Filmy obejrzane w 2018 roku

Zliczam wszystkie filmy długometrażowe, również te obejrzane po raz któryś. Powtórki opatrzone są adnotacją [P]. Używam też oznaczeń: [doc] – dla pełnometrażowych dokumentów, [mini] – dla miniseriali i ***** – dla krótkometrażówek (tych nie numeruję).

Lista filmów obejrzanych w 2017 roku

Filmy obejrzane w 2018 roku: ? (W 2017: 400).
Krótkie metraże obejrzane w 2017 roku: ? (ostatni: „.”).

Filmy obejrzane w kinie w 2018 roku: 284 + ? shorty (stan na 10.12.2018).
Filmy obejrzane w kinie w 2017 roku: 255 (+ 4 krótkie metraże).
Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 29.10.2018

Wtorek 23.10

„Donbas” („Donbass”) (2018), reż. Sergey Loznitsa – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O sytuacji w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej, czyli w separatystycznych prorosyjskich obwodach na terenie Ukrainy, w czasie wojny hybrydowej, która wybuchła w kwietniu 2014 roku.

Migawki z Donbasu. Czyli szereg scenek rodzajowych z frontu i Noworosji spiętych bardzo ładną klamrą.

Lubię satyry polityczne. Pamiętacie na pewno, jak się rozpływałam nad „Śmiercią Stalina”. Nad „Donbasem” się niestety nie rozpłynę. W jakiejkolwiek słusznej sprawie by to nie było, propaganda to jednak propaganda. A ten film jest tak antyrosyjski, że aż bolą zęby. W dodatku w sposób, który mnie nie bawił. Łoźnica po raz kolejny rysuje Rosję tak grubą kreską, że gubi się w tym zasadna krytyka. No chyba że to film wyłącznie o żenującej jakości współczesnego dziennikarstwa. Wówczas jest genialny!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów satyr politycznych, dla dziennikarzy (ku przestrodze) i dla wszystkich ludzi, którzy nienawidzą Rosji. Zwłaszcza Ci ostatni będą zadowoleni.

Środa 24.10

„Jak pies z kotem” („Jak pies z kotem”) (2018), reż. Janusz Kondratiuk – 6/10

[O czym jest ten film]: O znanych polskich reżyserach Januszu i Andrzeju Kondratiukach, a dokładniej o ostatnich miesiącach życia Andrzeja.

Reżyserem tego obrazu jest sam Janusz Kondratiuk, czyli najlepsza osoba do opowiedzenia tej historii. Bardzo osobistej, będącej na pewno formą swoistego domknięcia i pożegnania. Film ma dwie mocne strony. Pierwszą jest aktorstwo, czyli iście koncertowe występy Roberta Więckiewicza, Olgierda Łukaszewicza i Aleksandry Koniecznej (na pewno trochę przerysowana ta Cembrzyńska, ale w jakim stylu!). Drugą – umiejętne łączenie świata szeroko pojętej fantazji (majaków, snów, odległych wspomnień) z nieubarwioną prozą życia, zwłaszcza prozą opieki nad osobą bardzo ciężko chorą, wymagającą we wszystkim pomocy i tracącą kontakt z rzeczywistością. Przy czym nie ma tu żadnego użalania się nad sobą, robienia z siebie bohatera czy spuszczania zasłony milczenia na różne negatywne emocje, które mają prawo się pojawić w takich okolicznościach. Króluje rozbrajająca szczerość. Regularnie przełamywana humorem.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów braci Kondratiuk, „Moich córek krów” i ciepłego kina rodzinnego.

Ps. Jakby kogoś dręczyło pytanie, co to za utwór przez cały czas powracał w tle, to podpowiadam: „Once Again” zespołu Hang Massive. Natknęłam się na to duo parę lat temu, gdy drążyłam temat niesamowitego instrumentu perkusyjnego Pang. Niesamowicie relaksujący dźwięk. Polecam!

*

„Siedem lat jednej nocy” („7 Nyeon-eui bam”) (2018), reż. Chang-min Choo – 4/10

[O czym jest ten film]: O człowieku całe życie pokutującym za swoje „złe” myśli i złe decyzje.

Sorry seems to be the easiest word. Małe krwawe fabularne kuriozum. I to na pewno wina pozbawionych serca kobiet.:P

Głównym bohaterem opowieści jest Hyeon-soo Choi – człowiek odsiadujący wyrok za wypadek, który spowodował (to wiemy. karty dość szybko lądują na stole). Film zaś stanowi wiwisekcję okoliczności i przyczyn zajścia. Twórcy sięgają przy tym przynajmniej o całe pokolenie wstecz i niezdarnie próbują się powoływać na słynne fatum, z którym człowiek nie ma przecież żadnych szans. No skoro tak, to po co było to analizować? Film jest achronologiczny. Chang-min Choo dość swobodnie przeskakuje do różnych okresów z życia bohaterów, w sobie tylko znanym celu, bo do opowieści nie wnosi to nic poza chaosem. Jedyną zaletą tej produkcji jest to, że mimo wszystko stara się nie odlecieć. No i czasem można się też z tego scenariuszowego bajzlu pośmiać. Napięcia film niestety zbudować nie potrafi. W naszym przypadku ciekawie zrobiło się dopiero po seansie, gdy okazało się, że w głębi po naszej prawicy siedział diabolicznie się uśmiechający pan z czerwonym balonikiem.:D #idonteven

[Dla kogo jest ten film]: Dla niewybrednych i/lub silnie uzależnionych koreanofilów oraz dla osób, które lubią koreańską ekstremalną przemoc.


Z pozdrowieniami od Pennywise’a! 😁🎈

Czwartek 25.10

„53 wojny” („53 wojny”) (2018), reż. Ewa Bukowska – 6/10

[O czym jest ten film]: O życiu w permanentnym stresie.

A gdzie byli rodzice?! Serio! To jedyne pytanie, które wciąż mnie dręczy po seansie. Jak rodzina może tak bardzo nie widzieć, że to już ten moment, w którym trzeba wezwać pomoc?

Na pewno można by się przyczepić do paru rzeczy w tej historii. Rzecz jednak w tym, że to historia prawdziwa. Scenariusz „53 wojen” został oparty na książce Grażyny Jagielskiej (żony dziennikarza i reportażysty Wojciecha Jagielskiego) „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, w której pierwowzór filmowej protagonistki dość ekshibicjonistycznie opowiada o ponad 20 latach życia w ciągłym lęku o życie męża. Lęku stopniowo ewoluującego w coś na kształt zespołu stresu bojowego, a nawet pourazowego. Czyli hardkor. Który na ekranie brawurowo rozgrywa genialna Magdalena Popławska. I ktoś, kto choć trochę interesował się tematyką PTSD, wie, że robi to dobrze. Bardzo bardzo podobała mi się też (nieoczekiwanie dla wielu osób kontrowersyjna. co mnie trochę dziwi, bo to w sumie też na faktach) końcówka. Całkiem przyzwoity reżyserski debiut.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów kina psychotycznego i wielbicieli talentu Magdaleny Popławskiej.

*

„Źle się dzieje w El Royale” („Bad Times at the El Royale”) (2018), reż. Drew Goddard – 8/10

[O czym jest ten film]: O zbieraninie obcych sobie, tajemniczych osób, które spotykają się w starym hotelu na granicy amerykańskich stanów Nevada i Kalifornia.

Mógłby być dłuższy! :D Co mówię jako osoba, która poszła na ten seans chora i siedziała na nim w kinie do bardzo późnego wieczora.

Czasem trzeba czekać cały film na jeden dobry zwrot akcji, a tutaj jest ich tyle, że trudno wszystkie przewidzieć. Co nie powinno dziwić, gdy za kamerą stoi Drew Goddard – twórca „Domu w głębi lasu”, czyli jednej z najlepszych zabaw konwencją horroru w historii kina. „Źle się dzieje w El Royale” nie jest już tak nowatorskie, ale wciąż bawi się dobrze (tym razem konwencją kina noir) i pozwala wyśmienicie się bawić widzom (nie tylko w odkrywanie pobudek i zamiarów każdej z postaci). W towarzystwie doborowej obsady (w której najjaśniej świeci gwiazda Jeffa Bridgesa, ale całkiem szczerze aktorzy podobali mi się wszyscy: grający ciapowatego boya hotelowego Lewis Pullman, obsadzony w dość nietypowej dla siebie roli szalonego guru Chris Hemsworth, bardzo zdeterminowana Dakota Johnson i opętana Cailee Spaeny, urocza Darlene Sweet i zarozumiały Jon Hamm), w dobrym wysmakowanym stylu, iście tarantinowskim klimacie i przy akompaniamencie dobrej muzyki. Dodatkowe pół gwiazdki nie mogę zdradzić za co więc powiedzmy, że za to, iż na moje ciche „W idealnym filmie gość powiedziałby teraz (…)”, Chris powiedział dokładnie to, co trzeba.:) Drew to mój człowiek!✋

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów doskonale wystylizowanych, efekciarskich filmów, a zwłaszcza dla wielbicieli kina tarantinowskiego.

Piątek 26.10

„Korpo” („Mayhem”) (2017), reż. Joe Lynch – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O epidemii upośledzającego kontrolę nad emocjami wirusa ID-7, która wybucha między innymi w budynku pewnego konsultingowego korpo.

Kiedy patrzysz na filmową wymianę ciosów, żeby nie powiedzieć wprost – koncertową rzeź, i skupiasz się na tym, co i jak zrobiłabyś lepiej.;) Ja to mam generalnie taki poziom agresji bez żadnego wirusa. Przydałby się tylko immunitet. Niekoniecznie w mojej pracy, bo nie pracuję w korporacji i swoją robotę przeważnie bardzo lubię. Ale na przykład w sali kinowej pośród głośno gadających, świecących telefonami ludzi. 👹🔨✂

Głównym bohaterem tego – nakręconego gdzieś w Serbii za naprawdę niewielkie pieniądze – filmu jest Derek Cho, szeregowy pracownik wielkiej firmy, który w obliczu niesłusznego zwolnienia z pracy, desperacko próbuje zawalczyć o zachowanie stołka. Pracodawcy generalnie nie chcą z nim rozmawiać, jednak nagły wybuch groźnej epidemii i kwarantanna budynku pozwalają mu sięgnąć po mocniejsze argumenty.:) „Korpo” to typowy poniedziałek w firmie, a już z pewnością standardowa środa, tyle że w warunkach nieprzebranych możliwości i ograniczonej odpowiedzialności. Innymi słowy dzika okazja do odreagowania w towarzystwie bohaterów wszystkich codziennych frustracji. I to się stanowczo udaje. Gorąco polecam tę terapeutyczną sesję! Może i kino klasy B, ale terapia i rozrywka pierwsza klasa.

[Dla kogo jest ten film]: Dla korpoludków, pracowników działu IT, wycyckanych kredytobiorców, fanów Dave Matthews Band i ludzi, którzy lubią patrzeć, jak płonie świat.:D

*

„Suspiria” („Suspiria”) (2018), reż. Luca Guadagnino – 6/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O młodej amerykańskiej baletnicy, która przyjeżdża do Berlina lat 70., by uczyć się w renomowanej szkole baletowej zarządzanej przez dość osobliwe grono pedagogiczne.

Uwaga! Czekanie na coś jak sawanna na deszcz grozi utonięciem!:/

Film jest remakiem słynnej „Suspirii” Dario Argento. Remakiem długo oczekiwanym i bardzo zaskakującym. Oto zamiast powalającej oprawy, magii i niewinności oryginału, dostajemy technikę, siłę i dosłowność. I zbędne wątki. Naprawdę nie oczekiwałam, że Guadagnino skopiuje w swoim dziele estetykę pierwowzoru, ale znając jego przywiązanie do dźwięku i obrazu, liczyłam na to, że zaproponuje coś ciekawego od siebie. W najgorszych snach nie spodziewałam się, że tą propozycją będą naciągane podteksty polityczne i obyczajowe. W moim odczuciu próba łączenia tej fabuły z działalnością Frakcji Czerwonej Armii jest bardzo słaba, a sięgający czasów II wojny epizod lokalnego psychiatry jakby z innego filmu i całkiem niepotrzebny. No i jeszcze to kino pseudofeministyczne! Nienawidzę spoilerów, ale są takie chwile w życiu, kiedy nie da się zmilczeć. Tych, którzy film już widzieli, odsyłam do spoilera pod zdjęciem. Nie jest oczywiście tak, że Guadagnino nie zrobił niczego dobrze (skądś jednak wzięła się ta moja, w zaistniałych okolicznościach wysoka ocena). Na pewno chwała mu za genialną ekspozycję tańca, który Argento potraktował bardzo po macoszemu. Dopiero tutaj widać, czemu miejscem akcji musiała być szkoła baletowa. I choć sugerowałam, że nowa „Suspiria” opiera się głównie na sile i technice, trzeba przyznać, że w filmowym tańcu jest jednak urzekająca czarna magia. A technika działa na jej korzyść. Najlepszym momentem tej 2,5-godzinnej produkcji jest bez dwóch zdań sekwencja taneczna, która będzie jedną z moich ulubionych scen (nie tylko tego) roku. Kochana Dakoto Johnson, jesteś boska!💞 Doceniam też poniekąd odwagę zerwania z cudowną estetyką i dźwiękowym geniuszem „Suspirii” Argento (zdjęcia Sayombhu Mukdeeproma i muzyka Thoma Yorka są dobre, lecz pozbawione tego nastroju i czaru). Szkoda tylko, że za odwagą nie poszła oryginalność. Oglądając ten film, spróbujcie nie pomyśleć o „mother!” Aronofsky’ego.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników horrorów (nieważne, czy film się Wam spodoba. to jeden z tych obrazów, które po prostu musicie zobaczyć), wielbicieli filmów o tańcu i admiratorów Dakoty Johnson.

