Filmy obejrzane w 2018 roku

Zliczam wszystkie filmy długometrażowe, również te obejrzane po raz któryś. Powtórki opatrzone są adnotacją [P]. Używam też oznaczeń: [doc] – dla pełnometrażowych dokumentów, [mini] – dla miniseriali i ***** – dla krótkometrażówek (tych nie numeruję).

Lista filmów obejrzanych w 2017 roku

Filmy obejrzane w 2018 roku: ? (W 2017: 400).
Krótkie metraże obejrzane w 2017 roku: ? (ostatni: „.”).

Filmy obejrzane w kinie w 2018 roku: 100 + ? shorty (stan na 21.05.2018).
Filmy obejrzane w kinie w 2017 roku: 255 (+ 4 krótkie metraże).
Filmy obejrzane w kinie w 2016 roku: 277 (+ 3 krótkie metraże).
Filmy obejrzane w kinie w 2015 roku: 193 (+ 2 krótkie metraże).
Filmy obejrzane w kinie w 2014 roku: 190 (+ 6 krótkich metraży).
Filmy obejrzane w kinie w 2013 roku: 172 (+ 2 krótkie metraże).
Filmy obejrzane w kinie w 2012 roku: 127 (+ 6 krótkich metraży).
Filmy obejrzane w kinie w 2011 roku: 76 (+ 3 krótkie metraże).

Styczeń 2018

001. „Zabójcze ryjówki” („The Killer Shrews”) (1959), reż. R. Kellogg – 6/10 (5,5)
002. „Prince of Broadway” („Prince of Broadway”) (2008), reż. S. Baker – 6/10
003. „Gra o wszystko” („Molly’s Game”) (2017), reż. Aaron Sorkin – 8/10 (7,5)
004. „I tak cię kocham” („The Big Sick”) (2017), reż. M. Showalter – 7/10 (7,5)
005. „Włóczęgi” („Włóczęgi”) (1939), reż. Michał Waszyński – 7/10
006. „Tajemnice lasu” („Into the Woods”) (2014), reż. Rob Marshall – 5/10 (4,5)
007. „Wyznania mordercy” („22-nenme no kokuhaku: Watashi ga satsujinhan desu”) (2017), reż. Yû Irie – 6/10
008. „Gotowi na wszystko. Exterminator” („Gotowi na wszystko. Exterminator”) (2017), reż. Michał Rogalski – 6/10 (5,5)
009. „Merantau” („Merantau”) (2009), reż. Gareth Evans – 4/10 (3,5)
010. „Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane)” („The Meyerowitz Stories (New and Selected)”) (2017), reż. Noah Baumbach – 4/10 (4,5)
011. „The Anthem of the Heart” („Kokoro ga sakebitagatterunda.”) (2015) (Sub), reż. Tatsuyuki Nagai – 3/10
012. „Brad’s Status” („Brad’s Status”) (2017), reż. Mike White – 5/10
013. „Pomniejszenie” („Downsizing”) (2017), reż. Alexander Payne – 6/10 (5,5)
014. „Najlepszy ze światów” („Die beste aller Welten”) (2017), reż. Adrian Goiginger – 8/10 (7,5)
015. „Król rozrywki” („The Greatest Showman”) (2017), reż. M. Gracey – 6/10
016. „Gigantyczna jaszczurka” („The Giant Gila Monster”) (1959), reż. Ray Kellogg – 7/10 (6,5)
017. „Szalony Piotruś” („Pierrot le fou”) (1965), reż. Jean-Luc Godard – 6/10
018. „Atak paniki” („Atak paniki”) (2017), reż. Paweł Maślona – 5/10 (5,5)
019. „Cudowny chłopak” („Wonder”) (2017), reż. Stephen Chbosky – 5/10
020. „Drapieżne maleństwo” („Bringing Up Baby”) (1938), reż. Howard Hawks – 7/10 (7,5)
021. „Syn Królowej Śniegu” („Syn Królowej Śniegu”) (2017), reż. Robert Wichrowski – 6/10 (5,5)
022. „Więzień labiryntu: Lek na śmierć” („Maze Runner: The Death Cure”) (2018), reż. Wes Ball – 6/10 (6,5)
023. „Tamte dni, tamte noce” („Call Me by Your Name”) (2017), reż. Luca Guadagnino – 10/10
024. „Wygnanie” („Izgnanie”) (2007), reż. Andrey Zvyagintsev – 7/10
025. „Egzorcysta” („The Exorcist”) (1973) (Director’s Cut), reż. William Friedkin – 7/10 (7,5)
026. „Księżyc Jowisza” („Jupiter holdja”) (2017), reż. K. Mundruczó – 8/10 (7,5)
027. „Wszystkie pieniądze świata” („All the Money in the World”) (2017), reż. Ridley Scott – 6/10
028. „Tamte dni, tamte noce” („Call Me by Your Name”) (2017), reż. Luca Guadagnino – 10/10 [P]
029. „Książę w Nowym Jorku” („Coming to America”) (1988), reż. John Landis – 6/10 (5,5) [P]

Filmy obejrzane w kinie: 16.
Seans stycznia: „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino.
Drugi seans stycznia: „Najlepszy ze światów” Adriana Goigingera.
Seans stycznia: „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino.


La dolce vita w „Call Me by Your Name”.
Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Bramy Światłości. Tom 2

Tytuł oryginalny: „Bramy Światłości. Tom 2”
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2018
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 6)
Ukończona: 31 marca 2018
Moja ocena: 6/10 (3/5)

Zapewne nie tylko ja założyłam, że będą jedynie 2 tomy „Bram Światłości”, i pewnie nie tylko ja żałuję teraz, że zainwestowałam w papier. Nie są to może szczególnie złe książki, ale stanowczo nie jest to poziom literatury, który chciałabym przechowywać na fizycznej półce czy do niego wracać. Tym bardziej do tego tomu. Nie wnoszącego prawie nic do opowieści (poza głębią Głębi), na siłę rozmnażającego strony i mocno przechodzonego. Również dosłownie, bo bohaterowie nadal głównie idą. A gdy nie idą, człowiek się modli, żeby znów zaczęli (albo jeszcze lepiej – zginęli. co się będziemy certolić). Bo gdy stoją, dzieją się takie rzeczy jak między 75 a 77 stroną – kiedy to Abaddon użala się nad sobą w kilkunastu niemal identycznych akapitach (ta sama treść, multum wyrazów bliskoznacznych). Cała ta książka to festiwal jojczenia i powtórzeń. Nie tylko w wykonaniu Daimona Freya, choć to on jest tu najsłabszym ogniwem (starość jest straszna!). Chciałabym móc powiedzieć, że jeśli już błąkać się po Zaświatach, to tylko z ciemną stroną Mocy, ale – o zgrozo! – też nie bardzo. Najlepiej byłoby móc się zabarykadować w Piekle i spędzić czas na podglądaniu prób wywiedzenia w pole Kongregacji Kary, Kaźni i Wiecznej Miłości i bardzo polskiego fetowania porażek. Naprawdę szkoda, że zamiast rozwinąć te mroczne wątki, Maja Lidia Kossakowska uparła się iść w tę kolorową, lecz nudną i nikomu niepotrzebną wyprawę.

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Kronika filmowa: 14.05.2018

Na oko Tydzień Kina Francuskiego.;)

Poniedziałek 07.05

„Strażnicy cnoty” („Blockers”) (2018), reż. Kay Cannon – 6/10 (5,5)

Bardzo podobają mi się w „Strażnikach cnoty” archetypy rodziców. Niby czysto schematyczne, a jednak potrafiące zaskoczyć (rewelacyjna jest tu zwłaszcza postać ojca Sam), i mimo oczywistych błędów, które popełniają już w zarodku, łatwe do polubienia (no może poza mamą Julie. jej konsekwentnie życzyłyśmy więzienia). Gdyby nie humor skatologiczno-rzygany (nie rozumiem, czemu Amerykanie mają na niego takie parcie) w dwóch okropnych sekwencjach, byłby to naprawdę przyzwoity film. To znaczy nie wiem na pewno, bo na naszym seansie tylko my co i rusz rechotałyśmy.;) W każdym razie uważam, że chwilami było z czego. Niezdecydowanym polecam zapoznanie się z trailerem, do którego wpakowano wszystkie lub prawie wszystkie najgorsze sceny. Jeśli to Was nie odrzuci, to film tym bardziej.

*

„Kochankowie jednego dnia” („L’amant d’un jour”) (2017), reż. Philippe Garrel – 5/10 (5,5)

Czy filmy Philippe’a Garrela są autobiograficzne? Bo zdaje się mieć fioła na punkcie zdrady i spory żal do kobiet. Gdzie jak gdzie, ale tutaj to ja naprawdę nie wiem, po co ta narracja z offu. O ile w noiryzującym „Tranzycie” Petzolda miało to swój sens, o tyle w „Kochankach jednej nocy” ma sens wyłącznie pod warunkiem, że jest to ukłon w stronę osób niewidomych (audiodeskrypcja). Jak inaczej wyjaśnić fakt, iż co i rusz dostajemy w twarz objaśnieniami tego, co doskonale widać na ekranie (każdy głupi voice-over został wyraziście zagrany)? W pewnym momencie robi się wręcz z tego zabawa w zgadywanie, co za chwilę powie narrator. 100% trafień więc zero frajdy. Szkoda, bo to nie jest głupi film, tylko niepotrzebnie pretensjonalny.

Wtorek 08.05

„Ghostland” („Ghostland”) (2018), reż. Pascal Laugier – 8/10

Po rewelacyjnym openingu (mocnym, dynamicznym. Laugier nie traci czasu na długie wprowadzanie postaci i budowanie nastroju, lecz szybko przechodzi do rzeczy) pojawia się chwilowe zwątpienie w tę produkcję. Głównym środkiem wyrazu stają się jump scare’y, a postępowanie postaci nie grzeszy logiką. Na szczęście to tylko zasłona dymna dla prawdy. Prawdy, która lubi się wymykać. Bo reżyser lubi się pobawić. I chętnie Was w tę zabawę wciągnie. Z góry ostrzegam, że to raczej thriller niż horror (przynajmniej wedle klasycznej definicji). Choć jeśli jesteście szczególnie wrażliwi na przemoc, możecie uznać, że gatunek został jednak przypisany właściwie.

