodzaj szkód najczęściej nie pozostaje krzywdą jednostkową, lecz prędzej czy później zwraca się światu, i to w paskudny sposób. Obraz Joachima Triera nie jest może stricte kinem grozy, ale na pewno budzi i nakręca niepokój. Wspaniale potęgowany przez piękne mroczne zdjęcia Jakoba Ihre i kolejny doskonały score Ole Fløttuma. Dla mnie największą zaletą tej produkcji (oprócz przekazu, z którym się zgadzam) jest jej niezwykła zmysłowość i wyrywająca się spod typowo skandynawskiej tafli emocjonalność. Duża w tym zasługa grającej Thelmę magnetycznej Eili Harboe.

Wtorek 15.05

„Czuwaj” („Czuwaj”) (2017), reż. Robert Gliński – 5/10

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, no może w siódmym lesie, ale w żadnym istniejącym kraju był sobie obóz harcerski. Dla młodzieży patriotycznej, dla młodzieży trudnej i dla młodzieży, której się w dupie poprzewracało. Dorosłych było w tym świecie jak na lekarstwo. Gdy tylko mogli, wiali gdzie pieprz rośnie. Gdy zwiać się nie dało, zalewali robaka i profilaktycznie opędzali się od dzieci „elektrycznym” drutem. To nie jest nawet tak, że film Roberta Glińskiego jest źle zrobiony. Ja myślę, że formalnie jest to lepsze niż przykładowo „Obce ciało” Zanussiego. Szkoda tylko, że fabularnie jest to raczej „Obcy” (przy czym chwilami można się pośmiać tak jak z tego pierwszego). Czysta fikcja. Teoretycznie Robert Gliński chciał oczywiście dobrze. Zależało mu, żeby pokazać, jak łatwo się nakręcić w oparciu o poszlaki i powszechnie panujące stereotypy i jak krótka jest droga do ślepego odwetu. Do którego wszyscy mamy skłonność i którego większość z nas by żałowała. Jedną z nielicznych zalet tej produkcji jest właśnie fakt, że reżyser nie dzieli bohaterów na dobrych i złych. Wszyscy mają coś za uszami, wszyscy są podejrzani. Szkoda tylko, że ta refleksja nie pojawia się tu w prawdziwym świecie, na naszym polskim podwórku, tylko w ramach totalnie nieprawdopodobnego nierasowego dystopijnego fantasy w stylu „Więźnia labiryntu”. Co do obozów harcerskich, to wiem, że kiedyś była to naprawdę fajna sprawa. Dziś jawią się jako obozy przetrwania. A to zerwana lina zjazdowa, a to molestowanie przez księdza, a to dzieciaki giną w nawałnicy, bo nikt nie sprawdził prognozy pogody. Czekać tylko, aż się mordować zaczną. Nie mówię, żeby nie posyłać, ale warto dokładnie sprawdzić, gdzie i z kim się dzieci puszcza i monitorować, co się tam z nimi dzieje.

Środa 16.05

„Jurassic World: Upadłe królestwo” („Jurassic World: Fallen Kingdom”) (2018), reż. J.A. Bayona – 7/10 (6,5)

To koniec. Wyspa dinozaurów gotuje się do wulkanicznego wybuchu. Dinozaury znów czeka zagłada. No chyba że ktoś się ulituje. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w taką litość, należałoby sobie zadać ważkie pytanie: Czy ratowanie dinozaurów to aby na pewno dobry pomysł? No cóż, jeśli liczyliście na to, że film ten będzie kopalnią dobrych pomysłów, to się przeliczycie (chociaż ja bardzo kibicowałam temu finałowemu. od lat kibicuję:). Uwaga!: Jeśli wolicie, gdy dinozaury prowadzą egzystencjonalne dysputy, a ludzie giną w ciszy, to nie jest produkcja dla Was. Nie nadaje się też dla dzieci (no chyba że zależy Wam na tym, żeby nie mogły spać w nocy. dinozaury są tu wyjątkowo żarte więc jest szansa), uczulonych na prehistoryczne gady i uczulonych na czystą rozrywkę (zakichają się i zdechną z nudów). Cały ten film to wyłącznie: dinozaury, dużo dinozaurów (w tym Welociraptorka empatii, Stygimoloch chaosu i Tyranozaur pogardy. za występ tego ostatniego zawyżam ocenę końcową!<3), katastrofy naturalne (ma Bayona to zacięcie!), różnorakie efektowne efekty (na pełnej kur…ce wodnej;), trochę grozy i horroru, niecna rozwałka, rozkoszny Pratt (wciąż zabawny i do schrupania), bystre sympatyczne dziecko i sympatyczny nerd. Nic tu nie ma poza rozrywką (mniej więcej taką, jaką widać w trailerze więc zróbcie to dla siebie i przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun. żaden spoiler nie jest wart Waszego cierpienia). Ja akurat mam za sobą bardzo egzotyczny sens, bo oglądany w towarzystwie agresywnych dinozaurów – wydzierających się, rozrzucających wokół siebie jedzenie i żłopiących wódę na dwie ręce. Indominus Polonus. Tym samym znacie już moje stanowisko w sprawie: ratowanie dinozaurów jest bez sensu. Nawet jeśli za te „prawdziwe”, co się przewalają po ekranie, zawsze trzymam kciuki (wszak byłby to jakiś sposób na Polonusy:).