[SPOILER!!!]: Wszyscy wiemy, że każda feministka to czarownica. :P Sama pochodzę z rodu szeptunów więc whatever. Ale co to jest, do diabła, za feminizm, który koniec końców przeprasza mężczyznę!!! 😠

*

„Oblicze mroku” („Look Away”) (2017), reż. Assaf Bernstein – 3/10 (3,5)

[O czym jest ten film]: O nastolatce, która nagle zaczyna widzieć w swoim lustrzanym odbiciu kogoś innego.

Który ojciec… A zresztą nie będę Wam psuć zabawy.:D

Główną bohaterką filmu jest licealistka Maria, która nie jest zbytnio lubiana wśród rówieśników. Rzecz o tyle trudna do uwierzenia, że mowa o najładniejszej dziewczynie w szkole. Uznajmy to jednak za próbę przełamania schematu. Prawdziwym problemem tego filmu jest i tak co innego, czyli przedziwna relacja Marii z ojcem. Takiej patologii estetycznej jeszcze w kinie nie widziałam. Co jest podwójnie zabawne, gdy się doczeka do napisów końcowych i przeczyta, że film jest zadedykowany ojcu reżysera.:D Gdzieś tam w tle przemyka nie takie najgorsze kino o zaburzeniach tożsamości, ale niestety przyćmione przez zwariowane rodzinne układy.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wielbicieli bardzo złego bardzo zabawnego kina i rodzicielskich patologii, niezbyt wybrednych wielbicieli „Carrie” i wielkich entuzjastów horrorów psychologicznych.

Niedziela 28.10

„Halloween” („Halloween”) (1978), reż. John Carpenter – 7/10

[O czym jest ten film]: O psychopacie, który lubi się bawić w Halloween na poważnie.

Długo się bałam po to sięgnąć. Tak to już jest z tą klasyką. Trudno zgadnąć, z czego da się pośmiać, a co nas serio przerazi. Ten film akurat częściej śmieszy niż straszy. Dla takiego myszoskoczka jak ja to właściwie lepiej.:)

„Halloween” Carpentera to klasyczny horror, w którym ludzie robią dużo głupich rzeczy (można by wręcz ogłosić konkurs na tę najgłupszą. mój typ wiąże się z tym rekwizytem: 🔪), ale główni bohaterowie mogą sobie na to pozwolić, bo z założenia są niemalże nieśmiertelni. Zasadnicza rozgrywka odbywa się między milczącym stalkerem w masce, który urodził się, by wymachiwać nożem i bardzo miłą, rozsądną nastolatką (w tej roli debiutująca fabularnie Jamie Lee Curtis). Na oko dość nierówne starcie, ale jak na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, to można dojść do wniosku, że Carpenter po prostu wierzył w kobiety i już w 1978 roku nakręcił horror feministyczny!:D Film nakręcony za $325,000 (które przekuł w $47,000,000 zysku!), czyli bardzo niskobudżetowy, co zdecydowanie widać, ale grunt, że klimat ma na swoim miejscu. Klimat budowany między innymi genialną kultową muzyką, której autorem jest reżyser.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wszystkich fanów horrorów (bo to niekwestionowana klasyka, którą trzeba zaliczyć).

***

W piątek 26 października udało mi się też wreszcie obejrzeć na Netflixie serial „The End of the F***ing World” o młodej narwanej buntowniczce i zainteresowanym nią młodym psychopacie. Urocza nieoprawna rzecz! Od razu poczułam silną duchową łączność z Alyssą. Cała ja! Mogłabym pisać dla niej dialogi.:) Oczywiście polecam!

3 Komentarze

Filed under Film

34. WFF: Podsumowanie

W duchu nadal besztam się za to, ile wydałam w tym roku na bilety (w sumie ponad 700 zeta wyszło, miałabym za to z okładem nowe palto na zimę). To się nie może powtórzyć. Na akredytację raczej nie liczę (nie jestem medium;) więc albo w przyszłym roku doczekam się karnetów (naprawdę przy zaporowej cenie nie powinien być to problem dla żadnego festiwalu), albo będę musiała zrewidować swój pomysł na życie. Czyli mówiąc wprost, poważnie sobie od tego całego kina urwać.

Natomiast wbrew temu, nad czym ubolewałam w festiwalowych planach i polecankach, towarzyskiej tragedii jednak nie było (jakimś cudem zmaterializowali mi się mniej lub bardziej znajomi.:), mimo pewnych problemów technicznych i organizacyjnych atmosfera na festiwalu była dobra, pozytywnie będę też wspominać większość obejrzanych filmów (zaliczyłam między innymi jedno z najlepszych otwarć WFF-u. już pierwszego dnia trafiłam na mój ulubiony film tej edycji, i w ogóle wszystko mi się tego wieczoru podobało). W zaistniałych okolicznościach postanowiłam się więc wysilić trochę bardziej niż w zeszłym roku, kiedy to relacjonowałam festiwal na Instagramie, i w miarę na bieżąco raportowałam na temat 34. edycji na fanpage’u bloga.

Dzień 1 | Dzień 2 | Dzień 3 | Dzień 4 | Dzień 5 | Dzień 6 | Dzień 7 | Dzień 8 | Dzień 9 | Dzień 10

Nie spodziewam się oczywiście, że będzie Wam się chciało w to klikać;) więc poniżej zamieszczam całą, poszerzoną (przede wszystkim przeredagowałam pierwsze 3 dni) relację z imprezy i krótkie podsumowanie.:D A dla tych, co nie lubią się przekopywać i wczytywać, poniżej mój TOP 15 najlepszych festiwalowych filmów.

***

TOP 15 moich ulubionych festiwalowych filmów:

01. „Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov
02. „Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand
03. „Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik
04. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel
05. „Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas [doc]
06. „Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier
07. „Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe
08. „Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova
09. „Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo
10. „Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva
11. „Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat
12. „Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk
13. „Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt
14. „Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin
15. „Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut


Po specjalne wyróżnienia trzeba się pofatygować na Insta:)

***

RELACJA:

No tak dobrego otwarcia festiwalu to chyba jeszcze nie miałam. Ciekawe, czy to kwestia tego, że nauczyłam się wreszcie wybierać filmy, czy zwykły łut szczęścia, który szybko się wyczerpie. Się okaże.:)

34. Warsaw Film FestivalDzień 1:

„Królowa strachu” („La reina del miedo”) (2018), reż. Valeria Bertuccelli, Fabiana Tiscornia – 7/10

Kino ekstremalnie gadane (mocno teatralne. właściwie teatr jednej aktorki – Valerii Bertuccelli, która jest tu sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”. napisała, wyreżyserowała i zagrała). Ze znerwicowaną, trochę zarozumiałą, ale jednocześnie hiperwrażliwą bohaterką, która próbuje sobie poradzić ze swoją karierą, lękami (film bardzo fajnie nakręca spiralę strachu. środkami filmowymi i postawą bohaterek) i międzyludzkimi relacjami. Prawie na pewno Robertina będzie Was irytować, ale jest też szansa, że tak jak ja docenicie dynamikę tej postaci i (nie bez powodu nagrodzone na festiwalu Sundance) brawurowo neurotyczne aktorstwo Bertuccelli. Dobry film. Polecam!

*

„RocKabul” („RocKabul”) (2018), reż. Travis Beard – 7/10 [doc]

Uwielbiam dokumenty muzyczne prezentowane na WFF-ie. Między innymi za to, że pokazują świat, którego nie da się zobaczyć w telewizji. Film ukazuje losy Qasema, Pedrama, Qaisa, Lemara i Yusefa z grupy District Unknown – prawdopodobnie pierwszego afgańskiego metal bandu, a w każdym razie pierwszego na serio (Travis Beard dokumentował ich postępy przez 8 lat) – na tle Afganistanu takim, jakim był (w mniejszym stopniu takim, jakim jest obecnie, bo po wyjeździe zagranicznego wojska trudno się rozeznać w sytuacji) i takim, jakim mógłby być, gdyby nie fundamentaliści. Wielbiciele muzyki i metalu też znajdą tu coś dla siebie (w najgorszym razie czysty, niezmanierowany entuzjazm:), ale jest to obraz przede wszystkim dla fanów wolności. W tym kontekście warto było wziąć udział w sesji Q&A z Yusefem, który zostawił nas z fantastycznym, dającym do myślenia przesłaniem.

*

„Łagodna obojętność świata” („Laskovoe bezrazlichie mira”) (2018), reż. Adilkhan Yerzhanov – 9/10 <3

Kino łagodnie awanturnicze, czyli najpogodniejszy i najbardziej bezproblemowy chłopak świata oraz kazachska Audrey Hepburn w nierównej walce o lepsze życie. Z niełaskawym losem i bezwzględnym, skorumpowanym światem. Obojętnym na wszystko. A choć Jerżanow wyraźnie nie wierzy w tanią litość, potrafi nam tę gorzką pigułę osłodzić. Trudno orzec, co zachwyca tu bardziej. Cudowny kazachski koloryt, urocze nawiązania książkowe, malarskie i filmowe, rozbrajające wymiany zdań (to obraz genialny do ostatniego – dla mnie już kultowego – dialogu głównych bohaterów włącznie i jeszcze dalej), mój ulubiony rodzaj absurdu (kocham!) czy wyjątkowi, nieugięci bohaterowie. Z pamiętnej „Zarazy” ostało się na szczęście tylko parę masek, a wieś Karatas odnalazła się w zupełnie innym filmie:) Polecam całym sercem!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 2:

„Z biegiem Okawango” („Into the Okavango”) (2018), reż. Neil Gelinas – 8/10 [doc]

22 tysiące kilometrów kwadratowych dzikiej, nieskrępowanej, kipiącej życiem przyrody (niewiele już jest takich miejsc na Ziemi) pośród piasków pustyni Kalahari i wyprawa naukowa do dziewiczych (niezbadanych wcześniej) źródeł rzeki zasilającej deltę Okawango. Ekspedycja przez ponad 3 miesiące przemieszczała się z Angoli, przez Namibię do Botswany. Oglądając film, można się poczuć jak członek wyprawy. Zdjęcia absolutnie zachwycające (chciałabym mieć tę produkcję na Blu-Rayu). Naprawdę warto to zobaczyć w największych kinowych salach, w tym sali nr 1 Multikina. Aż szkoda, że nie w IMAX-ie.

*

„Eter” („Eter”) (2018), reż. Krzysztof Zanussi – 3/10

Nie zgadzam się, że wszystko jest po coś i ma swój sens. Ten film na przykład ma go niewiele. A im bliżej końca, tym mniej. Jak ktoś potrzebuje i lubi poprzekopywać się łopatą przez duchowość, to polecam. Pozostałym nie. Przez cały seans nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pan Zanussi jest jak ten filmowy lekarz, dokonujący eksperymentów na ludziach po to, żeby przekonać ich do własnych racji. Niestety tą racją już od dawna nie jest racja filmowa, a jedynie przekonania religijne. Które przecież można by zaprezentować na tyle subtelniejszych sposobów. Film nie broni się nawet jako rozbiorowe kino historyczne o bezdusznym naukowcu dewiancie. A i aktorstwo nie miało szans się obronić w tych oparach szaleństwa.

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – ?

W tym miejscu nie mogę nic napisać, bo moja projekcja została odwołana z powodu awarii projektora.:(

*

„Upadek amerykańskiego imperium” („La chute de l’empire américain”) (2018), reż. Denys Arcand – 9/10

„Big short” po kanadyjsku. Rozbrajający! Zwłaszcza filozofia pieniądza i bezbłędne dialogi. Głównym bohaterem filmu jest doktor filozofii, któremu inteligencja zniszczyła życie (tak zawodowe, jak i towarzyskie:), jednak pewnego dnia los oddaje mu w naturze gotówkowej.  Niekoniecznie czystej, ale jako że frajerstwo musi mieć granice, Pierre-Paul wcale nie zamierza z forsy zrezygnować. Zamiast tego zaczyna szukać i znajduje najmniej oczywistych sojuszników. Patrząc na protagonistę, od razu pomyślałam o moim ukochanym Virgilu Starkwellu z „Bierz forsę i w nogi”. Fabularnie obaj neurotycy kroczą nieco inną drogą, różnią ich też osiągi życiowego szczęścia, ale „Bierz forsę i w nogi” (jeden z moich ulubionych filmów. mogę go oglądać do znudzenia, które nigdy nie nastąpi) jest prawdopodobnie kluczem do mojego ekstremalnie pozytywnego odbioru tej komedii. Cieszy też, że dla odmiany wszystko odbywa się w tej historii w słusznej sprawie i dla naświetlenia społecznego problemu, a nie tylko w imię cwaniactwa rodem z „Wilka z Wall Street”. Kochana Kanada! I tradycyjnie przenikliwy Arcand (tak, ten od „Inwazji barbarzyńców”). Polecam gorąco!

