Filmy obejrzane w 2018 roku

Zliczam wszystkie filmy długometrażowe, również te obejrzane po raz któryś. Powtórki opatrzone są adnotacją [P]. Używam też oznaczeń: [doc] – dla pełnometrażowych dokumentów, [mini] – dla miniseriali i ***** – dla krótkometrażówek (tych nie numeruję).

Lista filmów obejrzanych w 2017 roku

Filmy obejrzane w 2018 roku: ? (W 2017: 400).
Krótkie metraże obejrzane w 2017 roku: ? (ostatni: „.”).

Filmy obejrzane w kinie w 2018 roku: 128 + ? shorty (stan na 16.08.2018).
Filmy obejrzane w kinie w 2017 roku: 255 (+ 4 krótkie metraże).
Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.07.2018

Mundial nie Mundial, wakacje zdecydowanie nie są dobrym czasem na publikowanie. Za dużo się dzieje. :)

Poniedziałek 09.07

„Jestem taka piękna!” („I Feel Pretty”) (2018), reż. Abby Kohn – 6/10

A gdyby tak uderzyć się w głowę i spojrzeć na siebie łaskawszym okiem? A może tak bez uderzania się w cokolwiek? Ja po seansie tego filmu autentycznie poczułam magię i postanowiłam, że już nigdy nie powiem (ani nie pomyślę) o sobie, że jestem stara, za gruba, za niska, że mam coś za małego czy za dużego. Nie mówię oczywiście, że wszyscy powinniśmy być od razu jak Renee, ale bądźmy chociaż jak Ethan – po prostu sobą. Przesadziłabym pisząc, że „Jestem taka piękna!” to wiekopomne dzieło, i jest to też trochę jeden z tych obrazów „z przesłaniem”, za którymi generalnie nie przepadam, ale twórcy trzymają wszystko na tyle w ryzach i tak ładnie omijają najoczywistsze klisze (choćby w konstrukcji postaci Avery i Granta), że łatwo im wybaczyć. No i bawiłyśmy się super. Schumer znów nas rozłożyła na łopatki, a Williams po raz kolejny udowodniła, że jest aktorką najwyższej klasy.

Wtorek 10.07

„Berek” („Tag”) (2018), reż. Jeff Tomsic – 6/10

Historia grupy przyjaciół, którym udało się podtrzymać szkolną przyjaźń dzięki grze w berka. W rzeczywistości jest ich 10-ciu, a nie 5-ciu i od 28 lat ganiają się po całym świecie w lutym, a nie w maju, ale naprawdę jest to fabuła oparta na faktach. Bohaterowie są co prawda fikcyjni (wzorowani, a nie przeniesieni), ale wiele z filmowych akcji (zmyłek, przebieranek i innych podstępów) rzeczywiście miało miejsce. Prześmiesznej komedii się może nie spodziewajcie, choć film bywa zabawny. Na pewno nie jest delikatny (z tego, co wiem, Renner się nawet jakichś kontuzji nabawił). Sceny z udziałem Rennera chwilami przywodzą na myśl „Mission Impossible”, jest też bardzo ładne nawiązanie do „Predatora”. Poza tym dobra chemia między bohaterami, fajna atmosfera i nawet jakaś głębsza refleksja na temat przyjaźni. Mając do wyboru „Kac Vegas” i „Berka”, bez wahania postawiłabym na tę uroczą bieganinę.

Środa 11.07

„Whitney” („Whitney”) (2017), reż. Kevin Macdonald – 6/10 (5,5) [doc]

Saddam to był jednak świr! ;D Nie no, serio, dla tej jednej (powiązanej z Whitney informacji) warto cały film obejrzeć. :) Warto też na pewno dla materiałów archiwalnych. W opowieściach rodziny i przyjaciół prawdy o Houston nie znajdziecie (cała ta zgraja, wliczając w to Bobby’ego, zasiadła przed kamerą wyłącznie po to, by poprawić swój wizerunek), ale na archiwalnych nagraniach widać prawdziwą Nippy. Wcale nie taką układną dziewczynkę z getta, która przeżyła swoje życie tak, jak zdecydowała. Nie byłam fanką Whitney, bo nie lubię popu, ballad i bluesa, ale jej fenomenalny głos potrafił mnie przyprawić o łzy. I tak było w trakcie tego seansu. Ogólnie ciekawszego dla laików niż fanów, ale fani też coś dla siebie znajdą.

Czwartek 12.07

„41 dni nadziei” („Adrift”) (2018), reż. Baltasar Kormákur – 6/10

Zacznijmy od tego, że jeśli nie lubicie Woodley i Claflina (a wiem, że są tacy, co nie lubią), to w ogóle nie jest produkcja dla Was i lepiej sobie odpuśćcie. To film z gatunku „ona, on, i ocean”, tak że nic Was od obcowania z tym dwojgiem nie uratuje. Kormákur opowiada tu w formie narracji dwutorowej – splatając w węzeł dwie historie: początków miłości dwojga ludzi i ich walki z żywiołem po katastrofie – lekko podrasowaną historię pary żeglarzy – Tami Oldham i Richarda Sharpa, którzy mieli pecha znaleźć się w środku jednego z największych huraganów w historii USA. Uwielbiam kino survivalowe, bardzo też wciągnęła mnie ta cała „żeglarka”, o której generalnie nie mam pojęcia, a przecież nigdy nie wiadomo, kiedy może nam się przydać wiedza. Film jest trochę hallmarkowy, na pewno nie ten poziom, do którego przyzwyczaił nas islandzki reżyser, ale wcale nie jest taki zły, jak go malują. Namalowany jest zresztą świetnie. Zdjęcia Roberta Richardsona to jego największy atut.

*

„Ocean’s 8” („Ocean’s Eight”) (2018), reż. Gary Ross – 4/10

Guess what! Danny Ocean miał siostrę! A ta siostra miała równie niepraworządne koleżanki co Danny. Wszystkie zgrywały się na twardsze od facetów, ale postanowiły kraść drogą biżuterię. Nie, to wcale nie jest seksistowska intryga. :P Podobała mi się w tym filmie dbałość językowa (Sandra mówiąca w ojczystym języku swojej matki – niemieckiej śpiewaczki operowej Helgi Meyer – rewelacja! przynajmniej raz amerykański film nie drażnił mnie w materii języków obcych), mniej lub bardziej Bullock i Hathaway oraz muzyka, czyli podobało mi się niewiele. Intryga (a przecież o to w produkcjach z tej serii chodzi) jest wybitnie niewiarygodna (zwłaszcza poczynania filmowej Rose w rzeczywistości na każdym kroku musiałyby wzbudzać podejrzenia), a film długi i nudny jak cholera. Bardzo nieudany reboot.