Czwartek 10.05

„Taxi 5” („Taxi 5”) (2018), reż. Franck Gastambide – 2/10

Rzygając śmiechem. Po pierwszych 15 minutach żenującej parodii oryginalnych „Taksówek” (bawiącej się motywami charakterystycznymi dla serii z subtelnością Pasibrzucha) myślałam, że gorzej być nie może. Ale oczywiście po raz kolejny nie doceniłam Francuzów. Nie mówię, że nie da się na tym obleśnym gniocie zaśmiać, ale to raczej śmiech przez ciężką rozpacz. Poza gościnnym udziałem Marsylii, Alaina, Giberta i Peugeota 406 z oryginalnym cyklem nie ma to absolutnie nic wspólnego, a (nieoczywiste) plusy tej produkcji kończą się na permanentnym wytrzeszczu i mocnych fryzurach włoskich mafiozów oraz vindieselowskiej aparycji Francka Gastambide. Ale to może zamiast iść do kina po prostu sobie gościa wygooglujcie?

Sobota 12.05

„Twarze, plaże” („Visages, villages”) (2017), reż. Agnès Varda, JR – 8/10 (8,5) [doc]

Lubię czasem obejrzeć jakiś film dokumentalny, który dotyka moich zainteresowań, zaskakuje i/lub zachwyca formą, ale zupełnie się na dokumentach nie znam więc miewam problemy z wyselekcjonowaniem czegoś dobrego. W takich momentach przydają się zorientowani koledzy. Tacy jak Maciek, dzięki któremu po raz pierwszy (i raczej nie ostatni) wylądowałam na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. W pierwszej kolejności na filmie, który bardzo chciałam zobaczyć (festiwal potrwa do końca tygodnia więc jeśli szukacie inspiracji, to odsyłam do świetnych polecanek). „Twarze, plaże” to jedna z najgłośniejszych (i najważniejszych) produkcji dokumentalnych zeszłego roku. Film stanowi zapis projektu, w ramach którego słynna fotografka i reżyserka Agnès Varda oraz francuski Banksy – JR – jeździli po prowincjonalnej Francji w poszukiwaniu ciekawych historii, ciekawych ludzi do wielkoformatowego uwiecznienia i fajnego materiału na pełny metraż. Efektem ich poczynań jest rozbrajająca sztuka podróżnicza. Piękna, nieskażona manierą, nierzadko wzruszająca, a chwilami rozczulająco śmieszna. Polecam!

The Disaster Artist

The Disaster Artist

Niedziela 13.05

Siódma pieczęć” („Det sjunde inseglet”) (1957), reż. Ingmar Bergman – 8/10 (7,5)

Najprostszy możliwy pomysł na opowieść o ludzkiej egzystencji. Czasem najprostsze pomysły są najlepsze. Osobie, która wierzy, że sensem życia jest jedzenie, spanie i oglądanie filmów, ciężko jest wczuć się w kino tak głęboko filozoficzne, zwłaszcza w przeładowane symbolami kino religijne, toteż serdecznie dziękuję za postać Jönsa, cyniczny czarny humor, duży dystans i piękną Śmierć. Jako że nie mam żadnych pytań, podążyłabym drogą usypaną z poziomek. Gardząc średniowieczną mentalnością, ale nie gardząc bergmanowską wizją średniowiecznej Europy. Wspaniała jest!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 07.05.2018

Nie miej czasu na pisanie, machnij przez długi weekend 20 filmów. Strach pomyśleć, co by było, gdybym spędziła cały ten czas przed ekranem. W tym miejscu dziękuję kumplom za kulinarne podróże i miłe spacery, a mojemu ukochanemu hamaczkowi za bujanie.

Poniedziałek 30.04

„To nie jest kolejna komedia dla kretynów” („Not Another Teen Movie”) (2001), reż. Joel Gallen – 6/10 (6,5) [P]

Bashing of a pattern by replicating the pattern. Parodia kina highschoolowego. Dzielnie opierająca się próbie czasu. Powiedziałabym nawet, że odkryłam ją właśnie na nowo. Oczywiście zabawa filmowa (wyłapywanie nawiązań) jest tu na poziomie gry w kółko i krzyżyk, żarty nie są wymyślne, a efekt psuje typowo amerykański humor skatologiczny, ale twórcy mają tu swoje racje, znają swoje ograniczenia i nie boją się przekraczać granic. W „To nie jest kolejna komedia dla kretynów” zadebiutował fabularnie Chris Evans (jak mogłam zapomnieć o tych wisienkach!:). Gdy zaczynasz jako bożyszcze szkoły, zostanie bożyszczem kosmosu wydaje się naturalną konsekwencją. Oraz jak bardzo mogą być do siebie podobne dwie osoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Piję oczywiście do Jaime Pressly i Margot Robbie.:)

*

„Rozegraj to na luzie” („Playing it Cool”) (2014), reż. Justin Reardon – 3/10

Play it cool before we go (Chris miał wyjątkowo romantyczny rok. miejmy nadzieję, że ma tę fazę już za sobą). Próba dekonstrukcji kom-romu… to nie była. Do końca wierzyłam, że nie będąc ani ambitnym, ani oryginalnym (rzadkie przypadki, ale takie komedie romantyczne się zdarzają. niestety nie w tym przypadku), film ten okaże się chociaż zdrowy. Ale to kolejne romansidło, które robi ludziom krzywdę. Do tego nudne i wysilone (zwłaszcza wątek „Miłości w czasach zarazy”). Nie jestem nawet pewna, czy warto dla Evansa i Monaghan, nawet jeśli są najjaśniejszymi punktami tego filmu.

Wtorek 01.05

„Meru” („Meru”) (2015), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – 8/10 [doc]

Gwoli wyjaśnienia, bo film tego nie precyzuje, Anker, Chin i Ozturk nie byli pierwszymi osobami na szczycie Meru, ani nawet pierwszymi na Rekiniej Płetwie. Magia ich wyczynu polegała na tym, że zdołali pokonać jeden z najtrudniejszych filarów świata – Shark’s Fin – direttissimą (direttissima Meru Central jest uważana za jedną z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych). Właśnie dlatego uznano ich za oficjalnych zdobywców Płetwy. Wygooglujcie sobie tę trasę, to zrozumiecie powagę tego osiągnięcia. Łatwo oczywiście nie było, a – w obliczu wszystkich przeciwności – można wręcz orzec, że zadziałała jakaś magia. Ponoć człowieka nie można pokonać, ale czasem nie da się go nawet zniszczyć. A do tego te widoki!

Środa 02.05

„Push” („Push”) (2009), reż. Paul McGuigan – 5/10

Jest fantastyka tworzona przez pasjonatów (jak „Potwory” czy „Ciche miejsce”), jest fantastyka tworzona przez dobrze uposażonych wyjadaczy (takich jak Lucas czy Spielberg) i jest też niestety fantastyka majstrowana przez przypadkowych, nie czujących fantastyki ludzi, tylko dlatego że była koniunktura i ktoś ich poprosił (opłacił). „Push” to „Bright” swoich czasów. McGuigan nawet nie próbował ukrywać, że kino superbohaterskie go nie kręci. Ba, on go nawet nie lubi. Jeśli po takich deklaracjach ktoś spodziewał się, że Szkot wzbije się na wyżyny i zdekonstruuje gatunek, to się zawiedzie. Niby skupiając się na postaciach (chociaż ja tu wcale nie widzę rozbudowania i pogłębionych portretów psychologicznych postaci. raczej długi pobieżny zarys), nakręcił to tak jak wszyscy, tylko gorzej. Z całego filmu najbardziej podobała mi się nieoczywista i nietypowa moc głównego bohatera (nie ta, z którą się urodził!) i parę epizodów.

*

„Psychokineza” („Yeom-lyeok”) (2018), reż. Sang-ho Yeon – 3/10 (3,5)

Przypadkowy superbohater ostatniej akcji. Ogólnie nuda (tak w rozmemłanej warstwie dramatycznej, jak i w hulkowej akcji), klisze i fatalne CGI. Nie wierzę, że to wyszło spod ręki reżysera „Ostatniego pociągu” (vel „Zombie Expressu” vel „Train to Busan”. konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, czemu to nie mogło u nas wejść jako „Pociąg do Busan”). I nie dajcie się zwieść trailerowi, że to coś zabawnego. Gdyby nie postać dyrektor Hong nie zaśmiałabym się ani razu. Dla pani dyrektor obejrzeć warto. Najlepiej wyłącznie sceny z jej udziałem.

*

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5) [P]

Może za pierwszym podejściem trochę przeszarżowałam z entuzjazmem, ale się z niego nie wycofuję. Grać już raczej nie gram, ale wciąż fascynuje mnie idea VR, wizualna strona tego przedsięwzięcia jest bajeczna, no i uwielbiam filmy, które swą budową korespondują z treścią. „Player One” jest filmem skonstruowanym na podobieństwo gry (w ogóle i tej konkretnej, wytypowanej przez Anoraka). Gry, w której nie chodzi o to, żeby było trudno (to miała być frajda, jak przejazd przez wesołe miasteczko) i w której przejście od punktu A do punktu B nie jest najważniejsze. Liczy się przygoda i to, co niewidoczne dla oka. W tym dobre wspomnienia i miłe sentymenty widzów. Rozumiem, o ile trudniejszy w odbiorze może być ten film dla tych, którzy nie mają gaming experience, bo nigdy nie grali i nie czuli potrzeby grania. Sami musicie sobie odpowiedzieć, czy to jest obraz dla Was.

Czwartek 03.05

„Ilu miałaś facetów?” („What’s Your Number?”) (2011), reż. Mark Mylod – 6/10 (5,5)

Nikogo to nie obchodzi (a na pewno nie powinno), ale trudno. Wyimaginowane problemy w klasycznym kom-romie pozującym na luzacki fling. Chwilami bardzo to głupie, innym razem tak głupie, że aż ciężko się nie roześmiać. Rozczula zwłaszcza wątek Odrażającego Donalda.:) Tym razem stanowczo jestem pewna, że warto dla Evansa i Faris, którzy musieli się na tym planie naprawdę dobrze bawić. Widać to i czuć.