*

„Zanurzenie” („Hatzlila”) (2018), reż. Yona Rozenkier – 8/10

Yoel Rozenkier. Cóż za aktorski debiut! Dobry film, a patrząc na to, jak mnie rozjechał emocjonalnie, wręcz bardzo. „Zanurzenie” to historia trzech braci, którzy zjechali się do rodzinnego kibucu na pogrzeb surowego ojca. Ojciec, którego na ekranie nie widać ani przez chwilę, jest tu kluczem do wszystkiego, a zwłaszcza do psychiki bohaterów. Film Yony Rozenkiera to z jednej strony rzecz o konsekwencjach takiego, a nie innego wychowania, a z drugiej rzecz o radzeniu sobie ze stanem permanentnej wojny. W Izraelu każdy walczył, walczy lub będzie walczył. I każdy już zawsze będzie pod ostrzałem. Są tacy, którzy potrafią sobie wojnę oswoić i tacy, którym się to nigdy nie uda. W roli rodzeństwa prawdziwi bracia. To czuć. Polecam!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 3:

„Anioł” („Un Ange”) (2018), reż. Koen Mortier – 6/10

Jeśli wszyscy kolarze się szprycują i nie da się z tym nic zrobić, to może czas pogrzebać tę dyscyplinę aktywności (no chyba że lubicie patrzeć na narkomanów godzinami jeżdżących w kółko)? Bo trudno to przecież nazwać sportem. To nie jest biografia Franka Vandenbroucke. To wariacja na temat ostatnich dni życia kolarza, w której reżyser poszedł w dość nieprawdopodobną, baśniową narrację (bardziej w to, w co chcielibyśmy wierzyć niż w to, co się wydarzyło). Dużo lepiej wyszło mu zadawanie pytań (o sens sportu czy definicję prostytucji) i pokazywanie stanów emocjonalnych. In plus na pewno fajne przenikanie się jawy ze snem i ładne zdjęcia.

*

„Dwa bilety do domu” („Dva bileta domoy”) (2018), reż. Dmitriy Meskhiev – 5/10

O tęsknocie za rodzicielską miłością w wyjątkowo mainstreamowy sposób (to nie komplement). Nadto mega agresywny. Wiem, że pisałam, iż lubię agresję, ale w dramatach to nie może być agresja dla samej agresji. Musi mieć dobrą podbudowę i nieść wiarygodny ładunek. Tak jak w „Istocie świata”. Tutaj mamy zwykły film o ciskaniu się i wyciskanie wzruszeń. Z historii dziewczyny, która nagle dowiedziała się, że ma ojca, tyle że ciężkiego kryminalistę. Poza tym nie wierzę, że tak wyglądają rosyjskie sierocińce. Propaganda:)

*

„Istota świata” („Serdtse mira”) (2018), reż. Natalia Meshchaninova – 7/10 (7,5)

Historia chłopaka, który starając się zapomnieć o patologii, w której się wychował, nieporadnie próbuje stać się członkiem rodziny swoich marzeń. „Istota świata” to przede wszystkim film o konsekwencjach dorastania w patologicznej rodzinie, ale też (dofinansowywana przez rząd) propaganda, która stwierdza, że hodowlanym lisom bardziej szkodzą ekolodzy niż hodowcy (chciałoby się, żeby rzeczywistość wyglądała tylko tak jak w tym filmie. bardzo by się chciało). Przez pół seansu miałam wyrzuty sumienia, że mi się to podoba. Bo obraz ten ma wszystko, by móc się podobać. W tym uzasadnioną agresję, wspaniałą bezsilność, dobre aktorstwo, zdjęcia i dużo słodkich zwierząt. Polecam mimo wszystko!

*

„Kobieta pracująca” („Isha Ovedet”) (2018), reż. Michal Aviad – 5/10 (5,5)

To mogło być naprawdę dobre kino. Bo wiele kobiet autentycznie mierzy się z seksizmem i napastowaniem w pracy i nie zawsze potrafią sobie z tym poradzić. Niestety reżyserka w swoim dziwnym, niczym nieuzasadnionym samozadowoleniu, które tak wyraźnie widać w finale, postanowiła rozmyć odpowiedzialność. No obawiam się, że tak postawiona sprawa nikomu nie pomoże. To mój główny, stanowczo rzutujący na odbiór tej produkcji, zarzut.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 4:

„Ruben Brandt, kolekcjoner” („Ruben Brandt, a gyüjtö”) (2018) (Sub), reż. Milorad Krstić – 7/10

Na film namówił mnie kolega. Miałam go co prawda we wstępnych planach, ale w grafiku się nie zmieścił. Co było złą decyzją, ale na szczęście łatwą do naprawienia.

„Ruben Brandt, kolekcjoner” to nakreślona piękną kubistyczną kreską animacja i dynamiczny heist movie obracający się wokół dzieł światowego malarstwa. Reżyser, który jest też malarzem i artystą multimedialnym, przyłożył tu rękę do większości aspektów technicznych. Efekt końcowy jest bardzo miły dla oka, w tle lecą świetne aranżacje muzyczne znanych hitów. Fabuła (o dręczonym artystycznymi koszmarami psychiatrze) nie jest tu najważniejsza, ale wartka i nawet można się pośmiać. Jeśli uda Wam się gdzieś natknąć na ten film, to polecam.

*

„Bliscy wrogowie” („Frères ennemis”) (2018), reż. David Oelhoffen – 6/10

Francuskie niskobudżetowe (film kosztował 4,5 mln. €. to, umówmy się, jak na kino akcji jest naprawdę niski budżet) kino o handlarzach narkotyków. Mimo takich, a nie innych środków finansowych w filmie nie brakuje gwiazd (Matthias Schoenaerts, Reda Kateb, Adel Bencherif), ale niestety widać, że reżyser nie bardzo czuje gangsterkę. To poprawne kino, umiarkowanie przewidywalne, zilustrowane dobrą, specjalnie napisaną do filmu muzyką zespołu Superpoze (elektroniczną, trochę stylizowaną na lata 70.) i świetnie utrzymujące napięcie dzięki nieprzewidywalności strzałów, ale niezbyt porywające.

*

„Diabeł morski” („Kraben rāhu”) (2018), reż. Phuttiphong Aroonpheng – 5/10 (5,5)

Tytuł odnosi się do zagrożonych wyginięciem mant olbrzmich (zwanych też diabłami morskimi), a film miał traktować o równie zagrożonych wyginięciem Rohindżach. Koniec końców okazało się, że jest to kino tak nowohoryzontowe, praktycznie pozbawione słów, statyczne i snujące się, że omal ja nie wyginęłam. Z seansu zwiało 9 osób (pierwsza po 22 minutach, ostentacyjnie trzaskając drzwiami), parę innych wyraźnie chciało, jednak nie mogło się wydostać ze słynnej sali nr 7 (da się wyjść tylko przez środek. jak ktoś nie chce robić zamieszania, to musi siedzieć do końca:). Dla mnie pierwsza połowa była osobliwie angażująca (jest tu trochę ciekawych ujęć i ładne zdjęcia), w drugiej walczyłam już tylko ze snem. Jeśli o takie kino chodzi, zdecydowanie wolę rękę Apichatponga Weerasethakula. Mam też spory żal o to, że to wcale nie jest film o Rohindżach. To całkowicie uniwersalna rzecz o wchodzeniu w cudze buty. Jak cenię uniwersalność, tak tym razem poczułam się złapana na haczyk.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 5:

„Food truck” („L’Enkas”) (2018), reż. Sarah Marx – 5/10 (5,5)

To takie przyzwoicie zagrane (dobra Sandrine Bonnaire w roli osoby pogrążonej w depresji), poprawne, bardzo sztampowe kino, które nie budzi żadnych emocji. Tyle dobrego, że specjalnie nie nudzi. Filmów o młodych gniewnych (główny bohater wychodzi z poprawczaka i zamiast zająć się chorą matką, z marszu pakuje się w kłopoty), nawarstwieniu się złych decyzji i problemach rodzinnych są dziesiątki. Czasem jeszcze mnie wzruszają, ale tylko wtedy, gdy obraz czymś zaskakuje lub oferuje dużo silnych uczuć. Tu tego nie ma. Jest tylko bardzo ciekawy sposób leczenia depresji:)

***

„Barbarzyńcy” („Les Fauves”) (2018), reż. Vincent Mariette – 6/10 (5,5)

Oceną się proszę nie sugerować, bo jest pewien rodzaj złych filmów, które kolekcjonuję i którym zawyżam. :D

Ach, takie złe produkcje to ja lubię! Nie jakiś tam „Eter”. Akcja filmu rozgrywa się w miejscowości turystycznej, w której podobno grasuje dziki kot (motyw trochę jak z naszym wężem). Legendarny lampart szybko staje się odpowiedzią na wszystkie wątpliwości. Zabija okoliczne zwierzęta, porywa dzieci i wrednych mężów, a nastolatkom kradnie bieliznę. Wszyscy go słyszeli, komuś wydaje się, że go widział. Legenda rośnie w siłę. Niekoniecznie przypadkiem.

Niestety, scenariusz, który z początku wydawał się opierać na dobrym pomyśle, z czasem robi się coraz bardziej absurdalny. Ja nawet nie chcę wiedzieć, co autor chciał naprawdę przekazać tym jeziorem osobliwości i niezgrabnymi zwrotami akcji. To nie jest dobry obraz o niczym. Ani o wakacjach, ani o nastolatkach i dojrzewaniu, ani o legendach, ani o pisaniu.

Jedno wiem po tym seansie na pewno: Depp i Paradis mają naprawdę śliczną córkę (podoba mi się coraz bardziej) oraz nie ma takiego wyjazdu, na którym wystarczyłyby 2 pary majtek.

*

„Break” („Break”) (2018), reż. Marc Fouchard – 4/10

Francuska wariacja na temat „StreetDance’u” i „Step Up’u”. Film mocno naciągany, z pretekstową, nie zawsze trzymającą się kupy fabułą, która służy wyłącznie pokazaniu tańca i ładnych, często roznegliżowanych ludzi. Ludzie faktycznie ładni wyjątkowo, natomiast z tańcem bywa różnie. Tego dobrego jest tu stanowczo za mało. Generalnie jestem przeciwna zatrudnianiu do głównych ról tanecznych nietańczących aktorów. Ouazani się starała, ale nie udźwignęła. Co innego francuski aktor i tancerz-samouk Kevin Mischel. Jego popis w barze – pierwsza klasa. Film tylko dla fanatyków gatunku.

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 6:

„Zdecyduj się” („Võta või jäta”) (2018), reż. Liina Trishkina-Vanhatalo – 7/10 (7,5)

Fajną kawę mają w tej Estonii.;)

„Zdecyduj się” to film o 30-letnim chłopaku, który z dnia na dzień musi zdecydować, czy podejmie się samotnego wychowywania nowo narodzonej córki, o której istnieniu nie miał pojęcia. Nie trudno się domyślić, że nie będzie to łatwa decyzja. O tym, jak trudno być ojcem, tym bardziej w takim a nie innym systemie prawnym (to niesamowite, że w XXI wieku sprawy nadal nie są rozpatrywane indywidualnie). Ale przede wszystkim w ogóle. Jak trudne jest to zadanie, pod każdym względem. Bardzo dojrzałe kino jak na debiut, bardzo wiarygodne fabularnie, aktorsko i emocjonalnie. Zdecydowanie polecam!

Ps. To, że w filmie grają małe dzieci, nie znaczy, że można przyjść na seans z maleńkim dzieciaczkiem, który będzie sobie popłakiwał przez całą projekcję. Już drugi rok z rzędu spotykam się z taką sytuacją i uważam, że można mieć uczciwy żal do obsługi. No i oczywiście do rodziców.

*

„Mihkel” („Vaidas: Undir halastjörnu”) (2018), reż. Ari Alexander Ergis Magnússon – 5/10

O przemycie narkotyków. Bez gangsterskich popisów. Powiedziałabym, że główny problem tego filmu polega na tym, że historia zdążyła się przeterminować. Obraz ten nakręcił dokumentalista („Mihkel” to jego pierwsza fabuła), bazując na autentycznych wydarzeniach z 2004 roku i dbając o realizm do tego stopnia, że zabrakło tu miejsca na oryginalność czy jakikolwiek ładunek pasji. In plus na pewno piękne widoki. Zawsze miło popatrzeć na Islandię na wielkim ekranie. Ale dla tych nielicznych momentów oglądać tego nie ma sensu.