Niedziela 15.07

„Przeklęta liga” („The Damned United”) (2009), reż. Tom Hooper – 6/10

Historia najbardziej emocjonującego okresu w karierze jednego z najlepszych trenerów piłkarskich w historii – Briana Clougha. Opowiedziana dwutorowo na zasadzie zestawienia jego sukcesów osiągniętych z drużyną Derby County z okresem pracy w Leeds United. Lekkie (może za lekkie), filmowo nieco zakrzywiające fakty (choć raczej nieszkodliwie. o ile można się zgodzić z protestami rodziny odnośnie wypaczania wizerunku Clougha, który w owym czasie był bardzo wysportowany, nie palił i pił tylko okazjonalnie i nikt też nie uwierzy, że jakikolwiek trener mógłby dobrowolnie przesiedzieć mecz w szatni, o tyle na przykład fakt, iż piłkarze podpisywali kontrakty w różnych terminach, a nie tak jak na ekranie – jednocześnie w 10 sekund – naprawdę nie ma znaczenia), nośne kino sportowe trochę w stylu „Najlepszego” i „Wyścigu”. Jeśli nie dla piłki (i to takiej twardej, zupełnie nieneymarowskiej), warto to obejrzeć choćby dla roli Michaela Sheena. Jak zawsze klasa i charyzma.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Elementarz stylu

Tytuł oryginalny: „Elementarz stylu”
Autor: Katarzyna Tusk
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2015
Ukończona: 20 maja 2018
Moja ocena: 8/10 (4/5)

Jeśli czytanie książek „modowych” minimalistek czegoś mnie nauczyło, to przede wszystkim tego, że warto kupować książki tylko tych osób, które lubi się czytać i/lub których styl się ceni (niekoniecznie musi to być nasz styl, ale musi się podobać). Jeśli o mnie chodzi, Kasia Tusk wyjątkowo spełnia oba te kryteria. „Elementarz stylu” to jedna z nielicznych książek spośród tych wydanych w Polsce w XXI wieku, które warto kupić już choćby ze względu na to, jak jest wydana (no to jest po prostu bajka! prosta, ładna, płócienna twarda okładka z wytłoczonym tytułem i gustownym rysunkiem, ciężki, dobrej jakości papier, najwyższej jakości zdjęcia, elegancka typografia. bardzo podobają mi się te wyraźne oddechy między akapitami, a jednocześnie drobna czcionka. nie ma tu tego modnego ostatnio zwiększania objętości poprzez maksymalizowanie czcionki i wszystkich możliwych odstępów). Choćby po to, by na nią patrzeć. Ale treść też zgłębić warto. Jest tu miejsce na ciekawostki i anegdoty, dużo konkretnych rad i przykładów, a także przepiękne poglądowe zdjęcia. Kasia ma dobre pióro, nie leje wody, nie powtarza w kółko tego samego. Nie wymaga też, żeby czytelnicy przyjęli jej punkt widzenia. Jedna uwaga: To nie jest poradnik „Jak znaleźć swój styl”, lecz wielopoziomowe rozważania na temat elegancji i stylu. Stylu w ogóle, ale przede wszystkim (eleganckiego) stylu autorki. Trudno wymagać od Kasi, żeby pisała o czymś, co jej się nie podoba, podsuwając ludziom pomysły utrzymane w stylistykach, których nie czuje. Jeśli elegancja nie jest wyborem dla Was i nie jesteście w stanie zaadaptować jej do swoich potrzeb, musicie poszukać inspiracji gdzie indziej.

 

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 7/10 (7,5)

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 02.07.2018

Myślałby kto, że jak człowiek choruje, to się chociaż filmów naogląda, ale rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Mecz kątem oka to ja mogę nawet z gorączką, ale żeby oglądać filmy, potrzebuję jednak być jako tako przytomna.

Poniedziałek 25.06

„Dziedzictwo. Hereditary” („Hereditary”) (2018), reż. Ari Aster – 6/10 (6,5)

W drodze do kina najpierw utknęłam w drzwiach obrotowych (po prostu nagle stanęły i odmówiły dalszego wykrywania obecności człowieka. zdarza się), następnie (i to już było dziwne) winda w Złotych Tarasach nie chciała mnie zawieść na górę do Multikina (z windy wysiadła pani z wózkiem więc wcześniej wszystko działało. potem w środku byłam już tylko ja, a bezpośrednio na zewnątrz nikogo. w tym momencie drzwi zaczęły się zamykać i otwierać jak szalone. uspokoiły się dopiero wtedy, gdy wysiadłam. po czym winda spokojnie odjechała), a na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. To powinno było mnie ostrzec i odprawić do jakiegoś cywilizowanego kina, ale nie. No więc dostałam za swoje – nastrojowy horror, który powinno się kontemplować w jako takiej ciszy i skupieniu, musiałam oglądać w towarzystwie gościa, który nie krępował się rozmawiać przez telefon oraz głośno gadających i biegających po sali nastolatek. To był koszmar. Z którym żaden horror nie miał prawa wygrać. I nie wygrał.

Nie spoilując wprost, mogę powiedzieć, że „Hereditary” to połączenie pewnego kultowego „polskiego” horroru z jednym z horrorów Netflixa i klasyczną grecką tragedią. Przy czym film Astera nie ma w sobie ani finezji tego pierwszego obrazu, ani nie dostarcza tylu emocji co ten drugi. Świetnie sprawdza się wyłącznie jako produkcja o fatum (naprawdę, Sofokles byłby dumny!) oraz jako dość szczególny dramat rodzinny – pogrążony w żałobie, wyciągający z szafy masę trupów, obiecujący duchy i dostarczający rzeczy, których widz nie oczekiwał. Film ma fajny klimat (umiejętnie budowany z pomocą ekspresyjnego aktorstwa, upiornej muzyki i bardzo dobrych mrocznych zdjęć Pawła Pogorzelskiego), jest bardzo dobrze wykonany (nie tylko jak na debiut. ale jak na debiut to ekstra), ma swoje momenty i potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że tak boleśnie rozczarowuje pomysłem na zakończenie. Tak samo zresztą jak początkiem. Na subtelność i niedopowiedzenia nie macie co tu liczyć.