Piątek 04.05

„The Losers: Drużyna potępionych” („The Losers”) (2010), reż. Sylvain White – 6/10 (6,5)

Uwielbiam fakt, iż twórcy komiksu tak pięknie się zaasekurowali na wypadek różnych absurdów. W końcu czego można wymagać od Przegrańców? Niby klisze, niby action standard, a jednak bardzo sympatyczne to wszystko, z dobrze dobraną obsadą, paroma fajnymi tekstami i luzacką atmosferą. Gdyby remake „Drużyny A” prezentował się tak jak „The Losers”, byłby całkiem przyzwoitym filmem. Evans co prawda upchnięty w stereotyp, ale jak zwykle mocno w tym rozkoszny („Go Petunias!”, koty, sekwencja z windą and so on). Kocham ludzi, którzy potrafią się bawić swoją robotą.

*

„Królowie ulicy” („Street Kings”) (2008), reż. David Ayer – 5/10 (5,5)

Będę oglądać filmy Ayera do końca świata i prawdopodobnie nigdy nie pojmę, jakim cudem udało mu się nakręcić coś tak wspaniałego jak „Bogowie ulicy”. Widać każdy reżyser klasy B ma szansę na 5 minut chwały w życiu. „Królowie ulicy” to tak wyjątkowy i zapadający w pamięć film, że aż… zapomniałam, że już go oglądałam (zresztą nie tylko ja. kumpel, z którym to oglądałam, miał tak samo). Zapomniałam tak bardzo (wyparłam?), że wciąż nie mogę się zdecydować, czy klasyfikować to jako powtórkę. Tragedii tu oczywiście nie ma (ot, schematyczne kino policyjne) i nawet się to broni realizacyjnie (buja się na granicy kina i telewizji, minimalnie wychylając się jednak w stronę kina), ale jest tak podobne do wszystkiego, co w tym gatunku już było, że aż się ze wszystkim zlewa. Na pewno nie pomaga też fakt, iż intrygę da się rozgryźć góra w 20 minut. Film ogląda się z niejaką przyjemnością z jednego tylko powodu. Tego samego, dla którego fajnie oglądało się „Johna Wicka”. Lubimy jak Reeves spuszcza ludziom wpierdol. No nie mówcie, że nie lubicie.:)

*

„Laura” („Laura”) (1944), reż. Otto Preminger – 8/10

Śliski bawidamek, zawzięta, choć pozbawiona złudzeń ciotka, jednoosobowa loża szyderców w osobie dystyngowanego złośliwego pismaka (zasłużona nominacja do Oscara dla Cliftona Webba), przystojny nonszalancki detektyw i śledztwo w sprawie zabójstwa słodkiej dziewczyny granej przez jedną z najsłodszych aktorek w dziejach (zjawiskowa Gene Tierney). Da się wytypować zabójcę, ale trudno mieć pewność, a film pięknie kluczy. Poza tym, że bawi i czaruje. Takie noiry to ja mogę zawsze. Żal mi tylko zakończenia, bo widzę, jak mogłoby być jeszcze lepsze. Mimo to rewelka!

*

„Bulwar Zachodzącego Słońca” („Sunset Blvd.”) (1950), reż. Billy Wilder – 6/10

Bardzo to… gotyckie. Muzycznie, scenograficznie i w ekspresji głównej bohaterki. Prawdę mówiąc, ten teatralny wampiryzm trochę grzebie ten film. Nie mówiąc o tym, że zbytnio przerysowuje już wystarczająco przegiętą bohaterkę. Bardzo szkoda także intrygi, której tu nie ma, bo film zaczyna się od zakończenia. A przecież nie jest prawdą, że każdy film noir odkrywa karty już na starcie, pozostawiając widzom śledzenie retrospekcji. To taka dziwna wkurzająca maniera i mania Billy’ego Wildera. Raz mogłabym mu to wybaczyć (mam spory szacunek dla innowacji). Ale ten raz miał już miejsce (w przypadku dużo ciekawszego filmu – „Podwójnego ubezpieczenia”). Nowatorstwa w treści też tu nie ma, gdyż (wcale nie takim dziwnym zbiegiem okoliczności, bo Hollywood nadal kultywuje strategię kręcenia kilku filmów o tym samym jednocześnie) w tym samym 1950 roku powstał bardzo podobny aktorkocentryczny film o dogorywającej karierze, czyli „Wszystko o Ewie”. Moim zdaniem o wiele lepszy i lepiej zagrany więc ocena nie może być wyższa.

*

„Thor: Ragnarok” („Thor: Ragnarok”) (2017), reż. Taika Waititi – 9/10 [P]

Obejrzę to jeszcze raz (ten był trzeci), a będzie 10-ka. Aż szkoda, że Waititi nie wyreżyserował wszystkich filmów Marvela (wiem, niewykonalne). To byłby sztos nie z tej ziemi. To niesamowite, jak kolosalnego aktorskiego postępu dokonał Chris Hemsworth w ciągu ostatnich 6 lat. To niesamowite, jak Tom Hiddleston nie musiał w tym czasie dokonywać żadnych postępów, by utrzymać nas wszystkich w niegasnącym zachwycie. Tessa Thompson to koronny dowód na to, że kiedy naprawdę pasujesz do roli (lepszej Walkirii nie było), Twój kolor skóry absolutnie się nie liczy (czego wciąż nie mogę powiedzieć o Elbie. z tym gościem problem jednak w mniejszym stopniu polega na tym, że nie do końca pasuje, a przede wszystkim na tym, że widać, jak bardzo nienawidzi tej roli. po co było zapraszać kogoś takiego do MCU, nie wiem). I jakim mistrzem trzeba być, żeby tak wymuskać najmniejsze nawet epizody. Arcymistrz, Skurge, Aktor grający Lokiego;), Topaz, Miek. W tym momencie czekacie pewnie aż padnie hasło „Korg”. A padnie! Bo KORG to największe dobro w całym tym wszechświecie.<3 Dziękujemy Ci, Taika.<3 W tym miejscu muszę oświadczyć, że po tym seansie obniżyłam ocenę „Wojnie bez granic”. Tak się nie robi uniwersum. Bez cienia szacunku dla cudzej ciężkiej i O WIELE lepszej pracy. Tak się po prostu nie robi. No chyba że w ostatnim filmie cyklu.

Sobota 05.05

„Sznur” („Rope”) (1948), reż. Alfred Hitchcock – 6/10

Bardzo cenię Hitchcocka, ale daleko mi do bezkrytycznego zachwytu. Tak jak temu filmowi do największych Hitchcocka osiągnięć. Ma się wręcz wrażenie, że obcuje się z niskobudżetowym debiutem (który w ramach cięcia kosztów zamknął się w jednym studyjnym pomieszczeniu), a nie z czymś, co powstało 8 lat po „Rebece”. Film jest przesadnie teatralny i wyraźnie przedłużany na siłę. Mimo wszystko warto go obejrzeć. Dla Dicka Hogana w roli Davida i Jamesa Stewarta uroczo trollującego sztywną, rozkręconą wokół zbrodni imprezę.

*

„Pętla” („Pętla”) (1957), reż. Wojciech Has – 8/10

Był sznur więc musiała być i pętla.;) Łódź mi się z muralami kojarzyła, ale nie miałam pojęcia, że murale były takie popularne w PRL-u. Choć ten w „Pętli” pewnie jednak nietypowy, bo artystyczny, a nie handlowy. Nie wiedziałam też, że kiedyś w ramach przepitki serwowano piwo. Kozacko!:D Wojciech Jerzy Has miał o tyle łatwe zadanie, że tytułowe opowiadanie Hłaski jest wybitnie filmowe (piękna pętla prozatorska pozwala na piękne pętle filmowe). Nie zamierzam jednak umniejszać kunsztu reżysera. Sposób, w jaki uzupełnia tu treść muzyką (sześcioma korespondującymi piosenkami. zachwyt budzi zwłaszcza wykorzystanie utworu „Miłość ma kolor czerwony”) to mistrzostwo wszechświata (nie wiem, który ze światowych reżyserów może mu choćby podskoczyć). A dopieszczone jest tu wszystko. Każdy detal, każde ujęcie. No i tego Holoubka do roli Kuby też ktoś przecież zatrudnił. Same dobre decyzje w – uwaga! – fabularnym debiucie. Muszę koniecznie wgryźć się w filmografię tego reżysera.

*

„Tureckie owoce” („Turks Fruit”) (1973), reż. Paul Verhoeven – 9/10

Ekranizacja autobiograficznej książki Jana Wolkersa. To się po prostu musi natychmiast skojarzyć z „Betty Blue” Jean-Jacquesa Beineixa (to samo rozpasanie i szaleństwo), tyle że Verhoeven był pierwszy i moim zdaniem lepszy. Film zaczyna się wybuchem wulkanu, będącym miksem graficznych scen przemocy i nieskrępowanego rżnięcia (na tym etapie wydaje się, że reżyser zaczynał karierę od kręcenia niezbyt ambitnych brutalnych erotyków), by następnie cofnąć się do jądra namiętności, czyli historii związku porywczego Erica (mega przystojny i jak zwykle ciut przerażający Rutger Hauer) i narwanej Olgi. I tu wchodzą (bardzo holenderska) obyczajówka i (trochę bardziej uniwersalny) dramat. Choć nadal nie bez rżnięcia.:) Bardzo dużo wrażeń, emocji i refleksji mi ten film dostarczył. Uwielbiam Verhoevena!<3

*

„Funny Games” („Funny Games”) (1997), reż. Michael Haneke – 7/10 (7,5)

At last! O treści nie mogę pisnąć słowem, bo wszystko mogłoby się okazać spoilerem na miarę spoilera „Szóstego zmysłu”. Nad realizacją piać jednak mogę. Być może jedyną wadą tego filmu, jest fakt, iż jest zbyt przegadany. Byłoby lepiej, gdyby postać Paula ugryzła się czasem w język. Albo miała o czym mówić. To, że nie ma, da się jednak złożyć na karb przewrotnej zabawy, którą Michael Haneke prowadzi tu z widzami. Za samo droczenie się ze schematami i regułami kręcenia filmów mogłabym spokojnie dać 10 (po pierwszym seansie nie dam, bo za bardzo mnie Paul i brak treści w dialogach wkurzał, ale ocena jest rozwojowa). Niewielu reżyserów tak potrafi. Dziś może już paru więcej, ale tylko dlatego, że „Funny Games” widzieli.