*

„Kto ci zaśpiewa” („Quién te cantará”) (2018), reż. Carlos Vermut – 7/10

O tym, jak nie wychowywać dzieci (serio. nie ma takiej miłości rodzicielskiej, która dopuszczałaby coś takiego). W warstwie zasadniczej film o gwieździe (piosenkarce), która tuż przed wielkim comebackiem scenicznym nagle traci pamięć. Bałam się, że będzie wyte, ale muzycznie film stoi naprawdę na świetnym poziomie. Z mojej perspektywy może trochę szkoda, że w finale zabrakło takiego pierdolnięcia jak w „Magicznej dziewczynie”, ale to wciąż dobry typowy Vermut. Ultra kobiecy, a wręcz almodóvarowski.

*

„Satash” („Satash”) (2018), reż. Tulegen Baitukenov – 7/10

Strzelanina we wsi Karatas (tak, na oko tej samej co u Jerżanowa). :D Głównym bohaterem filmu jest policjant – Satash Daukenbajew. Młody, przystojny, o nieskazitelnym charakterze i odwadze pozwalającej na stanięcie w szranki nawet z uszkodzoną bronią (czyli technicznie rzecz biorąc, bez broni).

Dawno nie widziałam takich zdjęć i najazdów (swoją jakością mrożą krew w kinomaniackich żyłach), a aktorstwo też dość partyzanckie, ale poza tym jest to wyjątkowo uroczy, bardzo klasyczny western, a od momentu „Jestem lekarzem” – dodatkowo rozkoszna komedia. Dla otwartych, niekoniecznie zdrowych psychicznie, a już stanowczo nie dla chorobliwie racjonalnych umysłów. Polecam!

*

„Rzeka” („Ozen”) (2018), reż. Emir Baigazin – 7/10 (6,5)

„Rzeka” to ostatnia część „trylogii Aslana”, którą rozpoczęły „Lekcje harmonii”, także prezentowane na WFF-ie (w 2013 roku). Akcja filmu rozgrywa się gdzieś głęboko w kazachskim stepie, w którym w całkowitej izolacji od świata żyje 7-osobowa rodzina. Surowy ojciec krótko trzyma pięciu synów. Ich pilnowanie scedowuje na najstarszego Aslana, który ma wyjątkowo miękkie serce. Pewnego dnia w domu chłopców pojawia się ich kuzyn z miasta. Obwieszony nowymi technologiami i wyglądający trochę jak bohater z filmów Wesa Andersona.

Nie sposób nie interpretować tego obrazu przez pryzmat Biblii (nawiązania nie są dokładne, ale ewidentne), ja jednak wolałam to oglądać jako film o surowym wychowaniu i zderzeniu tradycji z nowoczesnością. „Rzeka” to właściwie taki kazachski Lanthimos, a w drugiej połowie jest w tym nawet coś z „Ojca chrzestnego”. Oczywiście wszystko w wariancie super slow:) Z seansu zwiało tylko 6 osób, ale gołym okiem było widać Polskę walczącą ze snem. Choć raczej nie dlatego, że film jest nudny (no właśnie nie jest!), tylko dlatego, że projekcja była zbyt późno, a film jest pełen relaksacyjnych dźwięków (szum wiatru, szmer wody itp.). Ujęcia rzeki są zresztą najfajniejsze. Tak sugestywne, że wręcz czuć tę wartko płynącą wodę na skórze. Film nakręcono w obwodzie południowo-kazachstańskim, nad rzeką Ili. Inspiracjami wizualnymi były dla reżysera witraże cerkiewne i malarstwo Franza Marca, a jako fan Yasujirô Ozu Baigazin zawziął się, żeby nakręcić wszystko jednym obiektywem. Co mu się udało, choć robił zdjęcia po raz pierwszy. Talent!

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 7:

„Moon Hotel Kabul” („Moon Hotel Kabul”) (2018), reż. Anca Damian – 6/10

Jedzenie za czyjąś duszę. Popieram całym sercem:)

Fabuła tego filmu ma sens (i wówczas ma go sporo), tylko jeśli Anca Damian chciała pokazać, że jeśli chodzi o traktowanie kobiet, tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy między muzułmańskim Kabulem, a europejską Rumunią. Mizoginia, głęboko zakorzeniony brak szacunku, uprzedmiotowienie, ograniczanie, wykorzystywanie to światowy standard. Ok, główny bohater to trochę chamska tępa dzida, ale taki miał być. Jeśli coś mi w tym filmie przeszkadzało, to to zboczenie z tematu w środku (jakby reżyserka chciała nakręcić 2 filmy i nie mogła się zdecydować który więc w promocji mamy oba: kino sensacyjne i kino drogi), ale wciąż nieźle się to oglądało. Z sali zwiało 6 osób. Nie do końca wiem, czemu, bo film ma niezły rytm (taki rumuński standard).

*

„Wizja” („Vision”) (2018), reż. Naomi Kawase – 5/10

Macie wizje? Dzwońcie pod 997! ;D

Przybiliśmy na ten seans uzbrojeni w kawę, napoje energetyczne, cukierki z czekoladą, żurawinki. Wszystko po to, żeby nie zasnąć (znajomi ostrzegali, że tylko do tego się ta produkcja nadaje). I pod tym względem odnieśliśmy sukces. Spać się nam nie chciało. Mam jednak wrażenie, że poniekąd przyszliśmy jednak totalnie nieprzygotowani. Wszystko wskazuje na to (a film najbardziej), że wypadało przynieść ze sobą jakieś zioło;) Filmowa Wizja to właśnie legendarne zioło (o którym ktoś tam słyszał, ale nikt właściwie nie widział), mające wielką moc, między innymi odpędzania cierpienia. W jego poszukiwaniu wiecznie napalona Juliette Binoche (nie wiem, czemu ostatnio przyjmuje te absurdalne role. to na pewno jakiś syndrom) udaje się do leśnej chatki gdzieś w Japonii, coby zawracać głowę pewnemu skołowanemu Japończykowi.

„Wizja” to druga produkcja spośród filmów tej edycji, która z marszu trafiła na moją listę „Incredibly Bad & Extremely Funny Films”. Śmiałam się od pierwszej sceny, w której po długim upadku drzewa pan obok zrobił głośne skupione „Hmm…”. A odkąd zaczęły się teksty coelhowskie, takie jak „Szczęście każdy z nas ma w sercu” czy „Miłość jest jak fale”, bawiłam się już jak dziecko.

Nope, nikogo nie podsiadłam. Miejsce było zarezerwowane dla mnie. Grunt, to mieć zaradnych znajomych:)

***

Mniej piwa nocą, a więcej pisania i bylibyśmy na bieżąco, ale cóż:D

34. Warsaw Film FestivalDzień 8:

„Moje arcydzieło” („Mi obra maestra”) (2018), reż. Gastón Duprat – 7/10 (7,5)

Kolejny film autora „Honorowego obywatela”. Tak samo jowialny i dynamiczny, ze swadą opowiadający bardzo zabawną i trochę kryminalną historię żyjącego na granicy bankructwa znanego niezależnego malarza i jego operatywnego marszanda. Fabuła nie zachwyciła mnie tak jak ta w „Obywatelu”, ale intryga jest przyzwoita, a w pierwszej połowie mamy do czynienia z rewelacyjną złośliwą komedią. Polewającą ze sztuki i jej wartości, sprzedawców i odbiorców kultury, a także po trochu ze wszystkich bohaterów. Zgryźliwy filmowy Renzo Nervi (świetny Luis Brandoni) to cudowny komentator aktualnej rzeczywistości. Polecam!

*

„Ziemia” („Land”) (2018), reż. Babak Jalali – 7/10

„In a dream I saw a city invincible”. Jak widać Babak nadal marzy, ale to jedyny wspólny mianownik między „Ziemią” a „Radiowymi marzeniami”. Samo kino całkiem inne, co może być wadą i zaletą. Dla mnie jednak zaletą:) Tym razem Irańczyk postanowił opowiedzieć o realiach codziennego życia amerykańskich Indian. Akcja filmu rozgrywa się w rezerwacie Indian Prairie Wolf w Nowym Meksyku. Głównymi bohaterami są bracia Denetclaw, mniej lub bardziej nie radzący sobie z funkcjonowaniem w urządzonym przez Białych świecie, który nie oferuje im żadnych prawdziwych perspektyw, a najczęściej nawet szacunku. „Ziemia” to film o lekkim westernowym zacięciu, aczkolwiek takim docu-slow. To nie „Wind River”. To głównie marazm w oparach znieczulających trunków. Doskonale oddający ponurą rzeczywistość dowolnego indiańskiego rezerwatu. Dobre kino!

*

„Ederlezi Rising” („Ederlezi Rising”) (2018), reż. Lazar Bodroža – 2/10

Poszedł człowiek na kino sci-fi, a dostał generyczną Różową Landrynkę w kosmosie. o_O Jak to się mogło w ogóle znaleźć w festiwalowym programie? Żeby nie było, lubię seks w kinie (znaczy się na ekranie:) i jestem ostatnią osobą, której by przeszkadzało zatrudnienie do poważnego filmu aktorki porno (to akurat nie wina Stoyi, że film jest taki marny), ale jeśli pierwsza połowa filmu służy wyłącznie pokazywaniu mechanicznego seksu (przy okazji którego mamy do czynienia z najdziwniejszym wykorzystaniem Kota Schrödingera w dziejach:), tło science-fiction jest ostro zerżnięte od kogo się tylko dało, a każdy jeden dialog można by było wylosować z maszyny losującej teksty z polskich telenowel lub odgadnąć na podstawie poprzedniej kwestii, to ja przepraszam, ale filmem tego nie nazwę. Do tego całość jest seksistowska aż po kres wszechświata. Nie, dziękuję.

*

„Mapplethorpe” („Mapplethorpe”) (2018), reż. Ondi Timoner – 5/10 (5,5)

Robert Mapplethorpe był wybitnym fotografem, artystą najwyższej próby, dlatego mocno się na ten obraz napaliłam. Niestety wyszłam z seansu z dojmującym przekonaniem, że nie poznałam Mapplethorpe’a ani ciut. Dość niepokojące było już to, że producenci filmu nie byli pewni wymowy nazwiska swojego bohatera. To, co zobaczyliśmy na ekranie, to nie autentyczny real-deal, tylko przesadnie wyreżyserowana projekcja fanowskich wyobrażeń. Twórcy dobrze dobrali aktora (główną rolę gra Matt Smith), ale nie wykorzystali go jak należy. Bronią się w tym wszystkim tylko cudne zdjęcia Roberta.

*

„High Life” („High Life”) (2018), reż. Claire Denis – 4/10

Początek filmu jest mega obiecujący. Oto wydaje się, że Robert Pattinson dryfuje w kosmosie wyłącznie w towarzystwie małego dziecka. Którego niekoniecznie jest rodzicem. Wygląda to trochę na eksperyment naukowy. Przez chwilę miałam nawet nadzieję na wariację na temat „Moon”, czy innego arthouse’owego sci-fi. Niestety szybko się okazało, że to raczej dość żenujący miks „Ederlezi Rising” i „Wizji” (Binoche – nadal kosmicznie napalona – niemalże powtarza tu rolę z filmu Kawase) oraz kuriozalne kino antynaukowe (grawitacja? procedury badawcze? zapomnijcie!). Film jest dobry technicznie, a Pattinson znów wymiata, ale szczerze, szkoda go na tę produkcję. Z seansu zwiało co najmniej 19 osób. Obstawiam, że więcej, bo z góry wszystkich nie widzieliśmy.;D

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 9:

„Klub Kanibali” („O Clube dos Canibais”) (2018), reż. Guto Parente – 6/10 (6,5)

Brazylijski horror społeczny. Dla opisania aktualnej sytuacji w kraju Parente sięgnął po najbardziej toporną metaforę z możliwych (no w sumie mógłby to jeszcze być film o wampirach:), ale utrafił centralnie w punkt więc ciężko się przyczepić. Głównymi bohaterami filmu są Gilda i Otavio – małżeństwo prominentów o dość oryginalnych upodobaniach kulinarnych, dzielonych zresztą z innymi szychami z okolicy. Jak łatwo i jak długo coś takiego może się bohaterom upiec? Film nie porywa tak, jak by mógł, ale bawi wystarczająco, skłaniając przy tym do refleksji. Na temat natury ludzkiej, hierarchii społecznej, bezpieczeństwa. Jednych zniechęci do jedzenia mięsa, inni nabiorą ochoty na stek (true story;). Większość z nas poczuje też zapewne radość z mieszkania w swoim kraju, w którym – co by nie mówił – da się normalnie wyjść samemu na spacer i przeważnie bezpiecznie wrócić do domu.

*

„Kiedy padają drzewa” („Koly padayut dereva”) (2018), reż. Marysia Nikitiuk – 7/10

Ukraiński realizm magiczny.

I to jest nareszcie film z polskim wkładem, z którego można być dumnym. Zdjęcia Michała Englerta przecudne. „Kiedy padają drzewa” to kino prawdziwej namiętności. Dzikiej, pierwotnej, rozsadzającej żyły. Tak przyjemnie innej od tego, co widzieliśmy w wystudiowanych kosmicznych soft pornosach. Tę namiętność widać zresztą nie tylko w miłosnych zbliżeniach, ale w stylu życia młodych bohaterów. Jakby jutra nie było. Jakby dało się zamieszkać w jaskini na plaży, żywiąc się figami. Debiut Marysi Nikitiuk to również kino bardzo kobiece. Pokazujące (na szczęście wcale nie na smutno), jak bardzo kobiety mają dziejowo przerąbane, ale też, że jest pole dla zmian w tym temacie. Wystarczy mieć charakter i nie bać się marzyć. Spieszę donieść, że w filmie występuje wyjątkowo fajne dziecko, czyli grana przez Sofię Halaimovą rezolutna Vitka. Nie sposób się w niej nie zakochać. Zwłaszcza w jej refleksjach na temat Boga:) Polecam!