Sobota 30.06

„Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” („How to Lose Friends & Alienate People”) (2008), reż. Robert B. Weide – 5/10 (5,5)

Nie sprawdza się to jako komedia (choć ze 3 razy śmiech zręcznie wymusza. przede wszystkim skalą absurdu), nie sprawdza się też jako satyra na show-biznes (zbyt grubą kreską nabazgrał to reżyser, zbyt pretensjonalnie i tanio). Trochę lepiej film wypada jako obraz o kuluarach pracy brukowców i lifestylowych czasopism, a to pewnie dlatego, że bazuje na doświadczeniach byłego stażysty Vanity Fair – Toby’ego Younga – autora książki, której film jest ekranizacją i pierwowzoru filmowego Sidneya. Oczywiście ta część „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” też została podkoloryzowana, ale niektóre sceny odtwarzają prawdziwe zdarzenia (patrz np. scena upadku w hallu). Z drugiej strony jest to całkiem sensowna produkcja o związkach (zwłaszcza o bliskości, wspólnych zainteresowaniach i celach oraz byciu razem na co dzień), a odpowiednio hiperaktywny Simon Pegg, rewelacyjna Kirsten Dunst, rozkoszny Jeff Bridges, seksowna Megan Fox i czadowa Gillian Anderson potrafią ten niewybitny obraz solidnie osłodzić.

Niedziela 01.07

„Złodzieje rowerów” („Ladri di biciclette”) (1948), reż. Vittorio De Sica – 7/10

Włoski realizm niemagiczny i krótki film o bezradności (bezradności dziedzicznej, od której trudno się uwolnić), nakręcaniu się spirali biedy i spirali nieszczęść. Fabułę tej produkcji da się opowiedzieć w 3 zdaniach (a nawet poprzez tytuł) więc nie będę Wam tu wykładać treści. To trzeba obejrzeć i przeżyć. Na szczęście i niestety nie na własnej skórze, co prowokuje do łatwych i niesprawiedliwych ocen postępowania bohaterów. Oby koniec końców do dojrzalszych wniosków. Film został sfinansowany przez znajomych królika i zagrany przez amatorów, czego oczywiście nie widać. Klasyka.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Mundial 2018: I po ptokach

I powtórka z pierwszego meczu fazy grupowej. Niemoc, pech, bardziej jednak niemoc, a w ogólnym rozrachunku przede wszystkim najwyraźniej jednak zbyt trudna zmiana pokoleniowa (znalazł się co prawda ktoś, kto w dłuższej perspektywie może zastąpić Lahma, ale bez Lahma, Schweinsteigera, Mertesackera czy Klosego to już nie ta sama maszyna i chwilę potrwa, zanim się zrestartuje), trudne do zdiagnozowania (przynajmniej z boku, bo problemem raczej nie była kondycja) błędy w przygotowaniu i wszelkie możliwe błędy trenerskie – na etapie kompletowania drużyny (powtórzę się, ale naprawdę chciałabym się dowiedzieć, w czym Draxler był lepszy od Sané), dobierania składów na konkretne spotkania (przede wszystkim zanik umiejętności wyciągania wniosków. jakby mi ktoś powiedział, że Jogi losował te 11-ki z kapelusza, uwierzyłabym na słowo), a już zwłaszcza zmian! Przy okazji dzisiejszych Joachim Löw przeszedł sam siebie. Widać było, że „pomoc” leży i kwiczy (chwilami dosłownie), i że znowu nie ma kto podawać nawet do Reusa, każdy, kto uważnie oglądał mecz Meksyk : Korea, miał świadomość, że rosłego skocznego bramkarza Koreańczyków trudno będzie pokonać głową (Meksykanom udało się dopiero, gdy spróbowali dołem), a jednak zamiast Brandta (i tu też chciałabym się dowiedzieć, czemu tak dobrze grający zawodnik nie został wystawiony od początku w żadnym meczu) Löw wpuścił Gomeza. Klasycznego napastnika starego typu, przyzwyczajonego do grania głową i czekania na piłki, który w obu poprzednich meczach pokazał jedynie, że przez lata ciut zardzewiał i koszmarnie mu się celownik rozregulował. Nie wiem, być może chodziło o to, żeby Reus nie nudził się w tym polu karnym Koreańczyków samotnie. Zysk ze zmiany żaden, bo Khedira przynajmniej skutecznie wracał się do obrony. Ku mojemu wielkiemu zawodowi, nie odnalazł się na boisku uporczywie dotąd pomijany Leon Goretzka, tak że dobrze, że został zmieniony i szkoda, że nie wcześniej, tyle że czemu akurat na totalnie zablokowanego od początku turnieju Müllera? Znów zysk ze zmiany żaden, bo siły napadu to nie zwiększyło, a zaczęło się tracenie piłki. No i w końcu hit dnia – zmiana trzecia – 12 minut przed końcem (znów za późno), kiedy drużyna była już dokumentnie rozklepana, fatalnie grający, ociekający potem Özil, któremu nic tego popołudnia nie wychodziło, płakał z bezsilności (co było widać na zbliżeniach), Kroos w ogóle nie istniał, Müller ciągle tracił piłkę, nieskuteczny strzelecko, ale super aktywny i solidny dotąd Werner nie był już w stanie nawet celnie podać (nie powiem, że to jedyny pomocnik DFB, który do tej pory podawać potrafił, ale nie powiem tego tylko dlatego, że to napastnik, który musiał przejąć rolę pomocnika, bo pomocnicy podawać nie umieli), Löw wpuścił wreszcie Brandta. Nieważne, że nie było już z kim grać. To znaczy byłoby z kim, gdyby jednocześnie trener nie zdjął najlepszego gracza meczu (bez ironii i taryfy ulgowej. był genialny! w wyraźnym szczycie formy, niezmordowany obskakiwał wszystkie formacje, podawał i wybraniał, nadto w chwili zejścia nie był jeszcze zbyt zmęczony) – Jonasa Hectora. W tym momencie nie miałam już pytań:( Patrzyłam tylko z czułym współczuciem na tego biednego Hummelsa, który pod koniec spotkania (tak jak wcześniej Jonas i zazwyczaj Boa) grał już wszędzie i do ostatniej chwili próbował wbić honorową bramkę, podczas gdy piłka jak zaklęta wciąż mu się wymykała i przelatywała górą:/

Die Mannschaft WM 2018

Czas rozłożyć Drużynę na czynniki pierwsze:

1 Manuel Neuer <3 <3

W meczu Korea : Niemcy ciut niepewny. Zwłaszcza w pierwszej akcji, w której sam stworzył dla siebie zagrożenie i sam je zneutralizował, ale że była to jego jedyna wpadka turniejowa, komentujący dla polskiej telewizji Andrzej Strejlau omal się z radości nie zeszczał (po raz kolejny serdecznie dziękuję polskim komentatorom za to, że od ponad 20 lat nie mogę obejrzeć w jako takim spokoju żadnego meczu Reprezentacji Niemiec, a nawet Bayernu, bo za każdym razem muszę wysłuchiwać antyniemieckich hejterów. żadna inna reprezentacja nie jest traktowana w taki sposób. nawet Polska:P). Pod bramką Korei też niestety nie udało się Manu zabłysnąć (czego od bramkarza oczywiście oczekiwać nie można. można tylko trzymać kciuki:). Pierwszy gol niezawiniony, drugi był konsekwencją dołączenia do drużyny pod drugą bramką (na co na pewno miał zgodę). Cały występ mundialowy – świetny. I to nie jak na bramkarza, który cały sezon leczył kontuzję i wrócił do gry dopiero na Mistrzostwa Świata (ewenement!), ale w ogóle. Był w super formie i ratował kolegom tyłki koncertowo. Ja nie wiem, co to będzie, gdy odejdzie (tak, wiem, bramkarzy Ci w Deutschlandzie pełno. ale ten jest tylko jeden!).

