Filmy obejrzane w 2018 roku

Zliczam wszystkie filmy długometrażowe, również te obejrzane po raz któryś. Powtórki opatrzone są adnotacją [P]. Używam też oznaczeń: [doc] – dla pełnometrażowych dokumentów, [mini] – dla miniseriali i ***** – dla krótkometrażówek (tych nie numeruję).”Lista filmów obejrzanych w 2017 roku

Filmy obejrzane w 2018 roku: ? (W 2017: 400).
Krótkie metraże obejrzane w 2017 roku: ? (ostatni: „.”).

Filmy obejrzane w kinie w 2018 roku: 177 + ? shorty (stan na 16.10.2018).
Filmy obejrzane w kinie w 2017 roku: 255 (+ 4 krótkie metraże).
Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Film

34. WFF: Moje plany festiwalowe i polecanki

Z cyklu „Nowych znajomych poznam”, bo harmonogram rozpaczy stwierdza, że z moimi będę się widywać głównie na korytarzach. :/ Chociaż może powinnam się cieszyć, że w ogóle mam jakiś grafik. Po 16:00 wydawało się, że będzie inaczej.

Program tegorocznej edycji Warsaw Film Festivalu jest dość podchwytliwy. Na pierwszy rzut oka nie ekscytuje (mało wielkich nazwisk, choć tych znanych już się trochę znajdzie). Tak że naprawdę sądziłam, że pójdę na luzie na kilka seansów, a wyszło tak, że dziś rano, po ostrej selekcji miałam wytypowanych 40 filmów. Uwierzycie, że po 5 godzinach główkowania, jak tę liczbę ograniczyć (w sytuacji, gdy większość biletów kosztuje po 20 zeta w grę zaczynają wchodzić sumy przyprawiające o udar) udało mi się zejść do… 37 projekcji (po 5 godzinach!). Nie przeliczajcie tego na złotówki. To już nie jest hobby, to choroba psychiczna. A jako że w trakcie manewrów okazało się, że długaśny „Upadek amerykańskiego imperium” zachodzi czasowo na wszystko, z czym się zetknie i trzeba zmarnować kolejne 2 godziny na przerobienie grafiku, omal się nie nabawiłam drugiego bieguna.

Skończyło się tak, że harmonogram (w tym momencie nie wiedziałam już nawet, jak się nazywam i na co idę. modliłam się tylko, żeby nic się powtarzało i na siebie nie nachodziło) był gotowy dopiero o 18:00 więc na dobrą sprawę zamiast go drukować mogłam go eksperymentalnie opłacić online, co też uczyniłam. O dziwo, operacja się udała, nikt nie zginął. Bilety mam już w łapkach, na wszelki wypadek wypełniłam dodatkowy druczek na fakturę (najważniejsza sprawa. bez tego byłoby krucho:).

Poniżej załączam swój grafik. Tam będę. A pod grafikiem bardzo krótko dlaczego.

Piątek, 12 października

16:30 – 18:17 Królowa strachu (Kinoteka 2)
18:30 – 20:00 RocKabul (Kinoteka 7)
21:00 – 22:40 Łagodna obojętność świata (Kinoteka 3)

Sobota, 13 października

12:00 – 13:34 Z biegiem Okawango (Kinoteka 1)
14:00 – 15:57 Eter (Multikino 3)
16:30 – 17:57 My, kojoty (Kinoteka 2)
18:30 – 20:39 Upadek amerykańskiego imperium (Multikino 1)
21:30 – 23:01 Zanurzenie (Kinoteka 2)

Niedziela, 14 października

14:00 – 15:45 Anioł (Multikino 3)
16:00 – 17:40 Dwa bilety do domu (Multikino 2)
18:45 – 20:45 Istota świata (Multikino 4)
21:30 – 23:03 Kobieta pracująca (Multikino 3)

Poniedziałek, 15 października

16:00 – 17:17 Delegacja (Multikino 2)
18:30 – 20:21 Bliscy wrogowie (Kinoteka 7)
21:00 – 22:45 Diabeł morski (Kinoteka 7)

Wtorek, 16 października

18:30 – 19:54 Food truck (Kinoteka 3)
21:00 – 22:30 Barbarzyńcy (Multikino 1)

Środa, 17 października

11:15 – 12:57 Zdecyduj się (Multikino 4)
13:45 – 15:25 Mihkel (Multikino 4)
16:00 – 18:05 Kto ci zaśpiewa (Kinoteka 7)
18:30 – 20:01 Satash (Kinoteka 3)
21:00 – 22:48 Rzeka (Multikino 2)

Czwartek, 18 października

19:00 – 20:40 Moon Hotel Kabul (Multikino 3)
21:00 – 22:50 Wizja (Kinoteka 3)

Piątek, 19 października

11:00 – 12:41 Moje arcydzieło (Multikino 2)
14:00 – 15:51 Ziemia (Multikino 3)
16:00 – 17:26 Ederlezi Rising (Multikino 1)
18:30 – 20:05 Mapplethorpe (Multikino 1)
21:00 – 22:50 High Life (Multikino 1)

Sobota, 20 października

14:00 – 15:21 Klub Kanibali (Kinoteka 4)
16:00 – 17:27 Kiedy padają drzewa (Kinoteka 3)
19:00 – 20:54 Motyle (Kinoteka 2)
21:15 – 23:17 Noc przez dwanaście lat (Multikino 4)

Niedziela, 21 października

11:00 – 12:32 Diamantino (Kinoteka 4)
13:45 – 15:21 Break (Multikino 4)
16:30 – 18:06 Irina (Multikino 3)
18:30 – 19:57 Nancy (Kinoteka 7)
21:00 – Pokaz któregoś ze zwycięzców albo odmiany wrócę do domu:)

***

Anioł – bo spodobały mi się zdjęcia. Film jest wariacją na temat ostatnich dni życia znanego kolarza Franka Vandenbroucke.

Barbarzyńcy – bo spodobało mi się zdjęcie Lily-Rose Depp z karabinem.;) A tak serio, ciekawie się ta fabuła zapowiada.