*

„London” („London”) (2005), reż. Hunter Richards – 4/10

Szybka sonda: Wpuścilibyście na imprezę wbitego w garniak gościa o nazwisku Bateman, który miał zły dzień?:) Spokojnie, to nie takie kino (niestety o wiele nudniejsze) i w sumie o innym typie. W roli typa wkurzający jak rzadko Chris Evans mocno out of character. Pewnie całe życie marzy o takich propozycjach. Tylko czemu te wyzwania muszą się wiązać z doprawianiem wąsów?!:/

*

„Egzamin dojrzałości” („The Perfect Score”) (2004), reż. Brian Robbins – 5/10 (5,5)

Lekkie kino młodzieżowe o grupie nastolatków próbujących wykraść odpowiedzi do testu standaryzowanego SAT (odpowiednik polskiej matury). Warto obejrzeć dla rozkosznej Scarlett Johansson. To także jeden z pierwszych filmów, które zwracały uwagę na szkodliwość wmawiania dzieciom, że są wyjątkowe i najlepsze.

Niedziela 06.05

„Zeus i Roksana” („Zeus and Roxanne”) (1997), reż. George Miller – 5/10

Połączenie romansu typu „Rodzice, miejcie się na baczności” z filmem o psie i delfinie. O ile do romansu nie sposób się nie przyczepić (bardzo generyczne kino. do wspomnianego obrazu Davida Swifta dużo mu brakuje), o tyle do psa i delfina przyczepić się trudno. Zwłaszcza piesek rasy podengo portugalski (szpicowate, choć wyglądają jak kundelki), którego w rzeczywistości zagrały trzy psiaki – Tito, Rosa i Nikki, nie ma w tym filmie (również aktorskiej) konkurencji. Rywalizować może z nim jedynie 12 delfinów z niesławnego bahamskiego centrum nurkowego Unexco, w tym przede wszystkim grająca Roxanne Cayla. Oczywiście gdybym mogła, wolałabym, żeby te delfiny nigdy nie zostały schwytane i żeby film nie miał jak powstać. Ale to jest żal do oceanariów czy Unexco, a nie do twórców filmu. W ocenie American Humane na planie filmowym zwierzęta traktowano humanitarnie.

*

„Zabójstwo” („The Killing”) (1958), reż. Stanley Kubrick – 7/10

Film, który zainspirował Quentina Tarantino do nakręcenia „Wściekłych psów” i pierwszy film Kubricka, do którego zdjęcia nakręcił profesjonalny operator. „Zabójstwo” (całkiem mi ten polski tytuł nie leży) to bardzo ładnie skonstruowany (drobiazgowo i nielinearnie) klasyczny heist movie z przyzwoitym aktorstwem i fajnym zakończeniem. Na wielkie zaskoczenia i emocje tu jednak nie liczcie. To jest po prostu dobre rzemiosło. I tylko dobre rzemiosło.

2 Komentarze

Filed under Film

Kronika filmowa: 30.04.2018

Poniedziałek 23.04

„Wyspa psów” („Isle of Dogs”) (2018), reż. Wes Anderson – 8/10

Spieszcie się uczyć japońskiego, bo inaczej nie zrozumiecie połowy dialogów (ja ogarniam niewiele więcej ponad zwroty grzecznościowe). A choć nieznajomość języka nie przeszkadza jakoś szczególnie w odbiorze filmu, bardzo nie lubię być językowo dyskryminowana i za to minus do oceny końcowej. „Wyspa psów” to okrutnie zabawna poklatkowa antyutopijna przygodówka o psach, poważny manifest światopoglądowy i świetny film o mechanizmach propagandy (politycznej i medialnej), który treściowo natychmiast kojarzy się z koreańską „Okją” (ciekawe, czy to trend rozwojowy). Sama animacja i ton to z jednej strony czysty Wes Anderson, z drugiej – trochę bajka burtonowska. Być może nijak nie dla dzieci. Cackać się w każdym razie nie cacka (nawet jeśli Wes jest mocno łaskawy w temacie trupów).

Środa 25.04

„Raz się żyje” („Gringo”) (2018), reż. Nash Edgerton – 5/10

Po kilkunastu minutach Kasia nie wytrzymała: – Czemu Ci aktorzy zgodzili się zagrać w czymś takim? Cóż, Joel Edgerton na przykład dlatego, że reżyser jest jego bratem. :) Nie jest zresztą wcale stratny na tym, bo nawet jeśli trudno piać nad intrygą (przewidywalna), scenariuszem (niewymyślny, choć próbuje kluczyć i mnożyć atrakcje z zapałem godnym lepszej produkcji) i sposobem jego prowadzenia (chaos reigns), humor jest raczej niewybredny (w dużej mierze slapstickowy), a postaci nakreślono zbyt grubą kreską (zwłaszcza graną przez Theron Elaine i śmiesznego bossa meksykańskiego kartelu), to akurat Richard Rusk jest wspaniałą korporacyjną łajzą i fajną rolą do aktorskiej filmografii.

*

„Avengers: Wojna bez granic” („Avengers: Infinity War”) (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo – 7/10

Drogi Marvelu, to smutne, ale Wasza strategia stała się zupełnie jasna przed upływem 10 minut. Chętnie Was oświecę, gdzie popełniliście błąd. I co mi po tym, że Źli są w końcu wystarczająco mocni (Thanos miażdży!), puzzle cudownie się składają i jest się z czego pośmiać, skoro zabawa zdążyła się skończyć, nim się zaczęła? BTW, mam parę świetnych pomysłów (jeden wręcz genialny i z gwarancją krociowych zysków), jak mogliście (i nadal możecie) zarobić na nas jeszcze więcej zielonych. Zainteresowani?:) Żeby nie było, wcale się nie foszę. Trudno się foszyć na coś, co jest tak wybornie skonstruowane. Szkoda jedynie, że Marvel nie raczył mnie potrzymać w jakichkolwiek emocjach. No i smuteczek, bo choć łatwo przewidzieć, co się wydarzy w następnej części, z filmu wyszłam, czując, że tak czy inaczej, coś się kończy. Ciężko będzie się z tym pogodzić. Oj, ciężko.

Czwartek 26.04

„Dziewczyna we mgle” („La ragazza nella nebbia”) (2017), reż. Donato Carrisi – 4/10

Właściwie to nie potrafię przewidzieć, jak odbierzecie ten obraz. Na moim seansie pół widowni oglądało to jak wieczorny seans w TV Puls (z zainteresowaniem. pozdrawiam zwłaszcza zapatrzony 2 rząd), drugie pół przez połowę filmu patrzyło na zegarek. Ja niestety usiadłam po tej znudzonej stronie. Mój podstawowy problem z tym filmem polega na tym, że jest to obraz szalenie nieefektywny. Te bite 2 godziny ukręcone są z niczego i na siłę. Główny wątek (uprowadzenie nastolatki) reżysera (który jest jednocześnie autorem książki i scenarzystą) wcale nie obchodzi. Liczy się tylko konstrukcja intrygi. Przemyślana? Owszem. Skomplikowana? To zależy od widza. Wszystkie rozwiązania są pod nosem. Pytanie, czy zechcecie je dostrzec (ja niestety jestem urodzonym słuchaczem, bardzo wyczulonym na detal. to mi często rujnuje zabawę.:). I drugie pytanie, czy będzie Wam zależało. Bo całkiem możliwe, że nie. Tu naprawdę nie ma się kim przejąć. Nie licząc tytułowej bohaterki, ani źli, ani dobrzy nie wywołują żadnych emocji (nawet uzasadnionej złości), a cały środek filmu to wielka nuda. Czy w takich okolicznościach ma znaczenie kto i dlaczego? Dla mnie nie ma.

Piątek 27.04

„Śmierć Stalina” („The Death of Stalin”) (2017), reż. Armando Iannucci – 8/10

Nie znając dotychczasowej twórczości reżysera, mimo świetnej obsady, trochę bałam się głupawej włoskiej farsy, a tu „Wściekłe psy”. I komedia, w której żart sączy się inteligentnie. „Śmierć Stalina” to porażające (bezpardonowe, ale też w dziesiątkę trafne) studium mechanizmów władzy (jak na Iannucciego przystało historycznie wierne i bardzo dokładne), opowiedziane jednak z (wybrednym!) humorem i dużą dozą niezbędnego dystansu (i w tym momencie do mnie dotarło, że Poppe w „Utoyi” żadnych granic tak naprawdę nie przekroczył. zrobiłby to dopiero kręcąc komedię. brzmi niewyobrażalnie? bardziej niewyobrażalnie niż śmianie się ze stalinowskich czystek?). Najwyraźniej zbyt dużą dla Rosjan, którzy film zbanowali (co może być najlepszą rekomendacją). O ile fabularnie obraz czerpie z francuskiego komiksu, o tyle narracja jest już charakterystyczna dla szkockiego reżysera. Bardziej wyrafinowana, dowcipniejsza, bazująca na brawurowych performansach idealnie dobranych aktorów (Buscemi jako Chruszczow, Tambor jako Malenkow, Isaacs jako Żukow!<3). Rozkosz. Prywatnie składam pokłon również za to, że aktorzy nie pozorują tu rosyjskiego akcentu. Jedyna słuszna decyzja.

*

Początkowo planowałam „popołudnie rozpaczy” (nowe „Życzenie śmierci” i „Dorwać Gunthera”), ale doszłam jednak do wniosku, że trzeba się szanować. Poza tym, jeśli może się nie udać, zawsze lepiej postawić na eksplorację. Zawinęłam więc na 9. LGBT Film Festival.