3 Jonas Hector <3 <3 :*

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo żal mi tego chłopaka (jedynego reprezentanta Niemiec, który nie wychował się w piłkarskiej szkółce, najskromniejszego i najbardziej pracowitego), bo przeciw Korei zagrał jak marzenie (dwoił się i troił i to na wszystkich pozycjach, w swoich akcjach był bezbłędny, a jednocześnie po wszystkich poprawiał. bajka!), a obawiam się, że ze względu na wynik, nikt poza mną (i analitykami) nie będzie o tym pamiętał:/ W obu meczach, w których zagrał (szkoda, że w pierwszym nie dostał szansy) był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. To właśnie jego Löw wyszperał (za to mu chwała) na miejsce Lahma. Totalnie to widzę! Teraz reszta ekipy musi dorównać do tego poziomu.

Jonas Hector

5 Mats Hummels <3

W tym spotkaniu jeden z tych piłkarzy (nie było ich zbyt wielu), którzy mogli zejść z boiska z podniesionym czołem. Fakt, iż był to jedyny mecz DFB, w którym problemem drużyny nie była obrona, to w znacznej mierze jego zasługa (nie ujmując nic pozostałym defensorom, w tym Khedirze;). W pełni zastąpił Boatenga, w końcówce grając niczym Boa we wszystkich formacjach. Zawzięcie próbował strzelić do ostatnich sekund. Nie udało się, ale kocham i doceniam. W całym turnieju klasa. Wszelkie zarzuty, które kierowano pod jego adresem po pojedynku z Meksykiem, były niesprawiedliwe i bezpodstawne. Niemcy grali w tym meczu tak samo nieskuteczny futbol jak dzisiaj, ale bardziej otwarty i ryzykownie wysoki. Przez większą część spotkania w obronie pozostawali tylko Mats i Jérôme, i praktycznie żaden łoś nie wracał się, żeby im pomagać. Tak być nie może.

15 Niklas Süle <3

Jako, że Jogi uparcie nie chciał dać Niklasowi szansy wcześniej, mogę ocenić jego grę wyłącznie w tym ostatnim meczu. Umiejętności może jeszcze nie te, ale to jest chłopak, który ma warunki niczym Per Mertesacker. Rosły, atletyczny, nieźle czytający grę, potrafiący przeciąć podanie i wyczyścić (ależ to jest potencjał i kapitał na przyszłość!). Dobry mecz, zwłaszcza w drugiej połowie, gość wytrzymał do końca. To będzie moja wielka pociecha:)

18 Joshua Kimmich <3

Żal mi tego chłopca, bo uważam, że zarówno w klubie jak i w reprezentacji zbyt wcześnie przerzucono na niego zbyt dużą odpowiedzialność i zaczęto go za bardzo eksploatować. To się może źle skończyć. Kimmich ma 23 lata i od dłuższego czasu żaden z trenerów nie wyobraża sobie bez niego meczu (gra praktycznie w każdym), najlepiej rozegranego w pełnym wymiarze i jednocześnie na dwóch pozycjach – pełnowymiarowego prawego obrońcy i pełnowymiarowego!!! pomocnika. Nie mówię, że to źle, iż Joshua potrafi grać w pełnym wymiarze i tu, i tu, ale skoro często musi grać za dwóch, to znaczy, że drużyna ma poważny problem. Ta na pewno miała więc wszechstronność Kimmicha jej się przydała. To na nim spoczął ciężar dośrodkowywania (we wszystkich 3 meczach) i to on skutecznie wracał się do obrony (w meczach numer 2 i 3 skuteczniej niż w pierwszym). Gdyby te jego centry były ciut celniejsze…

8 Toni Kroos :(

Krótka piłka: Wiadomo, że gdyby nie jego perfekcyjny gol z wolnego w ostatniej minucie doliczonego czasu w meczu Niemcy : Szwecja, Reprezentacja Niemiec odpadłabym z Mundialu już w sobotę. Za ten jeden jedyny błysk gratuluję mu i dziękuję. Poza tym we wszystkich 3 meczach nie istniał. Wszystkie przyzwoite sytuacje, które stworzył (większość z nich w pierwszym meczu), da się zliczyć na palcach jednej ręki. Nawet mając dobrą okazje, bał się zaryzykować. Gdybyśmy rozmawiali o hokeju, a analizując drugą połowę meczu ze Szwedami, spokojnie byśmy mogli, powiedziałabym, że jego strzałom brakowało pociągnięcia z nadgarstka. Niby coś tam próbował, ale całkiem bez przekonania i niecelnie. Stałe fragmenty (oczywiście oprócz tego jednego) też wykonywał słabo. A jeśli ktoś się łudził, że będzie coś rozgrywał albo przejmie rolę lidera, to się łudziliśmy. Moje życie bez Schweinsteigera jest takie smutne.;(

6 Sami Khedira :(

Słyszałam plotki, że w pierwszym spotkaniu grupowym też grał. Niestety nie zauważyłam. W meczu Korea : Niemcy było ciut lepiej. To znaczy, bardzo długo go szukałam w pomocy i nie znalazłam, ale okazało się, że w tym czasie pojawiał się w obronie. Za to, że się dziś wracał (od momentu, gdy go wypatrzyłam, widziałam go wyraźnie), i to dość skutecznie, malutki plusik.