Bliscy wrogowie – bo Matthias Schoenaerts. Są tacy aktorzy.:)

Break – bo miałam iść na „Jesteśmy gorączką”, ale odrzuciła mnie surowizna, a to jest regularny „Step Up” (dawno nie było, prawda?). Planuję zaliczyć 37-38 filmów w 10 dni więc chyba jestem tego warta!:D

Delegacja – bo z kinem „bałkańskim” to naprawdę różnie bywa, ale czasem warto dać mu szansę. Mogłam w tym czasie iść na „Trzecią żonę”, ale coś mi zgrzytnęło w trailerze. W tym przypadku jest łatwiej, bo trailera nie ma.:)

Diabeł morski – bo w tym momencie od tematu Rohindżów i tak się uciec nie uda. A tak serio, obejrzyjcie zwiastun, świetnie to wygląda.

Diamantino – bo Kasia with love mi to zaordynowała, kusząc, że to obraz zainspirowany postacią Cristiano Ronaldo i że „cokolwiek o nim przeczytasz, nie jesteś gotowa na to, co zobaczysz”. Ta to umie zachęcić.:) Film zdobył Grand Prix Tygodnia Krytyki i Palm Dog Grand Jury Prize za „pluszowe szczeniaki”.:D

Dwa bilety do domu – bo to kino rosyjskie, a to najlepsza kinematografia świata. Filmy rosyjskie wyłuskuję z repertuaru w pierwszej kolejności. Poza tym lubię ten poziom agresji.;)

Ederlezi Rising – bo sci-fi łykam jak młody pelikan.

Eter – bo odpuściłam „Obce ciało” na WFFie i do dziś żałuję. To jeden z najcenniejszych eksponatów w mojej kolekcji kina niewiarygodnie złego i wyjątkowo zabawnego. Szkoda, że nie widziałam tego w dobrym towarzystwie. Za karę w tym roku też nie obejrzę Zanussiego z ekipą. :( Było blisko, ale Amerykańskie imperium zepsuło wszystko. ;(

Food truck – bo ponoć wymiata kreacjami aktorskimi. W przeciwnym razie musiałabym pójść na Brillante.;) Lepiej zaryzykować z czymś, czego większość ludzi nigdy nie zobaczy.

High Life – bo Robert Pattinson. I bo sci-fi. W nieznacznym stopniu bo Claire Denis. Film zbiera świetne recenzje. Na pewno nie będę czekać, aż wejdzie do kin. Mój Ci on!

Irina – bo jest szansa na ból istnienia i silne emocje, a ja lubię emocje.:)

Istota świata – bo to kino rosyjskie i najlepszy film festiwalu filmów rosyjskich w Soczi. Jednak gdyby nie to, i tak przekonałby mnie pomysł i zwiastun.

Kiedy padają drzewa – bo w najgorszym razie popatrzę sobie na piękne zdjęcia Michała Englerta. Aczkolwiek patrząc po trailerze, zapowiada się na lepsze. Film otrzymał w Cannes nagrodę ScripTeast za scenariusz.

Klub kanibali – bo liczę na cień kontrowersji. I na to, że się trochę podenerwuję.

Kobieta pracująca – bo to kino izraelskie i niestety na czasie. Film został nagrodzony w Hajfie i Berlinie.

Królowa strachu – bo nagroda aktorska (dla Valerii Bertuccelli) na festiwalu Sundance.

Kto ci zaśpiewa – bo to film Carlosa Vermuta, autora „Magicznej dziewczyny”. I pomysł fajny.

Łagodna obojętność świata – legendarni „Właściciele” (zwycięzca Konkursu Wolny Duch w 2014 roku) mnie ominęli, a co do „Zarazy we wsi Karatas” uczucia miałam mieszane, ale Kasia Wolanin i Krzysztof Osica mają fioła na punkcie kina kazachskiego i zawsze mi je polecają.:D

Mapplethorpe – bo to fabuła o wybitnym fotografie – Robercie Mapplethorpie, a to mnie kręci.

Mihkel – bo co to za WFF bez kina skandynawskiego, a film obiecuje pewną dynamikę.

Moon Hotel Kabul – bo to film Ancy Damian, reżyserki „Drogi na drugą stronę”, „Bardzo niespokojnego lata” i „Czarodziejskiej góry”. Bardzo ją lubię.

Moje arcydzieło – bo to film Gastóna Duprata, twórcy udanego „Honorowego obywatela”.

Motyle – bo lubię kino drogi i jestem niemal pewna, że na tym tureckim filmie nie usnę.;) Film zdobył m.in. Grand Jury Prize w Sundance.

My, kojoty – bo lubię filmy o związkach (kocham science fiction), a przy okazji skojarzyło mi się z „Between Us” Rafaela Palacio Illingwortha, a to był bardzo dobry wybór 2 lata temu.

Nancy – bo Andrea Riseborough, bo fajny pomysł i nagroda za scenariusz na festiwalu w Sundance.

Noc przez dwanaście lat – bo na Tygodniu Kina Hiszpańskiego bilety wcale nie są tańsze. A ponoć obejrzeć warto.

RocKabul – bo chodzenie na WFF-ie na filmy o muzyce alternatywnej z różnych egzotycznych zakątków świata to już tradycja. Poza tym film zdobył nagrodę Metal Hammer Magazine.

Rzeka – bo czasem trzeba się zdrzemnąć.;) Reżyser filmu – Emir Baigazin – otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera w sekcji Orizzonti festiwalu weneckiego.

Satash – bo ulegam kazachskofilskim wpływom. Ale też jeśli to będzie prawdziwy western, to będzie warto.

Upadek amerykańskiego imperium – bo to film Denysa Arcanda, twórcy „Inwazji barbarzyńców”.

Wizja – bo to film Naomi Kawase, a obrazy znanych azjatyckich reżyserów to mus.

Z biegiem Okawango – bo na pytanie Kasi Wolanin, czemu ten dokument jest grany w niedzielę po południu w największej sali Multikina, obsługa festiwalu odpisała, że „to porywający wizualnie film i dopiero w wielkiej sali Multikina można będzie się nim w pełni napawać”. Uwierzyłam. Pójdę się napawać w największej sali Kinoteki.:)

Zanurzenie – bo kocham kino izraelskie i spodobał mi się pomysł oraz trailer. Film zdobył już nagrody w Jerozolimie i Locarno.

Zdecyduj się – bo kino estońskie jest spoko, a film jest estońskim kandydatem do Oscara. Bardzo dojrzale się to prezentuje jak na debiut.

Ziemia – bo to film reżysera „Radio Dreams” – Babaka Jalali’ego, a ja jestem masochistką. Ale tak serio, dobrze się ta opowieść o Indianach zapowiada.