*

„Motyle” („Kelebekler”) (2018), reż. Tolga Karaçelik – 9/10

Film otwiera scena brawurowego strajku astronautów. I w tym momencie człowiek już wie, że nie uda mu się zachować powagi, cokolwiek się wydarzy. A dzieje się naprawdę sporo i to na dużej intensywności, zwłaszcza gdy na stole pojawia się rakija. Przy czym czasem dzieją się też rzeczy absolutnie niewyobrażalne (a jak się okazuje „true story”:), które zapamiętacie do końca życia. Głównymi bohaterami filmu są Cemal, Kenan i Suzi. Dwóch braci i siostra, którzy ostatni raz widzieli się lata temu, a teraz na wezwanie ojca muszą razem ruszyć do rodzinnego domu, co wcale nie jest dla nich proste. Obraz Karaçelika to wybuchowa mieszanka kina drogi, prześmiesznego humoru sytuacyjnego i ciepło-gorzkiego kina rodzinnego z super nakreślonymi bohaterami, których nie sposób nie pokochać. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto to wprowadzi do kin, bo jesteście tego warci. To jeden z moich 3 ulubionych filmów tej edycji WFF-u więc polecam gorąco!

*

„Noc przez dwanaście lat” („La noche de 12 años”) (2018), reż. Álvaro Brechner – 7/10 (6,5)

„Pamiętajcie, że ludzkość zawsze zostaje w ostatniej chwili uratowana przez pluton egzekucyjny”.<3 Mam nadzieję, że zachęciłam.;D

Nie, to nie jest komedia (choć lubi rozładowywać napięcie humorem), to historia najgorszych chwil w dziejach urugwajskiej dyktatury i 12 lat znęcania się nad więźniami politycznymi. W filmie obserwujemy drobiazgowy zapis tego, co działo się z uwięzionymi antyrządowymi rewolucjonistami Tupamaros rok po roku począwszy od 07.09.1972. Historia przerażająca, ale i niesamowita. Przy czym dość dobrze zbalansowana. Nawet w końcówce nie osuwa się całkiem w patos, co najwyżej czasami się o niego ocierając, nie wyciska łez, nie szantażuje. Czaruje za to „Bolerem” Ravela i jazzującym wykonaniem „Sound of Silence” wyśpiewanym przez Sílvię Pérez Cruz. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć film Brechnera, to w sumie warto.

*

„Delegacja” („Delegacioni”) (2018), reż. Bujar Alimani – 3/10

Są takie werdykty jury, po których długo rozmyślam, czy ktoś mnie przypadkiem nie wkręca. Tutaj uczucie to towarzyszyło mi przez cały seans. Ja rozumiem, że kiedy nad filmem obraduje teoretycznie kompetentne gremium, pojawia się odruch doszukiwania się w nim pozytywów. I fajnie, gdy film jakieś zalety posiada. Gorzej, gdy wychwalane są rzeczy, których w danym obrazie nie ma. „Delegacja” to kino drogi o więźniu politycznym, który ma być dostarczony do stolicy jako dowód na to, że Albania kroczy drogą demokracji i zasługuje na uznanie świata. I to w tym filmie jest. Więzień, który próbuje się dowiedzieć, po co i gdzie go wiozą, lakoniczny wysłannik partii, krewki nadzorca i całkiem zbędny w tej opowieści kierowca toczą się powoli do Tirany. Kurtyna. Żadnych głębokich refleksji na temat autorytarnych rządów, pogłębionych portretów psychologicznych, błyskotliwych dialogów, humoru czy nieoczekiwanego zakończenia tu nie ma. Filmów politycznych niosących jakiś głębszy przekaz, ładunek emocji czy opowiedzianych ze swadą powstało za to trochę. Ten się nie zalicza. Nie wystarczy jeden dobry dialog (o szkole) czy śmieszna harmonijka (śmieszna w pejoratywnym sensie).

***

34. Warsaw Film FestivalDzień 10:

„Diamantino” („Diamantino”) (2018), reż. Gabriel Abrantes, Daniel Schmidt – 7/10

Zwycięzca tegorocznego Tygodnia Krytyki w Cannes to film o (aktualnie) największej gwieździe portugalskiego futbolu Diamantino Matamourosie. Tego wybitnie empatycznego chłopca, który wszędzie nosi ze sobą czarnego kotka, a po boisku biega w towarzystwie wyimaginowanych kudłatych piesków poznajemy podczas finału rosyjskiego Mundialu. Mecz ten uruchamia wiele wspomnień, ale też prowokuje piłkarza do refleksji na temat jego przyszłości w świecie. W świecie, o którym nie ma bladego pojęcia, bo – delikatnie mówiąc – myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną. Jak się pewnie domyśliliście, „Diamantino” to rodzaj satyrycznej wariacji na temat życia Cristiano Ronaldo. Choć najlepszym aktorem w tym filmie zdecydowanie jest – na oko zdrowo naćpany – kot, to przejmująco parodiujący CR7 Carloto Cotta niewiele mu ustępuje (chwilami Krystyna jak z obrazka!). Sama opowieść jest przegięta do takiego stopnia, że fanatycy się obrażą, a ludzie poważni nie zdzierżą i wyjdą, ale znajdą się też tacy, którzy z radości zawyją. Warto się pośmiać!

*

„My, kojoty” („Nous, les coyotes”) (2018), reż. Hanna Ladoul, Marco la Via – 4/10

Niestety wiele hałasu o nic. Jestem daleka od stwierdzenia, że może ten projektor w pierwszą sobotę zepsuł się po to, by mnie przed tym filmem uratować, aczkolwiek przeszło mi to przez myśl.:D Żeby nie było, to nie jest najgorszy film tego festiwalu, ani nawet jakieś wybitnie złe kino. To po prostu koszmarna amatorszczyzna. Takie indie z początków gatunku, gdy wystarczyło wziąć kamerę i ponagrywać ze znajomymi trochę surowych rozmów o życiu. Ja się nawet nie czepiam o problemy, które Jake i Amanda (młodzi spłukani zakochani próbujący rozpocząć wspólne życie w Los Angeles) sami tworzą w swej wielkiej niefrasobliwości (dość dziwnej jak na ludzi ze szczątkowym stanem konta), bo to się niejako wpisuje w ich pierwszoświatowe podejście do dorosłego życia. Ale są to postaci tak papierowe i tak bez życia zagrane, że nie sposób tego filmu kupić.

*

„Irina” („Irina”) (2018), reż. Nadejda Koseva – 7/10 (7,5)

Trzeba przyznać, że w tym roku WFF zachwycił naprawdę świetnym debiutanckim kinem społecznym. W „Zdecyduj się” Liiny Trishkiny-Vanhatalo Erik spróbował odnaleźć w sobie miękkość, a w tym filmie główna bohaterka pokazała pełnię kobiecej siły. Tytułowa Irina to ta zaradniejsza siostra, matka małego chłopca i żona słabego chłopa. Główna i często jedyna żywicielka domu. Postawiona w sytuacji bez wyjścia decyduje się zostać biologiczną matką cudzego dziecka. Co tylko w teorii wydaje się rozwiązaniem wszystkich jej problemów. Obraz Nadieżdy Kosewej to film o braniu się za bary z życiem i mierzeniu się z podjętą już decyzją. Aktywnie i na własnych warunkach. Nie bez emocji, ale bez ckliwego cierpiętnictwa. Warto to zobaczyć już choćby dla niesamowitej Martiny Apostołowej, której kreację doceniło też festiwalowe jury. Naprawdę dobre kino. Polecam!

*

„Nancy” („Nancy”) (2018), reż. Christina Choe – 8/10 (7,5)

Kolejny film, który stoi rewelacyjną rolą kobiecą. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bez Andrei Riseborough nic by nie było. To ona wspaniale wygrywa tu skrajne emocje i to ona co i rusz sprowadza widzów na manowce. „Nancy” to obraz o nie takiej już młodej, ale dość mocno niedojrzałej mitomance, poświęcającej mnóstwo czasu na kreowanie różnych swoich wizerunków, zwłaszcza w Sieci. Pewnego dnia, przez czysty zbieg okoliczności, dziewczyna zaczyna podejrzewać, że jej problemy emocjonalne mają podłoże w wydarzeniach z dzieciństwa i zaczyna obsesyjnie dążyć do wyjaśnienia sprawy. A wyjaśnienia są potrzebne, bo wbrew pozorom nic tu nie jest oczywiste. „Nancy” to kino, które pod względem fabularnym mogłoby leżeć gdzieś obok tvn-owskich „Oszukanych” (czytaj: dość telewizyjnie nisko). A jednak dobra reżyseria i wybitna kreacja aktorska tworzą z tej produkcji o wiele wyższy poziom widowiska. Bardzo polecam!

*

„Mrzyj, monstrum, mrzyj” („Muere, monstruo, muere”) (2018), reż. Alejandro Fadel – 8/10

Przed filmem śmiałam się, że to będzie tytuł o mnie (co prawda z innych względów. bo miał to być nasz ostatni wieczorny seans ostatniego dnia po bardzo krótkiej nocy, a znajomi ostrzegali, że tylko spać się na tym da) i miałam rację. Potwór kumpla nie wystraszył, ale wystraszyłam go, podskakując, ja:D Trochę przez huk, na który jestem bardzo wrażliwa, a trochę ilustrując tezę postawioną przez twórców. „Mrzyj, monstrum, mrzyj” to kino dość niedocenione. Patrząc po recenzjach, częściej oglądane dosłownie – jako slowspinowa opowieść o potworze grasującym gdzieś w Andach i masowo odgryzającym głowy okolicznym niewiastom, niż z uwzględnieniem faktu, że jest to film głęboko psychologiczny. Prawdę mówiąc, jeden z najlepszych psychologicznych horrorów, jakie widziałam! A do tego pełen smakowitych składowych. Fajnego ponurego klimatu, konkretnego gore’u, rozbrajającego komendanta i jego techników, kadrów niczym z Ceylana i scen-perełek (takich jak łóżkowy taniec czy komendanckie litanie leków i lęków). Kocham i polecam najbardziej! Byleby z otwartą głową. Dla mnie to było idealne zakończenie festiwalu. Dzięki, M., za to żeś mnie na to zaciągnął:)

***

PODSUMOWANIE:

Parę zdań na temat zwycięzców: W Konkursie Międzynarodowym wygrała „Delegacja” Bujara Alimaniego. W Konkursie 1-2 – „Jej praca” Nikosa Labôta, a w Konkursie Wolny Duch – „Out” Denisa Parrota. Właściwie to bardzo się cieszę, że większość nagrodzonych filmów to produkcje, które odrzuciłam z marszu, tuż po zapoznaniu się z opisami, trailerami i zagranicznymi recenzjami. Cieszę się, bo dzięki temu nie muszę komentować tych werdyktów jury. A to już nie jest ten etap, w którym ja i szacowne gremium po prostu nie zgadzamy się w opiniach. To ten moment, w którym czasami naprawdę oczom nie wierzę. Przy czym sądzę, że sami jurorzy mają jednak dobre intencje i zależy im na tym, by wybrać obrazy traktujące o czymś ważnym. To tylko dziwnym trafem od 3 lat udaje im się wyróżnić filmy możliwie najbardziej nijakie. Zwłaszcza w Konkursie Międzynarodowym. Przeżyłam „Malarię”,  przełknęłam „Zabić arbuza”. Czemu żałuję, iż pojechałam w „Delegację”, możecie przeczytać wyżej. A przecież w stawce tego konkursu (choć chyba najsłabszego odkąd pamiętam) była wybitnie się wyróżniająca „Irina”! Ba! W konkursie 1-2 były nie gorsze perełki – „Zdecyduj się” i „Istota świata”. I co? I nie dostały nawet wyróżnienia. Wolny Duch już pal sześć, bo to kwestia gustu (aczkolwiek wygrała 64-minutowa montażowa zbitka coming-outów. bez komentarza).

Nagroda Publiczności przypadła fińskiej komedii o zespole grającym symphonic postapocalyptic reindeer-grinding christ-abusing extreme war pagan fennoscandian metal, czyli „Heavy Trip”. Mam nadzieję, że będzie polska premiera.:)

Pełna lista nagrodzonych jest dostępna tutaj, a wyniki plebiscytu publiczności tutaj.

35. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy odbędzie się w dniach 11-20 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Filed under Film

34. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Z cyklu „Nowych znajomych poznam”, bo harmonogram rozpaczy stwierdza, że z moimi będę się widywać głównie na korytarzach. :/ Chociaż może powinnam się cieszyć, że w ogóle mam jakiś grafik. Po 16:00 wydawało się, że będzie inaczej.