11 Marco Reus :(

Na pewno należy docenić fakt, iż ten jeden jedyny raz Reus przypadkiem znalazł się tam, gdzie trzeba i zachował się tak, jak należy, co zaowocowało ważnym golem. Niestety od momentu, gdy trafił, poczuł się panem świata i do końca turnieju zachowywał się jak primadonna. „Mam 100%-ową! A strzelę sobie jak jakiś Cristiano. Nieważne, że nie posiadam stosownych umiejętności, jest remis, a przy takim wyniku odpadamy Już ja im wszystkim pokażę!”, „Wybierz mnie! Podaj mnie! Ups, nie wyszło. Tu jestem! MNIE, MNIE, MNIE! Strzelę to! A jednak nie”, „Hola, koleś, jakim prawem ośmieliłeś się dośrodkowywać do kogoś innego?! To ja tu jestem gwiazdą!”, „Nie podam Ci, bo nie. To Ty mi powinieneś podawać! Tak między nami to nie umiem i dlatego zstąpiłem tu do Was jako napastnik”. To fakt, nie umie. Co udowodnił na długo przed strzeleniem bramki, gdy świetnie ustawiony bywał Werner. A potem to już niezależnie od tego, kto miał szansę. A było tak dobrze, gdy przed każdym turniejem dopadała go kontuzja (nope, dorosłam trochę i już mu ich nie życzę. dowód? tym razem dojechał)! Reus w składzie = gra w 10-ciu. A trudno wymagać, żeby Kimmich produkował się jeszcze jako napastnik. Choć pewnie dałby radę.

10 Mesut Özil :(

Dziwna sprawa, dopiero po napisaniu całego podsumowania, kapnęłam się, że Özila w tej wyliczance pominęłam. Nie było to trudne. W pierwszym meczu zagrał źle (najgorzej), podczas drugiego szczęśliwie grzał ławę, a dzisiaj zaprezentował się tak katastrofalnie, że aż się rozpłakał (jakbym tak grała i trener nie chciał mnie zdjąć, też bym się rozpłakała. eee, jednak nie. ja zawsze gram do końca, nawet jeśli wiem, że przegram). Nie wyszło mu w tym spotkaniu praktycznie nic, w tym niemal żadne podanie (w końcówce meczu raz idealnie nagrał Hummelsowi piłkę na głowę i tyle). Strzałów z dystansu nie próbował. Ci, którzy nazwali go ślamazarnym, muszą go naprawdę lubić. Gość po prostu cały mecz stał. Nie wiem, jakim cudem pod koniec drugiej połowy ociekał potem. Może zimnym.

14 Leon Goretzka

To zdolny młodzian jest (w 2017 razem z Wernerem zakasowali Puchar Konfederacji), ale w tym meczu nie udało mu się tego udowodnić. W poprzednich spotkaniach nie wystąpił, bo go trener do przebierania grochu oddelegował:P Od 1 lipca Leon rozpocznie grę w Bayernie. A to chyba oznacza, że na Euro 2020 dostanę go już odchowanego i ogranego.:) Tak się stać musi, bo (parafrazując słynne deklaracje Pepa względem Kimmicha) „kocham tego chłopca i go nie oddam”.

9 Timo Werner <3

Wszystkie drogi prowadzą do Bayernu. Czy Karl-Heinz mnie słyszy? Doszlifować trzeba. Mój króliś Duracella, mój snajper, moje przyszłe szczęście. Choć na tym Mundialu akurat szczęścia nie miał. Najpierw piłki nie chciały mu wchodzić, później nie miał mu kto podawać, aż w końcu sam musiał zacząć podawać innym, bo tylko on umiał. Jedyne, co da się temu chłopcu zarzucić, to to, że mu ta piłka wchodzić nie chciała i że pod koniec ostatniego meczu coś w nim pękło (co nie znaczy, że się poddał). Koniec końców i tak był najaktywniejszym zawodnikiem. Nikomu tak nie zależało, nikt poza nim i Hectorem się tak nie starał. Spieszcie się śmiać, bo następnym razem już mu wyjdzie.

23 Mario Gómez :(

Patrz pierwszy akapit. To już chyba koniec. Nawet jeśli znajdą się piłkarze zdolni podać mu piłkę jak na tacy, ten typ napastnika musi odejść do lamusa. Tym bardziej, gdy napastnik jest w takiej formie. Adios!

13 Thomas Müller :(

Smuteczek. Tym razem mogę pochwalić mojego Tomusia wyłącznie za to, że w drugim meczu wracał się do obrony. W tym meczu za nic. Zdążył wejść i od razu zaczął tracić piłki.

20 Julian Brandt <3

Gwiazda reprezentacji za 3… 2… 1… Najjaśniejszy punkt tego teamu. Zwłaszcza w pierwszych dwóch spotkaniach, gdy miał z kim pograć. Sposób, w jaki dysponował nim trener, woła o pomstę. Na Mundialu zagrał jakichś 40 minut, z czego połowę na najwyższym poziomie. Trudno zrozumieć, czemu Löw wprowadzał go tylko na końcówki meczów.

W pozostałych rolach:

11 Jérôme Boateng <3

Jak się gra za pół obrony i cały czas kursuje między defensywą a atakiem, wyręczając wszystkich niedysponowanych, nadmiar żółtych kartek może się przytrafić. Dzięki za ofiarność i ciężką pracę.

19 Sebastian Rudy :)

Dał dobrą zmianę w meczu ze Szwedami. Niestety nie minęło pół godziny, gdy szwedzki skoczek złamał mu butem nos i było po zawodach. A to był akurat dobry pomocnik, kurna! ;(

16 Antonio Rüdiger :/

Zastąpił kontuzjowanego Hummelsa przeciwko Szwecji i nie sprostał. Cały mecz grał bardzo niepewnie. Nie był wystarczająco dobrym wsparciem dla Boatenga. Kolejnej szansy na szczęście nie dostał.

21 İlkay Gündoğan :/

Wszedł jako zmiennik w drugim meczu, raz się dobrze zamachnął i koniec. Bezcenną zmianę diabli wzięli.

2 Marvin Plattenhardt :/

Bezbarwny występ w pierwszym meczu i finito. Nie wygląda mi to na dobrą zmianę w temacie pomocników.

7 Julian Draxler :(

Mój drugi ulubiony piłkarz tej reprezentacji. Bardzo słaby kolo (kiedyś nawet byłam bliska wysłania mu rachunku za bilety), który, nie wiedzieć czemu, już drugi raz pojechał na Mundial i drugi raz nie wiem po co. W meczach numer 1 i 2 nie pokazał totalnie nic. Zmarnowane miejsce, które należało się Sanému.

Na Mundialu nie zagrali: (z oczywistych względów) Marc-André ter Stegen i Kevin Trapp oraz Matthias Ginter (rozumiem tę decyzję – to talent na miarę Draxlera. w dodatku potrafi się fatalnie pomylić – tylko po co było go ze sobą zabierać?).