Wybrałabym się jeszcze na parę lajtowych filmów azjatyckich, takich jak „Koleżanka” czy „Diabelski młyn”. I na kilka społecznie skomplikowanych też. Chociażby jednak na tę „Trzecią żonę”. Poszłabym na „Euforię”, „Jesteśmy gorączką”, „Sir”, a nawet „Alfa, prawo do zabijania”. Ale doba nie jest z gumy, a portfela też już nie mam.;)

Całkiem serio to może być jeden z najlepszych programów Warszawskiego ever. Do zobaczenia na festiwalu!

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 10.09.2018

Poniedziałek 03.09

„Lato” („Leto”) (2018), reż. Kirill Serebrennikov – 8/10 (7,5)

[O czym jest ten film]: O czym jest ten film]: O rockowej scenie muzycznej Leningradu lat 80., a zwłaszcza o początkach kariery Wiktora Coja z grupy Kino i jego znajomości z liderem Zooparku Majkiem Naumienko.

Film oparty na wspomnieniach żony Majka Naumienki – Natalii i nakręcony z jej perspektywy, co jednym (mnie;) pasi, a innym niekoniecznie. Mike opowiedziałby to pewnie z większym rozmachem, a Witia – wcale. W obu przypadkach byłaby to sama muzyka, bez fabuły:)

Tak jak nie przepadam za musicalami, tak uwielbiam filmy muzyczne. Jedną z moich ulubionych produkcji tego typu pozostają „Bikiniarze” Todorowskiego, a obraz Sieriebriennikowa będzie drugim takim pewnikiem do wielokrotnych powtórek. Na głosy, że „Lato” i jego bohaterowie są zbyt ugrzecznieni, mam odpowiedź krótką: Łatwo oceniać filmową rzeczywistość z perspektywy człowieka, który nie próbował być zbuntowanym artystą w ZSRRze. Łatwo też krytykować reżysera, nie mając pojęcia, że już za tę ocenzurowaną wersję wylądował w domowym areszcie (film z wielkimi problemami musiał dokończyć kto inny). Jak dla mnie fabuła jest w tym obrazie wystarczająco wywrotowa, a bunt odbija się wystarczająco głośnym echem. Nawet jeśli to wszystko się nie wydarzyło. ;) ;P Klimat epoki i środowiska odtworzony rewelacyjnie. I nie dajcie sobie wmówić, że film stoi coverami (to tylko krótkie nieszkodliwe przerywniki, a choć nie licząc „All the Young Dudes”, które wolę chyba bardziej od oryginału, spokojnie by się bez nich obyło, tragedii nie ma). Na całego jest tu grana przede wszystkim radziecka muzyka początku lat 80-tych. Polecam zwłaszcza genialne „Konchitsya leto” i pachnące Wysockim „Derevno” zespołu Kino. Aczkolwiek sama zajeżdżam na Spotify’u cały soundtrack.



[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników filmów muzycznych i czarno-białych zdjęć, dla fanów radzieckiego rocka oraz dla wielbicieli rosyjskiego kina.

*

„Zama” („Zama”) (2017), reż. Lucrecia Martel – 6/10

[O czym jest ten film]: O rybach w czasach zarazy i człowieku, który próbował za wszelką cenę wyrwać się z posady na końcu świata.

Ekranizacja książki Antonio di Benedetto. „Zama” to film o modelowym korposzczurze czasów kolonialnych (takich, jakimi wyobraziła je sobie Lucrecia Martel) i wszystkich obliczach niewolnictwa. Nowohoryzontowo powolny, specyficznie absurdalny, niby z epoki, a tak bardzo na czasie. Jak łatwo można przegapić życie, czekając na to, aż okoliczności złożą się dokładnie tak, jak byśmy chcieli (chociażby czekając na obiecany awans). Film trochę w stylu „Śmierci Ludwika XIV” Serry, acz łatwiej strawny. Końcówka (ostatnie pół godziny) w klimacie „W objęciach węża” Guerry. Końcówka bardzo mi się podobała.

[Dla kogo jest ten film]: Dla najzagorzalszych fanów kina kostiumowego i natywnego kina indiańskiego, dla tych, którzy też w życiu utknęli i potrafią wykrzesać z siebie empatię oraz dla miłośników niekomercyjnego absurdu.

Czwartek 06.09

„Trzech facetów z Teksasu” („Bottle Rocket”) (1996), reż. Wes Anderson – 6/10

[O czym jest ten film]: O takich trzech, co to takich dwóch nie ma ani jednego, czyli o gościach przodujących w ucieczkach przez otwarte drzwi i planowaniu przestępstw, które nie mają prawa się udać. Standard. ;)

A ponoć skarpety do sandałów to polski trend. ;) Debiut fabularny Wesa Andersona oraz Luke’a i Owena Wilsonów (ten ostatni jest też współautorem scenariusza). Jak na tę ekipę film jest wyjątkowo ascetyczny, całkiem pozbawiony dopalaczy (kostiumów, przepychu, fajerwerków). No chyba że liczyć Owena. ;D Świetna rola, charakterystyczna, w stylu, który aktor przemycał potem do kolejnych swoich kreacji. I szczególny humor, który ostatnio odnalazłam też w Radości:) Przez chwilę zadawało mi się, że gra tu ten sam motel co w „The Florida Project”, ale okazało się, że to tylko stylówa budowlana taka, najwyraźniej wciąż uskuteczniana w całym USA, od Florydy po Teksas.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów kina nieudacznego, dla prawdziwych wyznawców Wesa Andersona (takich, których nie zrazi brak oprawy, do której nas przyzwyczaił), dla koneserów andersonowskiego sarkastycznego poczucia humoru oraz dla wielbicieli Owena Wilsona.

Piątek 07.09

„Zakonnica” („The Nun”) (2018), reż. Corin Hardy – 2/10

[O czym jest ten film]: O należącym do tradycji okultystycznej i The Conjuring Universe wielkim źle w habicie zakonnicy i o mało rozgarniętych ludziach, którzy pchają się tam, gdzie nie powinni.

Zaprawdę każdy sport ekstremalny da się uprawiać w miarę racjonalnie. I tak chodzenia nocą po lasach i prastarych cmentarzach lepiej nie uskuteczniać w pojedynkę, a biegając po zmroku po starym budownictwie, warto uważać na skrzyżowaniach. :P Inna sprawa, że gdyby bohaterowie mieli za grosz rozsądku, film ten byłby skończenie nudny, a tak przynajmniej czasem coś się dzieje. Może trochę za mało zabawnie jak dla mnie (więc ani straszno, ani śmieszno), na poziomie urągającym pierwszej „Obecności”, a już na pewno wybitnie żenująco pod względem aktorskim. To chyba najbardziej boli.