Program tegorocznej edycji Warsaw Film Festivalu jest dość podchwytliwy. Na pierwszy rzut oka nie ekscytuje (mało wielkich nazwisk, choć tych znanych już się trochę znajdzie). Tak że naprawdę sądziłam, że pójdę na luzie na kilka seansów, a wyszło tak, że dziś rano, po ostrej selekcji miałam wytypowanych 40 filmów. Uwierzycie, że po 5 godzinach główkowania, jak tę liczbę ograniczyć (w sytuacji, gdy większość biletów kosztuje po 20 zeta w grę zaczynają wchodzić sumy przyprawiające o udar) udało mi się zejść do… 37 projekcji (po 5 godzinach!). Nie przeliczajcie tego na złotówki. To już nie jest hobby, to choroba psychiczna. A jako że w trakcie manewrów okazało się, że długaśny „Upadek amerykańskiego imperium” zachodzi czasowo na wszystko, z czym się zetknie i trzeba zmarnować kolejne 2 godziny na przerobienie grafiku, omal się nie nabawiłam drugiego bieguna.

Skończyło się tak, że harmonogram (w tym momencie nie wiedziałam już nawet, jak się nazywam i na co idę. modliłam się tylko, żeby nic się powtarzało i na siebie nie nachodziło) był gotowy dopiero o 18:00 więc na dobrą sprawę zamiast go drukować mogłam go eksperymentalnie opłacić online, co też uczyniłam. O dziwo, operacja się udała, nikt nie zginął. Bilety mam już w łapkach, na wszelki wypadek wypełniłam dodatkowy druczek na fakturę (najważniejsza sprawa. bez tego byłoby krucho:).

Poniżej załączam swój grafik. Tam będę. A pod grafikiem bardzo krótko dlaczego.

Piątek, 12 października

16:30 – 18:17 Królowa strachu (Kinoteka 2)
18:30 – 20:00 RocKabul (Kinoteka 7)
21:00 – 22:40 Łagodna obojętność świata (Kinoteka 3)

Sobota, 13 października

12:00 – 13:34 Z biegiem Okawango (Kinoteka 1)
14:00 – 15:57 Eter (Multikino 3)
16:30 – 17:57 My, kojoty (Kinoteka 2)
18:30 – 20:39 Upadek amerykańskiego imperium (Multikino 1)
21:30 – 23:01 Zanurzenie (Kinoteka 2)

Niedziela, 14 października

14:00 – 15:45 Anioł (Multikino 3)
16:00 – 17:40 Dwa bilety do domu (Multikino 2)
18:45 – 20:45 Istota świata (Multikino 4)
21:30 – 23:03 Kobieta pracująca (Multikino 3)

Poniedziałek, 15 października

16:00 – 17:17 Delegacja (Multikino 2)
18:30 – 20:21 Bliscy wrogowie (Kinoteka 7)
21:00 – 22:45 Diabeł morski (Kinoteka 7)

Wtorek, 16 października

18:30 – 19:54 Food truck (Kinoteka 3)
21:00 – 22:30 Barbarzyńcy (Multikino 1)

Środa, 17 października

11:15 – 12:57 Zdecyduj się (Multikino 4)
13:45 – 15:25 Mihkel (Multikino 4)
16:00 – 18:05 Kto ci zaśpiewa (Kinoteka 7)
18:30 – 20:01 Satash (Kinoteka 3)
21:00 – 22:48 Rzeka (Multikino 2)

Czwartek, 18 października

19:00 – 20:40 Moon Hotel Kabul (Multikino 3)
21:00 – 22:50 Wizja (Kinoteka 3)

Piątek, 19 października

11:00 – 12:41 Moje arcydzieło (Multikino 2)
14:00 – 15:51 Ziemia (Multikino 3)
16:00 – 17:26 Ederlezi Rising (Multikino 1)
18:30 – 20:05 Mapplethorpe (Multikino 1)
21:00 – 22:50 High Life (Multikino 1)

Sobota, 20 października

14:00 – 15:21 Klub Kanibali (Kinoteka 4)
16:00 – 17:27 Kiedy padają drzewa (Kinoteka 3)
19:00 – 20:54 Motyle (Kinoteka 2)
21:15 – 23:17 Noc przez dwanaście lat (Multikino 4)

Niedziela, 21 października

11:00 – 12:32 Diamantino (Kinoteka 4)
13:45 – 15:21 Break (Multikino 4)
16:30 – 18:06 Irina (Multikino 3)
18:30 – 19:57 Nancy (Kinoteka 7)
21:00 – Pokaz któregoś ze zwycięzców albo odmiany wrócę do domu:)

***

Anioł – bo spodobały mi się zdjęcia. Film jest wariacją na temat ostatnich dni życia znanego kolarza Franka Vandenbroucke.

Barbarzyńcy – bo spodobało mi się zdjęcie Lily-Rose Depp z karabinem.;) A tak serio, ciekawie się ta fabuła zapowiada.

Bliscy wrogowie – bo Matthias Schoenaerts. Są tacy aktorzy.:)

Break – bo miałam iść na „Jesteśmy gorączką”, ale odrzuciła mnie surowizna, a to jest regularny „Step Up” (dawno nie było, prawda?). Planuję zaliczyć 37-38 filmów w 10 dni więc chyba jestem tego warta!:D

Delegacja – bo z kinem „bałkańskim” to naprawdę różnie bywa, ale czasem warto dać mu szansę. Mogłam w tym czasie iść na „Trzecią żonę”, ale coś mi zgrzytnęło w trailerze. W tym przypadku jest łatwiej, bo trailera nie ma.:)

Diabeł morski – bo w tym momencie od tematu Rohindżów i tak się uciec nie uda. A tak serio, obejrzyjcie zwiastun, świetnie to wygląda.

Diamantino – bo Kasia with love mi to zaordynowała, kusząc, że to obraz zainspirowany postacią Cristiano Ronaldo i że „cokolwiek o nim przeczytasz, nie jesteś gotowa na to, co zobaczysz”. Ta to umie zachęcić.:) Film zdobył Grand Prix Tygodnia Krytyki i Palm Dog Grand Jury Prize za „pluszowe szczeniaki”.:D

Dwa bilety do domu – bo to kino rosyjskie, a to najlepsza kinematografia świata. Filmy rosyjskie wyłuskuję z repertuaru w pierwszej kolejności. Poza tym lubię ten poziom agresji.;)

Ederlezi Rising – bo sci-fi łykam jak młody pelikan.

Eter – bo odpuściłam „Obce ciało” na WFFie i do dziś żałuję. To jeden z najcenniejszych eksponatów w mojej kolekcji kina niewiarygodnie złego i wyjątkowo zabawnego. Szkoda, że nie widziałam tego w dobrym towarzystwie. Za karę w tym roku też nie obejrzę Zanussiego z ekipą. :( Było blisko, ale Amerykańskie imperium zepsuło wszystko. ;(

Food truck – bo ponoć wymiata kreacjami aktorskimi. W przeciwnym razie musiałabym pójść na Brillante.;) Lepiej zaryzykować z czymś, czego większość ludzi nigdy nie zobaczy.

High Life – bo Robert Pattinson. I bo sci-fi. W nieznacznym stopniu bo Claire Denis. Film zbiera świetne recenzje. Na pewno nie będę czekać, aż wejdzie do kin. Mój Ci on!

Irina – bo jest szansa na ból istnienia i silne emocje, a ja lubię emocje.:)

Istota świata – bo to kino rosyjskie i najlepszy film festiwalu filmów rosyjskich w Soczi. Jednak gdyby nie to, i tak przekonałby mnie pomysł i zwiastun.

Kiedy padają drzewa – bo w najgorszym razie popatrzę sobie na piękne zdjęcia Michała Englerta. Aczkolwiek patrząc po trailerze, zapowiada się na lepsze. Film otrzymał w Cannes nagrodę ScripTeast za scenariusz.

Klub kanibali – bo liczę na cień kontrowersji. I na to, że się trochę podenerwuję.

Kobieta pracująca – bo to kino izraelskie i niestety na czasie. Film został nagrodzony w Hajfie i Berlinie.

Królowa strachu – bo nagroda aktorska (dla Valerii Bertuccelli) na festiwalu Sundance.

Kto ci zaśpiewa – bo to film Carlosa Vermuta, autora „Magicznej dziewczyny”. I pomysł fajny.

Łagodna obojętność świata – legendarni „Właściciele” (zwycięzca Konkursu Wolny Duch w 2014 roku) mnie ominęli, a co do „Zarazy we wsi Karatas” uczucia miałam mieszane, ale Kasia Wolanin i Krzysztof Osica mają fioła na punkcie kina kazachskiego i zawsze mi je polecają.:D

Mapplethorpe – bo to fabuła o wybitnym fotografie – Robercie Mapplethorpie, a to mnie kręci.

Mihkel – bo co to za WFF bez kina skandynawskiego, a film obiecuje pewną dynamikę.

Moon Hotel Kabul – bo to film Ancy Damian, reżyserki „Drogi na drugą stronę”, „Bardzo niespokojnego lata” i „Czarodziejskiej góry”. Bardzo ją lubię.

Moje arcydzieło – bo to film Gastóna Duprata, twórcy udanego „Honorowego obywatela”.

Motyle – bo lubię kino drogi i jestem niemal pewna, że na tym tureckim filmie nie usnę.;) Film zdobył m.in. Grand Jury Prize w Sundance.

My, kojoty – bo lubię filmy o związkach (kocham science fiction), a przy okazji skojarzyło mi się z „Between Us” Rafaela Palacio Illingwortha, a to był bardzo dobry wybór 2 lata temu.

Nancy – bo Andrea Riseborough, bo fajny pomysł i nagroda za scenariusz na festiwalu w Sundance.

Noc przez dwanaście lat – bo na Tygodniu Kina Hiszpańskiego bilety wcale nie są tańsze. A ponoć obejrzeć warto.

RocKabul – bo chodzenie na WFF-ie na filmy o muzyce alternatywnej z różnych egzotycznych zakątków świata to już tradycja. Poza tym film zdobył nagrodę Metal Hammer Magazine.

Rzeka – bo czasem trzeba się zdrzemnąć.;) Reżyser filmu – Emir Baigazin – otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera w sekcji Orizzonti festiwalu weneckiego.

Satash – bo ulegam kazachskofilskim wpływom. Ale też jeśli to będzie prawdziwy western, to będzie warto.

Upadek amerykańskiego imperium – bo to film Denysa Arcanda, twórcy „Inwazji barbarzyńców”.

Wizja – bo to film Naomi Kawase, a obrazy znanych azjatyckich reżyserów to mus.

Z biegiem Okawango – bo na pytanie Kasi Wolanin, czemu ten dokument jest grany w niedzielę po południu w największej sali Multikina, obsługa festiwalu odpisała, że „to porywający wizualnie film i dopiero w wielkiej sali Multikina można będzie się nim w pełni napawać”. Uwierzyłam. Pójdę się napawać w największej sali Kinoteki.:)

Zanurzenie – bo kocham kino izraelskie i spodobał mi się pomysł oraz trailer. Film zdobył już nagrody w Jerozolimie i Locarno.

Zdecyduj się – bo kino estońskie jest spoko, a film jest estońskim kandydatem do Oscara. Bardzo dojrzale się to prezentuje jak na debiut.

Ziemia – bo to film reżysera „Radio Dreams” – Babaka Jalali’ego, a ja jestem masochistką. Ale tak serio, dobrze się ta opowieść o Indianach zapowiada.

Wybrałabym się jeszcze na parę lajtowych filmów azjatyckich, takich jak „Koleżanka” czy „Diabelski młyn”. I na kilka społecznie skomplikowanych też. Chociażby jednak na tę „Trzecią żonę”. Poszłabym na „Euforię”, „Jesteśmy gorączką”, „Sir”, a nawet „Alfa, prawo do zabijania”. Ale doba nie jest z gumy, a portfela też już nie mam.;)

Całkiem serio to może być jeden z najlepszych programów Warszawskiego ever. Do zobaczenia na festiwalu!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 10.09.2018

Poniedziałek 03.09

„Lato” („Leto”) (2018), reż. Kirill Serebrennikov – 8/10 (7,5)

[O czym jest ten film]: O czym jest ten film]: O rockowej scenie muzycznej Leningradu lat 80., a zwłaszcza o początkach kariery Wiktora Coja z grupy Kino i jego znajomości z liderem Zooparku Majkiem Naumienko.