Jak widać, większość piłkarzy niemieckich nie błysnęła na tych mistrzostwach formą. Mimo to uważam, że winę za klęskę ponosi głównie trener (zmęczenie materiału, zbyt duże przywiązanie do ulubionych zawodników, klapki na oczach, brak refleksji) i to on powinien wziąć odpowiedzialność. Zwolnić go pewnie zwolnią, bo ma kontrakt do 2022 i podejście do dzieci, szczerze też wątpię, że sam odejdzie, a naprawdę powinien to rozważyć.

Czy jestem zawiedziona? Nie mniej niż piłkarze zapewne. Każdemu fanowi zależy, żeby jego team wygrywał, każdemu jest smutno, gdy jego drużyna nawet nie wychodzi z grupy. Czy czuję się oszukana? No nie. Nie kibicuję wynikom (co niestety obserwuję zarówno wśród kibiców polskich, jak i niemieckich), tylko drużynie, którą stale obserwuję. Wiedziałam, że to nie ten sam zespół co 4 lata temu (inni piłkarze, nie ta moc), miałam świadomość, że z racji pozycji w rankingu FIFA Niemcy (tak samo zresztą jak Polska) nie mieli specjalnych wyzwań w grupie eliminacyjnej (co zaciemniało obraz), widziałam wyniki spotkań towarzyskich (zwłaszcza z Brazylią, Austrią i Arabią), które o niczym nie przesądzały, ale były wystarczająco niepokojące. Zawsze, zawsze liczę na to, że maszyna mniejszym lub większym cudem zatrybi, i za to trzymałam kciuki. Nie udało się, trudno. Za 2 lata kolejne Euro. Będzie lepiej na pewno. Choć się zawiodłam, nadal kocham tych moich chłopaków wszystkich, włącznie z Mesutem (nie można kogoś kochać tylko wtedy, gdy wygrywa. to nie jest miłość!). No dobra Draxlera i Reusa nie kocham, ale pierwszemu życzę, żeby to się zmieniło, a drugiemu dużo zdrowia:) Co się stało, to się nie odstanie. Trzeba zacząć od początku. DFB na zawsze! <3 Für immer Die Mannschaft! ⚽ <3

Dwa słowa o Koreańczykach: Mam lekki żal o te ustawiczne faule (tak grać nie wypada. źle to wyglądało w meczu z Meksykiem i potwierdziło się w tym spotkaniu, że to chamski styl taki), doradzam też popracowanie nad kondycją (bo serce chciało bardziej niż mogło ciało. ci, którzy mają pretensje o to, że sędzia doliczył 6 minut + 3 za VAR, niech sobie policzą, ile czasu Koreańczycy przeleżeli umordowani i ponaciągani na murawie), poza tym szacun. Zasuwali po tym boisku jak zabójcze ryjówki, walczyli wszystkimi bebechami, wygrana im się należała. Żałuję tylko, że musieli trafić akurat do mojej grupy. Długo teraz nie dam rady spojrzeć na żaden koreański film, a to była moja ulubiona kinematografia;)

I jeszcze słowo o sędziowaniu: Nie licząc tej jednej wpadki liniowego, zajebiste! Najlepsza rzecz w tym meczu. A Mark Geiger okazał się najlepszym sędzią. VAR (na który jeszcze wczoraj narzekałam, bo najczęściej działał na rzecz bogatych kosztem biednych) nareszcie zafunkcjonował jak należy. A Amerykanin chyba jako pierwszy miał dość przyzwoitości, by zwrócić piłkarzom czas, który – już w doliczonym czasie gry – został wykorzystany na wideoweryfikację. To samo powinno się było zadziać w spotkaniu Iran : Portugalia i we wszystkich innych meczach. Kłaniam się nisko!

***

Krótki instruktaż kibicowania (w sumie, nie tylko dla Polaków!): Jeśli już masz reprezentację, którą uważasz za swoją i z którą się utożsamiasz (a kiedy wygrywali, większość z Was krzyczała „Polska!”), to bądź z nią naprawdę. Gdy jej nie wyjdzie (a wpadki i gorsze okresy zdarzają się każdemu. nawet Niemcom, nawet Hiszpanom, którzy jeszcze parę lat temu zawsze „grali jak nigdy, a przegrywali jak zawsze”, nawet Włochom, Francuzom, Anglikom czy Holendrom), zdenerwuj się, przeanalizuj i skomentuj grę, pośmiej się, zaśpiewaj „Nic się nie stało!”, ale zastanów się 2 razy, zanim zaczniesz swoją reprezentację gnoić. Wbrew powiedzeniu moi Niemcy (tak, reprezentację można sobie wybrać. tylko trzeba być w tym konsekwentnym. kiedy zaczęłam oglądać piłkę nożną, byłam jeszcze dzieciakiem. dzieciakiem z kevlarowym charakterem i zasadami z grafenu. gdy już określiłam, czym jest dla mnie piłka i nie tylko, i kto reprezentuje wyznawane przeze mnie wartości, wybrałam i jest to decyzja nieodwracalna, póki żyję) nie zawsze wygrywają, a jednak przez 22 lata nie zdarzyło mi się z nich szydzić ani razu (nawet by mi to przez myśl nie przeszło). Bywałam rozczarowana, wkurzałam się, płakałam, rozpaczałam, ale kochałam ich i kocham zawsze. Liverpool ma takie piękne motto: „You’ll never walk alone”. Wiem, że Wam się podoba więc spróbujcie zastosować. Reprezentacja Polski nigdy nie była moją reprezentacją, a jednak źle jej nie życzę i z przykrością patrzę na większość wpisów jej rozczarowanych „kibiców”. Hektolitry jadu, zerowa lojalność, wręcz jakaś chora satysfakcja z klęski. Ja się nie dziwię, że Klose wolał grać dla Niemców. Nikt normalny nie chciałby mieć za fanów takich Polaków:/

Dodaj komentarz

Filed under Sport

Kronika filmowa: 25.06.2018

Z kinem Mundial co prawda nie wygrał, ale już z filmami jako takimi – na całej linii. Co 2 lata obiecuję sobie, że więcej do takiej sytuacji nie dopuszczę i co 2 lata się potem z siebie śmieję.:D

Poniedziałek 18.06

„I że ci nie odpuszczę” („Overboard”) (2018), reż. Rob Greenberg – 2/10

Remake „Damy za burtą” Garry’ego Marshalla. Główna różnica fabularna polega na tym, że pamięć traci on, a nie ona, a ona jest matką 3 słodkich córek zamiast 4 urwisów. Główna różnica jakościowa… Cóż… Jest ich całe mnóstwo. Po pierwsze grający Leo Eugenio Derbez to chyba najbardziej obleśny gostek w historii romantycznego kina. Po drugie między nim a Anną Faris jest jeszcze mniej chemii niż w „Zimnej wojnie”. Do grających w oryginale Kurta Russella i Goldie Hawn aktorzy nie mają nawet startu, a perypetie ich bohaterów są nieciekawe i nieśmieszne. Cień sympatii budzą tylko dzieciaki, norweska załoga statku i szkocki steward.