Nie trzeba się specjalnie starać, żeby mnie wystraszyć, ale, na Boga, nie demonem wymalowanym jak Marilyn Manson! ;D W telegraficznym skrócie: katastrofa:) Nawet IMAX tej „Zakonnicy” nie ratuje. Najciekawszą, rzeczą, jaka przytrafiła mi się w trakcie tego seansu, był chłopak, który wszedł spóźniony (do tego czasu byłam na sali sama), usiadł na końcu, a po pierwszej akcji na cmentarzu przybiegł usiąść koło mnie i co i rusz dziwnie się na mnie gapił. Gdy zaczął się bawić telefonem, ostentacyjnie się przesiadłam, a on natychmiast wyszedł z kina wyjściem ewakuacyjnym. Gdyby przyszedł na seans w habicie, mogłabym podnieść ocenę chociaż za to:)

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów filmów o nawiedzonych klasztorach i osób, które przeraża teatralny makijaż.

*

„Juliusz” („Juliusz”) (2018), reż. Aleksander Pietrzak – 8/10

[O czym jest ten film]: O gościu z problemami, który uczy Wasze dzieci;) (nie bójcie żaby. w dzisiejszych czasach to raczej nauczyciel jest gatunkiem zagrożonym), o potyczkach z upierdliwą rzeczywistością i o rodzicielstwie.

„Juliusz” to nienachalnie ciepłe i ciepło zgryźliwe kino gdzieś na styku „Dnia świra” i „Rozmów nocą”. Właściwie Juliusz żadnym świrem nie jest. Ot, przytrafiają mu się rzeczy, które się zwykle przytrafiają świrom. Przytrafia mu się też fajna laska niczym z „Rozmów”. Tytułowy bohater to uroczy człowiek z problemami, które – w takiej czy innej formie, ma większość z nas. Wszyscy się z czymś borykamy, długofalowo i incydentalnie. Może dlatego łatwo wykrzesać z siebie empatię. Juliusz ma talent. I ma pracę, która tego daru nie wykorzystuje. Ojca ma – równie kochanego, co nieodpowiedzialnego. Przyjaciela ma, który często gęsto dobrymi chęciami wpędza go w kłopoty. Początkowo dziewczyny nie ma, czym nie jest szczególnie przejęty. Co innego scenarzyści. Ale na szczęście w tej kwestii też znają umiar, dzięki czemu film Aleksandra Pietrzaka jest być może pierwszym kom-romem dla mężczyzn. Tym kom-romem to zresztą tylko przy okazji bardzo sympatycznej komedii.

[Dla kogo jest ten film]: Dla wielbicieli „Dnia świra” i polskich kabaretów. ;) Tak przynajmniej twierdzą inni. Mnie się po seansie wydawało, że dla ludzi, którzy lubią dobre polskie komedie. Na pewno dla fanów Wojciecha Mecwaldowskiego i kina nieudacznego. Miłośniczki kom-romów też powinny się w tym jakoś odnaleźć. A ich faceci nawet bardziej.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 03.09.2018

Na oko tydzień książkowych adaptacji. :D

Poniedziałek 27.08

„Też go kocham” („Juliet, Naked”) (2018), reż. Jesse Peretz – 7/10

[O czym jest ten film]: O kobiecie, która przez przypadek poznaje idola swojego chłopaka i o muzyku, który musi się zmierzyć ze wszystkim błędami swojego życia.

Początek pachnie schematem, a jednak film się w niego nie osuwa. Scenarzyści sporo poprawili po Nicku Hornbym i zaskakująco dobrze im to wyszło. To naprawdę nie jest kom-rom. Ot, bardzo życiowe, bezpretensjonalne i zabawne kino nie tylko o związkach. Dobrą robotę robią świetnie pasujący do swych ról aktorzy: Hawke, Byrne i O’Dowd. Aczkolwiek show kradnie postać burmistrza, zwłaszcza w mojej ulubionej scenie prezentacji gwiazdy. Bardzo przyzwoity film, jestem zaszczycona;)

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów antykomedii romantycznych i dowcipu na wyższym poziomie niż w przeciętnym amerykańskim hiciorze. No i oczywiście dla wielbicieli brytyjskich akcentów.

*

„The Meg” („The Meg”) (2018), reż. Jon Turteltaub – 5/10 (4,5)

LOL, idźcie pomacać dno oceanu. A nuż, widelec. :D

[O czym jest ten film]: O szalonych ludziach i racjonalnym wielkim prehistorycznym rekinie.

Zaprawdę byłaby to dużo lepsza produkcja, gdyby nie zawierała dialogów. Są fatalne. Odtwórstwo (nie mylić z aktorstwem) też ssie. Najlepiej i najdojrzalej gra tu małe dziecko (słodka Shuya Sophia Cai), Jason Statham i Cliff Curtis prezentują się przyzwoicie, natomiast resztę występów należałoby pominąć milczeniem (doktor Zhang Winstona Chao niebezpiecznie przypominał mi bohaterów „Mody na sukces”). O absurdach fabuły też szkoda gadać. Lepiej się pośmiać. :) Albo skupić się na widowisku. Bo trzeba przyznać, że efekty (w tym megalodon) są naprawdę mega. Przy okazji brawa dla Chińczyków (film jest amerykańsko-chińską koprodukcją), za to że wycisnęli dno oceanu do cna, między innymi zachwalając walory turystyczne Sanya Bay. Film jak film, ale taka reklama to zawsze dobra inwestycja.

[Dla kogo jest ten film]: Dla miłośników rekinów, potworów, Jasona Stathama i spektakularnych efektów.

Czwartek 30.08

„Mroczne umysły” („The Darkest Minds”) (2018), reż. Jennifer Yuh Nelson – 3/10 (2,5)

[O czym jest ten film]: O dzieciach, które w wyniku choroby nabierają supermocy i muszą uciekać przed dorosłymi, którzy czują się tym wszystkim zagrożeni.