„Powietrze” („Luft”) (2017), reż. Anatol Schuster – 6/10 (5,5)

Film nie tyle branżowy, co naiwny i nieco amatorski. Przypomina to trochę niemieckie kino młodzieżowe z Alicją Bachledą-Curuś, tyle że – niespodzianka – z rosyjską duszą. Główną bohaterką jest taki anioł (o rozmarzonym obliczu Kristen Stewart), który wzdycha do nie tak bardzo szalonej, jak by chciała, pięknej buntowniczki. W tle mamy rodzinną traumę, protest przeciwko zabijaniu zwierząt, prokobiecy dydaktyzm, wciśniętą na siłę uchodźczą traumę, a nawet twórczość muzyczną (bardzo fajny freestyle z akompaniamentem akordeonu), ale od początku do końca to miłość jest tu najważniejsza. Ocena bardziej za dobre chęci, zaangażowanie, prawdziwy rosyjski i dobre beaty niż za wartość filmową. Ale przecież pasja się liczy.

*

„Ukryci w sitowiu” („A Moment in the Reeds”) (2017), reż. Mikko Makela – 4/10

Fińsko-syryjski zaangażowany romans męsko-męski, czyli w temacie uchodźców widziałam już chyba wszystko.;) Trochę „Piękny kraj”, tyle że oddany sprawie (trudno orzec, czy ten poziom łopatologii naprawdę może uchodźcom pomóc), w ogóle nieheblowany (czysta „surówka”) i mocno branżowy (uginający się od generycznych klisz. sama branża wzdychała i śmiała się, gdy okoliczności zbyt łatwo zgrywały się pod seks. a zgrywały się jak na zawołanie). Sam seks (poza tym, że wydarza się z jasnego nieba) oczywiście spoko, jednak preferuję dużo lepszą (filmową) grę wstępną.

Niedziela 29.04

„Zapętleni” („In the Loop”) (2009), reż. Armando Iannucci – 7/10

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w sercu moim, moja Ty „Śmierci Stalina” (jak to się stało, że dotąd nie wpadliśmy z Iannuccim na siebie?!) więc po prostu musiałam czym prędzej zameldować się w kręgu (polski tytuł tradycyjnie mocno rozminął się z rzeczywistością i intencją). I choć (nawet najbardziej wyrafinowane) przekleństwa to zupełnie nie mój humor, zdecydowanie nie żałuję. „Zapętleni” to jeden z najlepszych filmów o kulisach polityki ever. Tak to z pewnością wygląda (coś czuję, że Iannucci wkręcił się nie tylko do amerykańskiego Departamentu Stanu. i to nie raz). Właśnie tak powstają nieprzewidywalne polityczne konsekwencje. Na które przeciętny obywatel przeważnie nie ma wpływu. Przez wzgląd na wagę słów polecam obejrzeć film w oryginale.

Przede mną tydzień bez kina (z małą przerwą na weryfikację oceny „Player One”), ale to nie znaczy, że bez filmów. Stay tuned.;)

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 23.04.2018

Chyba jednak cierpię na nieuleczalny przerost ambicji. :) Naprawdę wierzyłam, że uda mi się ograniczyć do 160 znaków na film, a póki co wychodzi jak zwykle.

Poniedziałek 16.04

„Paryż i dziewczyna” („Jeune femme”) (2017), reż. Léonor Sérraille – 8/10 (7,5)

Spodziewałam się bardziej wyrafinowanego „Seksu w wielkim mieście”, a dostałam „Frances Ha” i „Happy-go-lucky” (grająca Paulę Laetitia Dosch ma w sobie nawet ułamek energii Grety i Sally). Niczym „Lady Bird” film zrobiony w przeważającej mierze (reżyseria, scenariusz, muzyka, zdjęcia, montaż, scenografia, główny producent etc.) przez kobiety. Sama nie wiem, co bardziej mnie w nim urzekło: wyjątkowo spójna i wiarygodna główna bohaterka (niedorosła i nieporadna, lecz z dzikim wdziękiem stawiająca opór przeciwnościom), brak zadęcia („Paryż i dziewczyna” nie diagnozuje społeczeństwa, nie ocenia, nie oferuje sprawdzonych recept na życie), humor (charakterologiczny, sytuacyjny i czarny, zwłaszcza ten ostatni) czy zupełnie inny Paryż (widziany z perspektywy osoby zagubionej, pozbawionej wsparcia, chwilami wręcz bezdomnej, nocującej w dziwnych miejscach, chyba po raz pierwszy nie wydaje się atrakcyjny wcale). Dodatkowy plus za zainspirowanie mnie kolejnym fajnym trendem w makijażu (nie śledzę tematu. wszelkie inspiracje docierają do mnie poprzez – najczęściej francuskie – kino).

Środa 18.04

„Znikasz” („Du forsvinder”) (2017), reż. Peter Schønau Fog – 7/10 (6,5)

Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale to nie jest do końca film. To znaczy jest, ale w większej mierze mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem. Na widzach. Teoretycznie „Znikasz” to legal movie, którego akcja rozgrywa się na sądowej sali i w przebitkach wspomnień bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem żony oskarżonego. Rozprawa ma rozstrzygnąć, czy człowiek jest winny czy niewinny. Jako że kwestionowana jest jego poczytalność, Fog wykorzystuje okazję i wplata w nurt opowieści naukowe komentarze z offu, które objaśniają funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Na tym etapie wydaje się, że na tym polegał właśnie pomysł na tę produkcję. Na puszczeniu w ruch trybów kina prawniczego i próbie naukowego wytłumaczenia postępowania bohaterów. Naprawdę łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia ze zwyczajnym filmem. Co gorsza w sumie prostym, dość chaotycznym i niekoniecznie pasjonującym. Dopiero pod koniec (a zwłaszcza na etapie „tabletek”) zaczyna się rodzić niepokój z gatunku „wait a minute. what the f*ck did I just saw?!”. O kim w rzeczywistości był ten film? O Hallingach? O Frederiku? O Mii? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że był o mnie. I jest też o Was. Szkoda, że pewnie przejdzie bez echa (nawet krytycy, których bardzo cenię, widzą w nim przede wszystkim dramat, czyli tę warstwę, która naprawdę nie ma tu większego znaczenia. a w naukowej podbudowie – czczy dydaktyzm). Ale Fog to przecież przewidział.:) W końcu wiadomo, że nie ma dwóch osób, które postrzegałyby rzeczywistość tak samo. I fakt ten usprawiedliwia również rozbieżności w recenzjach.:)

*

„Ramen. Smak wspomnień” („Ramen teh”) (2018), reż. Eric Khoo – 5/10 (5,5)

Bardziej kulinarnego filmu chyba nie widziałam. Przyjaciółka dość szybko stwierdziła, że mogliby wyświetlać przepisy w rogu ekranu. Sympatyczna i rzewna fabuła rodzinna jest tu tylko pretekstem do gotowania na ekranie i rozmów o jedzeniu. Pod wieloma względami „Ramen teh” przypomina wyświetlany niedawno w Polsce „Kwiat wiśni i czerwoną fasolę” Naomi Kawase (kino kulinarne musi święcić w Azji spore tryumfy, skoro co roku trafiam na kolejną produkcję, która staje na głowie, żeby umrzeć widzów z głodu), tyle że tym razem nie jest to opowieść o słodkiej, kryjącej ciekawą tajemnicę, staruszce gotującej czerwoną fasolę, lecz o japońsko-chińsko-singapurskich restauratorach, w których garach z zupą większej głębi próżno szukać. Eric Khoo zdecydowanie preferuje dramę. W dodatku wyraźnie nie wiedział, kiedy skończyć. Jeśli stoję nad tym filmem w rozkroku, to dlatego, że choć wartości filmowej jest tu niewiele, to kulinarnej – całkiem sporo.

*

„Fokstrot” („Foxtrot”) (2017), reż. Samuel Maoz – 8/10 (8,5)

Najbardziej wyczekiwana produkcja festiwalu. I nie zawiodła. Co prawda dość szybko przewidziałam zakończenie, ale nie przeszkodziło mi to w oglądaniu „Fokstrota” jak najlepszego thrillera (podskakiwałam jak tenisowa piłeczka;). Mimo iż technicznie rzecz biorąc, to raczej przypowiastka filozoficzna o przypadku i przeznaczeniu oraz wystrzałowy dramat polityczno-społeczny o wiecznie żywym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Film Samuela Maoza to właściwie klasyczna grecka tragedia, w której fabuła rozwija się jak tytułowy taniec. Całość składa się z 3 powiązanych ze sobą epizodów, które mają za zadanie wywołać konkretne emocje. Bardzo kinowo wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, następnie cudownym środkiem chwyta za poczucie estetyki („Ostatnia bajka na dobranoc” i komiks to czysta poezja, ale urzeka też dopracowanie i piękno scenografii) i ciało migdałowate (jest się z czego pośmiać, jest się na co oburzyć, jest się czym wzruszyć), by w końcu sięgnąć po działa dramatu. Niestety w tej części film traci część kapitału, który zarobił w poprzedniej, ale i tak uważam, że został oparty na świetnym pomyśle i rewelacyjnie skonstruowany. Gorąco polecam!

Czwartek 19.04

„Obietnica poranka” („La Promesse de l’aube”) (2017), reż. Éric Barbier – 7/10 (6,5)

Wszystko o mojej matce. A dokładniej o matce Romana Kacewa (znanego lepiej jako Romain Gary). Film Érica Barbiera jest już drugą ekranizacją autobiograficznej książki Gary’ego, w której z uroczym humorem opowiada on o swoim życiu w przedwojennym Wilnie, przeprowadzce do Francji i kolejach wojennej zawieruchy, ale przede wszystkim o najważniejszej kobiecie swojego życia – matce Minie Kacew (kto mi wytłumaczy, czemu Charlotte Gainsbourg jest tu podpisana jako Nina, skoro matka Romana miała na imię inaczej?!). W rolach drugoplanowych kilku polskich aktorów. Po polsku zasuwa też moja ukochana Szarlotka. Z drobnymi usterkami akcentu od czasu do czasu, ale przeważnie perfekcyjnie (a wystarczy wspomnieć Streep, Cotillard czy Fassbendera, żeby wiedzieć, że bycie świetnym aktorem niczego nie gwarantuje w tym departamencie. niech żyje słuch muzyczny, jak mniemam).