Niedziela 20.05

„Kwiat pustyni” („Desert Flower”) (2009), reż. Sherry Hormann – 5/10

Ach, gdyby nie to podbijanie dramatyzmu! Zwłaszcza wnerwiającą ckliwą muzyką. Etiopka grająca Somalijkę to pewnie trochę jak Japonka grająca Chinkę czy Rosjanka Polkę, ale Liya Kebede jest tak uwierzalna w roli somalijskiej supermodelki Waris Dirie, że trudno się przyczepić. W roli aktorki jest już co prawda dużo mniej uwierzalna, ale nie zawsze można mieć wszystko. Poza tym w ramach rekompensaty i wyrównywania równowagi w przyrodzie reżyserka ofiaruje nam jak zwykle cudowną Sally Hawkins. O okaleczaniu kobiet, głównie w Afryce, ale też w krajach, do których wyemigrowały ludy praktykujące obrzezanie małych dziewczynek (problem dotyczy kilkudziesięciu krajów. to absurd, że do czegoś takiego dochodzi też w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. wolność wolnością, ale powinna być nad tym jakaś medyczna kontrola w państwach cywilizowanych. jak się komuś nie podoba, niech wraca w podskokach do siebie) mówi się od lat. Głośniej od 2000 roku, gdy wyszła drukiem autobiografia Dirie. W międzyczasie temat regularnie powracał w mediach. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza poza Afryką coś w tej sprawie zostanie zrobione. A jednak do tej pory nic się nie zmieniło (ONZ poinformowało w tym roku, że problem dotyczy przynajmniej 200 milionów kobiet, a do 2030 roku będzie ich co najmniej o 68 milionów więcej. plus minus, bo przecież część ofiar umrze podczas zabiegu lub w ramach powikłań po nim, a część przy porodzie). Właśnie dlatego warto o tym pisać i kręcić. I może nawet w taki łopatologiczny, grający na emocjach, mocno telewizyjny sposób. Wszak w ten sposób trafia się pod strzechy.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 11.06.2018

Gorącego lata ciąg dalszy, czyli hamaczek, wino, pigwóweczka, lody, spacery i rozbijanie się (dosłowne) na rowerze. Tak trzeba żyć! Nawet jeśli kosztem filmów.;)

Poniedziałek 14.05

„Beksińscy. Album wideofoniczny” („Beksińscy. Album wideofoniczny”) (2017), reż. Marcin Borchardt – 7/10 [doc]

Dokumentalna ekranizacja słynnej książki Magdaleny Grzebałkowskiej – „Beksińscy. Portret podwójny”. I teraz to już naprawdę muszę to w końcu przeczytać. Przy tej masie nagrań audiowizualnych, które pozostawili po sobie Beksińscy (setki godzin materiału z okresu około 50 lat), samo stworzenie albumu rodzinnego nie mogło stanowić problemu. Tym bardziej że reżyser ułatwił sobie sprawę, przeważnie trzymając się chronologii (spokojnie zmierzając od Sanoka do warszawskiego końca). Polepienie tego wszystkiego w 80 minut sensownego, spójnego i wciągającego filmu wymagało jednak pomysłu i kunsztu. „Album wideofoniczny” nie jest biografią, nie kreśli prawdziwego obrazu rodziny (jeśli coś takiego jak „prawdziwy obraz” w ogóle istnieje. w każdym razie nie da się stworzyć czegoś takiego, nie dywersyfikując źródeł). Pozwala jednak wczuć się w punkt widzenia bohaterów (poprzez to, co lubili, co im się podobało, czego słuchali, co mówili, co było dla nich ważne) i dostrzec w ostatniej rodzinie prawdziwych ludzi. Wcale nie aż tak różnych od nas. Po tym seansie nikt mnie już nie przekona, że Ogrodnik źle zagrał Tomka. Jak dla mnie (nie ujmując nic wybitnemu Andrzejowi Sewerynowi) Dawid był właśnie najlepszy.