To taki film-fantazja dla ludzi, którzy nienawidzą dzieci, tudzież mają dzieci i chcieliby móc na nie zapolować. Absurd. Który poniekąd oglądałam z zainteresowaniem. Ciekawiło mnie bowiem, do ilu den zdołają dobić twórcy. Zgodnie z przewidywaniami okazało się, że do tylu co w dobrych rajstopach (i gdyby naukowcy z „The Meg” mieli rację, przebijaliby się dalej), ale sam proces pogrążania się był fascynujący. Uwielbiam dystopie i jestem w stanie dużo im wybaczyć, ale to jest jedna z najgłupszych opowieści, z jakimi miałam do czynienia (klisza kliszy kliszy, w dodatku bez cienia składu i sensu). Jako że Alexandra Bracken popełniła książkę, na której bazuje ta produkcja, w 2012 roku, kiedy to gatunek był w pełni rozkwitu i każdy miał dostęp do masy dobrych wzorców, nie widzę dla tej „twórczości” żadnego usprawiedliwienia. To jest przykład najobrzydliwszego odcinania dolarów od popularnego trendu. Szczęśliwie film nie zarobił więc kolejnych odsłon raczej nie będzie. Plus za najbardziej żenujący dialog o skarpetkach w historii kina i kreację Harrisa Dickinsona (zdecydowanie się wyróżnia na nijakim tle).

[Dla kogo jest ten film]: Dla psychofanów dystopii i młodzieżowych romansów, dla widzów, którym nie przeszkadza, że z 3 części zobaczą tylko jedną i dla ludzi, którzy ekstremalnie nie lubią dzieci.

*

„Krzysiu, gdzie jesteś?” („Christopher Robin”) (2018), reż. Marc Forster – 7/10

[O czym jest ten film]: O tym jak dorosły już Krzyś ponownie spotyka wesołą kompanię ze Stumilowego Lasu (z przyczyn prawnych zwanego tu Stuwiekowym).

Nie czytałam „Kubusia Puchatka” w dzieciństwie, bo wydawał mi się zbyt infantylny. Czytam teraz i wygląda na to, że musiałam do tej książki dorosnąć. ;D Miałam nie iść na ten film, bo dubbing only. Zaintrygowana pozytywnymi ocenami znajomych, złamałam się jednak i nie żałuję. „Krzysiu, gdzie jesteś?” to wyższa klasa humoru (w którym przodują Kubuś i Kłapouchy. obaj po prostu cudni!) i wyższa klasa wzruszenia (historia nie jest smutna, ale bez paczki chusteczek się nie obejdzie. może się też zdarzyć, że po seansie pół nocy będziecie szukać ulubionej maskotki z dzieciństwa. może lepiej poszukać zawczasu;). Mottem przewodnim filmu jest hasło, iż „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie”. Niby logiczne, ale warto o tym przypominać. Mając przeczytane 2/3 „Kubusia Puchatka”, byłam bardzo zaskoczona tym, jak wiernie odtworzono tu atmosferę, teksty i przygody z książki (te ostatnie w formie mistrzowskich nawiązań). Nie zdziwiłabym się, gdyby obraz Forstera, nie będąc stricte ekranizacją, był i pozostał najbardziej kubusiową i najlepszą adaptacją twórczości Alana Alexandra Milne.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów „Kubusia Puchatka”, dla osób, które chciałyby zostać fanami „Kubusia Puchatka”, dla ludzi, którzy lubią się wzruszać, raczej dla dorosłych niż dla maluchów (najlepiej bawili się na tym dorośli w moim wieku. małe dzieci i ich rodzice się nudzili).

*

„Dogman” („Dogman”) (2018), reż. Matteo Garrone – 7/10 (6,5)

[O czym jest ten film]: O wyjątkowo nieogarniętym psim fryzjerze i konsekwentnym zapędzaniu się w kozi róg.

Główny bohater to miś o bardzo małym rozumku i wielkim sercu. Jak na taką pierdołę świetnie się wspina (na trzeźwo bym go raczej nie przebiła), ale życia sobie nie potrafi ułożyć. Między innymi dlatego, że lepiej rozumie zwierzęta niż ludzi. Marcello (brawurowo zagrany przez Marcello Fonte) to jedna z tych postaci, które wzbudzają całe morze uczuć. Od szczerej sympatii (choćby przez wzgląd na chihuahuę) po równie szczerą złość. Chwilami złość tę ciężko było przełknąć, ale zgadzam się z jedną z użytkowniczek Filmwebu, że ocenianie takich ludzi z pozycji wykształconej, godziwie sytuowanej osoby, która wychowała się w lepszym świecie, jest nie na miejscu. Toksyczne relacje są toksyczne. A choć każdy wie, że należałoby się nauczyć stawiać granice, czasem się tego zrobić nie da.

Fajnych filmów trochę we wrześniu w kinach będzie, ale tych „lepsiejszych” (oryginalnych i dalekich od masówki) nie za wiele więc polecam!

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów twórczości reżysera „Gomorry” i „Pentameronu” – Matteo Garrone oraz dla wielbicieli psów, kina psychologicznego i nieoczywistego kina gangsterskiego.

Piątek 31.08

„Bajecznie bogaci Azjaci” („Crazy Rich Asians”) (2018), reż. Jon M. Chu – 6/10

[O czym jest ten film]: O bajecznie bogatych Singapurczykach i ich mezaliansach.

„Bajecznie bogaci Azjaci” to takie azjatyckie „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, tyle że bez 50 twarzy Greya. Główni bohaterowie są przyjemnie normalni, na takim etapie związku, że nie muszą jeszcze świrować z pikanterią, a autorowi książki, której film jest adaptacją, jakoś nie przyszło do głowy, by zbudować fabułę na seksie. Zgadza się tylko skala przepychu i trochę drama. Gwarantuję jednak, że trafiwszy do kina przez przypadek, nie umrzecie z nudy i zażenowania. Jest za to duża szansa, że się pośmiejecie.