Wtorek 19.06

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” („Loving Pablo”) (2017), reż. Fernando León de Aranoa – 6/10

Ekranizacja książki byłej kochanki Pablo Escobara – Virginii Vallejo. Słynny boss narkotykowy na pewno nie miałby nic przeciwko tej publikacji, bo idę o zakład, że właśnie tak chciał zostać przedstawiony. Jako budzący postrach dealer śmierci, a jednocześnie prawdziwy król życia (i pomyśleć, że dziś pultamy się o warunki, w jakich przetrzymują Breivika;). Od strony produkcyjnej film jest dość ciekawy, bo hiszpański, ale nakręcony łamaną angielszczyzną (ewidentny zabieg marketingowy. niezbędny więc mogę to Leónowi de Aranoi darować), bo niskobudżetowy, a wygląda nie gorzej niż produkcje amerykańskie (budżet „Loving Pablo” to zaledwie 4 mln. $. dla porównania zbliżony tematyką i konwencją amerykański „Barry Seal: Król przemytu” kosztował 50 mln. $. jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 1:0 dla kina europejskiego!). Fabularnie trochę sztampa, ale przyzwoicie zagrana (Bardemowie to idealni aktorzy do tych ról, zwłaszcza Javier), chwilami absurdalnie zabawna i podbita rewelacyjną muzyką Federico Jusida.

Czwartek 21.06

„Twój Simon” („Love, Simon”) (2018), reż. Greg Berlanti – 6/10 (5,5)

Ekranizacja książki „Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli. Dziwny jest to obraz. Jednocześnie bardzo prawdziwy (w temacie życiowych rozterek i niektórych niezręcznych dialogów) i mocno przerysowany (zwłaszcza na poziomie odzwierciedlenia highschoolowej rzeczywistości – jest zbyt modelowo i cukierkowo). Głównym bohaterem filmu jest Simon Spier – zwyczajny, raczej lubiany amerykański nastolatek, który z sobie tylko znanych względów za nic nie chce przyznać publicznie, że jest gejem, choć serce wyrywa mu się jak szalone, komplikując życie wszystkim wokół. „Twój Simon” to lekki, słodki, patologiczno-romantyczny film, który od razu skojarzy Wam się z „13 powodami” (podobne realia szkolne, a w roli Leah i Cala Katherine Langford i Miles Heizer, czyli Hannah i Alex z produkcji Netflixa). Jeśli lubicie takie kino i/lub jesteście dzieciakami, które mają problem z coming outem, to na pewno film Grega Berlanti’ego obejrzeć warto. Już choćby po to, żeby dowiedzieć się, jak tego coming outu nie robić.

Piątek 22.06

„W cieniu drzewa” („Undir trénu”) (2017), reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – 7/10

Dałam się nabrać (samej sobie. tak po prostu źle założyłam:), że będzie to czarna komedia (a okazało się, że czarny jest tu tylko humor reżysera:) W rzeczywistości film jest przede wszystkim dramatyczny i prowokacyjny (w tym celu nagina rzeczywistość do potrzeb przekazu, który chce ponieść. na pewno zdarzy Wam się pomyśleć: „to niemożliwe! to nie mogłoby się wydarzyć. tak bez żadnych procedur i żeby nikt nie zareagował”. racja! detale nie muszę się tu jednak zgadzać, by konsekwencje były realistyczne i realne). Gatunkowy również, owszem, ale z gatunków zasadniczo mroczniejszych. „W cieniu drzewa” to z jednej strony miks jednostkowych dramatów rodzinnych, z drugiej uniwersalne studium sąsiedzkich i w ogóle międzyludzkich konfliktów. Tak już jest, że z wiekiem inni ludzie i ich nawyki coraz bardziej zaczynają nam przeszkadzać (czasem przeszkadzają naprawdę, a czasem mamy tylko żal do innych o rzeczy, których sami nie mamy lub które nam się już nie przytrafiają). Można się wówczas przenieść na odludzie albo spróbować się z ludźmi dogadać. W przeciwnym razie możecie sobie tylko wyobrazić, jak może się skończyć eskalowanie konfliktów. A jeśli nie możecie, to koniecznie przejdźcie się do kina. Nie zaszkodzi. I w razie czego pamiętajcie: Policja nie zawsze pomoże, ale przeważnie nie gryzie. Dajmy jej chociaż szansę.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 18.06.2018

Wycieczka do Torunia, M jak Mundial z migreną (niestety prawdziwą) i tylko 4 filmy, czyli tydzień minimalistyczny. Pocieszam się tym, że dla Was i tak liczą się głównie premiery więc tylko ja jestem stratna.

Poniedziałek 11.06

„Thelma” („Thelma”) (2017), reż. Joachim Trier – 7/10 (7,5)

O tym, jak nie postępować z dziećmi. A już tym bardziej z dziećmi obdarzonymi niekontrolowaną mocą. Przy czym moc tę można tu odczytywać dosłownie (i wtedy film ma x-menowski posmak), a można też uznać za symbol budzącej się świadomej kobiecości. Wszak z tradycyjnie męskiego i tradycjonalistycznie religijnego punktu widzenia złowieszcza wydaje się już sama idea otwartego buntu przeciw porządkowi, który od zawsze narzucali przede wszystkim mężczyźni. „Thelma” to film o tym, jak wielkie i wielowymiarowe szkody może spowodować opresyjne, pozbawione miłości wychowanie. Przy czym wystarczy prześledzić życiorysy przestępców i innych psychopatów, żeby zyskać pewność, że ten rodzaj szkód najczęściej nie pozostaje krzywdą jednostkową, lecz prędzej czy później zwraca się światu, i to w paskudny sposób. Obraz Joachima Triera nie jest może stricte kinem grozy, ale na pewno budzi i nakręca niepokój. Wspaniale potęgowany przez piękne mroczne zdjęcia Jakoba Ihre i kolejny doskonały score Ole Fløttuma. Dla mnie największą zaletą tej produkcji (oprócz przekazu, z którym się zgadzam) jest jej niezwykła zmysłowość i wyrywająca się spod typowo skandynawskiej tafli emocjonalność. Duża w tym zasługa grającej Thelmę magnetycznej Eili Harboe.