Wtorek 15.05

„Bella i Sebastian 3” („Belle et Sébastien 3, le dernier chapitre”) (2017) (Dub), reż. Clovis Cornillac – 5/10

Dzieci podrastają i przestają być słodkie, psy zostają matkami i zatracają dotychczasową beztroskę. Tak jest. Tak musi być. Ale jednak szkoda. Tym bardziej że góry też tracą tu swoją wagę, a film zdaje się służyć bardziej rodzicom niż milusińskim. Jeśli szukacie bajki, która podstępnie oswoi Wasze dzieci z koniecznością zmiany otoczenia, to ta stanowczo Was wesprze. In (dodatkowy) minus: dużo dramatycznych dramatów, które nie dorównują kalibrem i powagą problemom czasu wojny czy realiom katastrofy. In plus: pieski (oprócz Garfielda Fort, Isabeau i Fripon Della Rocca Dei Patous) oraz fakt, iż „Bella i Sebastian 3” to całkiem niezły horror dla maluchów. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby postać Josepha wystraszyła dzieciaki bardziej niż Naziści i ogień. A może to jednak wada?;)

Środa 16.05

„Przebudzenie dusz” („Ghost Stories”) (2017), reż. Jeremy Dyson, Andy Nyman – 5/10 (5,5)

Pierwszych 20 minut filmu wygląda jak homemade TV show i nie zachwyca (mówiąc wprost: czułam się lekko zażenowana i wcale nie lekko znużona). Potem sytuacja ulega poprawie o tyle, że coś się wreszcie zaczyna dziać i z daleka wygląda nieźle (szkoda, że z bliska już niekoniecznie). Głównym bohaterem filmu jest człowiek, który poświęcił życie na demaskowanie zjawisk paranormalnych. W ramach przysługi dla swojego mistrza profesor Goodman decyduje się zbadać trzy przypadki rzekomych nawiedzeń. Do śledztwa zabiera się niczym Poirot i prowadzi sprawy z podobną flegmą. A choć bywa swojsko (Marek) i zabawnie (ghost story nr 2), przede wszystkim jest mało oryginalnie (widać, że twórcy naoglądali się „Mamy”, „Martwego zła”, „Naznaczonego” czy „To”), siermiężnie i nudno (nawet w ciut ambitniejszej końcówce). Na pewno nie strasznie. Ledwie drgnęłam na tych dwóch jumpscare’ach.

Czwartek 17.05

„Zimna wojna” („Zimna wojna”) (2018), reż. Paweł Pawlikowski – 7/10 (7,5)

Nareszcie wiem, kogo mi przypomina Joasia Kulig. Natalię Wodianową!:D Najbardziej osobisty film Pawła Pawlikowskiego. Tym razem nie tylko o Polsce, ale i o rodzicach. W czasach, gdy bycie sobą było ryzykowne, a bycie Polakiem – równie trudne co obecnie (też czasem wstyd się było przyznać i też oszołomy dyktowały, kto ma prawo Polakiem się nazywać). 3 rzeczy mogę powiedzieć o „Zimnej wojny” na pewno:

1. Film jest przepiękny! Wizualnie, muzycznie (gdy Mazowsze śpiewa o „Dwóch serduszkach”, to ja po prostu automatycznie ryczę. wrażliwość i słuch muzyczny bywają czasem przekleństwem. choć to oczywiście zacne wzruszenia, cenne i potrzebne). Zdjęcia, detale, stylówa, przyśpiewki, aranżacje jazzowe. Po prostu bajka!

2. Film jest rewelacyjnie nakręcony. Konstrukcja fabuły, reżyseria, aktorstwo (indywidualnie), wszystkie aspekty techniczne, na czele ze zdjęciami, stoją na wyjątkowo wysokim poziomie.

3. Między Kotem a Kulig nie ma cienia chemii. Nie pamiętam, czy Joasia kiedykolwiek miała z kimkolwiek chemię (nie pamiętam też właściwie, czy Tomasz miał), ale tutaj nie ma jej najbardziej. Naprawdę dojmująco. A to przecież film o miłości jest! Za ten zgrzyt malutki minus.