Piątek 20.04

„Piękna i bestie” („Aala kaf ifrit”) (2017), reż. Kaouther Ben Hania, Khaled Barsaoui – 8/10

Horror społeczny opowiedziany w stylu „Śmierci pana Lazarescu” (no może ciut dynamiczniej), w 9 aktach, z których każdy został nakręcony w jednym ujęciu. Fabuła filmu jest oparta na prawdziwym dramacie młodej Tunezyjki zgwałconej przez policjantów. Fakt, iż wydarzyło się to już po rewolucji 2011 roku, trochę mrozi. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeszcze rok wcześniej pokrzywdzona nie miałaby prawa podjąć jakiekolwiek walki o sprawiedliwość. Warto mieć to na względzie, zanim obrazimy się na całe państwo, które jest najbardziej liberalnym krajem arabskim i właśnie za to nie raz obrywało od ekstremistów. „Piękna i bestie” to obraz, który pokazuje, jak bardzo nie warto zadzierać z policją i jednocześnie jak bardzo trzeba. W każdej społecznie ważnej sprawie. Choć przede wszystkim jest to rzecz o gwałcie i nadużyciach władzy, film jest również wspaniałym studium ustrojowej transformacji. Tego stanu przejściowego, gdy władza nie wie, na ile jeszcze może sobie pozwolić, a obywatele, na ile mogą się bronić. Gdy nie wiadomo, kto wygra. Widz nie wie tego także, co sprawia, że ogląda się to w dużych emocjach.

*

„Party” („The Party”) (2017), reż. Sally Potter – 9/10 [P]

Bardzo lubię Kino Praha, ale w słoneczne dni foyer nagrzewa się jak szklarnia. Z tego względu uciekłam do klimatyzowanej sali na powtórkę jednego z moich ulubionych filmów 2017 roku. I nie pożałowałam. „Party” to w gruncie życzy nic innego jak towarzyska konwersacja. Na najwyższym kulturalnym szczeblu. Z humorem, który czuję. W tym z boską ironią, w której przoduje grana przez Patricię Clarkson April (jedna z moich ulubionych bohaterek ever i jedna z najlepszych ubiegłorocznych kreacji aktorskich). Prywatnie najbardziej przemawiają tu do mnie ustępy, które tyczą się związków (zwłaszcza układ April – Gottfried), ale rozważania na temat polityki i światopoglądu też stoją na wysokim – i trafnym – poziomie. Na pewno jeszcze wrócę na to przyjęcie.

*

„Utoya – 22 lipca” („Utøya 22. juli”) (2018), reż. Erik Poppe – 7/10 (7,5)

Przypadkiem jest na blogu recka więc w żadne streszczanie streszczonego bawić się nie będę. Po więcej wrażeń z seansu kontrowersyjnego, bezczelno-odważnego coverage’u słynnej norweskiej masakry zapraszam tutaj.

Sobota 21.04

„Tranzyt” („Transit”) (2018), reż. Christian Petzold – 6/10 (6,5)

Ostatnia część trylogii Christiana Petzolda o miłości w czasach systemowej zarazy, na którą składają się też „Barbara” i „Feniks”. Tym razem reżyser wpadł na – moim zdaniem całkiem niezły – pomysł, by przenieść drugą wojnę światową w czasy współczesne i nałożyć na to aktualny kryzys imigrancki. Wykorzystując wojenne przeżycia Anny Seghers, Petzold opowiada w „Tranzycie” o uciekających przed nadgorliwym rządem Vichy (wspieranym przez nadgorliwych obywateli) i zbliżającymi się nazistami Żydach, a jednocześnie o znajdujących się w niewiele lepszej sytuacji uchodźcach z Afryki (imigranci z Afryki to akurat w Marsylii żadna nowość. powojenna imigracja z afrykańskich kolonii ukształtowała dzisiejsze oblicze miasta). Największymi atutami filmu są: pomysł, przewrotny finał poczynań filmowego Georga i aktorzy. Przede wszystkim mój nowy niemiecki ulubieniec – Franz Rogowski. Gość o bardzo wyjątkowym spojrzeniu i krzywym uśmiechu, z wadą wymowy (obstawiam, iż urodził się z zajęczą wargą), która teoretycznie powinna go dyskwalifikować, a jednak tylko dodaje mu wdzięku. Człowiek idealnie nadający się do grania outsiderów. Pamiętam go z „Victorii”, podziwiałam go niedawno w „Happy Endzie”, a na tegorocznej Wiośnie Filmów również w „Walcu w alejkach”. Duży talent i osobowość. Pewne wątpliwości może budzić i budzi lecąca z offu książkowa narracja (bo w kinie bardziej wypada pokazać i zagrać niż komentować). Mnie to jednak nie przeszkadzało. Również dlatego że ładnie to koresponduje z przewijającą się przez film książką o przedsionku piekła napisaną przez Paula Weidla. A że „Tranzyt” to nie genialny „Feniks”. No cóż. Się zdarza.

*

„Sweet Country” („Sweet Country”) (2017), reż. Warwick Thornton – 6/10 (6,5)

Na pewno jest gdzieś jeszcze jakiś słodki, spokojny kraj, ale jest taki wyłącznie dlatego że nie został dotknięty cywilizowaną ręką. Historia świadkiem, iż postęp jest z reguły odwrotnie proporcjonalny do przyzwoitości. Refleksja zawsze przychodzi zbyt późno. Najnowszy film Thorntona jest już tylko świadectwem krzywdy wyrządzonej Aborygenom. Kolejnym w kinematografii australijskiej, a przy tym pierwszym westernem. Bardzo ładnym (fajne zdjęcia i wstawki montażowe), osadzonym w pięknych plenerach (Góry Macdonnella, Alice Springs) i dobrze zagranym (brawa należą się zwłaszcza naturszczykom: Hamiltonowi Morrisowi w roli Sama Kelly’ego czy bliźniakom Doolan grającym Philomaca), ale wyjątkowo konwencjonalnym. Australii tu Thornton nie odkrywa. Nie mówię, że nie lubię prostych przewidywalnych, okrutnych i ponurych filmów spod tej gwiazdy, ale trudno mnie czymś takim zachwycić.

*

„Neapol spowity tajemnicą” („Napoli velata”) (2017), reż. Ferzan Özpetek – 6/10 [z serduszkiem <3]

Bo lemoniada była za zimna. A jednocześnie włoskie słońce było stanowczo za gorące. :D Widać to już w pierwszej scenie, w której za okultystyczną ceremonię (patrz: opisy dystrybutorów, a nawet niektóre recenzje) robią gejowskie jasełka. I tak jest już do końca. Przedziwni ludzie, ich irracjonalne zachowania, niepokojące zdarzenia i brawurowa jazda po bandzie. Reżyser szaleńczo przeskakuje od erotyku (to jedyna warstwa filmu, którą Ozpetek traktuje poważnie. i całkiem nieźle mu to wyszło. Alessandro Borghi stanowczo wart jest grzechu) do uduchowionego kryminału (wątek, który przeważnie bawi i o którym reżyser nagminnie zapomina. zapomina też go zakończyć, mimo iż pod drodze starannie wykłada wszystkie karty), bohaterowie balansują na granicy hokus-pokus i psychozy, nie sposób odróżnić snu od jawy, ani doszukać się cienia logiki. I love it! Obcowanie z tym filmem przypomina oglądanie the Best of „Mody na sukces”. Jeden wielki ubaw. Tommy Wiseau powinien to zobaczyć natychmiast. A my prosimy o spowicie tajemnicą także innych lokalizacji.

Film z marszu trafił na moją listę Incredibly Bad & Extremely Funny Films, którą od niedawna kompletuję sobie tutaj.:)

*

„Walc w alejkach” („In den Gängen”) (2018), reż. Thomas Stuber – 7/10 (6,5)

Pierwsze sceny wróżą opowieść o tanecznych pląsach wózków widłowych. Ale to jednak bajka o sekretnym życiu pracowników hipermarketu pokroju Macro Cash & Carry. Pierwsza część filmu skoncentrowana na firmowych zwyczajach, rytuałach, animozjach między poszczególnymi działami czy detalach służbowego przeszkolenia jest przesłodka i przezabawna. Później wkraczają bardziej nostalgiczne, poważniejsze tony. „Walc w alejkach” to zdecydowanie coś więcej niż historia zdobywania zawodowych szlifów i nieśmiałych zalotów. Jest tu także miejsce na refleksję nad konsekwencjami przemian ustrojowych (w tym przypadku Zjednoczenia Niemiec) i żarłocznego kapitalizmu. I szkoda tylko, że film jest za długi. O ile Stauber dokładnie widział, co zrobić z początkiem i środkiem, o tyle nie do końca miał pojęcie, gdzie chce dotańczyć z końcówką.

Niedziela 22.04

„Dziedziczki” („Las herederas”) (2018), reż. Marcelo Martinessi – 5/10

Czemu 80% produkcji o starszych ludziach i 99% filmów o lesbijkach jest taka nudna i żmudna. Chcę oglądać takie obrazy jak „Aquarius” czy „Życie Adeli”, a przeważnie dostaję coś w stylu filmu Martinessi’ego (ze szczątkowym pomysłem i bez pazura). „Dziedziczki” to opowieść o dziedziczkach starych fortun z paragwajskiego Asunción – miejscowości będącej „matką miast”, miejscem, z którego wyruszały w głąb lądu hiszpańskie ekspedycje kolonialne. Założę się, że protagonistka nie nosi na szyi lilii Bourbonów bez powodu. Jako że reżyserowi duże pieniądze wyraźnie kojarzą się z życiową niezaradnością i biernością, oferuje nam dokładnie taką główną bohaterkę. Osobę totalnie oderwaną od rzeczywistości, która wyłącznie przez przypadek wstaje z łóżka i w wieku 60 lat próbuje wkroczyć na drogę buntu. Co się niestety sprowadza głównie do jeżdżenia Mercem ojca bez prawka i pod wpływem alkoholu. Taki bunt to ja pieprzę.