Wtorek 15.05

„Czuwaj” („Czuwaj”) (2017), reż. Robert Gliński – 5/10

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, no może w siódmym lesie, ale w żadnym istniejącym kraju był sobie obóz harcerski. Dla młodzieży patriotycznej, dla młodzieży trudnej i dla młodzieży, której się w dupie poprzewracało. Dorosłych było w tym świecie jak na lekarstwo. Gdy tylko mogli, wiali gdzie pieprz rośnie. Gdy zwiać się nie dało, zalewali robaka i profilaktycznie opędzali się od dzieci „elektrycznym” drutem. To nie jest nawet tak, że film Roberta Glińskiego jest źle zrobiony. Ja myślę, że formalnie jest to lepsze niż przykładowo „Obce ciało” Zanussiego. Szkoda tylko, że fabularnie jest to raczej „Obcy” (przy czym chwilami można się pośmiać tak jak z tego pierwszego). Czysta fikcja. Teoretycznie Robert Gliński chciał oczywiście dobrze. Zależało mu, żeby pokazać, jak łatwo się nakręcić w oparciu o poszlaki i powszechnie panujące stereotypy i jak krótka jest droga do ślepego odwetu. Do którego wszyscy mamy skłonność i którego większość z nas by żałowała. Jedną z nielicznych zalet tej produkcji jest właśnie fakt, że reżyser nie dzieli bohaterów na dobrych i złych. Wszyscy mają coś za uszami, wszyscy są podejrzani. Szkoda tylko, że ta refleksja nie pojawia się tu w prawdziwym świecie, na naszym polskim podwórku, tylko w ramach totalnie nieprawdopodobnego nierasowego dystopijnego fantasy w stylu „Więźnia labiryntu”. Co do obozów harcerskich, to wiem, że kiedyś była to naprawdę fajna sprawa. Dziś jawią się jako obozy przetrwania. A to zerwana lina zjazdowa, a to molestowanie przez księdza, a to dzieciaki giną w nawałnicy, bo nikt nie sprawdził prognozy pogody. Czekać tylko, aż się mordować zaczną. Nie mówię, żeby nie posyłać, ale warto dokładnie sprawdzić, gdzie i z kim się dzieci puszcza i monitorować, co się tam z nimi dzieje.

Środa 16.05

„Jurassic World: Upadłe królestwo” („Jurassic World: Fallen Kingdom”) (2018), reż. J.A. Bayona – 7/10 (6,5)

To koniec. Wyspa dinozaurów gotuje się do wulkanicznego wybuchu. Dinozaury znów czeka zagłada. No chyba że ktoś się ulituje. Abstrahując od faktu, czy wierzymy w taką litość, należałoby sobie zadać ważkie pytanie: Czy ratowanie dinozaurów to aby na pewno dobry pomysł? No cóż, jeśli liczyliście na to, że film ten będzie kopalnią dobrych pomysłów, to się przeliczycie (chociaż ja bardzo kibicowałam temu finałowemu. od lat kibicuję:). Uwaga!: Jeśli wolicie, gdy dinozaury prowadzą egzystencjonalne dysputy, a ludzie giną w ciszy, to nie jest produkcja dla Was. Nie nadaje się też dla dzieci (no chyba że zależy Wam na tym, żeby nie mogły spać w nocy. dinozaury są tu wyjątkowo żarte więc jest szansa), uczulonych na prehistoryczne gady i uczulonych na czystą rozrywkę (zakichają się i zdechną z nudów). Cały ten film to wyłącznie: dinozaury, dużo dinozaurów (w tym Welociraptorka empatii, Stygimoloch chaosu i Tyranozaur pogardy. za występ tego ostatniego zawyżam ocenę końcową!<3), katastrofy naturalne (ma Bayona to zacięcie!), różnorakie efektowne efekty (na pełnej kur…ce wodnej;), trochę grozy i horroru, niecna rozwałka, rozkoszny Pratt (wciąż zabawny i do schrupania), bystre sympatyczne dziecko i sympatyczny nerd. Nic tu nie ma poza rozrywką (mniej więcej taką, jaką widać w trailerze więc zróbcie to dla siebie i przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun. żaden spoiler nie jest wart Waszego cierpienia). Ja akurat mam za sobą bardzo egzotyczny sens, bo oglądany w towarzystwie agresywnych dinozaurów – wydzierających się, rozrzucających wokół siebie jedzenie i żłopiących wódę na dwie ręce. Indominus Polonus. Tym samym znacie już moje stanowisko w sprawie: ratowanie dinozaurów jest bez sensu. Nawet jeśli za te „prawdziwe”, co się przewalają po ekranie, zawsze trzymam kciuki (wszak byłby to jakiś sposób na Polonusy:).

Niedziela 20.05

„Kwiat pustyni” („Desert Flower”) (2009), reż. Sherry Hormann – 5/10

Ach, gdyby nie to podbijanie dramatyzmu! Zwłaszcza wnerwiającą ckliwą muzyką. Etiopka grająca Somalijkę to pewnie trochę jak Japonka grająca Chinkę czy Rosjanka Polkę, ale Liya Kebede jest tak uwierzalna w roli somalijskiej supermodelki Waris Dirie, że trudno się przyczepić. W roli aktorki jest już co prawda dużo mniej uwierzalna, ale nie zawsze można mieć wszystko. Poza tym w ramach rekompensaty i wyrównywania równowagi w przyrodzie reżyserka ofiaruje nam jak zwykle cudowną Sally Hawkins. O okaleczaniu kobiet, głównie w Afryce, ale też w krajach, do których wyemigrowały ludy praktykujące obrzezanie małych dziewczynek (problem dotyczy kilkudziesięciu krajów. to absurd, że do czegoś takiego dochodzi też w Ameryce czy Wielkiej Brytanii. wolność wolnością, ale powinna być nad tym jakaś medyczna kontrola w państwach cywilizowanych. jak się komuś nie podoba, niech wraca w podskokach do siebie) mówi się od lat. Głośniej od 2000 roku, gdy wyszła drukiem autobiografia Dirie. W międzyczasie temat regularnie powracał w mediach. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza poza Afryką coś w tej sprawie zostanie zrobione. A jednak do tej pory nic się nie zmieniło (ONZ poinformowało w tym roku, że problem dotyczy przynajmniej 200 milionów kobiet, a do 2030 roku będzie ich co najmniej o 68 milionów więcej. plus minus, bo przecież część ofiar umrze podczas zabiegu lub w ramach powikłań po nim, a część przy porodzie). Właśnie dlatego warto o tym pisać i kręcić. I może nawet w taki łopatologiczny, grający na emocjach, mocno telewizyjny sposób. Wszak w ten sposób trafia się pod strzechy.

Dodaj komentarz

Filed under Film