Niedziela 20.05

„Martyrs. Skazani na strach” („Martyrs”) (2008), reż. Pascal Laugier – 8/10

Jakie jest prawdopodobieństwo, że reżyser „Uciekaj!” widział „Martyrs”? Bo wydaje się, że duże. Dobrze, że nie wiedziałam, na co się porywam (sława tego filmu – tak brutalnego, że Francuzi byli bliscy jego zakazania, jakoś do mnie nie dotarła), bo nie wiem, czy bym się zdecydowała. Nie jest to może najstraszniejsza filmowa przemoc, jaką widziałam, ale faktycznie jest to przemoc krańcowa, skręcająca flaki, ponuro i długofalowo działająca na wyobraźnię (miałam już tak z „Sinisterem”. do dziś przechodzą mnie ciarki, gdy o nim myślę i mam opór, by projekcję powtórzyć). Okropnie dużo dźwięków wydawał pokój po seansie. Przez chwilę bałam się, że nie zasnę. „Martyrs” to horror o sensie cierpienia. Jakkolwiek to brzmi. Wiem, że pokusa zarzucenia filmowi Laugiera epatowania przemocą li tylko dla rozrywki jest duża, ale dla mnie od początku było jasne, że refleksja nad kondycją ludzkości była dla reżysera równie ważna. Film jest NAPRAWDĘ krwawy (aczkolwiek najgorszego przytomnie nie prezentuje. co też może być dowodem na to, że twórcy zależało na czymś więcej) i wybitnie nieprzyjemny (obrzydliwy i zarażający strachem), ale jednocześnie świetnie skonstruowany (składa się z 4 starannie przemyślanych części, z których każda kończy się mocnym zwrotem akcji. wszystko jest tu gwałtowne, ale metodyczne, bez cienia przegięcia czy chaosu) i przerażająco fascynujący (ciężko się oderwać). Takie kino grozy trafia się niezmiernie rzadko. Lojalnie przestrzegam, ale polecam! Jeśli w XXI wieku film potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, to znaczy, że jest dobry.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 04.06.2018

To był bardzo „budżetowy” tydzień (mimo długiego weekendu obejrzałam tylko 4 filmy, nie wyrabiając żadnego limitu i odwiedzając kino raptem 2 razy. OTOH byłam na super weselu i poprawinach, a w weekend wypasałam się w ogrodzie więc nie żałuję), a mimo to zrobiłam mało notatek (nagły atak silnej alergii tłumaczy mnie tylko trochę) i ciężko było mi się zabrać do tej Kroniki. Oj, lato, lato!:)

Poniedziałek 28.05

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” („Solo: A Star Wars Story”) (2018), reż. Ron Howard – 7/10

I had a really good feeling about this. I się sprawdziło. Przede wszystkim w osobie Aldena Ehrenreicha (chłopaka, którego bardzo lubię i który zdążył mnie zachwycić rolą w „Ave, Cezar!”). Jego Han, niepozbawiony Solowskiej pewności siebie i Fordowskiej łobuzerskości, jest psotny, wyluzowany i ma ten vibe, o który chodziło. Bez kopiowania, bez pretensji. To coś o wiele cenniejszego niż właściwy wygląd. Jeśli miałam w przypadku tego filmu jakieś kadrowe wątpliwości, to dotyczyły one Rona Howarda, ale szybko sobie przypomniałam, że nakręcił przecież „Willowa” (kultowe kino wielkiej przygody) i mi przeszło. „Han Solo” to rasowe kino awanturnicze. Pełne przepychu, spektakularnych efektów, dobrze osadzone i ładnie zgrane z poprzednimi filmami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” (wszystkie klocki zgrabnie wskakują na swoje miejsce, a jeden najwyraźniej złapał drugi oddech), choć nie skupia się wyłącznie na ogrywaniu sentymentów, tylko snuje własną przygodę. Może bez wielkich kreacji aktorskich, ale ze świetnie zgraną ekipą: oprócz Ehrenreicha z charyzmatycznym Donaldem Gloverem, bardzo Harrelsonowskim Woodym, diabolicznym Paulem Bettany i wciąż jeszcze Targaryenowską Emilią Clarke (dobrze, że mi to nie przeszkadza). Choć mnie się oczywiście jak zwykle najbardziej podobali Ci, którym było najtrudniej się zaprezentować i których gry aktorskiej nie sposób ocenić. Bo to właśnie Chewbacca Joonasa Suotamo i L3-37 Phoebe Waller-Bridge zostaną w sercu najdłużej.