[Dla kogo jest ten film]: Dla fanów książek Kevina Kwana (i tu Wam mogę zagwarantować, że wszystkie 3 części trylogii powstaną, gdyż fabularni „Bajecznie bogaci Azjaci” zdążyli już zrobić furorę w Ameryce], dla miłośników harlequinów i innych romansów, dla marzących o luksusie oraz dla maniaków wszystkiego co azjatyckie.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 16.07.2018

Mundial nie Mundial, wakacje zdecydowanie nie są dobrym czasem na publikowanie. Za dużo się dzieje. :)

Poniedziałek 09.07

„Jestem taka piękna!” („I Feel Pretty”) (2018), reż. Abby Kohn – 6/10

A gdyby tak uderzyć się w głowę i spojrzeć na siebie łaskawszym okiem? A może tak bez uderzania się w cokolwiek? Ja po seansie tego filmu autentycznie poczułam magię i postanowiłam, że już nigdy nie powiem (ani nie pomyślę) o sobie, że jestem stara, za gruba, za niska, że mam coś za małego czy za dużego. Nie mówię oczywiście, że wszyscy powinniśmy być od razu jak Renee, ale bądźmy chociaż jak Ethan – po prostu sobą. Przesadziłabym pisząc, że „Jestem taka piękna!” to wiekopomne dzieło, i jest to też trochę jeden z tych obrazów „z przesłaniem”, za którymi generalnie nie przepadam, ale twórcy trzymają wszystko na tyle w ryzach i tak ładnie omijają najoczywistsze klisze (choćby w konstrukcji postaci Avery i Granta), że łatwo im wybaczyć. No i bawiłyśmy się super. Schumer znów nas rozłożyła na łopatki, a Williams po raz kolejny udowodniła, że jest aktorką najwyższej klasy.

Wtorek 10.07

„Berek” („Tag”) (2018), reż. Jeff Tomsic – 6/10

Historia grupy przyjaciół, którym udało się podtrzymać szkolną przyjaźń dzięki grze w berka. W rzeczywistości jest ich 10-ciu, a nie 5-ciu i od 28 lat ganiają się po całym świecie w lutym, a nie w maju, ale naprawdę jest to fabuła oparta na faktach. Bohaterowie są co prawda fikcyjni (wzorowani, a nie przeniesieni), ale wiele z filmowych akcji (zmyłek, przebieranek i innych podstępów) rzeczywiście miało miejsce. Prześmiesznej komedii się może nie spodziewajcie, choć film bywa zabawny. Na pewno nie jest delikatny (z tego, co wiem, Renner się nawet jakichś kontuzji nabawił). Sceny z udziałem Rennera chwilami przywodzą na myśl „Mission Impossible”, jest też bardzo ładne nawiązanie do „Predatora”. Poza tym dobra chemia między bohaterami, fajna atmosfera i nawet jakaś głębsza refleksja na temat przyjaźni. Mając do wyboru „Kac Vegas” i „Berka”, bez wahania postawiłabym na tę uroczą bieganinę.

Środa 11.07

„Whitney” („Whitney”) (2017), reż. Kevin Macdonald – 6/10 (5,5) [doc]

Saddam to był jednak świr! ;D Nie no, serio, dla tej jednej (powiązanej z Whitney informacji) warto cały film obejrzeć. :) Warto też na pewno dla materiałów archiwalnych. W opowieściach rodziny i przyjaciół prawdy o Houston nie znajdziecie (cała ta zgraja, wliczając w to Bobby’ego, zasiadła przed kamerą wyłącznie po to, by poprawić swój wizerunek), ale na archiwalnych nagraniach widać prawdziwą Nippy. Wcale nie taką układną dziewczynkę z getta, która przeżyła swoje życie tak, jak zdecydowała. Nie byłam fanką Whitney, bo nie lubię popu, ballad i bluesa, ale jej fenomenalny głos potrafił mnie przyprawić o łzy. I tak było w trakcie tego seansu. Ogólnie ciekawszego dla laików niż fanów, ale fani też coś dla siebie znajdą.

Czwartek 12.07

„41 dni nadziei” („Adrift”) (2018), reż. Baltasar Kormákur – 6/10

Zacznijmy od tego, że jeśli nie lubicie Woodley i Claflina (a wiem, że są tacy, co nie lubią), to w ogóle nie jest produkcja dla Was i lepiej sobie odpuśćcie. To film z gatunku „ona, on, i ocean”, tak że nic Was od obcowania z tym dwojgiem nie uratuje. Kormákur opowiada tu w formie narracji dwutorowej – splatając w węzeł dwie historie: początków miłości dwojga ludzi i ich walki z żywiołem po katastrofie – lekko podrasowaną historię pary żeglarzy – Tami Oldham i Richarda Sharpa, którzy mieli pecha znaleźć się w środku jednego z największych huraganów w historii USA. Uwielbiam kino survivalowe, bardzo też wciągnęła mnie ta cała „żeglarka”, o której generalnie nie mam pojęcia, a przecież nigdy nie wiadomo, kiedy może nam się przydać wiedza. Film jest trochę hallmarkowy, na pewno nie ten poziom, do którego przyzwyczaił nas islandzki reżyser, ale wcale nie jest taki zły, jak go malują. Namalowany jest zresztą świetnie. Zdjęcia Roberta Richardsona to jego największy atut.

*

„Ocean’s 8” („Ocean’s Eight”) (2018), reż. Gary Ross – 4/10

Guess what! Danny Ocean miał siostrę! A ta siostra miała równie niepraworządne koleżanki co Danny. Wszystkie zgrywały się na twardsze od facetów, ale postanowiły kraść drogą biżuterię. Nie, to wcale nie jest seksistowska intryga. :P Podobała mi się w tym filmie dbałość językowa (Sandra mówiąca w ojczystym języku swojej matki – niemieckiej śpiewaczki operowej Helgi Meyer – rewelacja! przynajmniej raz amerykański film nie drażnił mnie w materii języków obcych), mniej lub bardziej Bullock i Hathaway oraz muzyka, czyli podobało mi się niewiele. Intryga (a przecież o to w produkcjach z tej serii chodzi) jest wybitnie niewiarygodna (zwłaszcza poczynania filmowej Rose w rzeczywistości na każdym kroku musiałyby wzbudzać podejrzenia), a film długi i nudny jak cholera. Bardzo nieudany reboot.