*

„Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir là-haut”) (2017), reż. Albert Dupontel – 5/10 (5,5)

Przyjmuję do wiadomości, że w książce Pierre’a Lemaitre’a intryga (a nawet cztery) jest o wiele bardziej koronkowa i że formalnie jest to coś dużo ciekawszego. Wątpię (bo ten zarys, który tu dostałam wystarczająco mnie nie interesował), ale się nie zarzekam. Przy takiej mnogości materiału być może faktycznie jedynym wyjściem z sytuacji byłoby pójście w miniserial. Film bowiem głównie prześlizguje się po wątkach, mimo iż jest wystarczająco długi (czytaj: za długi). „Do zobaczenia w zaświatach” to typowa francuska, slapstickowa farsa obracająca się w kręgach żołnierzy, weteranów i rekinów biznesu. Opowieść o świniach, tchórzach, złodziejach, debilach i „królowych” dramy. Nie powiem, żeby raził mnie taki obraz Francuzów.;) Bardzo podobały mi się też bajeczne maski. Za dużo tu jednak zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, a za mało prawdopodobieństwa.

*

„Z perspektywy Paryża” („Mes provinciales”) (2018), reż. Jean-Paul Civeyrac – 6/10

Film o egzaltowanych francuskich studentach kierunków artystycznych (choć nie tylko) desperacko poszukujących stylu, oskarżających się wzajemnie o pretensjonalność, a w wolnych chwilach puszczających się z każdym, kto się nawinie. Z racji wieku wszystko to można im oczywiście wybaczyć, a nawet użalić się nad co bardziej nieprzystosowanymi egzemplarzami. Ciężko się jednak nie śmiać (z bohaterów, ich wielce natchnionych debat i śmiertelnie poważnej konsekwencji), a od czasu do czasu nie jęknąć (zwłaszcza gdy komuś z ekipy włączy się tryb „emo”). Mam nadzieję, że Civeyrac nie uważa, że nakręcił dzieło „prawdziwie rewolucyjne”, bo żadnej rewolucji w tym filmie nie ma. Jest to jednak kino mniej lub bardziej intelektualne (nawet jeśli czasem dość naiwne), kameralne, korespondujące z rzeczywistością i, mam wrażenie, dokładnie takie, jakie reżyser chciał nakręcić. Czyli ogólnie spoko.

Dodaj komentarz

Filed under Film

W kinie: „Utoya – 22 lipca” (2018)

Tytuł oryginalny: „Utøya 22. juli”
Reżyseria: Erik Poppe
Zdjęcia: Martin Otterbeck
Muzyka: Wolfgang Plagge
Moja ocena: 7,5/10

22 lipca. Temperatura wody: 10 stopni. True story. Tak jak ten film. Co prawda zmienia lokację (akcja nie została sfilmowana na feralnej wyspie, lecz na wysepkach okolicznych), nie posługuje się imionami i nazwiskami pokrzywdzonych, a wykorzystując i przetwarzając wspomnienia uczestników zdarzeń, dopowiada pewne sytuacje i dialogi, ale opowiada prawdziwą historię, z zachowaniem maksymalnego prawdopodobieństwa. Można się było tego spodziewać po reżyserze posiadającym doświadczenie w fotografii wojennej.

Historia masakry, której w 2011 roku dokonał w Oslo i na pobliskiej wyspie Utøya Anders Behring Breivik jest powszechnie znana więc wyjątkowo nie muszę krzyczeć „UWAGA! SPOILER!” przed każdym zakrętem. Ba! Mogę nawet napisać, co o tym wszystkim myślę.

Cóż… Dobrze, że to nakręcili teraz, a nie przed moim letnim wypadem do Norwegii. Bo chyba bezpieczniej byłoby pojechać na wakacje do Donbasu. Co to w ogóle za kraj bez sił reagowania? W którym policja, znając imię i nazwisko zamachowca, nie umiała go ani znaleźć, ani podać do mediów rysopisu? Która przez ponad godzinę nie potrafiła się dostać na wyspę, która znajduje się trochę ponad pół kilometra od brzegu. I dlaczego? Bo nie mogła znaleźć żadnego środka transportu. I ten obóz politycznej młodzieżówki ochraniany przez jednego policjanta, który nie był na służbie więc zgodnie z prawem nie mógł mieć przy sobie broni (ciekawostka: będąc na służbie, też pewnie nie miałby przy sobie pistoletu, bo większość norweskich policjantów chodzi bez broni. a Ci, którzy mają pozwolenie, muszą trzymać amunicję w bezpiecznym miejscu w radiowozie). Mógł tylko zginąć, nie ratując właściwie nikogo, co pociągnęło za sobą śmierć 68 innych osób. Powiecie pewnie, że to się wydarzyło w 2011 roku i że Norwegowie na pewno odrobili lekcję. No więc, z tego, co mi wiadomo, to nie. Powstało nawet naukowe studium porównujące reakcje USA po 9/11 i Norwegii po Utøyi i wyszło na to, że w przeciwieństwie do Stanów Norwegia po zamachu swoje wysiłki antyterrorystyczne wręcz zmniejszyła, a policja nadal chodzi bez broni. Szlachetni Norwegowie wolą zwalczać nienawiść miłością. Warto mieć to na uwadze, gdy zamarzy Was się zwiedzanie Oslo czy innych fiordów.

Wiedząc o norweskich zamachach z 2011 roku wszystko to, co dziś wiemy, trudno jest zasiąść do filmu Erika Poppe z należytym szacunkiem. Nie mając pojęcia, w jaką narrację pójdzie reżyser, zastanawiałam się nawet, czy obejrzymy za chwilę instruktaż, jak odnieść sukces życiowy na miarę sukcesu Adresa Breivika. Człowieka, który bez cienia wyrzutów sumienia żyje sobie obecnie na koszt państwa w wysokim więziennym standardzie, popylając w Playstation. Na szczęście to nie jest film o Breiviku, lecz o pokrzywdzonych, a ze współczuciem dla ofiar chyba nikt z nas problemu nie ma. Tym bardziej że chodziło o nie potrafiące się bronić i ze wszech miar niewinne dzieci. W przypadku „Utøyi – 22 lipca” problemem (dla widzów) może być coś zupełnie innego, czyli forma. Film posługuje się bowiem formułą rzezi (ekran może krwią nie spływa, ale ze względu na specyfikę audiowizualną tego obrazu i tak ją sobie dowyobrazicie) i aż prosi się o łatkę „porno roku” (tak jak „Przełęcz ocalonych” w 2016 i w zeszłym roku „Dunkierka”). Nie mam wątpliwości, że za taką, a nie inną narrację, niektórzy odsądzą reżysera od czci i wiary (nawet jeśli rodziny ofiar wcale nie uważają go za hienę i aprobują jego podejście). Ja w każdym razie nie mogę. Brak szacunku (nie mylić z chamstwem, nawet jeśli chamstwo też czasem lubię), to jedna z tych rzeczy, które szanuję i cenię w kinie najbardziej. Również dlatego że rodzima kinematografia, odtwarzając autentyczne i/lub historyczne wydarzenia, zwykle poza szacunkiem nic innego dla widza nie ma.

Konwencja, którą Poppe przyjął w „Utøyi”, stawia na obezwładniający realizm i krańcową intensywność. Oto po krótkim 20-minutowym (cennym, bo dobrze nakreślającym sytuację i wprowadzającym bohaterów) wstępie przychodzi nam zmierzyć się z około 70-minutową strzelaniną. Minuta po minucie, praktycznie w jednym ujęciu (z czwartego dnia kręcenia), z kamerą podążającą za bohaterami (operator zapracował tu na chleb jak mało który). Jest prawie tak, jak było. I bardzo mocno. Dla mnie nawet ciut zbyt. Chwilami oglądałam to przez palce, zaciskając drugą dłoń na ręce przyjaciółki (w pierwszym odruchu zamknęłam oczy, ale miała rację, że nie sposób tak obejrzeć filmu;). A dodatkowych emocji dostarcza fakt, iż przez 1,5 godziny przemieszczamy się po Utøyi, towarzysząc nie najsprytniejszej i nie najsilniejszej osobie na wyspie. Ma to sens. I siłą rzeczy ma swój ciężar. A choć psychologia tej postaci trochę mnie rozczarowała, to jestem skłonna zgodzić się z pierwszym zdaniem, które pada w tym filmie: „Nigdy tego nie zrozumiecie”. Jak mogłabym zrozumieć Kaję czy Breivika, skoro nie rozumiem mentalności Norwegów? Jak mogę ogarnąć to, co się wydarzyło, skoro mnie tam nie było i niczego podobnego w życiu nie przeżyłam? Z seansu wyszłam wyczerpana. Opowiedzianą historią i typem narracji, który pozwala poczuć zarówno cudzy strach, jak i autentyczny lęk o własne życie. To w sumie powinno nas powstrzymać przed ocenianiem. Bohaterów. Bo Norwegów już niekoniecznie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszłam z kina, myśląc tak ciepło o polskiej policji. Czy zareagowałaby szybciej? Wątpię. Czy terrorysta miałby szansę się poddać? Na szczęście też wątpię.

Dzień później (film obejrzałam przedpremierowo w ramach festiwalu Wiosna Filmów) miałam okazję zobaczyć australijski western „Sweet Country” i automatycznie mnie naszło, że gdyby 22 lipca 2011 roku na Utøyi zamiast obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy był obóz Aborygenów, wyszedłby z tego zupełnie inny film, podobny raczej do netflixowego „Rytuału”. A, że trafiło na nieprzygotowane dzieci w nieprzygotowanym na zamach kraju, przyszło nam zmierzyć się ze z goła inny typem horroru. Straszniejszym, bo realnym. Bez żadnej gwarancji, że coś takiego się więcej nie powtórzy. Świadomość tego faktu, podbija ocenę.