Film oparty na wspomnieniach żony Majka Naumienki – Natalii i nakręcony z jej perspektywy, co jednym (mnie;) pasi, a innym niekoniecznie. Mike opowiedziałby to pewnie z większym rozmachem, a Witia – wcale. W obu przypadkach byłaby to sama muzyka, bez fabuły:)

Tak jak nie przepadam za musicalami, tak uwielbiam filmy muzyczne. Jedną z moich ulubionych produkcji tego typu pozostają „Bikiniarze” Todorowskiego, a obraz Sieriebriennikowa będzie drugim takim pewnikiem do wielokrotnych powtórek. Na głosy, że „Lato” i jego bohaterowie są zbyt ugrzecznieni, mam odpowiedź krótką: Łatwo oceniać filmową rzeczywistość z perspektywy człowieka, który nie próbował być zbuntowanym artystą w ZSRRze. Łatwo też krytykować reżysera, nie mając pojęcia, że już za tę ocenzurowaną wersję wylądował w domowym areszcie (film z wielkimi problemami musiał dokończyć kto inny). Jak dla mnie fabuła jest w tym obrazie wystarczająco wywrotowa, a bunt odbija się wystarczająco głośnym echem. Nawet jeśli to wszystko się nie wydarzyło. ;) ;P Klimat epoki i środowiska odtworzony rewelacyjnie. I nie dajcie sobie wmówić, że film stoi coverami (to tylko krótkie nieszkodliwe przerywniki, a choć nie licząc „All the Young Dudes”, które wolę chyba bardziej od oryginału, spokojnie by się bez nich obyło, tragedii nie ma). Na całego jest tu grana przede wszystkim radziecka muzyka początku lat 80-tych. Polecam zwłaszcza genialne „Konchitsya leto” i pachnące Wysockim „Derevno” zespołu Kino. Aczkolwiek sama zajeżdżam na Spotify’u cały soundtrack.



[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników filmów muzycznych i czarno-białych zdjęć, dla fanów radzieckiego rocka oraz dla wielbicieli rosyjskiego kina.

*

„Zama” („Zama”) (2017), reż. Lucrecia Martel – 6/10

[O czym jest ten film]: O rybach w czasach zarazy i człowieku, który próbował za wszelką cenę wyrwać się z posady na końcu świata.

Ekranizacja książki Antonio di Benedetto. „Zama” to film o modelowym korposzczurze czasów kolonialnych (takich, jakimi wyobraziła je sobie Lucrecia Martel) i wszystkich obliczach niewolnictwa. Nowohoryzontowo powolny, specyficznie absurdalny, niby z epoki, a tak bardzo na czasie. Jak łatwo można przegapić życie, czekając na to, aż okoliczności złożą się dokładnie tak, jak byśmy chcieli (chociażby czekając na obiecany awans). Film trochę w stylu „Śmierci Ludwika XIV” Serry, acz łatwiej strawny. Końcówka (ostatnie pół godziny) w klimacie „W objęciach węża” Guerry. Końcówka bardzo mi się podobała.

[Dla kogo jest ten film]: Dla najzagorzalszych fanów kina kostiumowego i natywnego kina indiańskiego, dla tych, którzy też w życiu utknęli i potrafią wykrzesać z siebie empatię oraz dla miłośników niekomercyjnego absurdu.

Czwartek 06.09

„Trzech facetów z Teksasu” („Bottle Rocket”) (1996), reż. Wes Anderson – 6/10

[O czym jest ten film]: O takich trzech, co to takich dwóch nie ma ani jednego, czyli o gościach przodujących w ucieczkach przez otwarte drzwi i planowaniu przestępstw, które nie mają prawa się udać. Standard. ;)

A ponoć skarpety do sandałów to polski trend. ;) Debiut fabularny Wesa Andersona oraz Luke’a i Owena Wilsonów (ten ostatni jest też współautorem scenariusza). Jak na tę ekipę film jest wyjątkowo ascetyczny, całkiem pozbawiony dopalaczy (kostiumów, przepychu, fajerwerków). No chyba że liczyć Owena. ;D Świetna rola, charakterystyczna, w stylu, który aktor przemycał potem do kolejnych swoich kreacji. I szczególny humor, który ostatnio odnalazłam też w Radości:) Przez chwilę zadawało mi się, że gra tu ten sam motel co w „The Florida Project”, ale okazało się, że to tylko stylówa budowlana taka, najwyraźniej wciąż uskuteczniana w całym USA, od Florydy po Teksas.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów kina nieudacznego, dla prawdziwych wyznawców Wesa Andersona (takich, których nie zrazi brak oprawy, do której nas przyzwyczaił), dla koneserów andersonowskiego sarkastycznego poczucia humoru oraz dla wielbicieli Owena Wilsona.

Piątek 07.09

„Zakonnica” („The Nun”) (2018), reż. Corin Hardy – 2/10

[O czym jest ten film]: O należącym do tradycji okultystycznej i The Conjuring Universe wielkim źle w habicie zakonnicy i o mało rozgarniętych ludziach, którzy pchają się tam, gdzie nie powinni.

Zaprawdę każdy sport ekstremalny da się uprawiać w miarę racjonalnie. I tak chodzenia nocą po lasach i prastarych cmentarzach lepiej nie uskuteczniać w pojedynkę, a biegając po zmroku po starym budownictwie, warto uważać na skrzyżowaniach. :P Inna sprawa, że gdyby bohaterowie mieli za grosz rozsądku, film ten byłby skończenie nudny, a tak przynajmniej czasem coś się dzieje. Może trochę za mało zabawnie jak dla mnie (więc ani straszno, ani śmieszno), na poziomie urągającym pierwszej „Obecności”, a już na pewno wybitnie żenująco pod względem aktorskim. To chyba najbardziej boli.

Nie trzeba się specjalnie starać, żeby mnie wystraszyć, ale, na Boga, nie demonem wymalowanym jak Marilyn Manson! ;D W telegraficznym skrócie: katastrofa:) Nawet IMAX tej „Zakonnicy” nie ratuje. Najciekawszą, rzeczą, jaka przytrafiła mi się w trakcie tego seansu, był chłopak, który wszedł spóźniony (do tego czasu byłam na sali sama), usiadł na końcu, a po pierwszej akcji na cmentarzu przybiegł usiąść koło mnie i co i rusz dziwnie się na mnie gapił. Gdy zaczął się bawić telefonem, ostentacyjnie się przesiadłam, a on natychmiast wyszedł z kina wyjściem ewakuacyjnym. Gdyby przyszedł na seans w habicie, mogłabym podnieść ocenę chociaż za to:)

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów filmów o nawiedzonych klasztorach i osób, które przeraża teatralny makijaż.

*

„Juliusz” („Juliusz”) (2018), reż. Aleksander Pietrzak – 8/10

[O czym jest ten film]: O gościu z problemami, który uczy Wasze dzieci;) (nie bójcie żaby. w dzisiejszych czasach to raczej nauczyciel jest gatunkiem zagrożonym), o potyczkach z upierdliwą rzeczywistością i o rodzicielstwie.

„Juliusz” to nienachalnie ciepłe i ciepło zgryźliwe kino gdzieś na styku „Dnia świra” i „Rozmów nocą”. Właściwie Juliusz żadnym świrem nie jest. Ot, przytrafiają mu się rzeczy, które się zwykle przytrafiają świrom. Przytrafia mu się też fajna laska niczym z „Rozmów”. Tytułowy bohater to uroczy człowiek z problemami, które – w takiej czy innej formie, ma większość z nas. Wszyscy się z czymś borykamy, długofalowo i incydentalnie. Może dlatego łatwo wykrzesać z siebie empatię. Juliusz ma talent. I ma pracę, która tego daru nie wykorzystuje. Ojca ma – równie kochanego, co nieodpowiedzialnego. Przyjaciela ma, który często gęsto dobrymi chęciami wpędza go w kłopoty. Początkowo dziewczyny nie ma, czym nie jest szczególnie przejęty. Co innego scenarzyści. Ale na szczęście w tej kwestii też znają umiar, dzięki czemu film Aleksandra Pietrzaka jest być może pierwszym kom-romem dla mężczyzn. Tym kom-romem to zresztą tylko przy okazji bardzo sympatycznej komedii.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wielbicieli „Dnia świra” i polskich kabaretów. ;) Tak przynajmniej twierdzą inni. Mnie się po seansie wydawało, że dla ludzi, którzy lubią dobre polskie komedie. Na pewno dla fanów Wojciecha Mecwaldowskiego i kina nieudacznego. Miłośniczki kom-romów też powinny się w tym jakoś odnaleźć. A ich faceci nawet bardziej.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 03.09.2018

Na oko tydzień książkowych adaptacji. :D

Poniedziałek 27.08

„Też go kocham” („Juliet, Naked”) (2018), reż. Jesse Peretz – 7/10

[O czym jest ten film]: O kobiecie, która przez przypadek poznaje idola swojego chłopaka i o muzyku, który musi się zmierzyć ze wszystkim błędami swojego życia.

Początek pachnie schematem, a jednak film się w niego nie osuwa. Scenarzyści sporo poprawili po Nicku Hornbym i zaskakująco dobrze im to wyszło. To naprawdę nie jest kom-rom. Ot, bardzo życiowe, bezpretensjonalne i zabawne kino nie tylko o związkach. Dobrą robotę robią świetnie pasujący do swych ról aktorzy: Hawke, Byrne i O’Dowd. Aczkolwiek show kradnie postać burmistrza, zwłaszcza w mojej ulubionej scenie prezentacji gwiazdy. Bardzo przyzwoity film, jestem zaszczycona;)

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów antykomedii romantycznych i dowcipu na wyższym poziomie niż w przeciętnym amerykańskim hiciorze. No i oczywiście dla wielbicieli brytyjskich akcentów.

*

„The Meg” („The Meg”) (2018), reż. Jon Turteltaub – 5/10 (4,5)

LOL, idźcie pomacać dno oceanu. A nuż, widelec. :D

[O czym jest ten film]: O szalonych ludziach i racjonalnym wielkim prehistorycznym rekinie.

Zaprawdę byłaby to dużo lepsza produkcja, gdyby nie zawierała dialogów. Są fatalne. Odtwórstwo (nie mylić z aktorstwem) też ssie. Najlepiej i najdojrzalej gra tu małe dziecko (słodka Shuya Sophia Cai), Jason Statham i Cliff Curtis prezentują się przyzwoicie, natomiast resztę występów należałoby pominąć milczeniem (doktor Zhang Winstona Chao niebezpiecznie przypominał mi bohaterów „Mody na sukces”). O absurdach fabuły też szkoda gadać. Lepiej się pośmiać. :) Albo skupić się na widowisku. Bo trzeba przyznać, że efekty (w tym megalodon) są naprawdę mega. Przy okazji brawa dla Chińczyków (film jest amerykańsko-chińską koprodukcją), za to że wycisnęli dno oceanu do cna, między innymi zachwalając walory turystyczne Sanya Bay. Film jak film, ale taka reklama to zawsze dobra inwestycja.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników rekinów, potworów, Jasona Stathama i spektakularnych efektów.

Czwartek 30.08

„Mroczne umysły” („The Darkest Minds”) (2018), reż. Jennifer Yuh Nelson – 3/10 (2,5)

[O czym jest ten film]: O dzieciach, które w wyniku choroby nabierają supermocy i muszą uciekać przed dorosłymi, którzy czują się tym wszystkim zagrożeni.

To taki film-fantazja dla ludzi, którzy nienawidzą dzieci, bądź mają dzieci i chcieliby móc na nie zapolować. Absurd. Który poniekąd oglądałam z zainteresowaniem. Ciekawiło mnie bowiem, do ilu den zdołają dobić twórcy. Zgodnie z przewidywaniami okazało się, że do tylu co w dobrych rajstopach (i gdyby naukowcy z „The Meg” mieli rację, przebijaliby się dalej), ale sam proces pogrążania się był fascynujący. Uwielbiam dystopie i jestem w stanie dużo im wybaczyć, ale to jest jedna z najgłupszych opowieści, z jakimi miałam do czynienia (klisza kliszy kliszy, w dodatku bez cienia składu i sensu). Jako że Alexandra Bracken popełniła książkę, na której bazuje ta produkcja, w 2012 roku, kiedy to gatunek był w pełni rozkwitu i każdy miał dostęp do masy dobrych wzorców, nie widzę dla tej „twórczości” żadnego usprawiedliwienia. To jest przykład najobrzydliwszego odcinania dolarów od popularnego trendu. Szczęśliwie film nie zarobił więc kolejnych odsłon raczej nie będzie. Plus za najbardziej żenujący dialog o skarpetkach w historii kina i kreację Harrisa Dickinsona (zdecydowanie się wyróżnia na nijakim tle).

[Dla kogo jest ten film]: Dla psychofanów dystopii i młodzieżowych romansów, dla widzów, którym nie przeszkadza, że z 3 części zobaczą tylko jedną i dla ludzi, którzy ekstremalnie nie lubią dzieci.

*

„Krzysiu, gdzie jesteś?” („Christopher Robin”) (2018), reż. Marc Forster – 7/10

[O czym jest ten film]: O tym jak dorosły już Krzyś ponownie spotyka wesołą kompanię ze Stumilowego Lasu (z przyczyn prawnych zwanego tu Stuwiekowym).