Wtorek 29.05

„Ella i John” („The Leisure Seeker”) (2017), reż. Paolo Virzì – 6/10

Kolejny po „Zwariować ze szczęścia” film drogi Virzì’ego (pierwszy anglojęzyczny). Również oparty na mocnych kreacjach aktorskich (świetne role Helen Mirren i Donalda Sutherlanda) i opowiadający o próbie ucieczki przed nieuchronnym. Przeczytałam gdzieś, że wadą tego filmu jest przewidywalność. Naprawdę da się przewidzieć los starych schorowanych osób, które wyruszają w swoją ostatnią wspólną podróż? Normalnie szok i niedowierzanie! :D „Ella i John” to film o godzeniu się z losem, starością i chorobą. O pożegnaniu dwojga ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat byli sobie najbliżsi na świecie. Chorej na raka Elli, która trzyma się na nogach już tylko siłą niezmordowanej woli i jej chorego na Alzheimera męża, który bez niej dawno zatraciłby resztki tożsamości. Pożegnaniu podczas ostatniej wyprawy ukochanych kamperem. Do miejsc z przeszłości i dawnych marzeń. Brzmi to smutno? Bo jest smutne. Ale tylko w życiu jako takim. Na pewno nie u Virzì’ego! „Ella i John” to film ciepły i radosny, nie opłakujący życia, tylko je celebrujący. Prawdopodobnie uronicie parę łez, ale raczej nie powinniście załapać żadnej traumy. Ba! Niektórym ta opowieść wręcz pomoże. Mojej szefowej obraz ten natychmiast skojarzył się z jej ulubionym „Nad złotym stawem” Rydella. Tak że polecam Helen i Donalda fanom tego klasyka.

Środa 30.05

„Bakemono no ko” („Bakemono no ko”) (2015) (Sub), reż. Mamoru Hosoda – 7/10

Bestia i chłopiec. I wcale nie jest oczywiste, kto tu jest bestią. Co w sumie, bardzo się wpisuje w twórczość Mamoru Hosody – reżysera, który lubi się poruszać na styku światów ludzi i zwierząt. Głównym bohaterem filmu jest zły na cały świat mały chłopiec, który właśnie stracił matkę i który nie ma pojęcia, gdzie jest jego ojciec. Ren nie szuka opieki. Chce się nauczyć jak być samowystarczalnym i silnym. Gdy na jego drodze staje waleczny legendarny potwór, chłopiec decyduje się zostać jego uczniem. „Bakemono no ko” to film, który przede wszystkim pokazuje, ile jeszcze Chińczycy muszą się nauczyć, żeby dorównać do poziomu anime japońskiego. Myśli biegną do „Dużej ryby i begonii” automatycznie, bo oba filmy są opowieściami o przenikaniu się światów i czerpią z mitologii. Z tym że produkcja japońska robi to jednak wyraźnie lepiej. Bez chaosu, powoli, konsekwentnie, nie uciekając w tani romantyzm i nie próbując na siłę wycisnąć łez. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Hosoda nie rozgrywa tej historii na smutno. To nie słodkie, rozklejające widzów „Wilcze dzieci”. To oręż do ręki i uśmiech na drogę. Rubasznie szeroki.

Niedziela 03.06

„Bella i Sebastian 2” („Belle et Sébastien, l’aventure continue”) (2015) (Dub), reż. Christian Duguay – 6/10

Pytam Tatę, czy idziemy przykręcić wieszak, a on na to: „Tak, ale dopiero po piesku”. No skoro tak postawił sprawę. ;) Nie powiem, że da się przyzwyczaić do dubbingu w filmach aktorskich. Nie da się. Ale góry i zwierzęta potrafią trochę odwrócić uwagę. Akcja 2 części przygód Sebastiana i Belli rozgrywa się w 1945 roku, tuż po zakończeniu II wojny. Nie zdradzając za wiele, powiem, że dla Sebastiana dramat się tak łatwo nie kończy. Na szczęście (lub nieszczęście opiekunów) chłopiec zdążył stać się jeszcze bardziej uparty i wystarczająco twardy, by dramatom nie odpuścić. A Bella dzielnie tu nad nim czuwa. Nie potrafię odpowiedzieć, czemu ta część filmu podobała mi się najbardziej. Tym bardziej że, choć dziejowo akuratna i niewykluczona, chwilami bywa nieprawdopodobna. Może dlatego że jest najbardziej przygodowa. Może ze względu na dynamikę Sebastian – Pierre. A może po prostu miałam nastrój na tę eskapadę. Ponownie w niewyobrażalnie pięknych okolicznościach przyrody. Wiadomo, że góry robią mi tak jak Tacie pieski. No dobra, fajne pieski też mi robią. ;) A Garfield jest super!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 28.05.2018