The Disaster Artist

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.04.2018

Niestety nie jest to próba reaktywacji „Kinowych podsumowań tygodnia”. Nie mam czasu się do tego przykładać tak jak wcześniej. Inspirowana „Kroniką TOPR-u” „Kronika filmowa” jest jedynie odpowiedzią na ostatnie bezsensowne zmiany na Filmwebie (zamiast Filmwebu). Nie zdziwcie się więc, jeśli w jednym tygodniu będzie na bogato, a w następnym po 160 znaków na tytuł.

Poniedziałek 09.04

„Twarz” („Twarz”) (2017), reż. Małgorzata Szumowska – 7/10 (6,5)

Ponoć rzeczywistość tego filmu jest bardzo przerysowana (sami twórcy twierdzą, że nakręcili baśń). Trudno mi orzec, bo ja tę Polskę (niby miało być „nowhere”, ale przecież od pierwszej sceny widać gdzie) mniej więcej tak właśnie widzę, tyle że bez tej koszmarnej winiety (totalnie nie podobają mi się te rozmycia na krawędziach ujęć. nie cierpię winiet. gdyby jeszcze ten sposób kręcenia dotyczył wyłącznie scen po wypadku, doceniłabym taki zabieg, a tak – mowy nie ma). Te durne rasistowskie żarty, z których śmieją się nawet osoby, których to w gruncie rzeczy nie śmieszy, te życzenia – składane sobie, a nie drugiemu, rzekomo bliskiemu, człowiekowi, najlepiej wbrew niemu, te komisje lekarskie orzekające na rzecz ZUS-u, a nie osób niepełnosprawnych (czy ta rewolucja w rentach, która miała skutkować przyznaniem wszystkim osobom niepełnosprawnym statusu „zdolny do pracy” ze wskazaniem, w których obszarach mogą się jeszcze wykazać, nawet jeśli w widoczny sposób cierpią, weszła już w życie?). Otwierająca film batalia to oczywiście świadome przekolorowanie i żart, ale twierdzić, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, może tylko ten, kto nigdy nie widział bitwy w Lidlu. :D No może ten wielki Jezus byłby jakimś przegięciem, gdyby nie fakt, że naprawdę go zbudowano. :/ Ale nie kończmy na minorową nutę. Koniecznie przyjrzyjcie się, co Kościukiewicz (bardzo dobra rola) wyczynia tu na dyskotekowym parkiecie. Od zawsze powtarzam, że podstawowa zasada w tańcu, to się ruszać. Wykorzystując do tego wszelkie możliwe umiejętności, z dowolnych dziedzin. Jeśli się mylę, to mnie egzorcyzmujcie.;D

*

„Bezlitosny” („Bool-han-dang: Na-bbeum Nom-deul-eui Se-sang”) (2017), reż. Sung-hyun Byun – 8/10 (7,5)

Infiltracja zemsty. Tyle że bez tej całej śmiertelnej powagi towarzyszącej „Mou gaan dou” i amerykańskiemu falsyfikatowi. Idealny miks koreańsko-tarantinowskiego humoru i typowo koreańskiej przemocy. Tak, wszystko to już było. I oczywiście zupełnie mnie to nie obchodzi. Fabuła ładnie kluczy, obaj główni bohaterowie emanują przyjemną charyzmą (zwłaszcza Kyung-gu Sol. ale Si-wan Im też dał czadu), widać sporo fajnego popaprania na drugich planach (kupuję zwłaszcza bratanka szefa), bardzo zawodowo się tu leją (może nie aż tak efektownie jak w „Berandal”, ale zawodowo) i w dobrym rytmie. Brzmi to super, wygląda super, jestem kontenta. Jeśli amerykański system penitencjarny świrów i przestępców tworzy, a norweski ich nagradza, to koreański pozwala im rozkwitnąć. I z tymi koreańskimi wariatami to ja bym się dogadała.:D

Środa 11.04

„Player One” („Ready Player One”) (2018), reż. Steven Spielberg – 9/10 (8,5)

Mokry sen gracza? Niebo geeka? Banalne hasła, ale to prawda. Jak dla mnie ten film to doskonałość roku. I zaskoczenie roku, bo byłam pewna, że Spielberg się skończył wieki temu, a już ostatecznie w siedzibie the Washington Post (toć w końcu ostatnim jego dobrym, acz przecież nie wybitnym, filmem było „Monachium”, a to było w 2005 roku!). Nie ma ani jednej rzeczy, do której mogłabym się tu przyczepić (no może do score’u. ale soundtrack rekompensuje wszystko z nawiązką). Spielberg zmajstrował easter egg i sam je zdobył:)

Piątek 13.04

„Ciche miejsce” („A Quiet Place”) (2018), reż. John Krasinski – 9/10

Uwielbiam takie horrory! Mrożące krew w żyłach (kwestia subiektywnych odczuć. mnie wbiło w fotel i prawie cała maskara mi zeszła:) postapokaliptyczne monster movies oparte na koncepcie, a nie na schematycznej sieczce. Dodajmy, że w tym przypadku koncepcja jest dość świeża (widać inspirację innymi produkcjami, ale końcowy pomysł jest oryginalny i fantastyczny), co rzadko się zdarza w tym gatunku (aczkolwiek ostatnio jakby częściej. wyjątkowo fajne pokolenie dorosło do kręcenia takich filmów). Jeśli tak jak ja jesteście fanami „Monsters” i chcielibyście zobaczyć, jak by to mogło wyglądać i kopać, gdyby zostało zrobione za większe pieniądze (swoją drogą, jeśli za 17 milionów można mieć TAKIE efekty, to żaden prominent mi nie wmówi, że nie dało się zrobić równie dobrych w filmie z budżetem 10-krotnie większym), choć wciąż poza mainstreamem, to polecam. Naprawdę lubię tych Krasinskich. Czekam na więcej!

*

„Nigdy cię tu nie było” („You Were Never Really Here”) (2017), reż. Lynne Ramsay – 7/10 (7,5)

Ale naprawdę w tych Stanach to strach wejść do rzeki. Sorry, ale porównania do „Only God Forgives” uważam za mocno nietrafione. To jest w gruncie rzeczy dość klasyczna narracja, która zwyczajnie nie idzie na łatwiznę szybkich trupów. Wściekły jest tu metodyczny i nie kieruje nim testosteron. A to, co go napędza, jest właściwie ważniejsze niż cała akcja. Której jednak Wam nie zabraknie, zapewniam. Czy „Taksówkarz” to dobry trop? Może tak, może niekoniecznie. Mnie chyba bardziej pasują porównania do „Leona zawodowca”. „Nigdy Cię tu nie było” poniekąd jest takim arthouse’owym „Léonem” XXI wieku. Tyle że bez Natalie. Wizualnie podobna do Milli Jovovich, choć nie potrafiąca grać choćby na takim poziomie, delikatna Jekaterina Samsonow, chyba nawet nie próbuje jej zastąpić. Od początku wiadomo było, że nowy film Ramsey będzie koncertem jednego aktora i trzeba przyznać, że Joaquin Phoenix sprawił się tu niczym Ostatni Mohikanin.

Sobota 14.04

„Lolita” („Lolita”) (1962), reż. Stanley Kubrick – 6/10

Tak sobie nadrabiam tego Kubricka, nadrabiam, i „Lolita” jest chyba moim największym rozczarowaniem. I nawet nie chodzi o to, że Kubrick zrobił to inaczej niż Nabokow, bo święcie wierzę w licentia poetica. Tym, co mnie naprawdę dobiło, są tu niedoróbki (patrz: niekonsekwentne voice-overy. no albo mają być, albo ma ich nie być. w tę albo we w tę), bezsensowne wyeksponowanie postaci Quilty’ego i pójście w farsę (jak lubię Sellersa, tak tego typu wygłupy nie pasują do tematu i bronią się – a bronią się! – wyłącznie aktorsko), zbyt karykaturalni bohaterowie (tylko urzekająca Sue Lyon zdołała tu stworzyć „dojrzałą” kreację) i totalny brak odwagi. Całe wyuzdanie kończy się tutaj na (absolutnie genialnej) czołówce. Żywym dowodzie na to, że spokojnie dało się pewne rzeczy pokazać nie wprost, tylko reżyserowi jaj zabrakło. Naprawdę nie rozumiem, po co było to kręcić tak bezpiecznie. A skoro już jakiś imperatyw Stanleyowi kazał, to powinien był zadbać, żeby te wszystkie dwuznaczności było widać w relacjach bohaterów. Bo nie widać. Na upartego można by było nawet uwierzyć, że chodziło o platoniczną relację nastolatka – mega zazdrosny tatuś. No nie.

Niedziela 15.04

„Lolita” („Lolita”) (1997), reż. Adrian Lyne – 7/10 [P]

Bardzo dziękuję za obsadzenie w roli Humberta Jeremy’ego Ironsa, bo sam ten fakt zapędził wiele osób w róg relatywizmu moralnego. ;) Irons nie obrzydza tak jak Mason. Jest wręcz przeciwnie (dość powiedzieć, że kiedy film ten wchodził do kin, byłam wciąż niepełnoletnia i stanowczo leciałam na Jeremy’ego. leciałam już wcześniej i jeszcze długo). A fakt ten ma ogromny wpływ na odbiór jego postaci. Zbyt łatwo darować mu to i owo, przykładając tym samym rękę do krzywdy dziecka. I to jest prawdziwa kontrowersja. Ważniejsza niż „sceny”, których tak brakowało u Kubricka. Sceny, które, jak widać, dało się zrealizować bez niczyjej krzywdy (z wyczuciem i dobrym smakiem), a które decydują o ciężarze gatunkowym tej produkcji. W takiej fabule musi być widać zbrodnię, żeby wiadomo było, za co należy się kara, a pomiędzy zbrodnią i karą nie ma miejsca na durne śmichy-chichy. Jeśli mogę tej ekranizacji coś zarzucić, to chyba tylko dobór aktorki do tytułowej roli. Dominique Swain jako nimfetka? Wciąż tego nie czuję. Tym bardziej teraz, gdy „poznałam” Sue Lyon.

Najbliższy tydzień spędzam na Wiośnie Filmów i Przeglądzie Nowego Kina Francuskiego w Muranowie. Minimum 14 filmów. Tak że następna kronika już raczej tak obfita w treść nie będzie. :)

Dodaj komentarz

Filed under Film