Niedziela 15.07

„Przeklęta liga” („The Damned United”) (2009), reż. Tom Hooper – 6/10

Historia najbardziej emocjonującego okresu w karierze jednego z najlepszych trenerów piłkarskich w historii – Briana Clougha. Opowiedziana dwutorowo na zasadzie zestawienia jego sukcesów osiągniętych z drużyną Derby County z okresem pracy w Leeds United. Lekkie (może za lekkie), filmowo nieco zakrzywiające fakty (choć raczej nieszkodliwie. o ile można się zgodzić z protestami rodziny odnośnie wypaczania wizerunku Clougha, który w owym czasie był bardzo wysportowany, nie palił i pił tylko okazjonalnie i nikt też nie uwierzy, że jakikolwiek trener mógłby dobrowolnie przesiedzieć mecz w szatni, o tyle na przykład fakt, iż piłkarze podpisywali kontrakty w różnych terminach, a nie tak jak na ekranie – jednocześnie w 10 sekund – naprawdę nie ma znaczenia), nośne kino sportowe trochę w stylu „Najlepszego” i „Wyścigu”. Jeśli nie dla piłki (i to takiej twardej, zupełnie nieneymarowskiej), warto to obejrzeć choćby dla roli Michaela Sheena. Jak zawsze klasa i charyzma.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Książka: Elementarz stylu

Tytuł oryginalny: „Elementarz stylu”
Autor: Katarzyna Tusk
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2015
Ukończona: 20 maja 2018
Moja ocena: 8/10 (4/5)

Jeśli czytanie książek „modowych” minimalistek czegoś mnie nauczyło, to przede wszystkim tego, że warto kupować książki tylko tych osób, które lubi się czytać i/lub których styl się ceni (niekoniecznie musi to być nasz styl, ale musi się podobać). Jeśli o mnie chodzi, Kasia Tusk wyjątkowo spełnia oba te kryteria. „Elementarz stylu” to jedna z nielicznych książek spośród tych wydanych w Polsce w XXI wieku, które warto kupić już choćby ze względu na to, jak jest wydana (no to jest po prostu bajka! prosta, ładna, płócienna twarda okładka z wytłoczonym tytułem i gustownym rysunkiem, ciężki, dobrej jakości papier, najwyższej jakości zdjęcia, elegancka typografia. bardzo podobają mi się te wyraźne oddechy między akapitami, a jednocześnie drobna czcionka. nie ma tu tego modnego ostatnio zwiększania objętości poprzez maksymalizowanie czcionki i wszystkich możliwych odstępów). Choćby po to, by na nią patrzeć. Ale treść też zgłębić warto. Jest tu miejsce na ciekawostki i anegdoty, dużo konkretnych rad i przykładów, a także przepiękne poglądowe zdjęcia. Kasia ma dobre pióro, nie leje wody, nie powtarza w kółko tego samego. Nie wymaga też, żeby czytelnicy przyjęli jej punkt widzenia. Jedna uwaga: To nie jest poradnik „Jak znaleźć swój styl”, lecz wielopoziomowe rozważania na temat elegancji i stylu. Stylu w ogóle, ale przede wszystkim (eleganckiego) stylu autorki. Trudno wymagać od Kasi, żeby pisała o czymś, co jej się nie podoba, podsuwając ludziom pomysły utrzymane w stylistykach, których nie czuje. Jeśli elegancja nie jest wyborem dla Was i nie jesteście w stanie zaadaptować jej do swoich potrzeb, musicie poszukać inspiracji gdzie indziej.

 

Dodaj komentarz

Filed under Literatura

Kronika filmowa: 09.07.2018

Niech się już ten Mundial skończy, bo naprawdę ucieka mi życie filmowe i blogowe. ;) Ale serio, o tej porze roku nawet bez Mundialu jest gdzie łazić i co robić, a moja doba nadal się nie rozciąga.

Środa 04.07

„Alex Strangelove” („Alex Strangelove”) (2018), reż. Craig Johnson – 6/10

Oglądając tę produkcję, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, jakbyśmy wszyscy cofali się właśnie w rozwoju. W końcu filmy, które lata temu tagowało się jako „kino lgbt”, są dziś częścią głównego nurtu. Bardzo się zdziwiłam, gdy przeczytałam, że „Twój Simon” to „pierwsza mainstreamowa gejowska komedia romantyczna dla nastolatków”. Wow! Naprawdę pierwsza? Czy to możliwe? Ale jeśli tak, to „Alex Strangelove” jest drugą. Też niekoniecznie wybitną (jak to teen kom-rom. całość jest trochę zbyt i prowadzi do przewidywalnego finału), ale dla mnie ciut lepszą. Główny bohater jest co prawda równie irytujący co Simon, ale pozostałe postaci są tu dużo ciekawsze. Zwłaszcza najlepszy kumpel Alexa – Dell (rozkoszny Daniel Zolghadri), no i przede wszystkim uwiarygadniający tę historię Elliot. Grający go Antonio Marziale jest w tym filmie niesamowity. Subtelnie uwierzalny i cudownie ekspresyjny. A jak czadersko tańczy! Tę najlepszą (pojawiającą się w filmie przed upływem pierwszej godziny) scenę obejrzałam już z 50 razy. To będzie jedna z moich scen roku. The B52’s „Dance This Mess Around” i Mint Julep „The Promise”. Nie ma za co:)

Czwartek 05.07

„Wilson” („Wilson”) (2017), reż. Craig Johnson – 7/10

Uff, w temacie bałaganu mam jeszcze lekki zapas. ;D Ciężkie jest życie samotnego atechnologicznego cynicznego neurotyka. Choć pod pewnymi względami właśnie łatwiejsze. Wszystkim nam by się przydało trochę tej otwartości i kontaktowości Wilsona (byle nie za dużo;) i takie zdolności adaptacyjne jak jego. Film Craiga Johnsona to rozbrajająca rzecz o niedostosowaniu, związkach i rodzicielstwie. Trochę przegięta, ale szczera i pozbawiona łatwych rozstrzygnięć. Z tego, co zauważyłam, niektórzy amerykańscy krytycy czepiają się, że ekranizacja nie dorasta do komiksowego oryginału. Wow! To jak dobry jest ten komiks? Bo film oglądało mi się nie gorzej od „Amerykańskiego splendoru”. Ogromna w tym zasługa jak zwykle doskonałego Woody’ego i boskiej Laury Dern. Johnson znów wygrywa doborem aktorów. I specyficznym poczuciem humoru (mnie śmieszy:).

Piątek 06.07

„Odgłosy” („Suspiria”) (1977), reż. Dario Argento – 7/10 (7,5)

Szybkie pytanko: Przyjeżdżasz do internatu i dowiadujesz się, że zeszłej nocy kogoś w nim zamordowano. Zostajesz w środku? :D Przeurocza Alicja w Krainie Czarów (zresztą nie tylko Alicja, bo młody Miguel Bosé i młody Udo Kier też prezentują się wspaniale). A Kraina Czarów przeczarowna. Pod względem audiowizualnym od pierwszych scen magia. Fabuła (intryga jest krzykliwie oczywista), aktorstwo (okropne) i efekty specjalne wyraźnie nie miały dla Argento znaczenia. Dobre efekty mogłyby się wręcz źle komponować, a to przecież nie tyle film, ile farba fantazyjnie rzucona na płótno. „Suspiria” to świetne połączenie wybitnej oprawy (obrazu, dźwięku) i mrocznego baśniowo-horrorowego klimatu. Każdy zgon (makabra jest tu celowo przerysowana, ale jedna zbrodnia mnie naprawdę tąpnęła) to podszyte niepokojem dzieło sztuki. Czekam na ten remake Guadagnino jak sawanna na deszcz.