Osiągnęłam ostatnio taki poziom zaabsorbowania tym blogiem, że aż musiałam sobie zrobić odpoczynek od oglądania i konieczności pisania. Stąd ta ziejąca luka między poniedziałkiem a piątkiem.:)

Poniedziałek 14.05

„Prawdziwa historia” („D’après une histoire vraie”) (2017), reż. Roman Polański – 3/10

Trochę głupio zarzucać wydawcom, że dla kasy opublikują każdą, choćby wyjątkowo słabą książkę bestsellerowego autora, gdy samemu kręci się analogiczny film. Przeszło mi nawet przez myśl, że może Roman Polański wcale nie stracił tego członkostwa w Akademii z powodów kryminalno-obyczajowych, tylko dlatego że Akademia widziała „Prawdziwą historię”. W gruncie rzeczy ani prawdziwą, ani historię. Ot, filmiszcze, które da się (a wręcz nie da się nie) rozgryźć w parę minut i które nie sprawdza się nawet jako obraz o zgubnych skutkach przemęczenia i mechanizmach samoobrony. Fabuła jest tu schematyczna, aktorstwo przerysowane, za całą charakteryzację starcza brak grzebienia, okoliczności składają się w sposób wyjątkowo nieprawdopodobny, choć nawet to nie jest w stanie przełamać dojmującej nudy, a na dodatek chwilami film jest bardziej obrzydliwy od „Taxi 5” i „Strażników cnoty”. O ile nie wymagam uzasadnienia dla golizny w kinie, tak przerost fizjologii nad treścią zniesmacza mnie mocno. Mniej więcej tak jak kręcenie takich jałowych filmów.

*

„Zimowi bracia” („Vinterbrødre”) (2017), reż. Hlynur Pálmason – 6/10 (6,5)

„Das ganze Leben ist ein Krieg; jeder Tag ist eine Schlacht”. I kolejny dokument o górnikach. A nie, to jednak kino islandzkie (technicznie rzecz biorąc w połowie duńskie, ale jak dla mnie od progu głośno krzyczy „Ísland!”).:D Aczkolwiek wiecie, widząc tak wielki nacisk na obraz i dźwięk, łatwo się pomylić. Tym bardziej że realia pracy w kopalni zostały oddane bardzo wiernie, a dialogów w tym wszystkim jak na lekarstwo. „Zimowi bracia” to kino szlachetnie niepodobne do niczego (widać w tym sztukę, dokumentalne zacięcie i kino skandynawskie, ale trudno upchnąć ten obraz w konkretną szufladkę), zdecydowanie artystyczne (gdzie artyzm lekko i bezpretensjonalnie przechodzi od poetyckości do naturalizmu, a nawet brutalizmu), dyskretnie próbujące dokopać się do prawdy o człowieku, międzyludzkich relacjach i życiu. W trakcie seansu drastycznie wzrosło moje poczucie zagrożenia. I wcale nie potrzeba było do tego terrorystów. Wystarczyła przekonująca rola Elliotta Todda Crosseta Hove’a, by wyobraźnia zaczęła pracować na takich obrotach, że teraz trudno będzie ją zatrzymać.

Piątek 18.05

„Duża ryba i begonia” („Dayu haitang”) (2016) (Sub), reż. Xuan Liang, Chun Zhang – 7/10 (6,5)