Nie czytałam „Kubusia Puchatka” w dzieciństwie, bo wydawał mi się zbyt infantylny. Czytam teraz i wygląda na to, że musiałam do tej książki dorosnąć. ;D Miałam nie iść na ten film, bo dubbing only. Zaintrygowana pozytywnymi ocenami znajomych, złamałam się jednak i nie żałuję. „Krzysiu, gdzie jesteś?” to wyższa klasa humoru (w którym przodują Kubuś i Kłapouchy. obaj po prostu cudni!) i wyższa klasa wzruszenia (historia nie jest smutna, ale bez paczki chusteczek się nie obejdzie. może się też zdarzyć, że po seansie pół nocy będziecie szukać ulubionej maskotki z dzieciństwa. może lepiej poszukać zawczasu;). Mottem przewodnim filmu jest hasło, iż „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie”. Niby logiczne, ale warto o tym przypominać. Mając przeczytane 2/3 „Kubusia Puchatka”, byłam bardzo zaskoczona tym, jak wiernie odtworzono tu atmosferę, teksty i przygody z książki (te ostatnie w formie mistrzowskich nawiązań). Nie zdziwiłabym się, gdyby obraz Forstera, nie będąc stricte ekranizacją, był i pozostał najbardziej kubusiową i najlepszą adaptacją twórczości Alana Alexandra Milne.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów „Kubusia Puchatka”, dla osób, które chciałyby zostać fanami „Kubusia Puchatka”, dla ludzi, którzy lubią się wzruszać, raczej dla dorosłych niż dla maluchów (najlepiej bawili się na tym dorośli w moim wieku. małe dzieci i ich rodzice się nudzili).

*

„Dogman” („Dogman”) (2018), reż. Matteo Garrone – 7/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O wyjątkowo nieogarniętym psim fryzjerze i konsekwentnym zapędzaniu się w kozi róg.

Główny bohater to miś o bardzo małym rozumku i wielkim sercu. Jak na taką pierdołę świetnie się wspina (na trzeźwo bym go raczej nie przebiła), ale życia sobie nie potrafi ułożyć. Między innymi dlatego, że lepiej rozumie zwierzęta niż ludzi. Marcello (brawurowo zagrany przez Marcello Fonte) to jedna z tych postaci, które wzbudzają całe morze uczuć. Od szczerej sympatii (choćby przez wzgląd na chihuahuę) po równie szczerą złość. Chwilami złość tę ciężko było przełknąć, ale zgadzam się z jedną z użytkowniczek Filmwebu, że ocenianie takich ludzi z pozycji wykształconej, godziwie sytuowanej osoby, która wychowała się w lepszym świecie, jest nie na miejscu. Toksyczne relacje są toksyczne. A choć każdy wie, że należałoby się nauczyć stawiać granice, czasem się tego zrobić nie da.

Fajnych filmów trochę we wrześniu w kinach będzie, ale tych „lepsiejszych” (oryginalnych i dalekich od masówki) nie za wiele więc polecam!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów twórczości reżysera „Gomorry” i „Pentameronu” – Matteo Garrone oraz dla wielbicieli psów, kina psychologicznego i nieoczywistego kina gangsterskiego.

Piątek 31.08

„Bajecznie bogaci Azjaci” („Crazy Rich Asians”) (2018), reż. Jon M. Chu – 6/10

[O czym jest ten film]: O bajecznie bogatych Singapurczykach i ich mezaliansach.

„Bajecznie bogaci Azjaci” to takie azjatyckie „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, tyle że bez 50 twarzy Greya. Główni bohaterowie są przyjemnie normalni, na takim etapie związku, że nie muszą jeszcze świrować z pikanterią, a autorowi książki, której film jest adaptacją, jakoś nie przyszło do głowy, by zbudować fabułę na seksie. Zgadza się tylko skala przepychu i trochę drama. Gwarantuję jednak, że trafiwszy do kina przez przypadek, nie umrzecie z nudy i zażenowania. Jest za to duża szansa, że się pośmiejecie.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów książek Kevina Kwana (i tu Wam mogę zagwarantować, że wszystkie 3 części trylogii powstaną, gdyż fabularni „Bajecznie bogaci Azjaci” zdążyli już zrobić furorę w Ameryce], dla miłośników harlequinów i innych romansów, dla marzących o luksusie oraz dla maniaków wszystkiego co azjatyckie.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.07.2018

Mundial nie Mundial, wakacje zdecydowanie nie są dobrym czasem na publikowanie. Za dużo się dzieje. :)

Poniedziałek 09.07

„Jestem taka piękna!” („I Feel Pretty”) (2018), reż. Abby Kohn – 6/10

A gdyby tak uderzyć się w głowę i spojrzeć na siebie łaskawszym okiem? A może tak bez uderzania się w cokolwiek? Ja po seansie tego filmu autentycznie poczułam magię i postanowiłam, że już nigdy nie powiem (ani nie pomyślę) o sobie, że jestem stara, za gruba, za niska, że mam coś za małego czy za dużego. Nie mówię oczywiście, że wszyscy powinniśmy być od razu jak Renee, ale bądźmy chociaż jak Ethan – po prostu sobą. Przesadziłabym pisząc, że „Jestem taka piękna!” to wiekopomne dzieło, i jest to też trochę jeden z tych obrazów „z przesłaniem”, za którymi generalnie nie przepadam, ale twórcy trzymają wszystko na tyle w ryzach i tak ładnie omijają najoczywistsze klisze (choćby w konstrukcji postaci Avery i Granta), że łatwo im wybaczyć. No i bawiłyśmy się super. Schumer znów nas rozłożyła na łopatki, a Williams po raz kolejny udowodniła, że jest aktorką najwyższej klasy.

Wtorek 10.07

„Berek” („Tag”) (2018), reż. Jeff Tomsic – 6/10

Historia grupy przyjaciół, którym udało się podtrzymać szkolną przyjaźń dzięki grze w berka. W rzeczywistości jest ich 10-ciu, a nie 5-ciu i od 28 lat ganiają się po całym świecie w lutym, a nie w maju, ale naprawdę jest to fabuła oparta na faktach. Bohaterowie są co prawda fikcyjni (wzorowani, a nie przeniesieni), ale wiele z filmowych akcji (zmyłek, przebieranek i innych podstępów) rzeczywiście miało miejsce. Prześmiesznej komedii się może nie spodziewajcie, choć film bywa zabawny. Na pewno nie jest delikatny (z tego, co wiem, Renner się nawet jakichś kontuzji nabawił). Sceny z udziałem Rennera chwilami przywodzą na myśl „Mission Impossible”, jest też bardzo ładne nawiązanie do „Predatora”. Poza tym dobra chemia między bohaterami, fajna atmosfera i nawet jakaś głębsza refleksja na temat przyjaźni. Mając do wyboru „Kac Vegas” i „Berka”, bez wahania postawiłabym na tę uroczą bieganinę.

Środa 11.07

„Whitney” („Whitney”) (2017), reż. Kevin Macdonald – 6/10 (5,5) [doc]

Saddam to był jednak świr! ;D Nie no, serio, dla tej jednej (powiązanej z Whitney informacji) warto cały film obejrzeć. :) Warto też na pewno dla materiałów archiwalnych. W opowieściach rodziny i przyjaciół prawdy o Houston nie znajdziecie (cała ta zgraja, wliczając w to Bobby’ego, zasiadła przed kamerą wyłącznie po to, by poprawić swój wizerunek), ale na archiwalnych nagraniach widać prawdziwą Nippy. Wcale nie taką układną dziewczynkę z getta, która przeżyła swoje życie tak, jak zdecydowała. Nie byłam fanką Whitney, bo nie lubię popu, ballad i bluesa, ale jej fenomenalny głos potrafił mnie przyprawić o łzy. I tak było w trakcie tego seansu. Ogólnie ciekawszego dla laików niż fanów, ale fani też coś dla siebie znajdą.

Czwartek 12.07

„41 dni nadziei” („Adrift”) (2018), reż. Baltasar Kormákur – 6/10

Zacznijmy od tego, że jeśli nie lubicie Woodley i Claflina (a wiem, że są tacy, co nie lubią), to w ogóle nie jest produkcja dla Was i lepiej sobie odpuśćcie. To film z gatunku „ona, on, i ocean”, tak że nic Was od obcowania z tym dwojgiem nie uratuje. Kormákur opowiada tu w formie narracji dwutorowej – splatając w węzeł dwie historie: początków miłości dwojga ludzi i ich walki z żywiołem po katastrofie – lekko podrasowaną historię pary żeglarzy – Tami Oldham i Richarda Sharpa, którzy mieli pecha znaleźć się w środku jednego z największych huraganów w historii USA. Uwielbiam kino survivalowe, bardzo też wciągnęła mnie ta cała „żeglarka”, o której generalnie nie mam pojęcia, a przecież nigdy nie wiadomo, kiedy może nam się przydać wiedza. Film jest trochę hallmarkowy, na pewno nie ten poziom, do którego przyzwyczaił nas islandzki reżyser, ale wcale nie jest taki zły, jak go malują. Namalowany jest zresztą świetnie. Zdjęcia Roberta Richardsona to jego największy atut.

*

„Ocean’s 8” („Ocean’s Eight”) (2018), reż. Gary Ross – 4/10

Guess what! Danny Ocean miał siostrę! A ta siostra miała równie niepraworządne koleżanki co Danny. Wszystkie zgrywały się na twardsze od facetów, ale postanowiły kraść drogą biżuterię. Nie, to wcale nie jest seksistowska intryga. :P Podobała mi się w tym filmie dbałość językowa (Sandra mówiąca w ojczystym języku swojej matki – niemieckiej śpiewaczki operowej Helgi Meyer – rewelacja! przynajmniej raz amerykański film nie drażnił mnie w materii języków obcych), mniej lub bardziej Bullock i Hathaway oraz muzyka, czyli podobało mi się niewiele. Intryga (a przecież o to w produkcjach z tej serii chodzi) jest wybitnie niewiarygodna (zwłaszcza poczynania filmowej Rose w rzeczywistości na każdym kroku musiałyby wzbudzać podejrzenia), a film długi i nudny jak cholera. Bardzo nieudany reboot.

Niedziela 15.07

„Przeklęta liga” („The Damned United”) (2009), reż. Tom Hooper – 6/10

Historia najbardziej emocjonującego okresu w karierze jednego z najlepszych trenerów piłkarskich w historii – Briana Clougha. Opowiedziana dwutorowo na zasadzie zestawienia jego sukcesów osiągniętych z drużyną Derby County z okresem pracy w Leeds United. Lekkie (może za lekkie), filmowo nieco zakrzywiające fakty (choć raczej nieszkodliwie. o ile można się zgodzić z protestami rodziny odnośnie wypaczania wizerunku Clougha, który w owym czasie był bardzo wysportowany, nie palił i pił tylko okazjonalnie i nikt też nie uwierzy, że jakikolwiek trener mógłby dobrowolnie przesiedzieć mecz w szatni, o tyle na przykład fakt, iż piłkarze podpisywali kontrakty w różnych terminach, a nie tak jak na ekranie – jednocześnie w 10 sekund – naprawdę nie ma znaczenia), nośne kino sportowe trochę w stylu „Najlepszego” i „Wyścigu”. Jeśli nie dla piłki (i to takiej twardej, zupełnie nieneymarowskiej), warto to obejrzeć choćby dla roli Michaela Sheena. Jak zawsze klasa i charyzma.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Elementarz stylu

Tytuł oryginalny: „Elementarz stylu”
Autor: Katarzyna Tusk
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2015
Ukończona: 20 maja 2018
Moja ocena: 8/10 (4/5)

Jeśli czytanie książek „modowych” minimalistek czegoś mnie nauczyło, to przede wszystkim tego, że warto kupować książki tylko tych osób, które lubi się czytać i/lub których styl się ceni (niekoniecznie musi to być nasz styl, ale musi się podobać). Jeśli o mnie chodzi, Kasia Tusk wyjątkowo spełnia oba te kryteria. „Elementarz stylu” to jedna z nielicznych książek spośród tych wydanych w Polsce w XXI wieku, które warto kupić już choćby ze względu na to, jak jest wydana (no to jest po prostu bajka! prosta, ładna, płócienna twarda okładka z wytłoczonym tytułem i gustownym rysunkiem, ciężki, dobrej jakości papier, najwyższej jakości zdjęcia, elegancka typografia. bardzo podobają mi się te wyraźne oddechy między akapitami, a jednocześnie drobna czcionka. nie ma tu tego modnego ostatnio zwiększania objętości poprzez maksymalizowanie czcionki i wszystkich możliwych odstępów). Choćby po to, by na nią patrzeć. Ale treść też zgłębić warto. Jest tu miejsce na ciekawostki i anegdoty, dużo konkretnych rad i przykładów, a także przepiękne poglądowe zdjęcia. Kasia ma dobre pióro, nie leje wody, nie powtarza w kółko tego samego. Nie wymaga też, żeby czytelnicy przyjęli jej punkt widzenia. Jedna uwaga: To nie jest poradnik „Jak znaleźć swój styl”, lecz wielopoziomowe rozważania na temat elegancji i stylu. Stylu w ogóle, ale przede wszystkim (eleganckiego) stylu autorki. Trudno wymagać od Kasi, żeby pisała o czymś, co jej się nie podoba, podsuwając ludziom pomysły utrzymane w stylistykach, których nie czuje. Jeśli elegancja nie jest wyborem dla Was i nie jesteście w stanie zaadaptować jej do swoich potrzeb, musicie poszukać inspiracji gdzie indziej.

 

Dodaj komentarz

Filed under Literatura