Sobota 07.07

„Berlin Syndrome” („Berlin Syndrome”) (2017), reż. Cate Shortland – 5/10

A Shortland wciąż nie może się zdecydować, czy się tych Niemców boi, czy się w nich podkochuje. I jej Claire wyraźnie ma to samo, bo inaczej dość łatwo by sobie z tym niezrównoważonym zalotnikiem poradziła. Rozumiem, że „syndrom berliński” to taki syndrom, który sprawia, że człowiek podatny przyjeżdża do Niemiec i od razu się na tych Niemców rzuca. A potem długo, długo rozkminia, że nic z tego nie będzie. Jak wiadomo, uwielbiam germańskich oprawców więc oglądałam tę produkcję z zainteresowaniem, ale powiem Wam uczciwie, że nie sprawdza się to ani jako thriller, ani jako dramat. Uwielbiam Shortland i nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowała się zekranizować tę książkę. Ta fabuła zupełnie do niej nie pasuje. Może to jest właśnie powód? Eksperyment taki? Cóż… Przynajmniej dowiedziałam się, jak się wymawia Brisbane.

Dodaj komentarz

Filed under Film

Kronika filmowa: 02.07.2018

Myślałby kto, że jak człowiek choruje, to się chociaż filmów naogląda, ale rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Mecz kątem oka to ja mogę nawet z gorączką, ale żeby oglądać filmy, potrzebuję jednak być jako tako przytomna.

Poniedziałek 25.06

„Dziedzictwo. Hereditary” („Hereditary”) (2018), reż. Ari Aster – 6/10 (6,5)

W drodze do kina najpierw utknęłam w drzwiach obrotowych (po prostu nagle stanęły i odmówiły dalszego wykrywania obecności człowieka. zdarza się), następnie (i to już było dziwne) winda w Złotych Tarasach nie chciała mnie zawieść na górę do Multikina (z windy wysiadła pani z wózkiem więc wcześniej wszystko działało. potem w środku byłam już tylko ja, a bezpośrednio na zewnątrz nikogo. w tym momencie drzwi zaczęły się zamykać i otwierać jak szalone. uspokoiły się dopiero wtedy, gdy wysiadłam. po czym winda spokojnie odjechała), a na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. To powinno było mnie ostrzec i odprawić do jakiegoś cywilizowanego kina, ale nie. No więc dostałam za swoje – nastrojowy horror, który powinno się kontemplować w jako takiej ciszy i skupieniu, musiałam oglądać w towarzystwie gościa, który nie krępował się rozmawiać przez telefon oraz głośno gadających i biegających po sali nastolatek. To był koszmar. Z którym żaden horror nie miał prawa wygrać. I nie wygrał.

Nie spoilując wprost, mogę powiedzieć, że „Hereditary” to połączenie pewnego kultowego „polskiego” horroru z jednym z horrorów Netflixa i klasyczną grecką tragedią. Przy czym film Astera nie ma w sobie ani finezji tego pierwszego obrazu, ani nie dostarcza tylu emocji co ten drugi. Świetnie sprawdza się wyłącznie jako produkcja o fatum (naprawdę, Sofokles byłby dumny!) oraz jako dość szczególny dramat rodzinny – pogrążony w żałobie, wyciągający z szafy masę trupów, obiecujący duchy i dostarczający rzeczy, których widz nie oczekiwał. Film ma fajny klimat (umiejętnie budowany z pomocą ekspresyjnego aktorstwa, upiornej muzyki i bardzo dobrych mrocznych zdjęć Pawła Pogorzelskiego), jest bardzo dobrze wykonany (nie tylko jak na debiut. ale jak na debiut to ekstra), ma swoje momenty i potrafi zaskoczyć. Szkoda tylko, że tak boleśnie rozczarowuje pomysłem na zakończenie. Tak samo zresztą jak początkiem. Na subtelność i niedopowiedzenia nie macie co tu liczyć.

Sobota 30.06

„Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” („How to Lose Friends & Alienate People”) (2008), reż. Robert B. Weide – 5/10 (5,5)

Nie sprawdza się to jako komedia (choć ze 3 razy śmiech zręcznie wymusza. przede wszystkim skalą absurdu), nie sprawdza się też jako satyra na show-biznes (zbyt grubą kreską nabazgrał to reżyser, zbyt pretensjonalnie i tanio). Trochę lepiej film wypada jako obraz o kuluarach pracy brukowców i lifestylowych czasopism, a to pewnie dlatego, że bazuje na doświadczeniach byłego stażysty Vanity Fair – Toby’ego Younga – autora książki, której film jest ekranizacją i pierwowzoru filmowego Sidneya. Oczywiście ta część „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi” też została podkoloryzowana, ale niektóre sceny odtwarzają prawdziwe zdarzenia (patrz np. scena upadku w hallu). Z drugiej strony jest to całkiem sensowna produkcja o związkach (zwłaszcza o bliskości, wspólnych zainteresowaniach i celach oraz byciu razem na co dzień), a odpowiednio hiperaktywny Simon Pegg, rewelacyjna Kirsten Dunst, rozkoszny Jeff Bridges, seksowna Megan Fox i czadowa Gillian Anderson potrafią ten niewybitny obraz solidnie osłodzić.

Niedziela 01.07

„Złodzieje rowerów” („Ladri di biciclette”) (1948), reż. Vittorio De Sica – 7/10

Włoski realizm niemagiczny i krótki film o bezradności (bezradności dziedzicznej, od której trudno się uwolnić), nakręcaniu się spirali biedy i spirali nieszczęść. Fabułę tej produkcji da się opowiedzieć w 3 zdaniach (a nawet poprzez tytuł) więc nie będę Wam tu wykładać treści. To trzeba obejrzeć i przeżyć. Na szczęście i niestety nie na własnej skórze, co prowokuje do łatwych i niesprawiedliwych ocen postępowania bohaterów. Oby koniec końców do dojrzalszych wniosków. Film został sfinansowany przez znajomych królika i zagrany przez amatorów, czego oczywiście nie widać. Klasyka.

Dodaj komentarz

Filed under Film