Od kiedy delfin to ryba? Coś się tym Chińczykom pomerdało, i to koncertowo.:D Nie wiem, na ile ta głupota wynika z bazowania na chińskich legendach i traktatach („Soushen Ji”, „Shan Hai Jing” „Zhuangzi” etc.). Miejmy nadzieję, że się nie utrwali. Twórcy nie ukrywają, że nakręcili ten obraz przede wszystkim dla młodzieży, ale jak to zwykle bywa w przypadku azjatyckich animacji, film spokojnie nadaje się również dla dorosłych (w kinach leci z napisami, a nie z dubbingiem!). Oczywiście pod warunkiem, że nie macie alergii na bajki o miłości. „Duża ryba i begonia” traktuje bowiem o wielu rzeczach, w tym o siłach przyrody, sensie istnienia, wdzięczności i poświęceniu, ale nie ma co ukrywać, że przede wszystkim jest romansem. Ostrzegłam. Fabularnie film jest taką trochę chińską „Małą syrenką”, wizualnie ciąży zaś w stronę produkcji studia Ghibli. Co prawda brak mu kunsztu dzieł Ghibli i japońskiej powściągliwości (twórcy za bardzo mnożą wątki, za szybko gonią, niepotrzebnie ciągle podbijają dramatyzm i za mocno grają na uczuciach), ale to dopiero – w zasadzie niskobudżetowy (4 razy tańszy od „Spirited Away”) – debiut. Który wygląda wystarczająco ładnie. Uwaga! W napisach końcowych jest ukryty dość istotny mid-credit!

*

„Free Fire” („Free Fire”) (2016), reż. Ben Wheatley – 7/10

Zabawy z bronią. Bo nikt przecież nie uwierzy, że handlarze i terroryści tak bardzo nie potrafią trafić do celu (wymiana ognia trwa prawie godzinę i jest to chyba jakiś rekord). Gdyby o trafianie do celu chodziło, film byłby jednak bardzo krótki. Z wielką stratą dla widzów. Inspiracją do nakręcenia „Free Fire” był raport FBI z pewnej amerykańskiej strzelaniny, którą Wheatley postanowił przełożyć na warunki brytyjskie (czyli na brytyjską gangsterkę i brytyjski czarny humor. prywatnie dziękuję zwłaszcza za dowcip alpejski) i poetykę gier wideo (dokładniej rzecz biorąc Counter Strike’a, choć wywołane do tablicy przez duraqa z Filmwebu „Wormsy”, wydają się tu nawet lepszym tropem). Można „Free Fire” obejrzeć jak dopieszczony slow action movie (z wysokiej klasy aktorstwem i masą praktycznych efektów), można też spojrzeć na sytuację jak na „typowy poniedziałek w firmie”. Może bardziej hardkorowy od przeciętnego, ale poniekąd przerabialiśmy to kiedyś wszyscy.

Sobota 19.05

„Salut 7” („Salyut-7”) (2017), reż. Klim Shipenko – 6/10

Rosyjska superprodukcja o załodze Sojuza T-13, która w czerwcu 1985 roku musiała się zmierzyć z praktycznie niewykonalnym zadaniem ponownego uruchomienia uszkodzonej stacji kosmicznej Salut 7. Brzmi ciekawie? Nic dziwnego, bo to świetna, autentyczna historia. Niestety Rosjanie postanowili uczynić ją świetniejszą. Film Klima Szypienko oparty jest na faktach, które twórcy jednak celowo wybielają i modyfikują. Myślałby kto, że stacja Salut 7 ot tak wysiadła. Albo że jej zestrzelenie naprawdę wyhamowałoby radziecki program kosmiczny na 10 lat. Bzdury! A choć ogólny przebieg rozmów między kontrolą misji i załogą został w filmie mniej więcej odzwierciedlony, to już przebieg wydarzeń w rzeczywistości był w wielu miejscach całkiem inny – przede wszystkim o wiele mniej dramatyczny (zainteresowanych odsyłam do „real story”). Może dlatego „Salut 7” posługuje się wymyślonymi nazwiskami bohaterów. W załodze Sojuza T-13 byli przecież Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, a nie jakiś Fiodorow i Alechin, a misję nadzorował Walerij Riumin, a nie Szudin. W zaistniałych okolicznościach chyba jednak należy uznać tę produkcję za fikcję. Co smutne, fikcję mocno propagandową. „Salut 7” porównywany jest często do „Grawitacji” i trzeba przyznać, że nie są to porównania przesadzone. Film jest tak samo hollywoodzki, tak samo przegięty i chwilami równie głupi, a jednocześnie, mimo iż kosztował tylko 400 milionów rubli (ok. 6,5 mln $), zwłaszcza w scenach kosmicznych wygląda równie dobrze co dzieło Alfonso Cuaróna za 100 milionów zielonych. Jeśli w kinie kosmicznym szukacie przede wszystkim przygód i warstwy wizualnej, nie będziecie rozczarowani.

*

„Czas pionierów” („Vremya pervykh”) (2017), reż. Dmitriy Kiselev – 7/10 (6,5)

Kolejna rosyjska superprodukcja kosmiczna (z budżetem porównywalnym do „Saluta 7”, czyli w skali Hollywoodu „niski budżet”). Tym razem o misji kosmicznej statku Woschod 2, która odbyła się w dniach 18-19 marca 1965 i miała doprowadzić do pierwszego spaceru człowieka w otwartym kosmosie. I tu już twórcy nie bawili się w żadne przekręty, tylko opowiedzieli o prawdziwych kosmonautach – Pawle Bielajewie i Aleksieju Leonowie, być może trochę ubarwiając konkretne sceny, ale jednak trzymając się faktów (zarys „real story” tutaj). Przytomnym pomysłem było z pewnością zatrudnienie Leonowa jako konsultanta. Początkowo „Czas pionierów” reżyserował Jurij Bykow, ale po nakręceniu 2/3 części naziemnej producenci wymienili go na Dmitrija Kisielewa. Oficjalnie dlatego, że miał lepszą wizję. I być może poniekąd była to nawet prawda. Kisielew miał na pewno jasną wizję scen kosmicznych. Najlepszych w filmie. Nie gorszych niż w „Salucie 7”, a jednocześnie łączących efekty komputerowe z praktycznymi. Gdyby nie propaganda (w obu filmach nie tyle historyczna, co próbująca zagitować współczesnego widza), byłby to naprawdę dobry film. Aczkolwiek i tak dobrze się to ogląda.

Niedziela 20.05

„Bella i Sebastian” („Belle et Sébastien”) (2013) (Dub), reż. Nicolas Vanier – 6/10 (5,5)

Jak ja nie cierpię dubbingu! Gdyby nie góry, pewnie natychmiast bym ten film wyłączyła. Ponoć kiedyś dzieci zaczytywały się tą książką. Szkoda, że wyszła z mody, bo uczyła szacunku i miłości do zwierząt, którego dziś, często nawet dzieciom, niestety brakuje. „Bella i Sebastian” to prosta, wzruszająca opowieść o psie i jego chłopcu. Gdzieś tam w tle zostały przemycone treści poważniejsze, czyli oddolne działania Résistance w czasie II wojny, ale ogólnie wszystko kręci się tu wokół małego Sébastiena, Francuskich Alp i alpejskiej przyrody (z grającym Belle przesłodkim pirenejskim psem pasterskim Garfieldem na czele).

*

„Transporter: Nowa moc” („The Transporter Refueled”) (2015), reż. Camille Delamarre – 4/10

Reboot oryginalnej serii. Również traktujący o traffickingu, choć z innej perspektywy i – co oczywiste – ze zmianą na stanowisku Franka Martina. To jest podobno ta rola, dla której Skrien wymiksował się z „Gry o Tron”. I choć od Stathama lepszy nie jest, głównym problemem tego filmu jest słaby scenariusz, a nie jego występ. W tym miejscu muszę się przyznać, że z oryginalnych „Transporterów” lubię wyłącznie Jasona. Scenariusze i aktorstwo wołają tam o pomstę. „Transporter 2” był dla mnie źródłem tak głębokiego cierpienia, że po 3-kę nawet nie sięgnęłam. „Nowa moc” – wcale nie taka cukierkowa, z fajną dynamiką ojciec-syn, dobrymi scenami walki i co najmniej jedną niewyobrażalną medyczną głupotą – plasuje się dokładnie między 1-ką, a „długo, długo, nic”.

*

„Tam, gdzie rosną poziomki” („Smultronstället”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 5/10 (5,5)

To musiał być jakiś wyjątkowo nostalgiczny rok w życiu reżysera, skoro nakręcił aż 2 filmy o poziomkach (smultronstället to „miejsce, w którym rosną poziomki”, ale też idiom oznaczający „ulubione miejsce, do którego chętnie się wraca”. u Bergmana dodatkowo symbol niewinności). I ta poziomkowa część oczywiście bardzo mi się podoba. Niestety wspominki Isaaka Borg już niekoniecznie. Może i ten film jest faustowski. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo też zasnęłam. Bardziej wygląda mi to jednak na zwykły sentymentalizm, który próbowano mi sprzedać pod płaszczykiem czegoś wielkiego. Albo to po prostu zbyt zwyczajne i przesadnie humanistyczne kino jak dla mnie. Żadnych prawd przede mną nie odkryło. Nie wywołało też refleksji własnych. No może poza tą, że w pewnym wieku to aż strach zasnąć.

Dodaj komentarz

Filed under Film